Betowała miśqa, dzięki!
Rozdział 14
Bliscy
Syriusz wynurzył się z myślodsiewni, potarł skroń i zaklął. Barwna wiązanka, dotycząca głównie Ślizgonów, ich przodków i inszych czarnoksiężników, wypełniła na moment pustą kuchnię, po to tylko, aby cisza, która nastała po niej, wydawała się jeszcze głębsza.
Na Grimmauld Place przebywali w tej chwili on, skrzat, do którego odczuwał awersję, oraz obrazy, które otwarcie gardziły nimi oboma. Przynajmniej jedzenie było lepsze niż w więzieniu...
Wypadałoby je ugotować.
Syriusz wstał i rozmasował zdrętwiałe ramiona. Przeszedł się parę razy wzdłuż blatu. Mrowiło go całe ciało, bolał kręgosłup. Żeby nie marnować czasu, wrzucał do naczynia całe partie wspomnień – więc za każdym razem czekały go godziny żmudnego przeglądania materiału, który ludzie uznali z niewiadomego powodu za podejrzany. Może powinien podstawić pod myślodsiewnie jeszcze jeden tom? Powinna jednak stać trochę wyżej… Przynajmniej te czarnomagiczne woluminy w końcu się na coś zaczęły przydawać.
Otworzył lodówkę i przykucnął przed nią.
– Więc na co masz dzisiaj ochotę? Kurczaka czy… hm… co to w ogóle jest?
Miało macki. Black był niemal absolutnie pewien, że żywność nie powinna ich posiadać.
– Czy na Cthulhu? – dokończył.
Mimo woli poczuł ukłucie smutku. To Lily wyjaśniła im – jemu i Jamesowi – kim był Lovecraft i o co właściwie chodzi z Necronomiconem. Wcześniej sądził, że to pamiętnik Slytherina.
Ktoś wszedł do domu, matka Syriusza rozdarła się na korytarzu, więc mężczyzna podniósł się i odłożył ćwiartkę kurczaka na blat. Zanim zdecydował, czy chce pomóc gościowi uporać się z rodzicielką, wrzaski umilkły.
– Jestem w kuchni! – rzucił więc tylko, zapalając różdżką ogień na kuchence. – Jesteś głodny, Szalonooki?
Zwykle to Moody wpadał tutaj o tej porze.
Drzwi do kuchni skrzypnęły, więc Syriusz odruchowo spojrzał w ich stronę i zamarł.
– Cześć, Łapo – powiedział Remus cicho.
Black przez moment milczał, po czym sięgnął po patelnię.
– Jesteś głodny? – powtórzył pytanie oschle.
– Ja… nie wiem…
– To raczej proste pytanie. – Syriusz wzruszył ramionami i odwrócił się do niego plecami. Zmusił się do przyjęcia łagodniejszego tonu, nieco błazeńskiego, takiego, jakiego używał kiedyś. – Co prawda mistrzem nie jestem, ale ostatnio całkiem nieźle idzie mi nie spalanie wszystkiego na węgiel.
– Jak sobie radzisz?
Remus odłożył znoszony, wilgotny od deszczu płaszcz na oparcie jednego z krzeseł.
– To nie jest trudna praca. Siadam, oglądam bardzo nudne życia bardzo nudnych ludzi…
– Chodziło mi…
– Wiem – warknął.
Zgasił ogień, uznając, że nie ma sensu udawać, że wciąż ma ochotę na kolację. W końcu odwrócił się do drugiego mężczyzny.
– Po co tu przyszedłeś, Lupin? – spytał ostro. – Nie masz gdzie spać?
W chwili, w której to powiedział, uświadomił sobie, że może być to prawda – Remus wyglądał, jakby od dawna niedosypiał i niedojadał – przez co poczuł się jeszcze paskudniej. Ale nie na tyle, by zgasiło to gniew, który narastał w nim z każdym kolejnym dniem.
– Zajrzałem, bo chciałem sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. – Lupin nie dał się sprowokować.
Z jakiegoś powodu ten spokój rozwścieczył Syriusza jeszcze bardziej.
– Szkoda, że dopiero teraz.
– Wcześniej nie miałem możliwości… W auroracie wiedzą, że się przyjaźniliśmy, więc po twojej ucieczce od razu dostałem ogon…
– Na litość Merlina, nie o tym mówię.
Black zacisnął dłonie z całej siły na kuchennym blacie. Lupin stał parę kroków od niego. Milczał. Wstyd na jego twarzy niczego nie ułatwiał.
Syriusz przełknął ślinę z trudem. Myślał, że zostawił to wszystko za sobą. Wystarczyła chwila, aby poczuł, że znowu się rozsypuje.
– Naprawdę myślałeś, że to zrobiłem, co nie? – rzucił w końcu gorzko.
Nie tak, że chciał poznać odpowiedź. Naprawdę nie chciał. Ale równocześnie nie mógł się powstrzymać przed zadaniem pytania.
– Wszystko na to wskazywało – odparł Remus po chwili, jego głos był zupełnie pusty.
– O tak… – zakpił. – To na pewno był wystarczający powód, aby zostawić przyjaciela w Azkabanie na dożywocie. Bez chwili zawahania. W końcu dowody były tak dobitne, a proces dokładny…
Spodziewał się, podświadomie, że Remus wycofa się – jak zawsze, gdy byli dziećmi. Położy uszy po sobie i pozwoli mu kąsać…
– A byliśmy przyjaciółmi? – spytał zamiast tego spokojnie. W jego wzroku Syriusz zobaczył odbicie tego samego żalu, który sam czuł. – Nawet jeśli, to nie na tyle bliskimi, abyście powiedzieli mi, kto został Strażnikiem Tajemnicy, prawda? Żebyś skontaktował się ze mną po zdradzie Glizdogona? Wiedziałeś, gdzie jestem, Syriuszu. Mogłeś po prostu aportować się po mnie.
Black milczał. Drgnął, gdy Lupin zrobił krok w jego stronę.
– Powinienem był się upewnić – powiedział Remus cicho. – Nienawidzę się za to, że tego nie zrobiłem. Ale teraz pozostaliśmy tylko my… – Zatrzymał się, umilkł. Niedokończone zdanie zawisło pomiędzy nimi.
W końcu Black wzruszył ramionami.
– Mam robotę do dokończenia. Możesz zrobić kolację albo wyjść, wszystko mi jedno.
Chciał powiedzieć: wynoś się stąd. Chciał powiedzieć: już nie ma huncwotów, przestań być takim dzieciakiem. Ale myśl, że zostanie sam w tym domu – na kolejną noc, miesiąc, życie – sprawiała, że żołądek zaciskał mu się w supeł.
We wzroku Lupina zauważył cień ulgi. Wyminął go bez słowa, wyciągnął różdżkę. Na chybił trafiłprzyzwał jakąś księgę z biblioteki – padło na jeden ze starych albumów. Jako dziecko uwielbiał je przeglądać. Teraz wepchnął go pod misę nawet nie patrząc. Usiadł na krześle i zanurzył się we wspomnieniach, tuż przed tym kątem oka zauważając, że Remus znalazł patelnię.
xxx
– Więc jednak Lucjusz?
Dumbledore siedział w bujanym fotelu na werandzie. Severus uważał, że to niewłaściwe. Tylko starzy ludzie przesiadywali w bujanych fotelach na werandach, a dyrektor – były dyrektor, poprawił się w myślach – nie mógł być stary. Wieczny, owszem, ale tylko tyle.
– To może nie mieć związku ze zniknięciem Pottera – dodał Snape natychmiast, opierając się o jedną z drewnianych kolumienek. Skrzyżował ręce na piersi. – Ale dawno nie widziałem go tak przerażonego.
Albus pokiwał głową. Zamyślił się.
– I twierdzisz, że jego syna nie ma w domu…? A Narcyzy?
– Też jej nie widziałem.
– To podejrzane.
– Też tak myślę.
Ta rozmowa działała na Severusa kojąco, choć nie powinna. Miał wrażenie, że wszystko wraca na właściwie tory. Znów knuli.
(Choć jeśli to znaczyło, że szykuje się coś złego… jak podłym człowiekiem był, żeby rozkoszować się tym momentem?)
– A Ogma? – zagadnął Dumbledore. – Zauważyłeś coś u niego?
– Nic szczególnego. Ale obawiam się, że nie znam go aż tak dobrze, by wyłapać bardziej subtelne oznaki. Jest… trudny.
I frustrujący, ale tego już Severus na głos nie dodał. Za każdym razem, gdy rozmawiał ze swoim nowym przełożonym, miał wrażenie, że z nich dwóch to Fawley dowiaduje się odrobinę więcej. Dla człowieka, który przywykł do myślenia o sobie jako o szpiegu na urlopie, było to przerażające doświadczenie.
Albus przez chwilę siedział w ciszy, bujając się nieznacznie. W końcu wyciągnął różdżkę i machnął nią krótko. Z kuchni wyleciały dwie filiżanki i imbryczek. Herbata rozlała się sama. Severus powstrzymał westchnięcie irytacji, gdy jedno z naczyń trąciło go w dłoń.
– Bez mleka? – spytał tylko.
– Zapomniałem kupić.
Snape nie skomentował tego, ale po raz kolejny poczuł ukłucie niepokoju. Nieznaczne, niesprecyzowane. Coś podobnego czuł, gdy na powierzchni eliksiru zaczynały pojawiać się bąble powietrza odrobinę za wcześnie, co mogło nic nie oznaczać, ale mogło też sugerować, że procesy zachodzące wewnątrz wywaru są niewłaściwe.
– Chcesz, żebym spróbował ponownie przepytać Malfoya? – zapytał, ukrywając własną niepewność.
– To chyba nie ma sensu. – Albus zakołysał filiżanką i zapatrzył się w dal, na nieodległe wzgórza. – Lucjusz nie zdradzi ci niczego, jeśli to zagrozi jego rodzinie… Znajdź Narcyzę.
– Nie sądzę, aby o czymkolwiek wiedziała.
Oczywiście, że o tym myślał. Uznał jednak, że może tylko sobie zaszkodzić, jeśli kobieta przekaże mężowi informację o ich spotkaniu.
Dumbledore uśmiechnął się nieznacznie.
– Najpewniej masz rację. Ale jeśli stanie po twojej stronie, nie pozostawi Lucjuszowi wyboru…
– Jeśli tak sądzisz.
Albus zakołysał swoją filiżanką.
– Po prostu wiem, do czego zdolni są kochający ludzie.
Severus nic na to nie odpowiedział.
xxx
Harry praktycznie nie wychodził z biblioteki. Był wściekły.
(Przerażony).
Oczywiście, że był wściekły. Za to jak Tom potraktował Nagini, jak potraktował jego myszy i… jego. Za każdym razem, gdy sobie o tym przypominał, po jego ciele przechodził dreszcz, oddech przyspieszał, serce zaczynało bić jak szalone. To bolało bardziej niż dotyk Quirrella. Bardziej niż tamta noc, kiedy odrastały mu wszystkie kości w ręce.
Więc tak, był wściekły.
Wściekły.
Wściekły.
Zamknął kolejną książkę i objął się rękoma. Nie miał pojęcia, jak rozbroić tę głupią barierę.
– Harry, jessstem głodna.
Nagini położyła swój łeb na gałęzi. Jak dotąd nie ruszyła żadnej z myszy. Chłopiec na wszelki wypadek kazał im się jednak ukryć pod konarem.
– Wiem. Poczekaj jeszcze chwilę. Zaraz cię stamtąd wyciągnę.
Riddle'a nie było w domu. Mógł zabrać Naginii i odejść. Wiedział, gdzie jest latarnia morska, widział ją w oddali. Tam znalazłby ludzi. Poprosił o to, żeby podrzucili go do miasta. Wtedy… Nie wiedział, co mógłby zrobić dalej. Przecież nie wróciłby do Hogwartu. Poza tym cały magiczny świat był dla niego zamknięty od chwili, gdy po raz pierwszy rzucił Imperio. Co prawda tylko na myszy, ale wszystkie książki zgodnie twierdziły, że i tak się to liczy jako zbrodnia. A przecież nie chciał iść od razu do więzienia. Miał Voldemorta do pokonania.
Tylko jakby miał go znaleźć bez Toma?
Jak miał go zniszczyć, skoro nawet nie potrafił wygrać głupiego pojedynku z Riddle'em?
I jak mógłby odejść, skoro nie wiedział, w jaki sposób rozbroić barierę wokół terrarium?
Zatrzasnął kolejny wolumin, nawet nie przeczytawszy z niego ani jednego zdania. Przeszedł się wzdłuż regałów, wpychając dłonie do kieszeni spodni. Poruszał się wolniej niż zwykle. Wszystko go bolało, wciąż, trochę.
(Trochę bardzo).
– Harry…
– Daj mi pomyśleć! – krzyknął. Od razu poczuł się paskudnie. – Przepraszam, Nagini.
– Jesssteś sssmutny.
– Jestem zły. Bardzo zły.
– Sssmutny.
Chłopiec zatrzymał się i spojrzał na terrarium. Wąż przyglądał mu się uważnie. Usta Harry'ego drgnęły. Uniósł dłoń i otarł oczy gniewnym ruchem.
– Tylko zły – skłamał. – Tylko strasznie zły.
xxx
Kolacja smakowała dobrze, lepiej niż to, co Syriusz potrafił zrobić sam. Cóż, Remus miał za sobą więcej lat doświadczenia w gotowaniu. Jedli w milczeniu. Myślodsiewnia stała obok w otoczeniu fiolek wypełnionych wspomnieniami obcych im ludzi.
– Więc co teraz robisz? – spytał w końcu Black.
Lupin spojrzał na niego.
– W jakim sensie?
– Dowolnym. Co teraz robisz? Zostałeś kucharzem? – Syriusz szturchnął widelcem jeden z ziemniaków.
– Raz byłem. Cóż, pomocnikiem. Ale za dużo przypraw w kuchni, zapachów. Cały czas bolała mnie głowa.
– Przykro mi – stwierdził obojętnie.
– Bywało gorzej.
Znów siedzieli w ciszy.
– Teraz szukam nowej pracy – stwierdził Lupin w końcu, po to tylko, aby przerwać te niezręczne milczenie. – Ale marnie mi idzie.
– Mówisz?
– Wczoraj byłem na rozmowie w Hogwarcie.
To w końcu choć trochę zainteresowało Blacka. Uniósł głowę, zaskoczony.
– A co? Znowu im się wykruszył nauczyciel od obrony?
Sądził, że w ciągu tylu lat w końcu udało im sobie poradzić z tą klątwą.
– Nie… Szukali woźnego. – Lupin uśmiechnął się zakłopotany. – Ale dyrektor stwierdził, że nie chce pracownika, który parę dni w tygodniu niedomaga.
– Skurwiel.
– Przynajmniej powiedział to w miły sposób.
Odesłał puste naczynia do zlewu czarem.
– Więc co teraz zrobisz? – spytał Syriusz i odchylił się na krześle.
– To, co zwykle. Złapię coś po mugolskiej stronie. Widziałem w gazecie, że szukają kogoś na magazyniera. To… takie przesuwanie pudełek.
– Żałosne – stwierdził Black bez ogródek.
Tym razem to Remus wzruszył ramionami.
– Lepsze niż głodowanie – powiedział lakonicznie. Spojrzał na myślodsiewnię. – Mogę ci pomóc?
– Jeśli nie masz nic lepszego do roboty… – Mężczyzna urwał. W tym momencie akurat nie chciał być złośliwy. Nie zdobył się jednak na przeprosiny.
Przesunęli naczynie tak, aby mogli obaj do niego zajrzeć, do jednego z rogów stołu. Zanurzyli się w kolejnym wspomnieniu. Hol Ministerstwa Magii, czyli kolejna warta ludzi na bramkach. Syriusz mimo woli westchnął. Remus zerknął na niego pytająco.
– Pewnie ktoś znowu próbował przemycić kaczkę i facet uznał to za dziwne. Znaczy, fajnie, że w ogóle udostępniają nam wspomnienia, ale…
Powoli zaczynał mieć tego dość. Tak po ludzku.
Lupin uśmiechnął się gorzko, ze zrozumieniem.
– Po co ktoś szmuglował kaczkę?
– Bo ja wiem? Na obiad?
Black usiadł na blacie portierni, tuż koło szalki na różdżki. Obserwował kolejnych petentów bez ciekawości. Wspomnienie. Jedno, później drugie. Trzecie. Kolejne.
Remus stał w pobliżu – nie za blisko. Cicho.
– Powinieneś zostać nauczycielem od obrony – wypalił nagle Syriusz. – Skoro tamten palant dostał robotę przy eliksirach… Jesteś od niego sto razy mądrzejszy.
– Może w innym życiu – odpowiedział Lupin, ale rozluźnił się lekko. Coś w atmosferze się zmieniło po tych słowach.
Nie była dobra, jeszcze nie…
– I nie powinieneś nazywać go palantem – dodał.
– Nic się nie zmieniłeś.
Obserwowali właśnie, jak chłopak z różowymi włosami odkrył, z którego piętra pochodziła notatka, którą przypadkiem zwinął. Remus uśmiechnął się mimo woli, gdy portier kazał mu ją zostawić.
– Przypomina mi Jamesa trochę. Też potrafił się wywinąć od obowiązków…
– Fakt – stwierdził Syriusz, nie patrząc na Lupina. – Mi też przypomina… – Nagle zmarszczył brwi. – Wychodzimy.
– Co się stało?
– Później.
Wynurzyli się gwałtownie. Black ściągnął misę ze stosu ksiąg. Otworzył album.
– Nie tutaj… szlag…
– Co się dzieje? – powtórzył Lupin.
– Czekaj, bo mi umknie.
Remus posłusznie zamilkł. Tymczasem Syriusz dopadł do drzwi i wbiegł na schody, ignorując fakt, że jego matka znów się przebudziła. Jej wyzwiska towarzyszyły mu do biblioteki.
Widział już gdzieś tego dzieciaka. I to niedawno. W tym domu. Album? Nie, nie otwierał ich przecież. Więc jednak nie biblioteka. Salon… Salon chyba też nie. Więc gdzie wchodził? Pewnie szukał tego cholernego skrzata.
Sypialnia Regulusa.
Pchnął drzwi bez wahania, różdżką odsłonił zasłony, aby wpuścić więcej światła. Ze wszystkich pomieszczeń w domu tylko to po tylu latach opuszczenia wciąż lśniło czystością. Skrzat pewnie pucował podłogę własnymi uszami…
– Nie rozpraszaj się – warknął zły sam na siebie.
Zdjęcia wisiały na jednej ze ścian, nad biurkiem. Rodziców, kuzynek, dziadków, oczywiście żadnego Syriusza. Pewnie jego braciszek spalił wszystkie lata temu, jak na dobrego syna przystało.
Czemu musiał o tym myśleć akurat teraz? Już wystarczająco złe było to, wcześniej spędził tutaj tyle czasu, gapiąc się na te zdjęcia, szukając własnej twarzy.
Potrząsnął głową, żeby wziąć się w garść. Jeszcze raz przyjrzał się wszystkim. W końcu ściągnął to, o które mu chodziło. Jego dziadek tuż przed zakończeniem Hogwartu. Zrobili sobie wspólne zdjęcie, cała grupa ze Slytherinu – w tamtych czasach oznaczało to zaledwie parę osób. Lupin zajrzał mu przez ramię. Jego uwagę przykuł ten sam chłopak.
– Są identyczni – stwierdził.
– Tak.
– Co to znaczy?
Syriusz wyciągnął z ramki fotografię i schował ją do kieszeni.
– Zapytajmy Dumbledore'a – rzucił i uśmiechnął się. Po raz pierwszy tego dnia bez cienia goryczy.
