Betowała miśqa, dzięki!

Rozdział 13

Tresowane myszy

Harry zaczynał rozumieć Hermionę. W pewnym sensie. Gdy nie było wokół ludzi, do których można się odezwać – ani obowiązków, tak po prawdzie, bo Tom potrafił posprzątać cały dom dwoma ruchami różdżki, więc Harry'emu zostawało tylko gotowanie – nawet książki zaczynały wydawać się bardziej interesujące od bezmyślnego gapienia się w ścianę. Niewiele, ale jednak.

Chłopiec żałował tylko, że Riddle stanowczo odmawiał kupowania czegokolwiek, co nie było przydatne, więc śmiertelnie nudne, trudne, bądź jedno i drugie naraz, albo nie miało związku z czarną magią. Choć rozumiał dlaczego musi się jej uczyć, chciał czasami dla odmiany poczytać komiks albo zagłębić się w tajniki potrójnego, włoskiego korkociągu z przejęciem kafla z lewej flanki przy drugim skręcie.

Prorok miał rubrykę sportową. Niezbyt obszerną, ale Harry pochłaniał ją przy każdym śniadaniu, przed Tomem udając, że wzrokiem wodzi po sąsiednich szpaltach, które dotyczyły ekonomii. Przynajmniej tak zgadywał, bo niewiele z nich rozumiał, a niektóre słowa wyglądały tak, jakby w ogóle nie należały do języka angielskiego – choć kojarzył, że czasem jego wuj ich używał, aby brzmieć na mądrzejszego, gdy rozmawiał z sąsiadami. To tylko sprawiało, że chłopiec czuł do nich irracjonalny wstręt. Rubryka sportowa, dla kontrastu, poruszała jego wyobraźnię – zwłaszcza gdy dziennikarze opisywali jakąś spektakularną zagrywkę i jak na złość, nie umieszczali przy niej zdjęcia. Harry uważał, że to nie fair.

Westchnął i zerknął na numer strony książki, którą właśnie czytał. Nad dwudziestką siódemką wisiała mała, ozdobna czaszka.

– Dwa siedem – wymamrotał, po czym zamknął masywny tom. Westchnął ciężko.

Mógłby włożyć do środka zakładkę albo zagiąć róg, ale w domu Dursleyów przywykł do tego, aby pod żadnym pozorem nie pozostawiać śladów, że czytał ich książki – wystarczyło że raz musiał wyszorować całą podłogę na parterze za to, że pobrudził bajki Dudleya swoimi tłustymi paluchami. Gdy próbował się wyłgać, że jego kuzyn sam to zrobił, ciotka Petunia stwierdziła, że to niemożliwe, bo Dudziaczek sam z siebie nigdy nie otworzyłby żadnej książki, a następnie chyba uświadomiła sobie, co powiedziała, bo poczerwieniała jak piwonia i wlepiła mu stanowczo zbyt ciężki szlaban. Z perspektywy czasu Harry'emu wydawało się to nawet zabawne, ale i tak nie mógł pozbyć się starych nawyków.

Ani starych wspomnień.

A w dni takie jak ten, gdy Tom znikał praktycznie o świcie i wracał późno w nocy, Harry miał stanowczo zbyt wiele czasu na myślenie i wspominanie. Raz był tak zdesperowany, że poprosił Riddle'a o to, aby zadał mu więcej pracy domowej niż zwykle. Zazwyczaj jednak zdrowy rozsądek na spółkę z instynktem samozachowawczym powstrzymywały go przed takimi zagraniami. Esej o czarach wynalezionych w okresie wojen napoleońskich czasami jeszcze nawiedzał go w koszmarach.

Nie, nigdy więcej proszenia Toma o cokolwiek dodatkowego.

Choć miło byłoby, jakby spędzał w domu choć trochę więcej czasu. Ostatnio Harry miał wrażenie, że tylko mijają się przy posiłkach.

To nie tak, że czuł się samotny... Nie całkiem samotny w każdym razie. W końcu miał Nagini. Ale męczyło go wrażenie, że choć po kradzieży Namiaru mieli zacząć współpracować ze sobą bliżej, tak naprawdę Tom coraz bardziej odsuwa go od swojego życia i swoich działań. Od polowania na Voldemorta również.

Co było nie fair. W końcu to Harry zauważył, że coś nie zgadzało się z tą całą sprawą z opętaniem Quirrela.

Nie mówiąc o tym, że się nudził.

Chłopiec oparł policzek o blat biurka, przez moment wsłuchując się w monotonne tykanie zegara i szum ulewy na dworze. Od zapachu kwiatów kręciło go w nosie. Za jego plecami Nagini leniwie przesunęła się po podłodze terrarium i wślizgnęła na konar drzewa. Mógłby do niej zagadać, ale podejrzewał, że jeśli zacznie mówić, rozmowa prędzej czy później zejdzie na smutne tematy. W końcu jej nie mógł wyjaśnić piękna potrójnego korkociągu. Węże nie latały.

Westchnął i niechętnie spojrzał na książkę. Posrebrzony, pełen zawijasów napis informował, że to Zaklęcia umiarkowanie specyficzne dla osób umiarkowanie utalentowanych. W środku było pełno dowodów na to, że autor pod pojęciem specyficzne rozumiał bolesne, a umiarkowanie utalentowani ludzie według niego chyba byli geniuszami. Naprawdę był na to skazany…?

Gdyby miał miotłę, mógłby polatać choćby po bibliotece, było tu wystarczająco dużo miejsca na parę zwrotów… Nagle coś go tknęło. Wyprostował się, a następnie zeskoczył z krzesła energicznie.

– Harry? – zaniepokoiła się Naginii.

– Wszystko w porządku, idę po myszy.

– Sssmaczne?

– Nie do jedzenia – zaprzeczył szybko. – Te moje.

– Jessstem głodna.

Spojrzał na nią skruszony.

– Jestem pewien, że Tom przyniesie ci coś, gdy wróci – powiedział, zły na starszego chłopaka, że nie pomyślał o zapasie. Rano przetrząsnął chyba wszystkie możliwe schowki w poszukiwaniu posiłku dla Naginii. Teoretycznie wiedział, że parę dni zwłoki jej nie zaszkodzi, ale czuł się paskudnie z myślą, że on ma obiad, a ona nie. Za bardzo kojarzyło mu się to z czasem u Dursleyów…

Nie, powiedział sobie stanowczo. Koniec myślenia o tych… tych palantach.

Natychmiast jednak zrobiło mu się głupio, że użył tego słowa – nawet w stosunku do nich – więc w myślach dodał: Gryffindor traci jeden punkt.

– Chcę coś sssmacznego.

– Dostaniesz. Obiecuję. Tylko poczekaj jeszcze chwilę.

– Pójdę ssspać.

– Dobry plan – stwierdził, powstrzymując westchnięcie. Nagle cały jego dobry nastrój uleciał, a pomysł z przyniesieniem myszy do biblioteki wydał koszmarnie głupi. Przez chwilę jeszcze obserwował węża, zanim zmusił się do wyjścia z pomieszczenia. Wsunął ręce do kieszeni, znów zerknął na terrarium – tym razem od strony holu – i mało nie potknął się o donicę z kwiatami. Z irytacją przesunął ją bliżej ściany. Zgrzytnęła ceramiczna podstawka.

Był wściekły na Toma. Nie powinien tak traktować Naginii. Ani jego. I co on właściwie robił całymi dniami? Przecież nie pracował już w ministerstwie – ani nigdzie indziej, bo włosy miał ciągle czarne.

Wszystkie te myśli jednak zaczęły się rozwiewać, gdy tylko wszedł do swojego pokoju i zerknął na łóżko. Z trzech myszy dwie ganiały się właśnie w kółko, a jedna siedziała na rogu i czyściła futerko. Nazwał ją Aberie, po czarownicy, która wynalazła Zaklęcie Uciekających Mandarynek. Wszystkie trzy znajdowały się pod jego Imperiusem – dlatego miał pewność, że niczego nie poniszczą i nie nabrudzą poza przeznaczonym na to pudełkiem – ale Aberie lubił najbardziej. Była pierwsza i miała śmieszną czarną łatę nad lewym okiem.

– No dobra – powiedział, siadając na krawędzi łóżka. Myszki łypnęły na niego czujnie, ale wystarczyło, aby rozpoznały w nim właściciela, żeby Imperio zadziałało. Jerry wpakowała się mu na kolana, więc poczochrał ją po krótkiej, burej sierści. Niby wiedział, że lubi go tylko przez magię, nie to, co Nagini, ale i tak było to całkiem miłe. Sięgnął po sweter przewieszony przez oparcie łóżka i oderwał guzik z rękawa, w myślach obiecując sobie, że rzuci na niego Reparo zanim Tom wróci. – Dzisiaj jesteście Armatami z Chudley i macie odnieść druzgoczące zwycięstwo.

Wystarczyło, że podsunął Jerry guzik pod nos, aby go chwyciła w pyszczek – po tak długim czasie nawet skomplikowane polecenia wydawały się dziecinnie proste. Mysz zeskoczyła z kolan chłopca, a ten rozejrzał się w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby służyć za bramkę.

Zapowiadał się ekscytujący mecz.

xxx

– Wydajesz się rozkojarzony.

Lucjusz oderwał wzrok od okna salonu i spojrzał półprzytomnie na Snape'a, który właśnie zamknął przeglądaną książkę. Wzrok mężczyzny jak zwykle był nieprzyjemnie przenikliwy.

Legilimenta, upomniał się Malfoy, szybko podnosząc barierę.

– Ciężki tydzień. Zatopili mi statek – stwierdził lakonicznie.

– Myślałem, że dałeś sobie już spokój z handlem dalekomorskim.

– Ogma poprosił mnie o przysługę. Sam teraz nie ma czasu. Ale o tym wiesz najlepiej.

– Tak. Hogwart całkiem go pochłonął.

Ta rozmowa była tak nienaturalna, że Malfoya bolały od niej zęby. A nie mógł nawet porządnie się napić – Severus w czasie spotkań sączył co najwyżej słabe wino, a stara dobra zasada mówiła, aby nigdy nie być jedynym nietrzeźwym w trakcie przyjęcia. Zwłaszcza gdy siedziało się koło Legilimenty.

– Szykują się jakieś większe zmiany? – zagaił, aby podtrzymać tę bezsensowną konwersację. Nie wiedział, czemu się łudził, że da radę utrzymać pozory w trakcie rozmowy z akurat tym mężczyzną.

...a może wcale tego nie chciał. Może zaprosił go tutaj, aby usłyszeć znowu jedno słowo: wrócił. Żeby poczuć, że nie siedzi w tym gównie całkiem sam. Tyle że Snape nie poruszył tego tematu, więc Malfoy również się nie odważył. Jeśli Czarny Pan ukrywał swój powrót nawet przed sojusznikami, mówienie o tym byłoby równoznaczne ze zdradą.

Jeśli obaj Czarni Panowie…

Zdusił tę myśl w zarodku, na wszelki wypadek, aby dryf nie zniósł jej w bardziej odsłonięte rejony – gdzie Snape mógłby zerknąć, zareagować, w końcu zawsze spadał na cztery łapy, jak bezdomny kot…

Ale to również byłaby zdrada.

– Parę, ale dosyć racjonalnych. – Severus w końcu oderwał od niego spojrzenie i przynajmniej pozornie się zamyślił. Wypił łyk kawy i wygodniej rozsiadł w fotelu. – Choć nadal uważam, że odsunięcie Minerwy od stanowiska było złym pomysłem. Wiesz najlepiej, jak bardzo nie lubię pracować z kretynami, a rodzice tych bachorów… cóż.

– Nie lepsi od potomstwa?

– Powiedzmy, że rozwiali moje wątpliwości na temat tego, czy głupotę się dziedziczy.

– A wcześniej tego nie wiedziałeś?

– Chwytałem się nadziei…

O ile Lucjusz dobrze wiedział, czemu Severus został nauczycielem, tak nie mógł zrozumieć, dlaczego nim pozostał – po tym, jak wszystko się uspokoiło, oczywiście. W końcu miał inne możliwości – ze swoim talentem zarówno do zaklęć jak i eliksirów. Nigdy też nie ukrywał, że nienawidzi tej pracy i nie wyglądało na to, aby przyświecał mu żaden większy cel, jak choćby odpowiednie edukowanie młodzieży w przesiąkniętym mugolską zgnilizną świecie. Malfoy nie podejrzewał go też o konformizm ani lenistwo. Więc po co? Jeśli wierzyć słowom Draco, chyba tylko dla wątpliwej przyjemności podręczenia Pottera przez parę lat, którą zresztą Lucjusz szybko mu odebrał.

Parę pierwszych kropel deszczu zabębniło o parapet i mężczyzna zmartwiał. Czarny Pan przysłał mu list, że przyjdzie po ulewie – ale skąd mógł wiedzieć, że dzisiaj będzie padać? Czary przewidujące nigdy nie radziły sobie z pogodą.

– Hm? – Severus musiał zauważyć zmianę w jego postawie, bo wzrok mężczyzny znów stał się czujny.

– Przypomniałem sobie, że mam niezałatwioną sprawę. – Nie potrafił nawet wymyślić sensownego kłamstwa. Zacisnął dłonie na podłokietnikach, aby nie drżały. – Będę musiał do tego zaraz siąść.

– Więc nie będę ci przeszkadzał.

– Wybacz, że tak wyszło.

– To ja wprosiłem się niezapowiedziany. – Severus wstał i odłożył filiżankę na stolik. Zadźwięczała porcelana. Wziął do ręki wolumin, który chciał pożyczyć. – Ach… właściwie uciekł mi drugi powód wizyty. Jest może Draco?

To pytanie zaalarmowało Lucjusza, na chwilę wyrywając go z odrętwienia wywołanego lękiem.

– Nie, spędza parę dni u przyjaciół – stwierdził ostrożnie. – Coś się stało?

– Nic szczególnego. Po prostu chciałem się upewnić, czy zajął się esejami, które kazałem mu napisać od nowa. – Skrzywił się nieznacznie. – Wiem, że to twój syn, Lucjuszu, ale byłbym naprawdę wdzięczny, gdyby jakiś warzyciel popracował z nim w trakcie wakacji. Jeśli się nie zacznie przykładać, nie ma szans na Wybitny z SUMów. Nie wiem nawet, czy Powyżej Oczekiwań nie będzie poza jego zasięgiem. Jest niecierpliwy, a to najgorsza cecha dla warzyciela.

Może poczułby się urażony słowami mężczyzny – a może nawet wytknął, że do egzaminów zostały jeszcze trzy lata – ale nie miał siły, by przejmować się takimi błahostkami.

– A ty oczywiście nie zrobisz wyjątku – stwierdził, żeby powiedzieć cokolwiek, i również wstał.

– Nawet dla syna przyjaciela.

Lucjusz skinął głową obojętnie. W innej sytuacji doszukiwałby się w tym stwierdzeniu drugiego dna, ale tym razem jego myśli zagłuszał deszcz.

xxx

Tom dokończył swoją colę – po tylu latach wciąż miał słabość do wszystkiego, co słodkie, jakby jego organizm próbował wynagrodzić sobie niedostatek cukrów w dzieciństwie – i zerknął na pogodę wyświetlaną na telewizorze wiszącym nad barem. U Malfoyów padało, to dobrze. Ziemia zbita deszczem lepiej przyjmowała magię.

– Podać coś jeszcze? – zainteresowała się kelnerka, przystając na chwilę przy jego stoliku.

– Nie, już nic. Poproszę rachunek.

Uśmiechnął się do niej, a ona odpowiedziała podobnym uśmiechem – ciągle fascynowało go to zjawisko. Akcja-reakcja. Jakby spoglądał w lustro.

Zostawił napiwek i wyszedł na miasto, otwierając parasol. Polubił takie bezcelowe włóczęgi, oglądanie ulic i budowli, a gdy pogoda była lepsza, również ludzi. Początkowo miał jasny cel, znalezienie wzoru dla swojego domu, ale dom już stał, Owen leżał na oddziale dla psychicznie chorych w Mungu, a spacery weszły mu w nawyk. Gdy chodził po Anglii, czuł się jak właściciel robiący obchód swoich włości.

A poza tym i tak chciał dać Malfoyowi nieco czasu na pozbycie się ewentualnych świadków. Choć nie na tyle dużo, aby zaczął rozważać ucieczkę. Co do tego, że mężczyzna był tchórzem, Tom nie miał wątpliwości – wystarczyło raz spojrzeć w jego oczy. Ledwo mógł uwierzyć, że to naprawdę syn Abraxasa.

Zjawił się w trakcie ulewy i wszedł do Malfoy Manor jak do własnej posiadłości – w końcu należała do jego człowieka. Świece na kandelabrze same zapłonęły, więc tylko osuszył czarem wilgotne rękawy marynarki i złożył parasol. W domu było bardzo cicho i nikt nie wyszedł, żeby go przywitać. Zmarszczył brwi nieznacznie. Czyżby źle ocenił sytuację i Malfoy spanikował?

Zaraz jednak odemknęły się drzwi od salonu i czarodziej podszedł do szczytu schodów. Jeśli strój Riddle'a w jakikolwiek sposób go zaskoczył czy zniesmaczył, miał na tyle przytomności umysłu, aby tego po sobie nie pokazać.

– Witaj – powiedział. – Myślałem, że przyjdziesz nieco później… panie.

Tom zauważył zawahanie przy ostatnim słowie, ale uznał, że ton był odpowiedni. Zignorował zawarte w kwestii pytanie.

– Jesteśmy sami?

– Tak.

– Przygotowałeś to, o co prosiłem?

Lucjusz skinął krótko głową.

– Więc musimy poczekać, aż przestanie padać. – Chłopak wszedł na schody i stanął tuż obok niego. Malfoy natychmiast opuścił wzrok.

– Zapraszam do salonu.

Cuchnął lękiem.

Tom nie zdecydował jeszcze, czy będzie – a jeśli tak, to w jaki sposób – go wykorzystywać. Koneksje, pieniądze, to oczywiście mogło się przydać, ale równocześnie coś w mężczyźnie głęboko go niepokoiło, coś się nie zgadzało. Drażniło go, że nie potrafi tego nazwać. Nigdy nie polegał na intuicji. Dla niego przeczucie było tylko sygnałem, że jego umysł zarejestrował więcej niż sądził – należało więc przyjrzeć się sprawie ponownie i świadomie ocenić ryzyko i możliwości. Zazwyczaj nie było to zbyt trudne.

Lucjusz mu umykał – nienawidził tego uczucia.

– Udało ci się domknąć transakcję z McGornem? – zagadnął, siadając w fotelu bliżej kominka.

Malfoy przez sekundę wydawał się zaskoczony, zanim nie przypomniał sobie, najpewniej, że czytał jego dokumenty. Odpowiedział krótko, lakonicznie. Tom zadał następne pytanie. To nie była rozmowa, nie do końca, raczej przesłuchanie, Riddle musiał w końcu ocenić jego przydatność. Miał na to chwilę. Obserwował.

Malfoy zachowywał się tak, jak powinien – karnie – co było naprawdę miłą odmianą po Harrym. A jednak…

Burza uspokoiła się, przez pewien czas kropiło, aż w końcu deszcz ustał całkiem. Lucjusz zerknął krótko w stronę okna – Tom zauważył, że mocniej zacisnął dłonie na podłokietnikach.

– Przejdźmy do ogrodu – stwierdził sucho, wstając.

Rozpogodziło się na tyle, aby mógł zobaczyć księżyc. Dopiero co wzeszedł, okrągła tarcza wisiała nisko nad horyzontem. Miał nadzieję, że pobliskie tereny nie nawiedzają wilkołaki, ale wolał się upewnić. Zeskoczył z tarasu na żwirowaną ścieżkę i odwrócił się do Lucjusza:

– Nic nas nie zaatakuje?

– Nie, nie. – Mężczyzna odpowiedział szybko, również odrywając wzrok od księżyca. – Mam dobre zaklęcia ochronne na murze.

– Nie zauważyłem – zażartował.

– Postaram się je ulepszyć.

Z drugiej strony może był zbyt karny…

Miejsce rytuału zostało przygotowane tak, jak mu polecił. Tom zapalił Lumos i na wszelki wypadek sprawdził położenie wszystkich linii namalowanych czarem na ubitej trawie. Mężczyzna jednak dokładnie przerysował wzór z jego listu. Dobrze, to wiele upraszczało.

– A kości? – zapytał.

Lucjusz przełknął ślinę głośno i wyciągnął z kieszeni szaty pudełeczko. Wysypał z niego na dłoń garść paliczków.

– Cały szkielet jest w mauzoleum parę kroków stąd… – zaczął, ale Tom przerwał mu ruchem ręki.

– Tyle wystarczy.

Wyczarował szklankę i napełnił ją wodą. Następnie wziął od mężczyzny kości i wrzucił je do środka. Zamieszał różdżką, rzucając równocześnie zaklęcie. Rozpadły się na pył, barwiąc wodę na szarożółty kolor.

– Potrzebuję też twojej krwi – stwierdził, podając mu naczynie. Mężczyzna skinął głową i bez słowa rozciął dłoń. Tom przez chwilę obserwował, jak krew ścieka do szklanki, zanim uznał, że wystarczy. – Stań na środku kręgu. Rozmieszaj to i wypij, gdy dam ci znak.

– Tak, panie.

Chłopak uniósł głowę i skontrolował położenie księżyca. Wytarł różdżkę o nogawkę spodni.

– Zaczynajmy… Do dna, Lucjuszu.

Tym razem się zawahał. Na krótką chwilę, ułamek sekundy. Ale w końcu przechylił głowę, połykając płyn. Po jego ciele przebiegł dreszcz. Tom skupił się na zaklęciu. Jego monotonny głos rozszedł się po ogrodzie.

Początkowo nic się nie działo, aż do trzeciej zwrotki, gdy Malfoy nagle chwycił się za gardło. Tom widział, że się dusi – drapał się po skórze, dygotał, oczy uciekły mu do góry, niemal całkowicie odsłaniając białko. To był krytyczny moment zaklęcia, chwila, w której naczynie mogło się rozpaść. Głos Riddle'a nawet nie drgnął. Kolejna linijka. Jeszcze jedna. Lucjusz upadł na kolana, w końcu udało mu się schwytać oddech. Kiedy wstał, Tom wiedział, że to Abraxas. Wystarczyło, że znowu zobaczył ten półkpiący uśmiech. Spokojnie dokończył ostatni wers czaru.

– Trudno mi uwierzyć, że ta zakała jednak zdołała się na coś przydać – stwierdził Malfoy z niesmakiem, dotykając poranionej szyi.

Tom wzruszył ramionami nieznacznie.

– Nie marnuj oddechu. Nie mamy zbyt wiele czasu.

Niestety. Gdyby opętanie mogło utrzymać się dłużej niż parę minut, problem Malfoya Tom rozwiązałby od ręki.

– Co się stało? Ze mną? – spytał wprost.

– Czyli?

– Mam tylko wspomnienia ze szkoły, Abraxas – wyjaśnił lakonicznie, nie wchodząc w szczegóły. – Co się stało ze mną później?

– Oszalałeś. – Abraxas roztarł dłonie, jakby było mu zimno. – Stopniowo. Jakby jakiś czar zaczął wyżerać twój umysł i ciało. Szukaliśmy sposobu, aby to powstrzymać.

Tom powoli skinął głową. Domyślał się, o kim mężczyzna mówi. Oni – stara gwardia – ludzie, których urobił już za czasów szkoły.

– Zabiłem cię? – domyślił się.

– Może. Trudno powiedzieć. W każdym razie nie znaleźliśmy rozwiązania.

– A dziennik?

– Ten pusty? – Abraxas jak zwykle miał świetną pamięć. – Dałeś mi go na przechowanie… Miałem go wywieźć z Hogwartu i ukryć.

Czyli Voldemort postąpił tak, jak Tom planował przed stworzeniem horkruksa.

– Pytałem o niego później?

– Nie.

– Badałeś go sam?

– Aż tak się do grobu nie spieszyłem.

Nagle uśmiech zniknął z twarzy mężczyzny. Uniósł dłoń do gardła. Czas się kończył.

– Tom, uważaj na mojego syna. To ścierwo – rzucił. Riddle skinął głową poważnie. Nigdy nie lekceważył jego ostrzeżeń. Kolejne słowa Malfoya jednak go zaskoczyły. – Tresowałeś go od samego początku.

– Jak was wszystkich – zauważył, ale Abraxas pokręcił głową.

– Myśmy z tobą grali w karty.

– Nie rozumiem – zirytował się Tom, ale Malfoy nie był już w stanie odpowiedzieć. Jego oddech stał się płytki, wzrok mętny. Przyłożył dłonie do szyi, jakby próbował zedrzeć z niej niewidoczny sznur. Riddle obserwował to obojętnie. Skoro Lucjusz raz przeżył proces, wątpliwe było, żeby umarł, gdy duch go opuszczał.

Faktycznie, po chwili jego oddech powrócił. Mężczyzna opadł na ziemię, zaciskając dłonie na wilgotnej trawie. Cały dygotał, ale gdy Tom się poruszył, spojrzał na niego czujnie. Riddle uświadomił sobie, że chyba jednak wie, o co chodziło jego ojcu.

Lucjusz od samego początku widział w nim tylko potwora.

xxx

– Tom!

Harry dopadł go w holu, więc musiał na niego czatować pomimo później pory. Tom zamrugał, otrząsając się z zamyślenia. Krótka rozmowa z Abraxasem zamiast dać mu odpowiedzi, sprawiła, że miał jeszcze więcej pytań. Czar, który zniszczył jego umysł...

– Tak?

– Masz coś do jedzenia dla Naginii?

A faktycznie, zupełnie zapomniał, że planował dzisiaj kolejną lekcję.

– Powiedzmy – mruknął, odkładając parasol. – Poczekaj na mnie w bibliotece. Zaraz przyjdę.

Chłopiec wzruszył ramionami, ale nie protestował. Mimo wszystko udało się go nauczyć choć szczątkowych manier. Mniej więcej.

Tom rzucił Accio w stronę schodów i odczekał chwilę. Gdy zdobył to, co potrzebował, przeszedł do biblioteki. Harry siedział na krawędzi biurka, kołysząc nogami. Kiedy zobaczył, co Riddle trzyma w ręce, na jego twarzy odbiło się niezrozumienie. Nagini tymczasem ożywiła się, unosząc ciężki łeb.

– Myszzzy – zasyczała.

– To moje myszy – zauważył Harry. Nagle pobladł. – Chyba cię…

A jednak czasami potrafił szybko kojarzyć fakty. Tom czarem odesłał wijące się gryzonie do terrarium, a następnym ruchem ręki sprawił, że bariery stały się nieprzenikliwe z obu stron. Akurat tuż przed tym, jak Harry dopadł do nich.

– Nie jedz! – rozkazał Nagini natychmiast i wąż zamarł w pół ruchu. Spanikowane myszy biegały po dnie terrarium, próbując znaleźć jakieś schronienie. Harry uderzył dwa razy dłonią w barierę, a gdy nic to nie dało, wyciągnął swoją różdżkę. Czar rozbił się na magicznej szybie. Dopiero wtedy odwrócił się w stronę Toma. Riddle chyba nigdy nie widział go tak zezłoszczonego.

– To nie jest pokarm.

– Niczym nie różnią się od tych, którymi zwykle ją karmisz.

– Ale mam je pod Imperio!

Wyglądał, jakby lada moment miał zacząć pojedynek, więc Tom obserwował go uważnie.

– Dlatego uspokoisz je i zmusisz do bezruchu, gdy Naginii zajmie się posiłkiem. To egzamin – powiedział oschle, w zasadzie nie mijając się z prawdą. Instynkt przetrwania był bardzo silny, więc złamanie go wymagało świetnej kontroli nad Imperio. – Chyba że wolisz tak, jak jest teraz. Gdy one są przerażone, a w dodatku mogą ją jeszcze poranić.

Zwykle karmili Nagini spetryfikowanymi gryzoniami, aby zminimalizować ryzyko. Wciąż nie osiągnęła pełnych wymiarów, które, z tego co Tom kojarzył o tym gatunku, pozwoliłyby jej nawet na pożarcie dorosłego człowieka. Na razie mogli co najwyżej rozważyć zmianę diety na małe króliki.

Jego spokojne podejście wydawało się tylko bardziej złościć chłopca.

– Jesteś dupek! Świr! I palant!

– Nie pozwalaj sobie… – ostrzegł go.

– Wypuść je!

– Harry, jesssteś głodny? – wtrąciła się Nagini.

To pytanie jakby pchnęło go do działania. Potter uniósł różdżkę, ciskając w Toma zaklęciem. Riddle spodziewał się tego, był przygotowany, ale przyjemnie zaskoczył go dobór klątwy.

– Imperio! – rzucił Harry.

Tom zszedł z toru zaklęcia, które uderzyło w półki za jego plecami i rzucił kontrę. Czar wybił różdżkę z dłoni Pottera – zresztą dzieciak nie miał za bardzo jak się uchylić, stojąc pomiędzy biurkiem a terrarium. Przeskoczył przez blat, aby ją złapać w locie, jednak Riddle był szybszy. Zignorował różdżkę i chwycił chłopca za nadgarstek.

– Puszczaj!

– Przestań krzyczeć.

– Puszczaj mnie!

Riddle poczuł irytację. Dzieciak wyrywał się, ale był od niego starszy i silniejszy, więc bez trudu zmusił go do położenia dłoni na blacie. Rzucił na nią przylepca i to samo zrobił z drugą. Dopiero wtedy do chłopca najwyraźniej dotarło, że coś jest nie tak.

– Tom, co ty robisz? – spytał, wykręcając szyję.

– Odmawiasz wykonania zadania. Krzyczysz na mnie. Próbujesz wziąć pod Imperio – wyliczył doskonale obojętnym tonem. – Chyba się domyślasz, co ja robię?

– Żartujesz sobie.

W końcu w jego głosie pojawiło się to, na co Tom czekał – cień może nie strachu, ale na pewno niepokoju.

Riddle podciągnął jego bluzę i podkoszulkę, odsłaniając plecy. Harry szarpnął się gwałtownie, jakby w końcu przypomniał sobie ich rozmowę sprzed paru miesięcy.
– Nienawidzę cię – warknął, ale głos załamał mu się na ostatniej sylabie i zabrzmiało to żałośnie.
Tom powstrzymał się od komentarza i wycelował różdżką mniej więcej pomiędzy jego łopatki. Rzucił zaklęcie. Zakończył je. Trwało to chwilę, krócej niż jeden oddech.

Harry szarpnął się, ale udało mu się nie krzyknąć, więc Tom w myślach dał mu za to punkt – nawet dla dorosłego byłoby to trudne. Usunął zaklęcie przylepca. Chłopiec przez chwilę jeszcze leżał nieruchomo. W końcu udało mu się zebrać w sobie na tyle, by spróbować wstać, powoli i ostrożnie. Cały dygotał. Tom obserwował go spod przymrużonych powiek, sprawdzając, czy nie ma żadnych efektów ubocznych, ale wszystko wydawało się w porządku. Pochylił się i podniósł jego różdżkę, a następnie położył na biurku.

– Nie będę tolerować u ciebie takiego zachowania, rozumiesz?

Harry nie odpowiedział. Patrzył w podłogę.

Cóż, uznał Tom, do jutra dojdzie do siebie.

– Dobranoc – stwierdził więc sucho i wyszedł.

Na schodach jednak przystanął i zgasił Lumos, aby posłuchać.

– Harry? – w głosie Nagini pojawiła się niepewność.

– Wszystko w porządku. Ja… Wszystko w porządku.

– Chceszzz myszz?

– Nie trzeba. Ale… nie jedz ich jeszcze, dobrze?

Po chwili Tom usłyszał szelest papieru. Uznał, że tyle mu wystarczy i ruszył na górę. Wiedział, że Harry prędzej czy później i tak zrobi to, co mu kazał – w końcu Nagini była głodna, a bariera zbyt skomplikowana, aby mógł ją rozpracować dwunastolatek – choć ciekawiło go, jak długo zajmie mu kapitulacja.

I czy znów odważy się na niego krzyczeć.