Betowały: Gaya i miśqa. Dziękuję!

Rozdział 12

Wracając z odległego miejsca

– Niech pan się obudzi. Zgredek musi obudzić pana.

Malfoy wzdrygnął się z obrzydzenia, odrywając gwałtownie palce skrzata od rękawa swojej szaty. Następnie zamrugał, z trudem odganiając senność. Zdrzemnął się w bibliotece. Rozpoczęta książka leżała tuż obok, na ziemi, grzbietem do góry. Nie pamiętał nawet, kiedy wziął ją do ręki. Aż tak zmęczyły go negocjacje z Berdwickiem? Prawda, ostatnie dni nie były lekkie, nawet wizytę Ogmy musiał skrócić do jednej partii szachów… Narcyza znowu zacznie mu wypominać, że przepracowuje się przez tę swoją przydużą ambicję i pewnie przyzna żonie rację, ale wiedział też, że będzie z niego dumna, gdy powie jej, co udało mu się ugrać…

– Zgredek musi ostrzec pana!

A tak, jeszcze skrzat. Żałował, że to stworzenie odsunęło się na tyle daleko, by nie mógł wygodnie go uderzyć. A wyciągać różdżkę, rzucać czar… W tej chwili wydawało mu się to zbyt męczące.

– Zakazałem ci mnie dotykać – stwierdził więc tylko, pocierając wewnętrzne kąciki oczu. Zgredek był najpewniej najmniej pożytecznym i zdyscyplinowanym skrzatem, jakiego kiedykolwiek nosiła ziemia, ale bądź co bądź skrzatem pozostawał. Lucjusza nie obchodziło w tej chwili, jak się ukarze, byle nie wymagało to od niego zaangażowania. – Dlaczego mnie obudziłeś?

Pokurcz kulił się tak, że nosem niemal dotykał do ziemi. Chude dłonie zaciskał na uszach ciasno przytulonych do czaszki. Malfoy zmrużył oczy, a przyjemne rozleniwienie sprzed chwili nieodwracalnie zniknęło. Często widział Zgredka przestraszonego, zwykle, gdy coś zniszczył w domu, ta postawa jednak sugerowała coś więcej. Kojarzyła mu się ze skrajnym przerażeniem. Coś stało się Draco albo Narcyzie? Natychmiast się wyprostował, szukając dłonią laski.

– Mów wreszcie.

– Pan ma gościa – wykrztusił w końcu skrzat, tak mocno zaciskając palce, że jeden z brudnych szponów przebił się przez skórę na uchu. – W gabinecie.

Lucjusz rozluźnił się nieznacznie. Tylko o to chodziło?

– Wpuściłeś kogoś bez mojego pozwolenia? – spytał zirytowany, podnosząc się. – Tego też, z tego co pamiętam, ci zabraniałem.

– Zgredek nie wpuścił. Zgredek nie umiał powstrzymać.

To już brzmiało zdecydowanie gorzej. Nawet jeśli ten durny skrzat nie poradził sobie z czarodziejem, same zaklęcia ochronne powinny uniemożliwić intruzowi wejście.

– Gdzie jest moja żona? Draco?

– Pani bawi z paniczem nad stawami. – Skrzat przestąpił z nogi na nogę, wlepiając w niego spojrzenie wyłupiastych oczu.

– Przekaż Narcyzie, że mamy niezapowiedzianego gościa.

Wstał i wyciągnął różdżkę z laski, a następnie czarem odesłał książkę na odpowiednią półkę. Gość, kimkolwiek był, mógł poczekać jeszcze chwilę. Lucjusz nie zamierzał się spieszyć – to pokazałoby, że te odwiedziny go zaniepokoiły.

Zgredek nawet nie drgnął.

– Pan nie może tam iść – rzucił nagle, niemal histerycznie. – Zgredek zły, Zgredek nie zatrzymał…

– Kogo? – warknął Lucjusz. Każdy inny skrzat podałby tę informację jako pierwszą. Dlaczego akurat w jego domu zrodzić musiało się coś tak felernego?

– Zgredek nie może powiedzieć jego imienia.

– Więc zejdź mi z oczu.

Cóż, zawsze to mogli być aurorzy, myślał, idąc niespiesznie korytarzem. To nie tłumaczyło, dlaczego weszli do środka bez pozwolenia, ale nie zdarzyłoby się to pierwszy raz – funkcjonariusze bywali nieobliczalni, zwłaszcza gdy sądzili, że to im przypadnie zaszczyt aresztowania arystokraty. Malfoy się ich nie obawiał. Z domu pozbył się co bardziej obciążających pamiątek po lepszych czasach, utrzymywał kontakty tylko z ludźmi o nieposzlakowanej opinii i nie ryzykował żadnych nielegalnych działań, z którymi można byłoby go połączyć. Przez chwilę zastanawiał się, czy Berdwick nie poszczuł ich na niego, aby odwlec moment podpisania kontraktu, ale nie miało to sensu. Tylko sam by sobie tym zaszkodził.

W gabinecie nie spotkał aurora. Zamiast niego w fotelu za biurkiem siedział czarnowłosy chłopak w dobrze skrojonej, choć nieszczególnie drogiej szacie. Czytał dokumenty, które – Lucjusz był tego pewien – zwykle przechowywał w sejfie. Zapomniał je schować? W każdym razie będzie musiał użyć Obliviate.

– Ponieważ mam dzisiaj dobry nastrój, pozwolę ci spróbować się wytłumaczyć – powiedział, przystając w progu. Wyciągnął różdżkę, ale dłoń trzymał luźno opuszczoną, obserwował. Absurd tej sytuacji sprawiał, że zaczynał wątpić, czy w ogóle się obudził.

Obcy nie zaszczycił go nawet spojrzeniem.

– Poczekaj – stwierdził, przekładając stronę. – To pouczająca lektura.

Było w nim coś znajomego, choć Malfoy miał absolutną pewność, że nigdy wcześniej się nie spotkali. Choćby przez to, że zapamiętałby kogoś aż tak bezczelnego. Może znał jego rodziców?

Będzie musiał im zasugerować, aby popracowali nad manierami syna. Właściwie sam mógł tym się zająć, bo wyglądało na to, że i tak nie ma szans na jakąkolwiek cywilizowaną interakcję. Przebiegł w myślach znane zaklęcia, szukając czegoś umiarkowanie nieszkodliwego. Z trupa na własnym dywanie trudno byłoby mu się wytłumaczyć. Nie wspominając o tym, że, dopóki nie pozna jego nazwiska, wolał zbytnio go nie okaleczać – mogłoby to zaszkodzić w interesach. Więc… ta nie, ta również… Zbyt widowiskowa, jeszcze poniszczyłby meble… Ta będzie idealna.

Lucjusz rzucił klątwę.

Chłopak niemal leniwym gestem uniósł różdżkę i machnął nią krótko, zmieniając tor lotu zaklęcia. Uderzyło w ścianę tuż ponad ramą pejzażu. Doczytał zdanie i dopiero wtedy podniósł wzrok. Spojrzał w oczy Lucjusza.

Malfoy poczuł się, jakby patrzył w przepaść.

– Prosiłem, abyś zaczekał.

– Kim ty jesteś…?

– Nie rozpoznajesz mnie?

Nie, chciał odpowiedzieć Malfoy, ale głos uwiązł mu w gardle. Nie chodziło już o samo spojrzenie – to magia, tak złowroga, wypełniała z wolna gabinet. Czuł ją przy każdym oddechu, na skórze. Znał, pamiętał. Pamiętał też furię, której towarzyszyła zbyt często.

Czy Narcyza zabrała Draco?, pomyślał i zaraz zganił się za to. Nie mógł mieć pewności, czy obcy… nie-obcy… nie zagląda do jego myśli. To było jednak silniejsze od niego.

Zwykle, gdy działo się coś nieprzewidzianego, kobieta deportowała się wraz z synem do ich letniej rezydencji. Nie chodziło nawet o względu bezpieczeństwa, bo od zniknięcia Czarnego Pana Lucjusz pilnował, aby nikt podejrzany nie miał powodu, aby ich niepokoić – ale oboje woleli oszczędzić Draco wątpliwej przyjemności obcowania z aurorami albo dłużnikami, którzy jakoś nigdy nie zastanawiali się, jak oddadzą pożyczone od Malfoyów pieniądze.

Teraz miał nadzieję, że oboje są daleko. Bardzo, bardzo daleko.

– Więc jednak pamiętasz.

Przez ułamek sekundy Malfoy miał ochotę rzucić kolejną klątwę – zabójczą klątwę – ale wygrał rozsądek. Osunął się na kolana.

– Panie.

To nie był sen. Najwyżej koszmar.

– Widzę, że inteligencję odziedziczyłeś po ojcu. To uprości wiele spraw. – Chłopak starannie złożył papiery i wstał zza biurka. Wziął z blatu różdżkę. – Choć nie sumienność ani lojalność, niestety.

Mroczny Znak nie uaktywnił się, myślał Lucjusz, patrząc na podłogę. Ostatnio wydawało mu się, że nieznacznie pociemniał, ale w końcu stwierdził, że wzrok go zawodzi przez zmęczenie. To chyba jednak nie miało znaczenia – skoro Czarny Pan stworzył to piętno, najpewniej też je kontrolował. Nie chciał, aby wiedzieli, że wrócił, ale dlaczego…? I to ciało…

– Zostawiłem twojej rodzinie dziennik.

Ale to był on. Z inną twarzą, ale tym samym głosem, tą samą mocą, od której Malfoya mdliło.

– Dziennik, panie?

Czy to, co podrzucił smarkuli Weasleya, było dziennikiem?

Klątwa rzuciła go w tył, tak, że uderzył plecami w drzwi. Na moment go zamroczyło.

– Dziennik, którego tak beztrosko się się pozbyłeś.

Więc jednak.

Podniósł się do klęku, choćby po to, aby upewnić się, że wciąż może ruszać wszystkimi kończynami. Kręgosłup nie został uszkodzony, przynajmniej tyle.

– Nie wiedziałem, że należał do ciebie, panie – wymamrotał.

– Ojciec cię nie uświadomił?

Najpierw musiałby z nimi w ogóle rozmawiać.

– Nie. Nic mi o nim nie powiedział.

– Więc skąd wiedziałeś, do czego służy?

– Emanował czarną magią.

Malfoy nawet w najśmielszych marzeniach nie przypuszczał, że oddanie przedmiotu w ręce dziewczynki zakończy się śmiercią zarówno jej, jak i Pottera. Liczył na to, że Weasleyowie będą mieć problemy, gdy na światło dzienne wyjdzie, że ich latorośl posiada czarnomagiczny artefakt. Oczywiście jednak bieg wypadków go cieszył, aż do tej chwili.

– Więc nie wiedziałeś…?

– Dzięki niemu umarł Harry Potter – spróbował jakoś go obłaskawić. Czarny Pan był mściwy. Nie zostawiłby w spokoju chłopca, przez którego zniknął, a tym bardziej, jeśli wierzyć plotkom, przez którego rok temu się nie odrodził.

– W dodatku przypisujesz sobie zasługi, które ci się nie należą.

Lucjusz uznał, że spróbuje nie pogarszać już swojej sytuacji i milczał. Czarny Pan również i ta cisza mężczyznę niepokoiła, ale nie unosił wzroku. Pamiętał, jak należy się zachowywać, jakby nie istniała ta ponad dziesięcioletnia przerwa pomiędzy spotkaniami.

– Będę musiał porozmawiać z twoim ojcem.

– Nie żyje od wielu lat.

– Wiem. Przygotuj jego kości.

Po plecach mężczyzny przeleciał dreszcz.

– Na kiedy?

– Do najbliższej pełni. Najpewniej odezwę się do ciebie wcześniej. Będziemy musieli zadbać o parę spraw. – Nagle Czarny Pan przykucnął. Malfoy odruchowo uniósł wzrok i natychmiast pożałował tego odruchu. – Liczę, że drugi raz mnie nie zawiedziesz.

Ja również, pomyślał Lucjusz.

xxx

Gdy był dzieckiem, Severus chciał mieć taki dom. Z ogródkiem, w którym stała huśtawka, z ziołami pod ogrodzeniem, intensywnie czerwonym dachem i tymi wszystkimi drobnymi znakami, że ludzie, którzy w nim mieszkają, dbają o to miejsce. To marzenie nie opuszczało go długo, jak guma zaplątana we włosy, której nie sposób wyciągnąć bez asysty nożyczek. Chyba przestał o nim myśleć dopiero w szóstej klasie, gdy pochłonęły go inne mrzonki. Patrząc z perspektywy czasu: chyba nawet bardziej dziecinne.

Ta wizyta miała i tak być niekomfortowa, więc nie potrzebował na dodatek absurdalnych skojarzeń. Dlatego skrzywił się nieznacznie i zdecydowanym ruchem popchnął furtkę.

Szyld wskazywał, że wejście do gabinetu dentystycznego znajduje się po lewej stronie, więc Snape skierował się do drugich, bardziej niepozornych drzwi. Przelotnie spojrzał we wbudowane w nie lustro zanim nacisnął dzwonek. Nawet dla siebie wyglądał dziwacznie w mugolskiej koszuli i spodniach – stroju, który zwykle zakładał, gdy musiał w trakcie wakacji zrobić zakupy – więc nie zaskoczyło go, że po otworzeniu Hermiona zastygła, wpatrując się w niego z lekkim szokiem.

– Panno Granger – przywitał się.

Mimo że minęła jedenasta, wciąż miała na sobie piżamę – w okropnie jaskrawym, żółtym kolorze – a jej włosy przypominały stertę siana nawet bardziej niż w trakcie zajęć. Dotąd nie sądził, że to możliwe.

– Profe-s-sor Snape – zająknęła się.

– Owszem. Czy są w domu twoi rodzice?

– Mama pracuje. – Dziewczynce udało się w końcu otrząsnąć. – Ale tata powinien być wolny, bo pani Pinglebee odwołała wizytę.

– Mogłabyś go zawołać?

– Um. Tak. Niech profesor wejdzie. – Cofnęła się o krok, szerzej otwierając drzwi.

Severus skorzystał z zaproszenia i przeszedł do salonu wskazanego przez Hermionę, która cały czas wpatrywała się w niego podejrzliwie, jakby nie do końca mogła uwierzyć, że on to on. Było w nim pełno książek, tak jak się spodziewał. Na stole leżał też cały stos magicznych gazet, co go zaskoczyło.

– To ja pójdę zawołać tatę.

– Będę wdzięczny, panno Granger.

Liczył na to, że w sobotę złapie kogoś w domu, dlatego nie zapowiedział się – byłoby to zresztą kłopotliwe, biorąc pod uwagę fakt, że w Hogwarcie nie notowano numerów telefonów do rodzin mugolaków – przy okazji jednak miał okazję rozejrzeć się po wnętrzu nieprzygotowanym na wizytę gościa. Stare nawyki dawały o sobie znać.

Najpewniej rzadko ich odwiedzano, więc Hermiona czuła się na tyle swobodnie, aby zostawiać magiczne przedmioty na widoku. Z drugiej strony było to aż niepodobne do tej aż do bólu pedantycznej uczennicy. Więc możliwe, że to jej rodzice prenumerowali Proroka. Snape nieznacznie rozsunął stos, prześlizgując się wzrokiem po datach. Numery z ostatniego tygodnia, brakowało jednak dzisiejszego, sobotniego. Starsze składali gdzie indziej? Bo raczej nie zaczęli zamawiać go teraz – nie miałoby to sensu.

Odsunął się od stołu i podszedł do kominka, na którym stały liczne zdjęcia. Na większości, jeśli nie na wszystkich, znajdowała się Hermiona – sama lub z rodzicami. Nigdy z innymi dziećmi. Interesujące. Przed Hogwartem nie miała przyjaciół? Choć, znając jej irytujący charakter, nawet go to nie zdziwiło.

– Dzień dobry?

Ojciec Hermiony wyglądał na równie zaskoczonego tą wizytą, co jego córka. Wycierał dłonie z zakłopotaną miną.

– Wybaczy pan, że nie podam ręki? Grzebałem przy aucie i ten smar nie chce zejść...

– Nie szkodzi. Profesor Severus Snape. Przysłano mnie z Hogwartu.

– Ian Granger. Hermiona właśnie wspominała… Usiądzie pan? Może przygotować herbatę, kawę…?

– Nie trzeba.

Granger spoważniał, sam usiadł, więc Snape – chcąc nie chcąc – poszedł w jego ślady.

– Rozumiem, że jest pan tu z powodu naszej wiadomości? – spytał Ian, odkładając ściereczkę.

– Owszem. Dyrektor poprosił, bym porozmawiał z państwem o tej decyzji.

Czy też raczej po prostu zlecił mu to, za nic mając gwałtowne protesty i sugestie, że dowolny inny nauczyciel poradziłby sobie z tym lepiej – takie rozmowy najwyraźniej od teraz należały do obowiązków Severusa.

– Nie zmienimy zdania.

– Nie wątpię. – Nie dodał, że sam uważa to za rozsądne rozwiązanie. Nie wypadało. – Chciałbym jednak dowiedzieć się, co było przyczyną.

Wzrok mężczyzny zdecydowanie się ochłodził.

– Choćby fakt, że dopiero od aurorów, niemal rok po fakcie, dowiedziałem się, że moje dziecko walczyło z czarnoksiężnikiem?

– Nie bezpośrednio.

– Albo trollem?

– Nie zostali państwo o tym powiadomieni?

– Owszem. Jakby było to typowe wykroczenie, które zdarza się pierwszoklasistom. Nie wiedzieliśmy, że mogła wtedy umrzeć.

Snape pomyślał z przekąsem, że mogliby zainwestować w książkę o magicznych istotach, skoro przydarzyło im się magiczne dziecko – informacja o tym, że trolle są niebezpieczne, nie była szczególnie utajniona.

– Kryzys został zażegnany, a uczniowie ukarani, nie było więc powodu, aby państwa tym niepokoić.

– Ukarany powinien zostać człowiek odpowiedzialny za ten incydent.

– Owszem, został. Zginął – sarknął Snape. Zdecydowanie nie nadawał się do takich rozmów.

Przez moment Granger wyglądał, jakby chciał coś odwarknąć, ale w końcu przymknął oczy i wziął głęboki oddech. Kiedy się odezwał, brzmiał spokojniej:

– Nie chcę, aby moja córka uczyła się w szkole, w której giną ludzie.

– Rozumiem. – Dyskutowanie z tym argumentem nie miało sensu. – Zdecydowaliście się na Ilvermorny, ponieważ też jest anglojęzyczna?

– Tak. Podobno też różnice programowe nie są szczególnie duże.

Snape mógł co najwyżej wzruszyć ramionami. Inne szkoły magii nieszczególnie go interesowały.

– Sądze, że akurat w przypadku waszej córki, nie ma to większego znaczenia...

– Nie jadę do Ameryki.

Hermiona stała w drzwiach, zaciskając dłoń na framudze. Zdążyła się przebrać i związać włosy gumką. Wpatrywała się w ojca.

– Hermiono. – Pan Granger spróbował wyglądać na surowego, ale widać było, że nie ma w tym wprawy. – Porozmawiamy o tym na osobności.

– Nie ma o czym. We wrześniu wracam do Hogwartu.

Severus przypatrywał się dziewczynce z lekkim zaskoczeniem – myślał, że informację o tym, że nie musi uczęszczać do ich szkoły, przyjmie jak wybawienie. Po pogrzebie Weasley sprawiała wrażenie przygaszonej i wycofanej.

– To nie moment na kłótnie… Mamy gościa.

– Profesor sam twierdził, że powinnam zostać w szkole.

Kiedy?, zastanowił się Snape, marszcząc brwi nieznacznie. Chodziło o tę pogadankę po tym, jak o mało nie wepchnęła Malfoya do kociołka?

– Podejrzewam, że źle mnie zrozumiałaś, panno Granger.

– Hermiono – upomniał ją ojciec, ale bez przekonania. Widać było, że nie jest pewny, jak się zachować: jak rodzic grzecznego dziecka, które ni stąd, ni zowąd przestaje być grzeczne.

– Po pierwsze, nie mogę zostawić Rona samego. Sami zawsze mi powtarzaliście, że ludzie są ważniejsi od edukacji i nawet od książek. – Hermiona skrzyżowała ręce na piersi, nie odrywając wzroku od taty. – Po drugie, muszę znaleźć Harry'ego. Więc nie mogę opuścić Hogwartu i kwestia ta nie podlega dyskusji. – W końcu przeniosła spojrzenie na Snape'a. – Przepraszam, że profesor musiał się do nas fatygować. Gdybym wiedziała o tym wcześniej, sama porozmawiałabym z rodzicami.

Severus pomyślał, że jeśli dziewczynka faktycznie wróci do szkoły, będzie musiał wlepić jej porządny szlaban – niezależnie od sytuacji nie powinna być tak bezczelna w obecności ojca. To samo musiał pomyśleć pan Granger, bo posłał córce srogie spojrzenie – niemal udane.

– Hermiono, poczekaj w pokoju. Przyjdę do ciebie, gdy skończę rozmawiać.

Córka posłała mu butne spojrzenie, ale mruknęła:

– Do widzenia, profesorze.

Następnie wycofała się. Pan Granger przesunął dłonią po twarzy zmęczonym gestem, pozostawiając na policzku smugę smaru.

– Przepraszam za to.

– Nic się nie stało.

– Ona wciąż wierzy, że ten chłopiec żyje.

Snape mimo woli przypomniał sobie Moody'ego wiszącego nad myślodsiewnią.

– Wszyscy mamy taką nadzieję.

– A pan w to wierzy?

Severus milczał przez moment. Myślał o szczurze, o absurdalnym pomyśle Alastora, o zadowolonym wzroku Lucjusza w trakcie ich nielicznych spotkań...

– Nie.

xxx

Po ostatniej wizycie Malfoy nawet nie był zdumiony tym, że na progu jego domu w nocy pojawił się kolejny martwy człowiek. Przynajmniej oficjalnie martwy.

– Więc Black jednak cię nie dorwał – rzucił, choć w tej sytuacji było to oczywiste. Gestem zaprosił go do środka, razem przeszli do salonu.

– Nie, nie. Mało brakowało, ale nie.

Lucjusz machnięciem różdżki otworzył barek. Karafka z whisky przelewitowała na stolik do kawy, za nią popłynęły dwie szklanki z grubym dnem. Poczekał, aż alkohol je wypełni.

– Dlatego przyszedłeś? Bo uciekł?

– Nie, nie.

Peter ostrożnie złapał szklankę. Ręka trzęsła mu się tak, że parę kropel whisky spadło na blat.

– On wrócił – powiedział, jakby to wszystko tłumaczyło.

– Wrócił – potwierdził Lucjusz, podnosząc drugą.

Wypili równocześnie.