Betowała miśqa, dzięki!

Rozdział 15

Terrarium

Mógł wyjść.

Odważył się sprawdzić to dopiero nad ranem, po bezsennej nocy spędzonej na wertowaniu woluminów w bibliotece. Wcześniej nawet przez moment do głowy nie przyszło mu, że nie mógłby przekroczyć granic działki, ale gdy ta myśl pojawiła się po raz pierwszy, jakoś nie chciała zniknąć. Kąsała.

Tom uwięził Nagini tak po prostu, jednym ruchem ręki, nawet nie wymawiając zaklęcia. Harry nie potrafił przełamać jego bariery. W końcu musiał się z tym pogodzić. Więc jeśli Riddle postawił inną…

Ale nie zrobiłby tego, prawda?

Powiedział, żeby Harry nie wychodził sam poza granicę wyznaczoną przez murek, bo tam kończy się zaklęcie Fideliusa, więc chłopiec tego nie robił. Jeśli czegoś się nauczył przez ostatnie miesiące, to tego, że każdy ma swój limit szczęścia. On swój wyczerpał na Quirrellu.

Ale to nie oznaczało, że nie mógł przejść przez granicę.

Prawda?

Bo jeśli faktycznie Tom to zrobił, to…

W każdym razie należało to sprawdzić. Teraz. Natychmiast.

Trawa była chłodna, wilgotna albo od rosy, albo od morskiej bryzy – trudno było stwierdzić to na pewno. Przemoczyła mu nogawki spodni. Harry szedł szybko, w prawej dłoni trzymając różdżkę, plecy miał wyprostowane, ramiona napięte. Ale parę jardów przed murkiem zwolnił, wreszcie stanął, cofnął się, znowu zatrzymał.

Tom zakazał mu wychodzenia na zewnątrz.

W końcu to, co powiedział, nie było przyjacielską poradą czy też prośbą. Harry miał nie ruszać się z domu bez jego wiedzy. Pozwolenia. Ogród był okej, o ile można tak nazwać skąpy trawnik obrastający klif. Ogród kończył się na tym murku.

I co z tego?

Chłopiec zrobił dwa kolejne kroki, oparł wolną dłoń o kamień.

Murek nie był wysoki, mógłby go bez trudu przeskoczyć, ale nie potrafił się ruszyć. Serce zaczęło bić mu szybciej, w uszach zaszumiała krew.

Jeśli Tom się o tym dowie…

Jeśli jeszcze raz rzuci na niego tamtą klątwę…

Harry nawet się nie łudził, że będzie w stanie wygrać z nim w pojedynku, aby tego uniknąć. A nie mógł zostawić Naginii. W końcu nie miał pewności, czy Tom się nią zajmie, nie po tym, co chłopak wczoraj zrobił. Nawet jeśli Potter tęsknił za Hedwigą, przynajmniej wiedział, że w Hogwarcie się o nią troszczą, że nie stanie jej się żadna krzywda. Tutaj nie miał pewności, bo skoro Riddle bez wahania mógł przekląć jego...

Wściekłość, która pchała go aż tutaj, jakby się ulotniła. Uświadomił sobie, że wypadł na dwór w samym podkoszulku. Przedramiona pokrywała mu gęsia skórka, zimne powietrze drażniło płuca. Powinien wrócić do domu, zanim się rozchoruje.

Ale musiał wiedzieć.

Włożył różdżkę do tylnej kieszeni spodni, choć wypuszczenie jej z dłoni wiele go kosztowało, oparł się oburącz o murek i przeskoczył na drugą stronę. Nic się nie stało. Odsunął się ostrożnie od granicy. Nie wiedział, czy drży z zimna, czy z emocji. W pewnym sensie oczekiwał, że za parę sekund zadziała jakiś system obronny i coś go uderzy, możliwe że nawet grom z jasnego nieba. Jeśli chodzi o Toma, uwierzyłby nawet, że Riddle jest w stanie kontrolować pogodę.

Poranek był cichy i spokojny, Powoli się przejaśniało, choć sama tarcza słońca jeszcze nie była widoczna.

Tom zwykle wstawał wcześnie.

Ta krótka myśl wystarczyła, aby chłopiec jednym susem ponownie przesadził murek. Dowiedział się tego, czego chciał. Dalsze zwlekanie wiązałoby się z niepotrzebnym ryzykiem.

Odetchnął głęboko i objął się rękoma. Ruszył w stronę werandy. Faktycznie przemarzł.

Ale też było mu jakoś lżej.

Trochę. Nieznacznie. Ale i tak...

Gdyby odkrył, że Riddle faktycznie go uwięził, nie miałby pojęcia, co zrobić.

xxx

Tom wsunął rękę pod głowę. Zmrużył oczy. Zaklęcie graniczne, które go obudziło, poinformowało go również, że dzieciak wrócił.

Czyli przelotny bunt, tak jak przypuszczał.

Jeszcze za czasów szkoły zorientował się, że czasami konieczne jest pozwolenie ludziom na pewną swobodę. Oczywiście w odpowiednich granicach.

Ziewnął i przewrócił się na bok, podciągając wyżej kołdrę. Nawet on nie lubił wstawać aż tak wcześnie. Jego następny sen wypełnił zapach kwiatów.

xxx

– Black.

– Snape.

Nie skinęli sobie głową na powitanie, ale też w ich głosie nie słychać było szczególnej wrogości. Równie dobrze mogliby powiedzieć: zauważyłem, że przebywasz w tym samym budynku. Nic więcej, nic mniej.

– Dyre… Albus ogląda tamto wspomnienie? – spytał Snape, odwieszając płaszcz na wieszak. Mówił cicho, aby nie obudzić obrazu. Nie miał ochoty na utarczkę z rozwrzeszczanym portretem. Był zbyt zmęczony.

– Nie, Kingsley i Szalonooki wygrzebali parę własnych wspomnień o tym chłopaku. Analizujemy je teraz.

– Kuchnia?
– Salon. Góra, drugie drzwi po lewej. W kuchni było ciasno.

– Czyli reszta już jest?

Black wzruszył ramionami.

– Dyrektor mówił, że czekamy już tylko na ciebie. – W jego wzroku pojawiła się podejrzliwość, jakby dopiero teraz przypomniał sobie, z kim rozmawia. – Długo ci zeszło.

– Mam własne zadania.

Nie powiedział: ważniejsze, ale to i tak zawisło w powietrzu. Syriusz skrzywił się nieznacznie, ale nie skomentował tego. Wziął łyk kawy z trzymanego kubka i bez słowa wszedł na schody. I tak panował nad sobą lepiej niż Severus by się spodziewał. Azkaban dobrze na niego wpłynął.

Albo to, co mu zrobili pod koniec.

Snape poczuł, że skóra nieprzyjemnie go mrowi, jakby znowu przechodził przez bramę sprawdzającą zaklęcia. Potarł lewe przedramię bezmyślnie. Że też musiał akurat teraz zacząć myśleć o tamtym miejscu…

Jeśli Aurorat zorientuje się, że pomagają Blackowi, prawdopodobnie wszyscy tam wylądują. Może nawet w sąsiednich celach, dla towarzystwa.

Potrząsnął głową, gdy zorientował się, że jego myśli zaczęły dryfować. Wina przemęczenia, najpewniej. Przy rozmowie z Narcyzą pilnował, aby cały czas mieć się na baczności, zarówno jeśli chodzi o jego słowa, jak i myśli. Skoro Black twierdził, że w jego rodzinie nauka Legilimencji była tradycją, nie mógł wykluczyć, że kobieta również ma pewne przeszkolenie. I że Bellatriks również je przeszła, co w zasadzie tłumaczyło jej podejrzliwość. Kto zaufa człowiekowi, który wiecznie trzyma gardę? Nawet jeśli chodzi tylko o oklumencką barierę?

To dlatego Ślizgoni nie mają prawdziwych przyjaciół. Nie ma przyjaźni bez zaufania.

Inna sprawa, że większość jego znajomych z domu znajdowała się w więzieniu. Trudno utrzymywać kontakt przez strzeżone mury. Weźmy na przykład Blacka i Lupina...

– Panie profesorze, wejdzie pan na górę?

Jak znikąd pojawiła się przed nim dziewczyna o obcej twarzy, ale dzięki włosom – nastroszonym i bajecznie kolorowym – rozpoznał w niej Tonks.

– Tak – rzucił lakonicznie.

Patrzyła na niego uważnie, zbyt uważnie.

A on był zmęczony.

Schody dłużyły mu się, miał wrażenie, że mają więcej stopni niż powinny. Odruchowo zaczął liczyć, ale poddał się po ósmym.

Osiem to dobra liczba, było osiem praw alchemicznych i co prawda tylko dwóch założycieli czasopisma Warzyciel, ale sześciu innych mógł sobie wyobrazić dla dobra analogii.

– Siedzimy tutaj, profesorze.

Tonks zmieniła kolor włosów na bardziej stonowany, pewnie przypomniała sobie, że zawsze ją strofował. Durna dziewczyna, przecież nie chodziło o barwy, ale długość tych kudłów, w piątej klasie niemal zamiatała nimi podłogę. To dlatego zagroził, że jeszcze chwila, a wyjdzie z lochów łysa…

– Wreszcie jesteś. – Moody jak zwykle stał przy drzwiach, jakby uważał, że nawet w domu objętym Fideliusem może ich ktoś zaatakować. Na jego paranoi przynajmniej można było polegać. Oko wirowało jak zawsze. Pewnie zaglądał za ściany. Do sąsiadów. Wietrzył wrogów nawet w mugolach.

Pokój wirował.

– Tak, jestem – potwierdził Severus.

Uniósł dłoń do skroni. Skóra mrowiła. Musiał powiedzieć im o paru kwestiach, zanim mu uciekną. O tym, co Narcyza tak bardzo starała się ukryć. Problem w tym, że…

– Zostałem otruty – uświadomił sobie zanim upadł.

xxx

– Coś ty zrobił?

Miał ochotę go zamordować. Nie klątwą, klątwa to byłoby zbyt wiele jak na takie ścierwo. Po prostu zacisnąć ręce trochę mocniej na krtani i zadusić. Pragnął obserwować z bliska, czuć wręcz, jak zdycha, każdy podryg, każde szarpnięcie.

Pettigrew przemienił się w szczura, wyślizgnął. Nie dał rady dobiec do drzwi – Malfoy unieruchomił go zaklęciem paraliżującym nogi. Przez chwilę obserwował, jak gnój miota się pomiędzy swą ludzką i zwierzęcą formą, jedną nędzniejszą od drugiej, zbyt przerażony, aby zapanować nad przemianami.

– Zapytam ostatni raz: co im zrobiłeś?

Nie musiał podnosić głosu. Nie musiał nawet unosić różdżki. Pewne kwestie były po prostu oczywiste. Jak choćby ta, że jeśli mężczyzna nie odpowie natychmiast, szybko pożałuje, że nie skorzystał z okazji, by umrzeć przed paroma sekundami.

– Nie miałem wyjścia. To był rozkaz. Wiesz, jak jest z rozkazami. Jego rozkazami. – Wił się, próbując doczołgać do drzwi, jakby to w czymkolwiek mogło pomóc. Lucjusz zatrzasnął je nieznacznym ruchem różdżki. Pettigrew zapiszczał. Dziwny, irytujący dźwięk. Niegodny człowieka. – Ale nic im nie będzie. Przecież wiesz. Nie przychodziłbym tutaj, gdyby miała umrzeć. Zabiłbyś mnie wtedy. Trochę pośpią. Jeśli zrobisz, co trzeba. Tak powiedział. On. Wiesz kto. Przecież wiesz...

Mówił tak szybko, że Malfoy ledwo rozróżniał poszczególne słowa. Część z nich brzmiało też obco, jakby Pettigrew zapomniał, jak dokładnie je wypowiadać, jakby nie panował nad własną krtanią i językiem.

– Nie odpowiedziałeś na moje pytanie – przerwał mu w końcu.

– Bo nie wiem. Przysięgam. Bądź człowiekiem. Czy ja bym tu był, gdybym miał wybór? – Pettigrew osłonił głowę ręką, gdy Malfoy stanął tuż obok niego. Zacisnął mocno powieki. – Nie mam wspomnień. Nie wiem. Przysięgam. Wiem, co masz zrobić. Co powiedział. Nic więcej.

– Mów.

– Nie ufa ci. Znaczy on. Ja ci ufam.

– Po prostu przekaż wiadomość. – Z trudem powstrzymał się przed uderzeniem mężczyzny. Jeszcze nie teraz, zbeształ się w myślach, później.

– Wie, że coś ukrywasz, ale to nie ma znaczenia. Nigdy nie byłeś z tych lo… loja… – Pettigrew urwał.

– Lojalnych – dokończył za niego. – To oskarżenie mnie ubodło, przyznaję. Jeśli zaprowadzisz mnie do niego, z chęcią rozwieję jego wątpliwości.

Słowa były gładkie, łatwo układały się na języku, tak naturalnie. To samo mógłby powiedzieć, gdyby ktoś na korytarzu w Ministerstwie Magii zarzucił mu, że nie wywiązuje się poprawnie ze swoich zobowiązań podatkowych.

Nie rozumiał, czemu je wybrał. Nie były tym, co chciał powiedzieć. Ani tym bardziej tym, co chciał wykrzyczeć.

– Kontynuuj – rzucił doskonale obojętnym, wypranym z uczuć głosem.

– Nie możesz go spotkać. Je-jesze nie teraz. – Pettigrew błysnął białkami. Żyła pulsowała mu na skroni. – Ale możesz udowodnić, że Czarny Pan się my-myli. – Przełknął ślinę głośno. – Zbliża się czas rytuału jego odrodzenia. Jeśli on wróci do pełni sił, twoja żona oraz syn również. Oczekuje więc, że spełnisz swoje obowiązki… Ja też jestem potrzebny w tym rytuale. Jeśli zginę, wszystko się po-po-popsuje – dodał, odsuwając się gwałtownie, jakby oczekiwał, że Lucjusz rzuci w niego Avadą, gdy tylko skończy mówić.

Był domyślny.

– A co należy do moich obowiązków? – zachęcił go zwodniczo łagodnym tonem.

Pettigrew otworzył oczy tylko na moment, aby zerknąć na jego twarz. Zadrżał.

– Lucjuszu, błagam. Wiesz, że to był rozkaz. Nie miałem wyjścia.

– Wezmę to pod uwagę. Jak również to, że musisz przeżyć.

Mężczyzna znów przełknął.

Mały szkodnik. Śmieć niegodny klątwy.

– Musisz dostarczyć mu wroga. Obojętnie, którego z nich. Wiesz, o kogo... Ja-ja nie dam rady, bo zabezpieczenia… Nie chciałem tego robić. Przecież wiesz. – Rozpłakał się nagle. Jak dziecko. Jakże godne pożałowania. – Przecież wiesz.

Oczywiście, że wiedział. Ten tchórz nigdy nie naraziłby się, gdyby miał jakikolwiek wybór.

– Rozumiem – stwierdził Lucjusz.

A później postarał się, aby mężczyzna jednak nie zginął.

xxx

W Mungu nie byli pewni, na jakim oddziale umieścić Severusa i to – zaraz po fakcie, że sam Albus był bezradny – najbardziej Minerwą wstrząsnęło. Nie tylko nie potrafili Snape'a uleczyć, ale nawet postawić mu diagnozy. Ostatecznie wylądował na sali z ciężkimi przypadkami zatrucia, nie klątw, ale tylko dlatego, że sam to stwierdził tuż przed zapadnięciem w śpiączkę. A jeśli komukolwiek ufała w sprawie trucizn, to właśnie jemu.

Tymczasem miała wrażenie, że parę tabunów medyków przetoczyło się od świtu koło łóżka Severusa, z czego dwóch odważyło się nawet poprosić ją o opuszczenie sali na czas badania. Obydwóm odmówiła, nawet nie trudząc się szukaniem argumentów. Wystarczyło stanowcze spojrzenie i fakt, że niemal wszystkich z tego oddziału uczyła. Moody poprosił ją, aby patrzyła ludziom na ręce. Ten jeden raz przyznała mu rację.

Ten, Którego Imienia Nie Można Wymawiać powrócił.

Narcyza Malfoy przepadła wraz synem i mężem. Albus i Moody ich szukali.

Harry Potter mógł wciąż żyć.

To nie był moment, w którym odważyłaby się zaufać komukolwiek spoza Zakonu, który reaktywowali tej nocy. Obserwowała więc medyków czujnie, słuchała tłumaczeń, choć ich żargon brzmiał bardziej tajemniczo od jakiegokolwiek szyfru, którego oni używali w czasie wojny.

Co jakiś czas rozglądała się po sali, sprawdzając, czy leżące na niej osoby – dwie kobiety – wciąż znajdują się pod wpływem zaklęcia usypiającego, mimo że jeden z medyków powiedział jej, że budzone są tylko pod wieczór, do kontroli. Magiczny sen uśmierzał ból i przyspieszał proces leczenia. W pokoju było więc cicho, spokojnie. Jeśli mieli zjawić się jacyś goście, to najpewniej dużo później.

– Dzień dobry.

Drgnęła, odwracając głowę w stronę drzwi. Stał w nich Fawley. Jego twarz, jak zwykle, pozbawiona była wyrazu. W ręce trzymał pojedynczy słonecznik.

Przez chwilę McGonagall była w stanie tylko wodzić wzrokiem pomiędzy pustymi oczami dyrektora, a przyniesionym przez niego kwiatem. To mężczyzna przerwał impas.

– Dziękuję za informację.

– Informację?

– O jego stanie zdrowia.

– A. Tak, tak. Miał wypadek. – Minerwa odetchnęła lekko, otrząsając się. – Zatrucie oparami, najpewniej.

– Przyniosłem to dla niego.

Nie poruszył ręką, nie skinął głową na słonecznik, w żaden sposób nie pokazał, do czego się odnosi.

– To miłe, ale Severus na razie jest w śpiączce. Ale na pewno ucieszy się… – ledwo przeszło jej to przez gardło – ...gdy się obudzi.

– A kiedy to nastąpi?

– Medycy nie są pewni.

– Przed pierwszym września?

Kobieta zacisnęła dłonie na szacie. Krótki gest, który pozwolił jej się uspokoić.

– Na razie nic nie wiadomo.

Dyrektor cały czas nie wchodził do sali. To też drażniło. Choćby przez fakt, że musiała wykręcać głowę. Wygodniej byłoby wstać lub obrócić krzesło, jednak z jakiegoś powodu wszystko w niej buntowało się przeciwko temu.

– Byłem pod drzwiami domu, którego adres jest zapisany jako jego miejsce zamieszkania – powiedział Fawley, w żaden sposób nie odnosząc się do jej słów, nawet samym tonem głosu. – Jednak nikt nie otworzył.

– Nie ma rodziny.

– Kto go znalazł?

– Nie rozumiem…

– Gdy się otruł?

Nie spała tej nocy, dlatego kojarzyła wolniej. Potrzebowała paru sekund, aby przypomnieć sobie kłamstwo, które podała medykom.

– Dał radę się do mnie aportować.

– Przyjaciele?

I znowu, przeskok w rozmowie wytrącił ją z rytmu.

– Powiadomiłam ich.

– Więc do widzenia.

– Słucham?

– Wiem już wszystko. Jeśli się obudzi, proszę, aby poinformowała mnie pani listem.

Mężczyzna rzucił zaklęcie lewitujące na słonecznik. Ten przeleciał przez salę i opadł na szafkę obok szpitalnego łóżka. McGonagall zamarła, obserwując, jak dyrektor odchodzi. To było tak absurdalne…

Nagle znalazła się na nogach, przy drzwiach. Nie była pewna, co zamierza zrobić. Wyrzucić mu, że nie może tak podchodzić do swoich pracowników? Wygrał rozsądek. Obiecała, że przypilnuje Severusa do czasu, aż Zakon znajdzie Malfoyów. Nie mogła dać się rozproszyć.

A jednak kusiło, zwłaszcza że dyrektor zatrzymał się jeszcze na moment przed załomem korytarza i spojrzał w bok. Przez jedną krótką chwilę mogłaby przysiąc, że zauważyła na jego twarzy cień zaskoczenia, ale zbeształa się za głupią myśl. To by oznaczało, że ten człowiek przejawia ludzkie emocje.

Wróciła do sali, postawiła przewrócone krzesło i wyczarowała flakon.

xxx

Riddle zrobił sobie tosty i usiadł na werandzie z porannym wydaniem Proroka w ręce. Udało mu się zjeść jednego, zanim zauważył go Harry.

Chłopiec wyszedł, opatulił się mocniej bluzą i kichnął. Przez dłuższy moment nie mówił niczego, obejmując się ramionami. Riddle wrócił więc do czytanego artykułu. Odkryto nowy materiał, który nadawał się na rdzeń do różdżek i wykorzystywano go już w Austrii i Niemczech. Podobno doskonale sprawdzał się przy transmutacji. Niestety, jak zauważył sam dziennikarz, raczej wątpliwe, aby ta nowinka została zaakceptowana na Wyspach...

– Wypuść Nagini – palnął Harry znienacka.

– Nie.

Riddle nawet nie oderwał wzroku od tekstu.

– To jest mój wąż. I moje myszy.

– Za to moja bariera.

Tom jednak zdecydował się złożyć gazetę i wstać. Przy tej rozmowie wolał górować nad dzieckiem.

– Tom…

Z Harry'ego można było czytać jak z otwartej księgi. Złość. Zawziętość. Bezradność. Trochę strachu – wystarczyło, aby zrobił krok w jego stronę, żeby chłopiec drgnął. A przecież nie potraktował go surowo. Chwila bólu, zbyt krótka, by jego organizm odczuł ją w pełni.

– Zdejmę ją, kiedy Nagini zje myszy. Ewentualnie mogę zabić węża i oddać ci gryzonie.

– Nie!

Różdżka natychmiast znalazła się w ręce chłopca, jakby chciał w tej chwili bronić zwierząt własną piersią. Aż tak się przywiązał? Interesujące.

– Decyduj.

– Nie ma mowy. – Zdołał nad sobą zapanować, nie krzyczał. Dobrze przyswoił ostatnią lekcję. – Tom, przecież wiesz, że to nie ma sensu. Możesz skoczyć do sklepu…

– Ale tego nie zrobię. – W jego głosie i wzroku pojawiła się surowość. – Ponieważ to zwykłe myszy. Nie różnią się niczym od tych, którymi karmiłeś Nagini do tej pory.

– Ale te są moje…

– Cóż za egoizm – zakpił. – Żal ci zabawek?

– To nie tak. – Harry przygryzł wargę. Plecami ciasno przylgnął do tafli drzwi, ale Riddle mimo wszystko doceniał, że starczyło mu odwagi na ponowną konfrontację. – Po prostu… Przecież możesz dać jej inne… Mogę nawet rzucić na nie Imperio, jeśli chcesz.

– To tylko jedna część zadania. Druga polega na tym, żebyś nauczył się, że istoty, które lubisz, nie są szczególnie… istotne… dlatego że je lubisz.

Harry milczał. Tom wzruszył ramionami nieznacznie, jakby chciał powiedzieć: jak uważasz. Wziął talerz z resztą tostów i wsunął gazetę pod pachę.

– Przestań w końcu dręczyć Nagini – rzucił do dzieciaka, mijając go. – Jest głodna.

7