Betowała miśqa, dzięki!
Rozdział 10
Noc
– Nie śpiszzz?
– Jeszcze nie – powiedział Harry, gasząc Lumos. Wciąż nie mógł się przyzwyczaić do tego, że znowu ma swoją różdżkę. Tom kupił sobie inną. W końcu znalazł odpowiednią, jak sam stwierdził. – To chyba przez ten szum.
– Morze szzzepcze.
– Nie drażni cię to?
– Nie. Lubię ssssłuchać.
Chłopiec włożył różdżkę do kieszeni piżamy i ostrożnie obmacał brzeg terrarium. Bariera zastępująca szyby nie działała ani na powietrze, ani na ludzi. Podskoczył, siadając w nim i podciągnął nogi. Przez chwilę wiercił się, by znaleźć wygodną pozycję, a przede wszystkim nie zawadzać ramieniem o gałąź, po czym oparł się o ścianę. Terrarium było większe w środku.
Po chwili poczuł suche cielsko węża, gdy ten wpełznął na jego kolana i brzuch, by ostatecznie owinąć sią wokół karku i położyć łeb na piersi. Był ciężki, ale Harry lubił ten ciężar.
– Sssłuchać morza? – zapytał i nawet w jego uszach zabrzmiało to obco, choć nadal mógłby przysiąc, że używa angielskiego, gdyby nie to, że zaraz uzyskał odpowiedź.
– Zna wiele hissstorii.
– Jakich? – spytał, zamykając oczy. Dłonią przesuwał po grubych splotach.
– O myszzzaach i żabach, i burzach, i chłopcu, który ciągle kłamał.
– Nie kłamię. Naprawdę nie mogę spać – oburzył się Harry.
– Nie przez morze.
Chłopiec przez chwilę siedział w ciszy, walcząc z ochotą, aby powiedzieć coś zdecydowanie niemiłego, ale w końcu tylko przechylił głowę, dotykając policzkiem masywnego łba.
– Potrafię rzucić Imperio. Na razie tylko na mysz, ale... wreszcie mi zaczęło wychodzić. Sama widziałaś.
– Myszzzy są ssssmaczne.
– Wierzę na słowo.
Chłopiec milczał, po prostu ciesząc się z bliskości drugiej istoty. Oprócz Toma byli tu tylko oni.
– Mogę jej kazać, co tylko chcę – wyszeptał w końcu, nie otwierając oczu. – Żeby biegała w kółko albo przynosiła mi różne rzeczy, albo żeby tańczyła, wiesz, jak tresowana. To… obrzydliwe.
Ostatnie słowo pojawiło się samo, jakby na przekór wszystkiemu, co powtarzał sobie przez cały dzień, co Tom mu ciągle powtarzał. Nie potrafił jednak nic na to poradzić. Gdy mysz chodziła po blacie biurka w lewo i prawo, gdy wspinała się na jego dłoń – od tego wszystkiego robiło mu się niedobrze.
To było zbyt proste.
– Nassstępnym razem każ jej wejść prosssto do mojego gardła.
– Nie rozumiesz, o co mi chodzi, prawda?
– Nie. Ale sssłucham.
Mimo woli się uśmiechnął.
Minęło dwanaście dni od momentu, w którym Tom zabrał go do ich nowego domu i – jakby od niechcenia – poinformował, że kupił mu węża.
– Jest magiczny, jadowity i podejrzewam, że trochę wredny, ale to tylko przypuszczenia. Mam nadzieję, że się dogadacie.
– Jak ma na imię?
– Nie mam pojęcia, zapytaj go o to.
– Ty nie spytałeś?
Tom uniósł wtedy nieco lewą brew, a Harry w końcu przypomniał sobie, że wężoustość to niezwykle rzadka cecha. Teoretycznie napisano o tym w Kompendium, ale myśl, że Riddle mógł nie potrafić czegoś, co jemu przychodziło równie naturalnie, co oddychanie, wydawała się tak absurdalna, że od razu ją odrzucił. Kiedy jednak w końcu to do niego dotarło…
To nie tak, że zazdrościł Tomowi umiejętności. Chłopak był geniuszem, a on nie. Równie dobrze mógłby marudzić, że Hermiona ma zawsze lepsze oceny. Ale przyjemnie było usiąść w fotelu ustawionym pomiędzy terrarium a biurkiem, wyciągnąć przed siebie nogi i chwilę gawędzić o pierdołach z absurdalnie poważną miną, po to tylko, aby zobaczyć, kiedy Tom w końcu nie wytrzyma i spyta, o czym tak syczą. Jak na razie nie złamał się ani razu, o ile nie liczyć tego momentu, gdy zadał mu do napisania podejrzanie długi esej na temat hipogryfów, więc chyba zorientował się, że Harry trochę się z niego nabija.
A jeszcze później chłopiec odkrył, że rozmawianie z istotą, która niewiele rozumie i nie może zdradzić żadnych sekretów, za to słucha… sssłucha… że to naprawdę jest łatwiejsze.
Na razie nie mówił mu o niczym naprawdę ważnym, w końcu nie znał go zbyt długo. Nie opowiadał mu o Ginny. Nie wspominał o Voldemorcie. Nie narzekał na to, że Tom jest strasznie wymagającym nauczycielem – nawet bardziej wymagającym od profesor McGonagall – a on w końcu nigdy nie był najlepszym uczniem. Może kiedyś. Może nigdy.
Na razie wystarczało mu, że faktycznie jakoś się dogadywali.
– Jak masz na imię?
– Jessstem…
Przesunął ostatni raz dłonią po łuskach.
– Już mi lepiej – powiedział, prostując się. Wąż zsunął się z jego ciała i Harry odruchowo sięgnął do ramion, by je rozmasować. Bolały od ciężaru, ale nie przeszkadzało mu to.
– Do usssług.
Uśmiechnął się pod nosem i wyszukał dłonią krawędź terrarium. Zeskoczył na podłogę, sięgnął po różdżkę. Wciąż nie przyzwyczaił się do domu na tyle, by poruszać się w nim po omacku. Może kiedyś.
– Dobranoc, Nagini.
xxx
Syriusz ocknął się na podłodze skrępowany wilgotnym od potu prześcieradłem jak kaftanem. Przez moment walczył, by się oswobodzić, odruchowo starając się zachować ciszę, jakby byle szmer mógł go zdradzić. W końcu udało mu się usiąść. Przycisnął czoło do kolan, łapiąc płytki oddech. Pierwszy. Drugi.
Po chwili usłyszał skrzypienie schodów i drzwi do sypialni uchyliły się. Pani Figg pstryknęła przełącznik światła, zalewając malutki pokoik ostrym blaskiem. Black uniósł dłoń, zasłaniając oczy.
– Tak myślałam – stwierdziła kobieta, opatulając się mocniej błękitnym szlafrokiem. – Co powiesz na herbatę z mlekiem?
– A ile kotów okupuje teraz kuchnię? – zażartował słabo, sięgając po podkoszulkę, którą rzucił wieczorem na fotel. Parę jaśków zsunęło się na podłogę, gdy pociągnął za brzeg materiału.
– Tylko Pazurek i Śnieżka. Pomieścicie się.
Kuchnia była mała i unosił się w niej dziwny zapach, jakby kiszonej kapusty. Syriusz ostrożnie przeszedł nad zestawem misek i talerzyków ułożonych koło stołu, po czym delikatnie przełożył białą kotkę na krzesło obok. Nie podrapała go, co uznał za sukces, biorąc pod uwagę jej dyktatorskie zapędy.
Pani Figg – nie potrafił jakoś myśleć o niej Arabella – postawiła czajnik na gazie i obrzuciła mężczyznę krótkim spojrzeniem.
– Zapomniałeś wziąć sweter. Przynieść ci?
Zamrugał.
– Nie. Zaraz wrócę.
Zanim go znalazł, pod łóżkiem, woda się zagotowała. Wzdrygnął się, gdy wchodząc do pomieszczenia usłyszał gwizd, a Śnieżka, która zdążyła wrócić na swoje miejsce, zastrzygła uszami. Na wszelki wypadek wybrał tym razem drugie krzesło.
Pani Figg postawiła przed nim kubek i sama usiadła, ponownie poprawiając szlafrok. Pazurek wskoczył jej na kolana i zamruczał. Na żadnym z kotów kobiety zmiennokształtny pies nie robił większego wrażenia.
– Odzywał się ktoś? – spytał w końcu, choć wiedział, że to bez sensu. Figg albo powiedziałaby mu o tym natychmiast, albo, gdyby miała powód, milczała jak grób. Kojarzył ją trochę z wojny z Sam-Wiesz-Kim, a przez parę ostatnich dni poznał jeszcze lepiej.
– Wiesz, że byłoby to nierozsądne.
Wiedział. Ale nierozsądne było w ogóle wyciąganie go z więzienia, więc chyba nie liczył na zbyt wiele, mając nadzieję na jakiś list albo telefon – zdążył już zapytać o wszystkie dziwne sprzęty, jakie znajdowały się w domu i przetestować większość z nich, byle tylko jakoś zająć myśli. I tak czuł się coraz bardziej sfrustrowany. Wiedział, że Zakon szuka Harry'ego, a on tkwił w tym miejscu zupełnie nieprzydatny. Gorzej, przez to że uciekł – tuż po tym jak Albus naciskał na ponowny proces – czarodzieje powiązani z Dumbledore'em znaleźli się na oku auroratu. Figg przekazała mu, że Moody i Shacklebolt wylecieli – Alastor oficjalnie odszedł na emeryturę, Kingsley teoretycznie znajdował się na bezpłatnym urlopie, ale raczej nikt nie spodziewał się, że z niego powróci. Czyli wszystko zgodnie z planem, pocieszała go kobieta, nie mają tam dostatecznych dowodów, aby ich powiązać z twoją sprawą, a za przypuszczenia, dzięki Merlinowi, teraz już do więzienia nie wsadzają.
– Muszę się przewietrzyć – powiedział, odsuwając od siebie kubek.
Figg zmarszczyła brwi.
– Nie powinieneś…
– Jako pies. I nie zbliżę się do domu Harry'ego – obiecał.
– Mimo wszystko to zbyt niebezpieczne...
Umilkła, gdy na nią spojrzał.
– Zostawię uchylone drzwi – zdecydowała w końcu. – Jeśli nas okradną, to będzie twoja wina.
– Śnieżka zeżre każdego włamywacza.
– Mógłbyś wypowiadać się o niej delikatniej.
– Śnieżka pożre każdego włamywacza?
– Właśnie.
Uśmiechnął się do niej blado. Naprawdę doceniał, co kobieta dla niego robiła i nie chodziło tylko o to, że go ukrywała – choć to było bardzo ważne. Mogła nie funkcjonować w rejestrach Ministerstwa przez swoje charłactwo, ale Black wiedział, że w żaden sposób nie uchroniłoby jej to przed więzieniem. Nie powinien tak jej narażać.
Nie powinien również wychodzić, wiedział, ale tej nocy miał wrażenie, że zwariuje, jeśli nie złapie choć trochę powietrza. Dusił się w jej domu jak w celi.
Mógłby zniknąć. Aportować się gdziekolwiek. Miał różdżkę, ciepły sweter, zdążył wyzdrowieć. Mógłby zacząć szukać Harry'ego na własną rękę…
Gdzie?
Położył się pod płotem otaczającym plac zabaw i z nawyku zerknął na księżyc. Ostatnia kwadra, Remus pewnie dochodził do siebie. Zastanawiał się, gdzie teraz jest – nie zdążył zapytać gdzie mieszka, wtedy, gdy widzieli się przez tę jedną krótką chwilę, a pani Figg nie znała jego adresu. A może obawiała się mu go podać, żeby nie przyszło mu coś durnego do głowy. Miał wrażenie, że dla niej cały czas jest tym samym narwanym dzieciakiem sprzed jedenastu lat.
Chyba dla wszystkich był.
Może rok temu sam by się z tym zgodził. Albo przed dwoma miesiącami.
W końcu dźwignął się ciężko, uznając, że nie ma co kusić losu. Zdążył zresztą ochłonąć, przestrzeń zawsze dobrze na niego działała. Nawet w Hogwarcie czasem wymykał się sam, by powłóczyć się nocą, pomyśleć. W domu mógł co najwyżej otworzyć okno i pomarzyć, o tym, co zrobi, gdy tylko Namiar przestanie wisieć mu nad karkiem. Zwiał stamtąd przy pierwszej lepszej okazji.
Zawsze był dobry w uciekaniu.
Tym razem jednak wrócił. Pani Figg ciągle siedziała w kuchni, gładząc kota i czytając gazetę. Zauważył, że rozluźniła się, gdy zobaczyła go w drzwiach.
– Lepiej?
– Tak. Przyjemna noc – powiedział, przysiadając się. Zaraz jednak jego uśmiech zbladł. – Nienawidzę tej bezczynności.
– Ja również.
– Nie mogę przestać sobie wyobrażać…
– Ja również.
Mężczyzna obciągnął rękawy swetra.
– Jaki jest Harry? – wreszcie odważył się spytać. Po prawie dwóch tygodniach. Miał wrażenie, że jeśli zacznie tę rozmowę, wszystko stanie się bardziej rzeczywiste. Syn Jamesa stanie się bardziej rzeczywisty. I to, co go spotkało, również.
Pani Figg złożyła gazetę w pół i odłożyła ją starannie, jakby kupowała sobie czas.
– Bardzo rezolutny – zaczęła w końcu, gdy zwątpił, czy nie odeśle go do łóżka jak małego chłopca. – I ma złote serce. Co, uwierz mi, biorąc pod uwagę jak go wychowywali, jest naprawdę niesamowite…
Przy ostatnim słowie głos się jej załamał i z pewnym zaskoczeniem Syriusz odkrył, że staruszka płacze. Przysunął się, obejmując ją – bardziej zapamiętanym niż odruchowym gestem.
– ...powinnam dawno trzepnąć Petunię torebką, ale myślałam… Merlinie, a jeśli on naprawdę nie żyje...
– Żyje – powiedział twardo, bez cienia zawahania. – Alastor twierdzi, że Namiar był podrobiony, więc był.
Pióro, które znajdowało się w auroracie, podnosiło się do pozycji pionowej niezależnie od tego, jak mocno przycisnęło się je do blatu. Pióra samonotujące – a Namiar do nich należał – w pewnym momencie upadały i przestawały pisać. Dzięki temu można je było przenosić bez plamienia atramentem rąk i kieszeni.
Syriuszowi takie wytłumaczenie wystarczyło. Szefowi Biura Aurorów nie.
(Pewnie fakt, że ten pomysł Moody podsunął mu zaraz po ucieczce Blacka, miał z tym coś wspólnego).
Znaczyło to, że sami muszą skompletować i przejrzeć wspomnienia z biura, żeby zobaczyć, kto zamienił pióro. Mrówcza robota, która mogła nie przynieść żadnych efektów, jeśli Namiar został podmieniony jeszcze w poprzednim departamencie. Syriusz garnął się do niej z całego serca.
Ale jak na razie nikt mu jej nie zlecił.
xxx
Tom polecił Amelii, aby zrobiła mu kawę, i przeliczył pieniądze. Kobieta dostała mniejszy kredyt niż oczekiwał, a załatwienie formalności przeciągnęło się w czasie, ale gotówka i tak poprawiła mu nastrój. Wymienienie większej kwoty na galeony bez wzbudzania niepotrzebnego zainteresowania zajmie chwilę, nigdzie się jednak nie spieszył.
W dodatku wczoraj w końcu rzucił pracę, co samo w sobie było powodem do świętowania. Gdyby miał inny charakter, pewnie teraz by nucił pod nosem.
Kobieta zabrała pustą filiżankę i po chwili usłyszał, jak odkręca wodę w zlewie. Odłożył ostatni plik banknotów do walizki i pomniejszył ją. Włożył przedmiot do kieszeni.
Amelia właściwie przestała mu być potrzebna w momencie, gdy wróciła z banku do domu. To znaczyło, że w końcu mógł skupić się na sprawie o wiele bardziej ekscytującej niż pieniądze. I nie widział powodu, by tę przyjemność odwlekać.
– Chodź – zbudził jej bachora krótkim słowem.
Chłopiec uśmiechał się, gdy schodzili do kuchni.
Tom sprawdził, czy żaluzje są zasłonięte i poczekał, aż kobieta skończy zmywać i odłoży wszystkie naczynia na miejsce. Nie posprzątała wcześniej po kolacji, co nieco go zaskoczyło i zirytowało. Niecierpliwił się.
– Weź nóż – rzucił, gdy odłożyła ostatnią szklankę. – Jakiś ostry.
Oparł się o blat stołu, zmrużył oczy.
– Poderżnij mu gardło – skinął na chłopca głową. – A ty się nie rzucaj.
Patrzył, jak podchodzi do syna i przykłada mu ostrze do skóry, ciekawy, czy wreszcie zaprotestuje. Jeszcze nigdy nie widział, by ktoś wyswobodził się spod Imperio – spod jego Imperio w każdym razie – ale wydawało mu się, że to całkiem odpowiednia chwila na odmianę. Jeśli miłość faktycznie jest… Ruchy kobiety jednak były spokojne, a uśmiech taki sam jak zawsze i po prawdzie Tom poczuł się trochę oszukany.
Przytrzymała dziecko, choć nie było to konieczne – chłopiec stał zupełnie nieruchomo – i rozcięła jego szyję głębokim, pewnym ruchem.
Riddle ani przez chwilę nie spuścił z nich wzroku.
Szkoda, pomyślał. Liczył na coś ciekawszego. Na wyzwanie. Choć…
– Jak się czujesz?
– Szczęśliwa.
– Więc czemu płaczesz?
Nie odpowiedziała. To, na swój sposób, było interesujące. Zawsze odpowiadała.
Zrobił krok w jej stronę i przesunął opuszkami palców po wilgotnym śladzie, aż do kącika ust, delikatnie uniesionego. Nie wzdrygnęła się.
Przez moment stał, patrząc jej w oczy, jakby liczył, że jednak coś się wydarzy. W końcu jednak i to go znudziło.
– Podetnij sobie żyły – rzucił, odsuwając się i sprawdzając, czy nie ubrudził się nigdzie krwią. Wolał nie używać klątw, kiedy nie musiał. Niewytłumaczalne zgony zbyt często wędrowały z kartoteki policji na biurka aurorów.
Amelia skinęła głową i osunęła się na podłogę, wciąż przytrzymując bezwładny zezwłok. Upewnił się, że wykonała jego polecenie, po czym przeszedł do małego przedpokoju i założył pelerynę niewidkę. Już wcześniej usunął z mieszkania wszelkie zaklęcia, a nie chciał, aby dźwięk aportacji zaalarmował sąsiadów. To byłoby kłopotliwe.
Włożył klucz do zamka od środka, ale przekręcił go czarem z zewnątrz. Jeszcze przez moment stał na progu, zastanawiając się, czy o niczym nie zapomniał, po czym niespiesznie ruszył w kierunku Tamizy.
Nawet jeśli eksperyment nie przebiegł tak, jak liczył, to nadal była całkiem przyjemna noc.
