— Jovan, jak sytuacja? — odezwałem się cicho do komunikatora.

— Idą w waszą stronę, szefie — odpowiedział mi głos w słuchawce.

Popatrzyłem na Elsy i na Jormundusa i dałem im znak, by pozostali na miejscach, a sam zacisnąłem dłoń na moim pistolecie laserowym, szykując się do oddania strzału. Dobrze to sobie przemyśleliśmy — czekaliśmy na złodziei tuż przy jedynym niezabezpieczonym wyjściu z biblioteki Juno. Śledziliśmy tych heretyków już od paru tygodni, odkąd po raz pierwszy natknęliśmy się na ich ślad, a potem jak z nieba spadł nam cynk, że nasze podejrzenia były słuszne — ukryli się na Valarze. Był to wcale nieźle zorganizowany, ale wcale nie nad wyraz zmyślny kult. Nie czyniło ich to nijak mniej odrażającymi, ale stawiało nas przynajmniej w lepszej pozycji. Czysta, prosta robota bez możliwych komplikacji, po której z pewnością zbierzemy laury.

— Ilu? — zapytałem jeszcze.

— Czwórka, nikt nie przybył — odpowiedział mi głos mojego pilota. Skinąłem głową, choć wiedziałem, że nie może tego zobaczyć. — Hej, zaraz, coś mi nawala w tym złomie… Dobra, widzę. A nie. Jasna cholera, coś jest nie tak, pokazuje mi tylko trzech… Co, do… Jednego… Szefie, nie mam obrazu!

— Co on tam miauczy? — syknęła w moją stronę Elsy, zmarszczywszy rude brwi.

— Stracił sygnał — odrzekłem krótko. — Jovan, lepiej?

— A guzik, nic nie widać — odpowiedział zirytowany. — Co za złom, co za cholerna krypa, chrzanić tych zasranych Techadeptów…

— Wchodzimy — powiedziałem. Elsy i Jormundus skinęli głowami i ujęli broń w ręce. Postąpiłem w stronę drzwi, a potem gwałtownie je otworzyłem.

W eleganckim korytarzu wielkiego, starożytnego niemal gmachu biblioteki nie było ani śladu po intruzach. Nie dał się słyszeć nawet najcichszy szelest. Okna pozamykane, drzwi zamknięte i zabezpieczone kodem. Nie było nic, tylko ciężka, gęstniejąca cisza i ciepłe światło przestarzałych lamp.

— Szefie?

— Cicho — warknąłem. Postąpiłem jeszcze o parę kroków do przodu, wciąż z bronią w gotowości. — Sprawdźcie każdy kąt. Przecież nie wyparowali, do jasnej cholery!

W milczeniu przeczesywaliśmy pomieszczenie, ale im dłużej to trwało tym bardziej docierało do mnie, że jesteśmy tu sami.

— Wciąż nic, szefie.

— Widzę, do cholery.

— Arjan, masz coś? — dobiegł mnie głos Elsy. Zapragnąłem bardzo, bardzo szpetnie przekląć, ale ostatecznie ugryzłem się w język.

— Nic tu nie ma, dzieciaki — zagrzmiał Jormundus. Wytoczył się zza rogu i przyjrzał się nam obojgu z powagą.

— Coś musi być — upierałem się. — Przecież nie mogli tak po prostu zniknąć!

— Nie ma nic, chłopcze — powiedział Jormundus. — Ale nie zamierzam udawać, że potrafię to wyjaśnić.

Uczucie rozczarowania i upokorzenia nieubłaganie rosło.

Nie mogłem pojąć jak doszło do tego, że tak łatwo daliśmy się wykiwać.

— Kurwa mać! — zakląłem, uderzając pięścią w pulpit.

Jovan syknął ze złością, lękając się, że zrujnuję jego latające dziecko — to znaczy: mój statek. Ja natomiast miałam ochotę uderzyć raz jeszcze, lecz tym razem sobie samemu w łeb. Zacisnąłem zęby tak mocno, że sam byłem zaskoczony, że ich sobie nie połamałem.

— Jak? — odezwał się za moimi plecami stary Jormundus. Nawet na niego nie spojrzałem, wciąż pławiąc się w złości na samego siebie. Czego nie dopilnowałem? O czym zapomniałem? Wydawało mi się, że wszystko zaplanowałem w najmniejszych szczegółach, ale ci przeklęci po tysiąckroć heretycy i tak znaleźli jakąś lukę i zdołali zrobić z nas idiotów. — Jak do tego doszło?

— Wiedzieli — powiedziała krótko Elsy i to w istocie wydało mi się jedynym rozsądnym wyjaśnieniem tego niepojętego zniknięcia. — Skądś wiedzieli. Musieli nas rozgryźć. Albo włamali się na nasze kanały i zakłócili sygnał. Kto powiedział, że oni w ogóle byli w środku?

— Przecież ich widzieliśmy — zauważyłem.

— A jaką mamy pewność, że ich wiedźmy po prostu nie wtargnęły niepostrzeżenie do naszych umysłów? — zapytał Jovan. Słyszałem w jego głosie nutę paniki, która nic a nic mnie nie zaskoczyła. Histerycznie bał się wiedźm. — Te cholerne, zawszone…

— Uspokój się — fuknęła na niego Elsy, chyba osobiście tym atakiem paniki dotknięta. — Myślisz, że o to nie zadbałam?

— Ale jakimś cudem się dowiedzieli — odezwał się Rigel. Młody astropata jak zwykle stanął murem za Jovanem, nawet jeśli nie miał tyle śmiałości i odwagi, by wykrzykiwać wszystkim w twarz swoje poglądy.

— To jest jedna rzecz — zgodził się Jormundus. — Ale ja mam lepsze pytanie, dzieciaczki. Jak oni uciekli? Cała orbita jest obstawiona w satelity. Żaden ich nie wykrył.

— Może nie uciekli — podsunął Rigel. — Może wciąż są na planecie?

— Nie, byli na radarze, a potem nagle zniknęli — powiedziała krótko Elsy.

— Akurat ty, wiedźmo, powinnaś najlepiej wiedzieć, że taki sprzęt da się oszukać — odezwał się uszczypliwie Jovan. Zmrużył szare oczy i nerwowym ruchem ręki zmierzwił jasne, opadające mu na czoło włosy. Wpatrywał się w stojącą za moimi plecami Elsy z zaciętością, jakby rzucając jej wyzwanie.

— Nie taki — odpowiedziałem mu krótko. — Valar to jeden z najmniej rozwiniętych światów tego sektora, ale satelity są spoza świata, imperialnej produkcji. Nie wierzę, że parszywi heretycy mogliby jakkolwiek oszukać ich czujniki.

— Czy to nie ty, szefie, w kółko powtarzasz, że najgorszym co możemy zrobić, jest niedocenianie wroga? — zapytał złośliwe Jovan. — A sam to teraz co robisz?

— Aktualnie to biczuję się mentalnie za to, jaki ze mnie idiota.

— Nie mogliśmy tego przewidzieć — powiedział ugodowo Jormundus. Poczułem na ramieniu jego wielką łapę, ale wcale nie zrobiło mi się od tego lepiej. — Tak samo jak nie mogliśmy przypuszczać, gdzie uderzą. Gdyby nie ten cynk, w życiu byśmy ich nie dopadli. Valar był na szarym końcu naszej listy, taka prawda.

— A czego oni właściwie szukali? — zapytał Rigel, drapiąc się po łysej czaszce. Przez chwilę dłubał chudym palcem w jednym w zamontowanych w jego głowie gniazd, ale zaraz parsknął i tego poniechał. — Wybaczcie, ale przespałem całą tę zadymę.

Nie dziwiło mnie to, szczególnie po tym jak dużo czasu zajęło mu poprowadzenie tu statku przez Osnowę.

— Orżnęli bibliotekę w Juno — odpowiedział mu Jovan. Wyciągnął się na swoim fotelu pilota i ułożył nogi na pulpicie. — I to z książek, rozumiesz?

— Idioci — burknął Jormundus. Uniosłem głowę i na niego spojrzałem. Był wielki w każdym tego słowa znaczeniu. Wysoki, zarośnięty bujną brodą, którą z lubością zaplatał sobie w warkoczyki, choć liczył sobie bez mała sto lat, to wszelkie zabiegi przedłużające życie odniosły u niego jak najlepsze skutki — był potężnie zbudowany i choć ja sam odznaczałem się pokaźnym wzrostem, bo mierzyłem sobie trochę ponad sześć stóp, to on i tak przerastał mnie prawie o głowę. Gdy na jego twarzy malowała się surowość taka jak teraz, czułem się jak gówniarz, a nie szanowany Lord Inkwizytor z Odro Xenos, Łowca Obcych. — W Juno znajdowały się prastare mapy galaktyki. Skontaktujcie się z nimi, a gwarantuję: usłyszycie, że to właśnie je zwinęli.

— Mam pytanie — wtrącił niecierpliwie Jovan. — Wyjaśni mi ktoś łaskawie, dlaczego nie zajmuje się tym Ordo Hereticus? Albo Malleus, skoro mają wiedźmy? Zdawało mi się, że jesteśmy Łowcami Obcych, a nie heretyków.

— Obowiązek wobec Imperatora… — zaczęła Elsy, ale przerwałem jej ruchem ręki.

— Jormundusie, powiedz im.

— Te mapy i zwoje były eldarskie — powiedział krótko. — Zatem jak widzisz, chłopcze, to jednak robota dla nas. Ani się obejrzysz, a okaże się, że współpracują z nimi te ostrouche gnidy.

— Zdawało mi się, że przepadasz za eldarami — zasugerował złośliwe Jovan. Jormundus tylko na te słowa poczerwieniał.

— To, że uważam ich za interesujących nie znaczy, że za nimi przepadam — oświadczył z godnością. — A wynika z tego tyle dobrego, że przynajmniej ja jako chyba jedyny pośród całej tej hałastry mam o nich jakiekolwiek głębsze pojęcie. Łowcy Obcych od siedmiu boleści, też mi coś — parsknął pogardliwie i popatrzył na mnie. — Może Arjanowi oddam honory, ale twoja wiedza, chłopcze, i tak pozostawia wiele do życzenia.

— Dzięki za opinię — mruknąłem zgryźliwie.

Poczułem na ramieniu dłoń Elsy i to było dość, by humor poprawił mi się choć odrobinę. Podniosłem głowę i spojrzałem w jej gorejące, siarkowożółte oczy. Drobną, bladą rączką zmierzwiła mi włosy, a potem odgarnęła z twarzy swoje, długie, błyszczące i ogniście rude. Za każdym razem, gdy na nią spoglądałem, odnosiłem wrażenie, że nic piękniejszego nie może już stąpać po świecie, a ten zachwyt trwał mimo tego, że byliśmy ze sobą już prawie dziesięć lat.

Uśmiechnęła się, ale ja choćbym chciał, to nie mogłem jej odpowiedzieć tym samym.

— Skąd mogliśmy wiedzieć, że chodzi im o eldarskie księgi?

Nie mogliśmy, to prawda, ale mimo wszystko poczucie porażki mnie przytłaczało. Kiedy przed paroma tygodniami po raz pierwszy wpadliśmy na ich ślad, wydawało mi się, że ci heretycy to niezorganizowana grupa, w spontaniczny sposób oddająca cześć jednemu z odrażających bóstw Chaosu. Trochę podsłuchaliśmy, trochę wywiedzieli się moi szpiedzy, a potem, ni stąd ni zowąd, dostaliśmy od królowych informację o planowanym ataku, a ostatecznie udało nam się zastawić na nich pułapkę na Valarze. Myślałem, że to będzie proste. Myślałem, że przewidziałem wszystko. Już sobie wyobrażałem, jak będą o mnie mówić: że traktuję swoją służbę tak poważnie, że praca w obrębie własnego Ordo już mi nie wystarcza. Chciałem się wykazać, a poniosłem sromotną porażkę, na myśl o której wprost paliłem się ze wstydu, nawet sam przed sobą. Lord Inkwizytor Arjan Leuven, gotów ścigać nie tylko obcych, ale i heretyków, tak mieli o mnie mówić — a zasłużyłem co najwyżej na to, by mnie wyśmiali. Teraz, kiedy daliśmy się heretykom tak wyprowadzić w pole, zaczynałem wątpić, czy naprawdę byłem w swojej robocie tak dobry, jak mi się zdawało. Wcale nie byłem już taki młody, a czułem, że zrobiłem głupotę, jakbym wciąż był tylko gówniarzem na naukach u starego Inkwizytora Merasa.

Szybko odepchnąłem od siebie myśl o dawnym mistrzu wiedząc, że jeśli pozwolę sobie pomyśleć o nim choć przez chwilę, to wścieknę się jeszcze bardziej.

— No to co robimy? — zapytał Rigel, spoglądając po kolei po wszystkich. — Chyba nie damy im tak po prostu uciec, nie, szefie?

Parsknąłem pogardliwie.

— Pewnie, że nie — zgodziłem się jednak. — Jormundusie, dasz radę skontaktować się z kimś z powierzchni i poprosić o hologramy z biblioteki? O ile oczywiście jakiekolwiek się zachowały. Trzeba by też przesłuchać świadków, a skoro Striden i tak jest na powierzchni, to niech on się tym zajmie. Zależnie od tego, co zobaczymy i usłyszymy, zastanowię się, czy jest sens schodzić.

— Da się zrobić, chłopcze. — Jormundus skinął głową. — I nie wiń się za mocno. Wychodzi na to, że to będzie grubsza sprawa.

To akurat po tej porażce bardziej mnie martwiło niż pocieszało. Już po chwili zresztą Jovan wypowiedział na głos to, co mnie chodziło po głowie.

— Wiecie co — zaczął, marszcząc brwi. — Tak sobie myślę, że jeśli to są heretycy, i jeśli eldarzy mają z tym cokolwiek wspólnego…

— To muszą to być pomyleńcy z Commorragh — dokończył spokojnie Rigel. — Też o tym pomyślałem.

Elsy poruszyła się niespokojnie, a ja ścisnąłem jej dłoń.

Jak wszystkie brudne rasy zamieszkujące galaktykę były równie odrażające, tak Mroczni Eldarzy z Commorragh w mojej osobistej opinii zdołali wzbić się na wyżyny obrzydliwości. Dla nikogo, kto miał za sobą choćby szczątkowe szkolenie z zakresu wiedzy o obcych nie pozostawało było tajemnicą, że byli oni chyba najokrutniejszą rasą zamieszkującą Drogę Mleczną. Wprawdzie sam na własne oczy nigdy nie widziałem żadnej z ich ofiar, co nie było wcale takie dziwne, bo na ogół niewiele z nich zostawało, ale słyszałem wiele opowieści o tym, jak to ich mistrzowie tortur opanowali tę sztukę w stopniu pozwalającym na usunięcie z ciała nieszczęśnika wszystkich niemal kości w taki sposób, by jeszcze żył. Wydawało mi się, że byłem odporny na tego rodzaju historie, ale za każdym razem, gdy słyszałem coś o istotach z Commorragh, po moim ciele przechodził nieprzyjemny dreszcz. Czynili to nie tylko ku swojej własnej uciesze, choć i ona była znaczącym powodem, ale przede wszystkim w imię posłania w ręce jednego z bogów Chaosu, Slaanesha, czy też Mrocznego Księcia, jak go nazywali, jak najwięcej eldarskich dusz. Tych akurat nie było mi żal — sami przed tysiącami lat sprowadzili na świat swojego boga, czyniąc rzeczy tak odrażające, że Osnowa zrodziła z nich Slaanesha i moim zdaniem akurat oni zasługiwali na to, by skończyć w rękach swojego własnego dziecka. Niemniej jednak, tak jak Mroczni Eldarzy czcili Slaanesha, ochoczo składając mu ofiary, tak ich kuzyni ze Światostatków, mający się za prawowitych władców galaktyki, z równie wielkim zapałem zwalczali wszelkie przejawy oddawania czci bluźnierczemu bogu i oni właśnie najczęściej zostawali jego ofiarami.

Musiałem sam przed sobą przyznać, że miałem nadzieję, chodziło jednak o eldarów ze Światostatków, ale nie łudziłem się. Wiele złego można było o tych ostrouchych bestiach powiedzieć, ale z całą pewnością nie to, że wsparliby heretyków.

— Okaże się — powiedziałem tylko, ucinając temat.

Jovan natomiast zupełnie stracił mną zainteresowanie i przyjrzał się czemuś na pulpicie. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że spogląda na radar.

— Szefie — odezwał się. — Czy to możliwe, żebyśmy mieli pasażera na gapę?

Uniosłem wysoko brwi.

— Nie wchodzi w rachubę — powiedziałem. — Zresztą, przez tyle tygodni podróży na pewno byśmy zauważyli, nawet gdyby ktokolwiek jakimś cudem zdołał obejść zabezpieczenia. Ten twój śmieć do niczego się nie nadaje, już dziś widzieliśmy jego pokaz — burknąłem. Kiedy Jovan milczał, spytałem: — A co?

— Coś się rusza nad nami, na drugim mostku.

Podniosłem się i popatrzyłem mu przez ramię na ekran. Miał rację. Czujnik wyraźnie pokazywał ruch.

— Kiedy się pojawiło? — zapytałem. Natychmiast poczułem, jak robię się jeszcze bardziej spięty. Najpierw heretycy znikają bez śladu, po prostu znikają. Teraz coś — albo ktoś — pojawia się nagle i zupełnie bez powodu, w absolutnie niemożliwy sposób, na moim własnym statku. Nic a nic mi się to wszystko nie podobało.

— Przed chwilą — powiedział pilot. — Szefie, nie bierz mnie za idiotę, ale jaka jest szansa, że oni mogą się teleportować?

— W zasadzie to nie jest takie głupie — odezwał się Jormundus. — Eldarzy mają Portale Aspektu, to takie jakby transmitery, dzięki którym mogą przemieszczać się w Osnowie szybciej niż my, właściwie mogą sobie przechodzić z miejsca na miejsce, ale…

— Jormundusie, czy ja ci wyglądam na kogoś, kto trzyma na pokładzie jakiś przeklęty eldarski teleporter? — zapytałem ze złością. — To nie jest coś, co da się przeoczyć.

Tak było w rzeczy samej. Zresztą, te ich Portale Aspektu musiały być budowane przez ichnie wiedźmy-budowniczych, nazywanych ładnie Piewcami Upiorytu. To nie było coś, co dało się łatwo skonstruować albo niepostrzeżenie wnieść na pokład statku.

— No to trzeba to sprawdzić — powiedział krótko Rigel i było to chyba najrozsądniejsze stwierdzenie, jakie dotąd padło. Nie mogłem się z nim spierać.

— Chłopcy, zostańcie tutaj — powiedziałem do Rigela i Jovana. — Elsy, Jormundusie, chodźmy.

Posłusznie udali się za mną najpierw na korytarz, a potem na schody prowadzące na wyższy poziom. Znajdował się tam wyłącznie drugi mostek: miejsce, którego wszyscy szczególnie unikali podczas tranzytu przez Osnowę, lękając się tego, co mogliby ujrzeć za przeźroczystymi panelami, wychodzącymi na pustą przestrzeń.

— Zamknięte — powiedziałem ze zdziwieniem, gdy odczytałem runy na wyświetlaczu przy wejściu.

— No i co?

— Od zewnątrz.

Elsy i Jormundus popatrzyli na siebie ze zdziwieniem, a ja położyłem dłoń na rękojeści mojego energetycznego ostrza. Wolałem mieć broń w pogotowiu, cokolwiek za tymi drzwiami się czaiło.

— Gdzie to coś stoi? — zapytała Elsy. Pojąłem, że przez komunikator pyta o to Jovana.

— Daleko od was, przed samym panelem — odpowiedział głos w głośniczku. — Już się nie rusza, ale radar wciąż to wykrywa.

Lewą ręką wstukałem kod i odsunąłem się, niepewny czy odczyty nie zostały w jakiś sposób sfałszowane.

Drzwi otworzyły się, ale nie stało się nic z rzeczy, których podświadomie się spodziewałem. Byłem gotów na to, że jakaś bestia rzuci się na mnie, zaatakuje, że ktoś ciśnie we mnie granatem plazmowym albo jakimś innym, równie przyjemnym złomem, ale nic podobnego nie zaszło. Natychmiast jednak ujrzałem intruza.

Stał, jak powiedział Jovan, tuż przed najdalszym panelem, odwrócony do nas plecami, wysoki i smukły, odziany w czarny, sięgający kostek płaszcz, spod którego wystawały tylko buty w tym samym kolorze. Zarówno po zarysie sylwetki, jak i długich, rudozłotych włosach, zaplecionych w gruby warkocz zorientowałem się, że to kobieta, choć bardzo wysoka, na moje oko niemal równa mi wzrostem. Nad jej głową malowały się imponujące, jakby żłobione w drobne wzory rogi.

W pierwszej chwili pomyślałem, że to jakiś demon przypełzł z Osnowy, ale szybko odrzuciłem od siebie tę myśl, bo gdyby tak było, to z całą pewnością już byśmy nie żyli.

— Kim jesteś? — zapytałem.

Ostrożnie stawiając kroki wszedłem na mostek, a Jormundus i Elsy podążyli za mną. W ręku trzymałem energetyczne ostrze. Intruz, wciąż stojąc tyłem, odwrócił głowę w naszą stronę tak, że widziałem jego profil. Przeraziła mnie biel jego twarzy, a dopiero po chwili pojąłem, że nosił maskę, bardzo androgeniczną, przypominającą raczej twarz mężczyzny niż kobiety. Zawahałem się, nie będąc już taki pewny jakiej płci był stojący przed nami osobnik, choć tak jak płeć pozostawała dla mnie tajemnicą, tak jasnym stało się, z kim mam do czynienia. To był eldar, eldarski Arlekin, jeden z ich najbardziej zabójczych wojowników.

To wiele wyjaśniało. Uczyli mnie, że Arlekini jako jedyne istoty pośród nie tylko eldarów, ale i wszystkich stworzeń zamieszkujących galaktykę posiedli zdolność wkraczania w Osnowę samą tylko siłą woli. Nie chciało mi się w to wierzyć, ale jeśli to faktycznie była prawda, to jasnym stało się, jak ten ktoś pojawił się na moim statku. Tyle tylko, że równie oczywistym było teraz dla mnie to, że eldarzy w istocie mieli coś wspólnego z heretykami. Nie znajdowałem żadnego innego powodu ku temu, by pojawił się tu tak skuteczny zabójca, jak tylko to, by się nas pozbyć.

— Gościem — odpowiedział wzorowym Wysokim Gotykiem Arlekin. Głos miał zniekształcony przez rogatą maskę i wciąż ciężko było mi określić, czy należał on do kobiety, czy mężczyzny. — Nie wydaje mi się, by było uprzejmym witać gości z mieczem w ręku, zatem proszę was o odłożenie broni.

— Bezczelny, ostrouchy… — wycedziła Elsy. Uniosła dłoń, a powietrze dookoła nas zadrżało i zrobiło się zimne, kiedy użyła swoich psionicznych mocy. Na jej twarzy malowało się zacięcie, które jednak zaraz spłynęło, ustępując miejsca zdziwieniu.

— Nie działa — wyszeptała. — Moja moc nie działa…

— Oczywiście — odpowiedział jej spokojnie i cicho Arlekin.

Odwrócił się w naszą stronę i teraz już w całej okazałości widziałem w nim Arlekina. Choć płaszcz nosił czarny, holokostium pod nim miał pstrokaty — połowicznie wykonany z tego samego materiału co płaszcz, natomiast jedną nogawkę — lewą — i rękaw — prawy — miał kolorowy, w czerwono-niebieski wzór przypominający mi raczej kostiumy dawnych cyrkowców niż odzienie wojownika. Tego obrazu dopełniał tylko szeroki, czarny pas z przytwierdzonym do niego błękitnym kryształem. Nie dałem się jednak zwieść temu na pozór śmiesznemu wyglądowi. Arlekini słynęli ze swojej skuteczności. Podobno potrafili się poruszać tak szybko, że ludzkie oko miało duże kłopoty z zauważeniem tego ruchu. Póki co jednak eldar ani drgnął.

Jormundus złapał Elsy za ramię.

— To Soliter — powiedział jej po cichu i poważnie. Ku swojemu zaskoczeniu, usłyszałem w jego głosie pewną fascynację. — Na nich twoja moc nie działa, bo…

— Ponieważ nie mamy duszy — dokończył za niego eldar. — Nie masz nade mną żadnej władzy, ludzka kobieto. Odejdź.

Eldar uniósł rękę, a Elsy poleciała w tył, jednak nie tak, by zrobić sobie krzywdę, a zaraz za nią zamknęły się drzwi, choć nie uczyniłem nic, co mogłoby to spowodować. Nie pojmowałem, do czego ksenos zmierzał, natomiast tym, co zajęło moje myśli, był fakt, że nie mając duszy posłużył się psionicznymi zdolnościami.

Wyczytał to pytanie na mojej twarzy, bo spod maski dobiegł mnie cichy śmiech, a potem słowa:

— Nas, Aeldari, nie dotyczą ludzkie ograniczenia — powiedział powoli Soliter. — Wasi Nietknięci wraz ze swą duszą tracą psioniczną moc. Aeldari to nie dotyczy.

— Czego chcesz? — zapytałem. Nerwowo zaciskałem rękę na rękojeści miecza energetycznego, choć wiedziałem, że nijak nie ochroni mnie on przed eldarskim psionikiem.

— Nie przychodzę tu, by was skrzywdzić.

— Nie zgłupiałem jeszcze do reszty, by ufać eldarskiemu ścierwu — wycedziłem przez zęby. Ku mojemu zdziwieniu, eldar roześmiał się.

— Jeśli chcesz, możemy zawalczyć, skoro to ma oczyścić twoje sumienie — powiedział. Szczupłą dłonią sięgnął po ukryty pod płaszczem miecz z bladego, przypominającego kość upiorytu.

Zirytowało mnie to stwierdzenie, podobnie jak jego pogardliwy ton. Wiedziałem, że chce ze mnie zakpić, ale, na Złoty Tron, było nieco prawdy w tym, co powiedział. Musiałem choć postarać się zachować honor, nawet jeśli wiedziałem, że nie będąc psionikiem nie mam właściwie szans z eldarską wiedźmą.

— Arjan… — zaczął Jormundus.

— Cicho — warknąłem. Złapałem pewniej rękojeść miecza i ruszyłem w stronę eldara. Jego maska śmiała się do mnie. Arlekin tylko stał i czekał.

Uchylił się przed moim ciosem tak szybko, że ujrzałem dosłownie kolorową plamę rozmazaną przed moimi oczyma. Holokostium zamigotał i niemal mnie oślepił, dokładnie tak jak mnie uczono. Odwróciłem się i ciąłem na oślep, ale moje ostrze przecięło powietrze. Do moich uszu dotarł śmiech, który tylko bardziej mnie rozsierdził.

Eldar stał o parę kroków dalej, bliżej Jormundusa. Z otworów maski wyzierały na mnie jasne oczy o niewiadomym kolorze pośrednim między bardzo jasną zielenią a szarością. Źrenice odbijały światło niczym kocie i było w nich coś obrzydliwie nieludzkiego.

— Nie zamierzam cię skrzywdzić, Inkwizytorze — powiedział eldar.

— To zupełnie przeciwnie niż ja ciebie — odpowiedziałem, choć liczyłem się z tym, ze to czcza groźba. Eldar też tak uważał, bo westchnął ze zniecierpliwieniem.

Natarłem na niego, a on ani drgnął. Zacząłem się już zastanawiać, czy na pewno ma dobrze w głowie, bo wciąż stał w miejscu, gdy unosiłem miecz, oraz gdy w niego wymierzyłem. Przez krótką chwilę pomyślałem, że pozwoli mi się zranić, ale ta nadzieja szybko prysła. Gdy ostrze znalazło się o mniej niż cal od niego, on po prostu zniknął. Rozejrzałem się, zdezorientowany, ale nigdzie go nie dostrzegłem.

Dokładnie w tym momencie poczułem, jak ktoś kopie mnie w tyłek.

Runąłem na ziemię jak długi, wyciągając przed siebie ręce, by nie pociąć się własnym mieczem. Miał siłę, choć nie wyglądał. Czułem się upokorzony i żałosny.

Chciałem się podnieść, ale dokładnie w tym momencie poczułem na swoim karku but, który docisnął mnie do ziemi.

— Dość? — zapytał mnie uprzejmie eldar.

— Jak to zrobiłeś, wiedźmo? — wycedziłem, choć przypuszczalnie znałem odpowiedź.

— Osnowa stoi dla mnie otworem — odpowiedział tylko. — I jestem kobietą, mon-keigh — dodała pogardliwie.

A zatem pierwsze wrażenie mnie nie zmyliło. Eldarscy mężczyźni byli tak samo smukli i wiotcy jak ich kobiety i doprawdy ciężko było się nie pomylić.

— Dość? — zapytała mnie raz jeszcze.

Ale ja nie miałem dość i nie zamierzałem się poddać. Tak szybko, jak tylko było mnie na to stać, złapałem ją za chudą kostkę i szarpnąłem jej nogę. Poleciała całym swoim ciężarem najpierw prosto na mnie, wbijając mi kościste kolana w plecy, a potem przeorała maską po ziemi. Uśmiechnąłem się triumfalnie na widok zarysowań na jej białej powierzchni. Być może nie byłem w stanie zadać jej prawdziwych ran, ale to dało mi satysfakcję.

Pojmowałem, oczywiście, że nie zamierzała nikogo skrzywdzić. Gdyby chciała, wszyscy już dawno temu bylibyśmy martwi. Niemniej jednak nie zamierzałem pozwolić jej postawić na swoim i po prostu się poddać. Nie upadłem tak nisko, by wchodzić w porozumienia z eldarskimi śmieciami.

Złapałem miecz i spróbowałem ją ciąć, ale rozpłynęła się w powietrzu nim zdążyłem zadać cios.

W chwilę później wskoczyła mi na plecy i ramieniem otoczyła szyję. Miała mocny uścisk i aż brakło mi tchu.

— Dość, mon-keigh? — zapytała, przyciskając twarz do mojego policzka. Poczułem na skórze chłód jej maski.

— Po moim trupie — wycedziłem. Złapałem ją mocno i gwałtownie się pochyliłem, starając się zrzucić ją przez głowę na podłogę.

Poskutkowało. Uderzyła w ziemię plecami i widziałem, jak na krótki moment zesztywniała z bólu. Znów spróbowałem zadać jej cios, a ona ponownie zniknęła.

— Tchórz! — zawołałem ze złością, kręcąc się i rozglądając dookoła. — Jak wszyscy twoi bracia! Zamiast stanąć do uczciwej walki, będziesz uciekać, ty…

Jej łokieć wyłonił się z nicości i boleśnie celnie trafił mnie w szczękę. Poczułem w ustach smak krwi. Podniosłem na nią oczy, ale ona już na mnie nie patrzyła. Spoglądała na Jormundusa, który celował w nią z pistoletu laserowego.

Nie wierzyłem w to, co ujrzałem, ale zdołała się uchylić przed pociskiem. Słyszałem historie, że Soliterzy potrafią lawirować pomiędzy wiązkami lasera, ale zawsze sądziłem, że były przesadzone. Myliłem się — w żadnym razie takie nie były.

Jormundus wpatrywał się w nią z takim samym niedowierzaniem jak ja. Pojąłem, że mamy duże kłopoty. Naprawdę bardzo duże kłopoty, bo na chwilę obecną nie byliśmy w stanie się przed kimś takim bronić.

— Dość — powiedziała wreszcie.

Głos miała spokojny. Przez chwilę jeszcze patrzyła na Jormundusa, jakby chciała się upewnić, czy więcej nie strzeli, a potem przesunęła spojrzenie na mnie i wyciągnęła do mnie dłoń, by pomóc mi się podnieść po ciosie, który mi zadała. Odtrąciłem ją, prychnąwszy pogardliwie.

— Czego chcesz? — zapytałem raz jeszcze.

Do moich nozdrzy dotarł dziwny, słodki zapach palonego cukru i dopiero po długiej chwili zrozumiałem, że to ona tak pachniała. Jej ruchy były dziwne, dostrzegałem w nich coś nieludzkiego: były zbyt płynne i eleganckie jak na człowieka. Aż oczy bolały od patrzenia na nią.

Abominacja i obraza Imperatora. Oto, co w niej widziałem.

— Tego samego, czego ty chcesz, Inkwizytorze — powiedziała. — Zabić heretyków.

— A co jacyś heretycy obchodzą takich jak ty? — zapytałem.

— Myślisz, że nie wiem, że zagarnęliście nasze księgi? — zapytała spokojnie. — Nie jestem tak odważna, by w pojedynkę udać się na Imperialny świat, nawet jeśli w każdej chwili mogę zniknąć w Osnowie — wyjaśniła. — Niemniej jednak, skoro ktoś inny już się tam pofatygował, chętnie odbiorę z ich rąk co nasze. Heretyków mogę zostawić tobie, Inkwizytorze — powiedziała krótko. Potem popatrzyła na Jormundusa. — Podejdź, mon-keigh. Nie chcę was skrzywdzić.

Jormundus usłuchał jej i się zbliżył. Widziałem w jego czarnych niczym żuki oczach niepewność, ale i pewną fascynację. Westchnąłem. Nie była dla mnie tajemnicą jego fascynacja eldarami, nawet jeśli jej nie podzielałem. Wiedziałem, że będę musiał go mieć na oku, inaczej ta ksenoska wiedźma, czegokolwiek naprawdę chciała, mogła z łatwością go zmanipulować.

— I to wszystko tylko z powodu ksiąg? — zapytałem sceptycznie. — To jest dla ciebie tyle warte, by spoufalać się z brudnymi mon-keigh?

Patrzyła na mnie długo, a w jej dziwnych, jaśniejących ślepiach dostrzegałem tylko spokój.

— Czuję się zniesmaczona tym, jak mało o nas wiesz, a do jak śmiałych osądów się posuwasz, mon-keigh — powiedziała wreszcie. — Nasze dziedzictwo jest dla nas śmiertelnie ważne, a moim obowiązkiem jest odzyskać to, co skradzione, i zwrócić to tam, gdzie jego miejsce.

— Do Czarnej Biblioteki — powiedział cicho Jormundus.

— Do Czarnej Biblioteki — potwierdziła eldarka.

Słyszałem trochę o Czarnej Bibliotece — był to Światostatek ukryty gdzieś głęboko w Osnowie, skrywający wszelką wiedzę, jaką Eldarzy kiedykolwiek zgromadzili, w tym obszerne kompendium na temat zakazanych spraw Chaosu. Nikt nie miał do niej dostępu, poza Soliterami i członkami Czarnej Rady — najwyższych arcyproroków ze wszystkich Światostatków.

— Te skradzione księgi są tak ważne? — zapytałem sceptycznie.

Eldarka długo na mnie patrzyła nim się odezwała.

— Nie masz pojęcia, w co się wmieszałeś, prawda? — zapytała mnie z pewnym politowaniem.

— Konkrety, eldarko — powiedziałem niecierpliwie. — Konkrety.

— Mam na imię Iserith — wypaliła niemal ze złością. — Nie widzę powodu, byś miał nazywać mnie „eldarką".

— Iserith — powtórzył Jormundus. Widziałem, że przepadł. Widziałem, że pokusa poznania eldarskich tajemnic była dla niego zbyt wielka. — Ja się nazywam Jormundus, a ten dzieciak…

— Arjan Leuven — przerwałem mu niecierpliwie. — Lord Inkwizytor — dodałem, żeby nie miała wątpliwości. Nie sprawiała jednak wrażenia, jakby ten tytuł zrobił na niej wrażenie. Może czuła się dostatecznie pewnie, by jej to nie obchodziło, a może po prostu nie rozumiała, z kim ma do czynienia, ciężko było mi zdecydować.

— Ładne imię — stwierdziła wreszcie, a ja aż poczerwieniałem ze złości, biorąc to za kpinę.

— Do rzeczy — powiedziałem z naciskiem.

— Nie wiem do czego zmierzają — powiedziała więc — ale jasnym jest dla mnie, że poszukują dawnych eldarskich artefaktów. Wiem, że chcą odnaleźć pewną kulę. Mapę, która poprowadzi ich do tego, co pragną zdobyć.

— Rozumiem — powiedziałem krótko i chłodno. Zatknąłem wreszcie za pas miecz energetyczny i lewą ręką zmierzwiłem swoje czarne włosy. Poparzyłem na nią poważnie. — Zatem dlaczego ich nie powstrzymasz? — zapytałem.

— Jak wam uciekli? — odpowiedziała pytaniem tak, jakby mojego zupełnie nie słyszała. Znów się rozzłościłem. Przeklęte, eldarskie ścierwo.

— Zniknęli z radarów — odpowiedział jej Jormundus. — Cholera wie gdzie ich wcięło.

— Ja wiem — powiedziała krótko Iserith. — Mieli pomoc.

— Twoją? — zakpiłem.

— Nie.

— Zatem twoich braci?

— Ci z Commorragh nie są moimi braćmi — oświadczyła krótko i oschle. — Ale znam kogoś, kto im pomógł.

— Zatem czemu go nie ścigasz?

— Bo jestem wobec niego bezsilna.

Jormundus zmarszczył brwi.

— Daruj, dziecino, ale po tym, co tu odstawiłaś…

— Jest Nietknięty — przerwała mu. — I bardzo potężny.

— Eldarzy nie mają Nietkniętych — zauważyłem.

Czasami człowiek miał pecha i rodził się bez duszy. Nie miał psionicznych zdolności, podobnie jak żadne czary na niego nie działały. Dostatecznie potężny, mógł odbierać psionikom moc w promieniu wielu mil. Mówiło się, że czasami sam dotyk Nietkniętego mógł sprawić, że wiedźma postrada zmysły, a nawet życie. Tacy ludzie stanowili doskonałą broń przeciw psionikom, choć oczywiście tylko tak długo, jak nie dosięgnął ich pocisk z boltera.

— Nie mają — zgodziła się powoli. — Ale on jest Nietkniętym.

Niczego mi to nie wyjaśniło, ale pojąłem, że nie zamierza powiedzieć nic więcej, a ja nie miałem sił, by to z niej wyciągnąć. Może to po prostu nie był eldar i nie należało zaprzątać sobie tym głowy — ja i tak nie byłem psionikiem, zatem niczego to nie zmieniało.

— No dobrze — powiedziałem powoli. — Zatem Nietknięty. Niech będzie. Czyli potrzebujesz pomocy. A skąd pomysł, że ja ci jej udzielę?

— Postawisz wyżej dumę niż obowiązek, Inkwizytorze? — zapytała mnie niemal uprzejmie i to poruszyło we mnie pewną strunę. — Jeśli pomagają im spiskowcy z Commorragh, to sami sobie nie poradzicie. Ale ja mogę wam pomóc, tak jak wy możecie pomóc mnie.

Mogłem czuć do niej odrazę i wstręt, tak właśnie zresztą było, jednak nie mogłem odmówić jej racji. Nigdy nie postawiłbym własnej dumy ponad obowiązkiem wobec Imperatora, z jakim wiązał mnie mój urząd.

— Myślałem, że wasi bracia z Commorragh lękają się Slaanesha — powiedział powoli Jormundus.

Eldarka aż syknęła, słysząc to. Bardzo przypominała mi w tym prychającą ze złości kotkę.

— Nie wymawiaj imienia Tej, Która Pragnie — syknęła. Przewróciłem na to oczami, ale zupełnie mnie zignorowała. — Lękają się jej, to prawda. Uważam, że próbują ich zwieść i zagarnąć te tajemnice dla siebie. A skoro tak im zależy, to muszę ich powstrzymać. Nie wolno im zagarnąć dziedzictwa moich przodków.

— Tych samych, którzy sprowadzili na świat Slaanesha, czy też tych późniejszych, którym wciąż zdaje się, że mają prawa do panowania nad galaktyką? — zapytałem ją pogardliwie.

Z jej gardła wydobyło się ciche, ostrzegawcze warknięcie. Bardzo przypominała mi zwierzę w pewnych zachowaniach. Spodziewałem się, gdyby nie miała maski, ujrzeć wyszczerzone, ostre zęby.

— Daj spokój, chłopcze — powiedział mi Jormundus. Cholerny fanatyk. Był wspaniałym przyjacielem i wiernym członkiem zespołu, ale w swoich zainteresowaniach za grosz nie miał poczucia przyzwoitości. Czułem, że on już zdecydował się jej pomóc. Na Złoty Tron, dlaczego to musiało spotkać mnie?

A może, pomyślałem, może to była szansa na to, by jednak tych heretyków dopaść. Zależnie od tego, o co im właściwie szło, mogłem zagarnąć też eldarskie księgi. Wiedziałem, że ta wiedźma rozszarpałaby mnie za to gołymi rękoma, ale nikt nie powiedział, że dam jej ku temu okazję. Mógłbym dorwać księgi, a być może nawet i ją. Nie byłem tak nawiedzony, by odrzucić pomocną dłoń, jeśli mogła być przydatna, ale moje przyjazne zamiary były tymczasowe. Wiedziałem, gdzie moje miejsce i wiedziałem, gdzie jej miejsce. Moim obowiązkiem było ją zabić, choć być może jeszcze nie teraz.

Długo na nią patrzyłem, nim zdecydowałem się jej odpowiedzieć, a mimo to i tak czułem, że wolałbym odgryźć sobie język niż się na to zgodzić.

— Dobrze — powiedziałem wreszcie. — Niech będzie. Ale licz się z tym, że moje zamiary są przyjazne tak długo, jak jesteś przydatna, wiedźmo.

Rozbawione westchnienie, które dobiegło mnie zza jej demonicznej maski sprawiło, że krew zawrzała mi w żyłach ze złości.