Zdecydowała się pójść. Bez peruki. Brzydziła się dotykać sztucznych włosów. Pewnie gdyby była z prawdziwych włosów, to też by się brzydziła. Może nawet jeszcze bardziej. Sprawę incognito miały załatwić wielkie okulary. Ubrała się też inaczej niż zazwyczaj. W bardzo rzadko noszoną sukienkę. Oczywiście nie stroiła się dla niego! W życiu! Chodziło o to, żeby jak najmniej przypominała samą siebie!

Czekał już na ławce pod drzewem. Rozglądał się nerwowo. Chyba jednak nie spodziewał się, że przyjdzie. Uśmiechnęła się pod nosem. Czyli nie jest aż tak pewny siebie, na jakiego się zgrywa!

- No, cześć! – przywitała się nonszalancko. Niech sobie nie myśli! – Jerome…

- Cześć, Chloe! – Uśmiechnął się i zerwał się z ławki. – Przyszłaś jednak.

- Przyszłam, bo zamierzam uciąć to całe nachodzenie mnie – oznajmiła wyniośle.

- Wcale cię nie nachodzę – odpowiedział szybko.

- A ta róża to sobie sama na nogach przyszła na próg mojego pokoju? – spytała sarkastycznie.

- No, trochę jej pomogłem. To fakt – przyznał się, ale z takim uśmiechem, że Chloe poczuła, że ciężko jej będzie grać dalej rolę wrednej dziedziczki.

- Takie praktyki nazywa się stalkingiem – wycedziła, starając się ze wszystkich sił nie tracić rezonu.

- Ja cię wcale nie prześladuję – odpowiedział obronnym tonem. – Nie chciałem cię urazić ani się narzucać. Dlatego stwierdziłem, że lepiej porozumieć się z tobą korespondencyjnie. Jeśli będziesz chciała się spotkać, to przyjdziesz. Jeśli nie, trudno. Decyzja była po twojej stronie. Ale chciałbym, żebyś wiedziała, że jestem przyjacielem, a nie wrogiem, Chloe.

- No dobra. Załóżmy, że ci wierzę. – Westchnęła i usiadła na ławce. – Nie mam zbyt wiele czasu.

- No tak, jutro szkoła. Trzeba odrobić lekcje.

- Sabrina pewnie mi je przyniesie wieczorem. – Chloe wzruszyła lekceważąco ramionami.

- Lekcje? – upewnił się. – Odrabia za ciebie lekcje?

- Sama się zaoferowała. Pozwoliłam jej. Tak robią przyjaciele, prawda?

- Nie miałaś nigdy ochoty sama odrobić lekcji? – zapytał z przekąsem.

- A niby po co? – zdziwiła się.

- No… Żeby się czegoś dowiedzieć…

- Mam od tego ludzi. Żeby wiedzieli i we właściwym momencie mi powiedzieli.

- A tak sama z siebie nie chciałabyś wiedzieć?

- Ale po co?

- No, żeby umieć rozmawiać z innymi ludźmi, mieć coś do powiedzenia, wyrobić sobie własną opinię.

- Och, w tym mieście wszyscy znają moją opinię na wszystkie możliwe tematy!

- Nie chciałabyś mieć czegoś do powiedzenia?

- Nie rozumiem cię. Przecież rozmawiamy. Mam do powiedzenia to i owo.

- Ale… - zawahał się. – Nie poszerzasz horyzontów…

- Masz mnie za jakąś ograniczoną?! – wrzasnęła na niego, a oczy zwęziły się w niebezpieczne szparki.

- Bynajmniej – odpowiedział spokojnie, a ona po raz kolejny ze zdziwieniem stwierdziła, że był to jedyny człowiek, który w ogóle nie przejmował się jej wyskokami. – Ale nie zawsze będziesz córką burmistrza. O czym będziesz rozmawiać wieczorami z mężem? Czego nauczysz swoje dzieci?

- Nie twoja sprawa, o czym będę rozmawiała z mężem! – obruszyła się.

- Może i nie moja. – Uśmiechnął się. – Ale mimo wszystko zależałoby mi na tym, żebyś …

- Co taki człowiek jak ty może wiedzieć o życiu takich osób jak ja? – przerwała mu. – Jesteś tylko gońcem.

- Tylko gońcem… - Pokręcił głową, ale po chwili spojrzał jej prosto w oczy i powiedział: - Umiem obserwować takich ludzi jak ty. Jako goniec wciąż z nimi przebywam. Widzę to i owo. A fortuna kołem się toczy. Widziałem już bogaczy, którzy tracili majątek w jeden dzień. Widziałem też takich, którzy mimo bogactwa nie gardzą innymi ludźmi. Czasami nawet okazują im szacunek, służą pomocą. Wiesz, Chloe… Myślę, że… - urwał.

- No, co myślisz? – spytała go wprost.

- Myślę, że gdyby odejście mamy cię nie zraniło dawno temu, to zaliczałabyś się do tej drugiej grupy ludzi.

Chloe spojrzała na niego i szybko odwróciła wzrok. Jak on się tego domyślił? A raczej jak śmiał powiedzieć to głośno? Nikomu nie było wolno mówić o jej mamie. A już na pewno o jakichkolwiek uczuciach z tym związanych! Tylko dlaczego nie potrafiła się na niego o to obrazić? Dlaczego zamiast go ofuknąć i odejść, ona miała ochotę się rozpłakać i przytulić do niego. Żeby ją pocieszył. On – zwykły najzwyklejszy goniec. Podglądacz i obserwator życia ludzi bogatych.

- To o czym chciałeś pogadać? – spytała nieswoim głosem, żeby zatrzeć te uczucia, które w niej obudził tymi słowami o mamie.

Znów to samo – pytanie wprost. Dlaczego nie umiała inaczej rozmawiać? Ale on najwyraźniej nic sobie z tego nie robił.

- O liście twojej mamy – odpowiedział poważnie.

- Skąd o nim wiesz?! – zapytała gwałtownie, zrywając się z ławki. Oczy zwęziły się w szparki. Oj, była wściekła.

- Przecież sam ci go dostarczyłem – wytłumaczył, znów tym spokojnym tonem, który sprawiał, że jej złość ulatywała w jednej chwili.

Chloe otworzyła oczy ze zdumienia i usiadła z powrotem. Z głowy wypadły jej wszystkie pytania i argumenty, którymi chciała go zniszczyć. Ona go zupełnie, ale to zupełnie nie kojarzyła. Naprawdę tak wyglądał ten posłaniec, który dostarczył jej list od mamy? Zamknęła oczy, żeby odtworzyć tę chwilę w pamięci. Ale nic. Nie widziała twarzy gońca, który przyszedł z listem.

- Ja… nie pamiętam ciebie – szepnęła.

- Nie dziwi mnie to. – Uśmiechnął się. – Większość ludzi, którym dostarczam przesyłki, nie zwraca na mnie najmniejszej uwagi. Nie poznaliby mnie, gdybym ich minął na ulicy, nawet jakbym zagadał do nich, czy… zatańczył…

- Czyli zrobiłeś to specjalnie? – syknęła dotknięta do żywego. – Chciałeś mi coś udowodnić?

- No coś ty! – zaprzeczył natychmiast. – Zwariowałaś? Po co miałbym to robić?

- Żeby mi pokazać, że jestem zimna i wyrachowana.

- Właśnie próbuję ci pokazać coś całkowicie innego!

- Nie wierzę ci – prychnęła. – Zabawiłeś się moim kosztem!

- Chloe, nie mów tak. To nieprawda! – zapewnił ją gorąco i chwycił za rękę.

W pierwszym odruchu chciała ją wyrwać, a jednocześnie czuła, że nie chce jej wyrywać. Co się z nią działo? Zmieszała się. Znów zapomniała o złości. Ten człowiek miał na nią dziwny wpływ.

- To co chcesz mi udowodnić w takim razie? – spytała pojednawczo, unikając jego wzroku i ignorując fakt, że wciąż trzyma ją za rękę.

- Że jesteś wrażliwa – odpowiedział prosto, nie owijając w bawełnę. Tak, jak i ona z nim rozmawiała. Wprost i na temat. Żadnych podchodów, krążenia wokół tematu, dygresji. I podobało jej się to.

- Nie jestem – zaprzeczyła.

- Właśnie, że jesteś. I dlatego chciałaś przeczytać ten list na osobności. I dlatego było ci przykro na twoim przyjęciu. I dlatego zgodziłaś się ze mną zatańczyć.

- Zgodziłam się zatańczyć, bo obiecałeś dać mi spokój. Niesłowny jesteś.

- Nie obiecałem. Uczciwie cię uprzedziłem, że jeśli zgodzisz się ze mną zatańczyć, wcale mogę nie dać ci spokoju.

- Och, być może. Wyleciało mi z pamięci! – rzuciła zdawkowo, choć było to oczywiste kłamstwo. – I wcale nie było mi przykro! Powiedziałam ci przecież, że jestem wściekła.

- Wiesz, Chloe… Wydaje mi się… - urwał nagle.

- No, co ci się wydaje? – ponagliła go.

- Wydaje mi się, że ta twoja wściekłość bierze się właśnie z przykrości. Ktoś ci sprawił przykrość na przyjęciu, więc obróciłaś to w złość.

- Jesteś psychoanalitykiem? – spytała sarkastycznie.

- Przepraszam – odpowiedział bez sensu, ściskając jej dłoń. Taki prosty gest, a on znów wytrącił ją z tej furii.

- Nie rozumiem. Za co?

- Teraz też sprawiłem ci przykrość. I dlatego chciałaś mi dokuczyć.

- Nie no, ty mówisz poważnie? – zaśmiała się nieprzyjemnie, ukrywając cały tajfun uczuć, które tym wyjaśnieniem obudził.

- Tak bardzo zraniło cię odejście mamy? – dopytywał się.

Nagle przeraziło ją, że on znów do tego wraca. Czego próbuje się doszukać? Zerwała się z ławki. Spojrzała na niego z zimną furią i wycedziła:

- Nie waż się nigdy więcej wspominać o mojej mamie!

I odeszła. Nie obejrzała się za siebie ani razu.