— Czyś ty już do reszty oszalał? — zapytała mnie ze złością Elsy.
Wbijała we mnie swoje gorejące, siarkowożółte oczy, a dłonie wsparła na biodrach. Musiałem się wzbić na wyżyny swojej samokontroli, aby pod tym sporzeniem nie zadrżeć, nawet jeśli wyglądała przy tym jak naburmuszona dziewczynka.
Spotkaliśmy się wszyscy na mostku, upewniwszy się, że eldarka czeka w jednym w pustych pomieszczeń, w którym Jormundus naprędce zorganizował jej jakieś prowizoryczne lokum. Kazałem jej tam zostać i czekać i, choć oczywiście wiedziałem, że usłuchała mnie z grzeczności, a nie z obowiązku, obserwowaliśmy na czujnikach, czy aby na pewno zrobiła, jak obiecała. Widziałem, jak krążyła chwilę po pomieszczeniu, a potem zamarła. Zastanawiałem się, czy siedzi i cierpliwie czeka, czy raczej udało jej się swoją bluźnierczą magią oszukać odczyty urządzeń pokładowych. Właściwie to nie miałem żadnej pewności co tego, jak było naprawdę i ta niewiedza doprowadzała mnie do szału.
— A co niby mam, twoim zdaniem, zrobić, co? — zapytałem.
— A czy to ja jestem Inkwizytorem, żeby o tym myśleć? — odcięła się psioniczka.
Popatrzyłem na nią i aż mnie trzęsło ze złości. Elsy też była wściekła i widziałem, do jakiego stopnia przerażał ją brak kontroli. Zawsze gdy się bała robiła się nieprzyjemna i opryskliwa, a ponieważ tylko ja byłem na tyle głupi, by się z nią związać, to właśnie mnie najmocniej się obrywało, już od ponad dziesięciu lat.
— Uspokójcie się — zagrzmiał Jormundus. Popatrzył na nas wszystkich, w tej liczbie również milczących dotąd Jovana i Rigela, z wyraźnym zniecierpliwieniem. — Arjan, Elsy, jak macie sobie coś do powiedzenia, to na osobności, nikt tutaj nie ma ochoty być świadkiem waszych agresywnych amorów…
Jovan parsknął głośnym i nieopanowanym śmiechem, słysząc to. Jormundus poczerwieniał tak bardzo, że nawet jego uszy się zaróżowiły.
— AMORÓW? — wychrypiał Jovan. Nie przypuszczałem nawet, że człowiek jest w stanie wydac ze swojego gardła podobne rżenie. — Jasny gwint, Jormundusie, toś popłynął…
Rigel zdzielił pilota w tył głowy i przybrał bardzo zniesmaczoną minę.
— Przymknij się, kretynie.
— Dziękuję — rzuciłem oschle w stronę Rigela. Jovan wprawdzie się przymknął, ale wciąż uśmiechał się jak idiota. Byłem na niego zły, ale o brak należycie poważnego spojrzenia na tę sprawę. Mieliśmy na pokładzie statku, czy tego chcieliśmy, czy nie, eldarską wiedźmę, która na dodatek potrafiła znikać i wyłaniać się z Osnowy gdzie jej się żywnie podobało. To był problem, a ten idiota rżał z głupiego języka Jormundusa. Sam pewnie bym się śmiał, gdyby nie wisiało mi nad głową coś, z czym nijak nie umiałem sobie poradzić i z czym nie wiedziałem, co począć. — To nie są żarty. Elsy nie może nic zrobić, mnie ta wiedźma stłukła tak, że gdyby chciała, to nic by ze mnie nie zostało. Uchyliła się przed pociskiem z lasera, słyszysz to, Jovan? Dalej jest tak śmiesznie?
Pilot spoważniał, ale tak naprawdę nie wyglądał na tak zatroskanego jak ja czy Elsy.
— Właściwie to nie wiem o co ci chodzi, szefie — powiedział wprost. — No bo, rozumiesz, sam powiedziałeś, że gdyby chciała, to już byś nie żył. Znaczy się, nie chce nas powybijać. To chyba dobrze, nie?
Właściwie coś w tym było, ale tak naprawdę to nawet nie wiedziałem od czego zacząć tłumaczenie mu, jak bardzo zły był tok jego rozumowania. Cały problem tkwił w tym, że właśnie nie mogliśmy machnąć na to ręką i powiedzieć „dobrze, że nas nie zabiła, znaczy się — lubi nas". Należało dowiedzieć się o co tak naprawdę jej chodzi, bo w to, że dokładnie o to, o czym nam powiedziała zupełnie jej nie wierzyłem. To w pierwszej kolejności, a w drugiej ją zlikwidować. Ewentualnie odwrotnie, jeśli zajdzie taka potrzeba.
— To eldarka — zauważyłem poważnie. — Obca. I to jeszcze wieźma. Wiesz, co musimy zrobić.
— Ta, i wydaje ci się, szefie, że ona nie przewidziała, że tak właśnie powiesz? — podsunął mi Jovan.
Musiałem przyznać, że miał rację. Na pewno to przewidziała. Sprawiała wrażenie prostolinijnej i szczerzej, ale nie zapominałem o tym, że jej pobratymcy mieli w zwyczaju stosować tchórzliwe fortele, byle tylko wyjść na swoje. Rozsądnym założeniem było, że ona postępowała tak samo.
— Trzeba ją zabić — powiedziała szybko i stanowczo Elsy. Ona jednak była w tym przekonaniu absolutnie niezachwiana i zdeterminowana — a ja musiałem przyznać, że wszyscy powinniśmy mieć jej podejście.
— Tak? — zapytałem jednak, wciąż mocno na nią zirytowany. — To spróbuj, jak jesteś taka mądra.
— SPOKÓJ! — zagrzmiał raz jeszcze Jormundus. — Od razu zabijać, też mi coś, Arjan, myślałem…
— Jasna cholera, Jormundusie, czy tylko ja i Elsy w tym towarzystwie jesteśmy przytomni? — wybuchłem. — Czy tylko my tu widzimy problem? Cholera jasna, jesteśmy z Inkwizycji, mam wam to przeliterować?! ORDO XENOS, MATOŁY!
— No dobrze — przerwał mi spokojnie Jovan — tylko od kiedy jesteśmy nawiedzonymi purytanami, co? Ja nie mówię, że my i eldarka zaraz mamy wpadać sobie w ramiona, ale też nie sądziłem, że będziesz miał klapki na oczach i jedyne, o czym pomyślisz, widząc w zasadzie przyjaźnie nastawionego obcego to „zabić". Myślałem, szefie, że jesteś od nich mądrzejszy, kiedy brałem tę fuchę.
— To nie jest…
Umilkłem. Jovan miał rację, nigdy nie byłem purytanem, choć radykałem też bym się nie nazwał — widziałem na własne oczy piekło zarówno jednego, jak i drugiego i całą swoją niezbyt jeszcze olśniewającą karierę starałem się być rozsądnym i względnie sprawiedliwym człowiekiem.
— Ojej, trafiłem w sedno, co? — zakpił pilot.
— Zamknij się, Jovan.
Przez długą chwilę wszyscy milczeli.
— Nie jesteś taki jak tamte chujki, szefie — powiedział wreszcie pilot, najwyraźniej chcąc załagodzić nieco sytuację. Pokręciłem z politowaniem głową. Miał rację, zawsze się starałem być lepszy i może, choć ogarnęła mnie panika, szczególnie w tej chwili powinienem o tym pamiętać.
— Dobra, co robimy? — Rigel przerwał moje rozmyślania. — Ja sobie myślę, że pomoc się przyda. Tylko trzeba ostrożnie, bo wiadomo jak to z tymi ostrouchymi bywa, może nam wbić nóż w plecy, kiedy najmniej będziemy się tego spodziewać.
— Naprawdę uważam, że takie wnioski… — zaczął Jormundus, ale ja natychmiast mu przerwałem.
— Twoje zdanie nas nie interesuje, Jormundusie, bo i tak wszyscy wiemy, że już ci się to i owo w głowie odkleiło — oświadczyłem. — Ty tylko słyszysz o Eldarach i bach, rozum przepadł.
Wielki mężczyzna parsknął, wyraźnie urażony, ale nic nie powiedział, skrzyżował tylko swoje potężne ramiona na szerokiej piersi.
— Nie wiem, czy to dobry pomysł — burknęła kwaśno Elsy.
— Właściwie to jedyna rozsądna możliwość — przyznałem. — Heretycy nam zwiali i sami ich nie znajdzieny, bo niby jak? Moglibyśmy się wybrać na wycieczkę do Commorragh i ich poszukać, ale jak sądzę nie znalazłbym chętnych — dodałem cierpko. — Niech nam pomoże, skoro twierdzi, że umie.
— A potem? — zapytała Elsy.
— Potem zobaczymy, zależnie od tego co się po drodze z tej sprawy wykluje — odpowiedziałem. — Dobra, idę z nią pomówić. Sam — dodałem twardo widząc, że Jormundus już otwiera usta. — Sam, bo jeśli chce cokolwiek z nas wyciągnąć, to z ciebie na pewno jej się uda.
Zostawiłem ich i opuściłem mostek, a potem skierowałem się do tej zapomnianej kanciapy, którą przydzieliliśmy Eldarce. Dreptałem chwilę w miejscu, niepewny jak powinienem się zachować. Oczywiście miałem ze sobą krótki nóż i pistolet laserowy, ale to była raczej formalność niż coś, co naprawdę mogłoby mnie uratować w razie gdyby zamiary tej wiedźmy nie okazały się ostatecznie tak przyjazne, jakimi nam je przedstawiała. Wiedziałem, że nie mam wyboru. Wstukałem kod, otworzyłem drzwi i przestąpiłem przez próg.
Eldarka siedziała na przytarganej tu przez Jormundusa pryczy, oparta o ścianę. Kiedy wszedłem, podniosła głowę i zwróciła ją w moją stronę. Wciąż miała na twarzy demoniczną maskę. Jasnorude włosy, przerzucone przez ramię, błyszczały ciepłym, bursztynowym blaskiem w sztucznym świetle statku. Jej oczy zalśniły.
— Skończyliście już debatować, czy należy mnie zarżnąć, czy wysłuchać? — zapytała.
To jedno zdanie wystarczyło, by cholera wzięła cały spokój, do którego zachowania się zmusiłem, idąc tu. Przeklęta, złośliwa bestia, przyszła prosić o pomoc, a tylko z nas kpiła.
— Z chęcią uczyniłbym to pierwsze — zapewniłem ją oschle — ale stanęło raczej na drugim.
Skinęła głową i choć nie mogłem tego widzieć, to dałbym sobie obciąć głowę za to, że się uśmiechała.
— Martwiłam się już, że będę musiała odwiedzić Eldrada Ulthrana i błagać o pozwolenie na zmuszenie cię do wypełnienia zobowiązań paktu.
Popatrzyłem na nią, niepewny czy nie postradała rozumu.
— Jakiego paktu? — prychnąłem.
— Sabatu Ishy — powiedziała Eldarka tak, jakby to miało mi wszystko wyjaśnić. Zorientowała się, że nic mi nie nie powiedziało, bo drgnęła nieco, a z jej ust wyrwał się zaskoczony pomruk. — Och, nie jesteś wtajemniczony. Może jesteś za młody? — zapytała jakby samą siebie.
— Jak na twoje standarty to pewnie tak.
Nagle uświadomiłem sobie, że nie pamiętam jej imienia. Coś jak Isha, tylko dłuższe, ale nie mogłem…
— Iserith.
— Dzięku… — Umilkłem i popatrzyłem na nią, czując jak na twarz wpływa mi wyraz wściekłości. — Chyba żartujesz — oświadczyłem. — Chyba sobie ze mnie kpisz, ty przeklęta, ostroucha wiedźmo!
Wiedziałem, że tak właśnie będzie. Nie byłem psionikiem i nie miałem absolutnie żadnych zdolności w tej dziedzinie; potrafiłem wznosić dookoła swojego umysłu bariery, ale nie miałem takiego odruchu, tym bardziej na własnym statku. Cholerna wiedźma mogła czytać ze mnie jak z otwartej księgi, a ja nawet nie czułem dotyku jej świadomości.
— Jak chcesz, żebym pomógł, to nawet się nie waż więcej tego robić — ostrzegłem ją. — Ustaliliśmy, ze pomożemy, ale na takie numery się nie zgadzam. Jasne?
Wydało mi się śmiesznym, że mówiłem w ten sposób do istoty, która samym tylko spojrzeniem bez trudu mogłaby rozpruć mi trzewia nim w ogóle skończę wypowiadać to zdanie. Ten wymagający ton miał mi już chyba pozostać na stałe.
— Wybacz, Lordzie Inkwizytorze — powiedziała eldarka ugodowo. — Wyczułam to pytanie mimowoli, tak gwałtownie przyszło ci do głowy. Postaram się tego unikać.
Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że eldarka ze mnie kpi, ale nic nie powiedziałem. Przynajmniej nie na ten temat.
— Co to za Sabat, którym zamierzałaś mnie szczuć?
— To starożytny pakt pomiędzy Inkwizytorami z Ordo Xenos i starym Arcyprorokiem z Ulthwe, który mówi o tym, że jeśli dzieje się coś, co zagraża tak Imperium, jak i nam, Aeldari, na jego mocy możemy zawrzeć… współpracę… — Umilkła na moment, a napotkawszy moje pytające spojrzenie, wyjaśniła, mówiąc powoli, jakby bardzo się na czymś skupiała: — Nie znam właściwego słowa. Wasz język… jest dla mnie trudny.
— Sankcjonowaną, o to chodziło? — podsunąłem jej. Niby nasz język był trudny, a jednak mówiła Wysokim Gotykiem płynnie i bez akcentu, niczym wzorowa imperialna urzędniczka. Nie bardzo mi się to trzymało kupy, ale może powinienem był pojmować, że miała ograniczone słownictwo.
— Co to znaczy?
— To znaczy mniej więcej tyle, że jest formalnie akceptowana przez obie strony.
Eldarka poważnie skinęła rudawą głową.
— Tak, zatem sankcjonowana — zgodziła się. — Został zawarty dawno temu, lecz mam nadzieję, że Inkwizytorzy wciąż o nim pamiętają.
Nigdy nie słyszałem o niczym podobnym, ale odnotowałem w pamięci, by przy najbliższej okazji wywiedzieć się cokolwiek na ten temat. Myśl o całym Ordo, wchodzącym w sojusz z eldarami wydawała mi się nierealna i absurdalna, a jednak nie widziałem żadnego powodu, by miała mnie okłamać w takiej sprawie, którą jako Inkwizytor bez kłoporu mogłem przecież zweryfikować. Nie było dla mnie tajemnicą, że takie sojusze od czasu do czasu się zdarzały. Nigdy jednak wiążący permanentnie. To była nowość i byłem ciekaw ile w tym prawdy.
— Ale, jak rozumiem, nie muszę się do tego uciekać? — zapytała.
— Nie, nie musisz.
— To dobrze.
— Powiedz mi lepiej co uważasz za tak duży powód, by w ogóle móc myśleć o odnowieniu takiego pakru — powiedziałem. — Jak rozumiem, on mógł zostać odnowiony wyłącznie w skrajnych przypadkach, gdy jedna strona nie mogłaby sobie poradzić sama, czy tak?
Eldarka powoli skinęła głową, a ja uniosłem brwi wysoko w pytającym geście.
— I uważasz, że ta sprawa jest tak ważna? — zapytałem.
— Nie wiem — powiedziała powoli, ważąc każde słowo. — Ale uważam, że ci, którzy wspomogli heretyków w ucieczce interesują się tą sprawą i mapami od bardzo dawna. Oni nie mogli sobie pozwolić na atak na imperialną planetę, ale heretykom… mon-keigh… było o wiele łatwiej wykraść księgi.
— Skąd wiesz, że od dawna ich to interesuje?
— Pewnego eldara, który bierze w tym dział, obserwuję od ponad sześciuset lat — odpowiedziała. — Wciąż czegoś poszkiwał i wygląda na to, że właśnie znalazł. Nie poświęca się połowy życia na coś bezwartościowego. Wiem, że czegokolwiek poszukują, nie może wpaść ani w ręce drukhari… Aeldari z Commorragh… ani heretyków. Cokolwiek to jest, musimy to chronić i im przeszkodzić. Starożytne artefakty naszego ludu są potężne i nawet nie wyobrażasz sobie, Lordzie Inkwizytorze, co mogłyby uczynić w nieodpowiednich rękach, a co dopiero w rękach kogoś, kto zechce ich użyć w złej wierze. Nie liczyłabym zresztą na to, że ominie was, mon-keigh, to, co chcą uczynić. Jesteście ważni.
— A czy masz jakiekolwiek pojęcie na temat tego czego i po co mogą szukać? — zapytałem ją.
— Map i pewnej kuli, lecz nie wiem, czy to ona jest mapą, czy też raczej docelowym artefaktem — odpowiedziała z prostotą. — Ale jeśli posiadasz cokolwiek, co należało do któregokolwiek z tych heretyków, to zakładając, że wciąż żyje, mogę odnaleźć go w Osnowie. Mogę go tu sprowadzić.
Popatrzyłem na nią ze zdziwieniem.
— Naprawdę — dodała.
Na Złoty Tron, to zupełnie zmieniało postać rzeczy. Jeśli mówiła prawdę, to zupełnie nie byliśmy tak przegrani, jak mi się do tej pory zdawało.
— Czego potzebujesz?
— Czegokolwiek, to nie ma większego znaczenia — powiedziała. — Cokolwiek, co choć przez chwilę jeden z nich trzymał w ręku. Chcę tylko wyczuć jego ślad w Osnowie. To wystarczy.
— Mam takie coś — powiedziałem powoli. — Chodź za mną.
Podniosła się zgrabnym, płynnym i pełbym gracji ruchem, a potem podążyła za mną, kołysząc się wdzięcznie przy każdym kroku. Jej chód był nienaturalny i przypominał mi taniec, jakby poruszała się w rytm przez siebie tylko słyszanej muzyki. Widywałem już eldarów i wiedziałem, że jest to dla nich bardzo charakterystyczne, ale mimo to wydawało mi się to dziwne tak, że nie mogłem oderwać od niej oczu. O eldarach mogłem wiele złego powiedzieć, ale nie mogłem odmówić im wdzięku i piękna.
— Mamy notatkę, którą jeden z nich napisał do swoich — wyjaśniłem. — Nic na niej właściwie nie ma, ale mówiłaś, że wystarczy, że ktoś z nich miał ją w ręku.
— Jeśli napisał ją ktokolwiek z nich, to jest z pewnością więcej niż mi trzeba — zapewniła. — Sprowadzę wam go tutaj i zadacie mu tyle pytań, ile zechcecie.
Patrzyłem na nią długą chwilę, niepewny, czy nie robi sobie żartów, ale najwyraźniej była śmiertelnie poważna. Wprowadziłem ją na mostek, gdzie wszyscy zajęli się już własnymi sprawami. Gdy weszliśmy, cztery głowy podniosły się na nas. Jovan i Rigel byli najbardziej zainteresowani, ale to wynikało jak sądziłem z tego, że jeszcze eldarki nie widzieli.
— Macie jeszcze jednego psionika? — zapytała cicho obca.
— Właściwie, pani eldarko, nie jestem psionikiem, tylko nawigatorem — powiedział z godnością Rigel.
Elsy parsknęła pogardliwie, słysząc to. Ja też parsknąłem, ale z rozbawieniem. „Pani eldarko" — jeśli ktokolwiek mógł coś podobnego powiedzieć, to wyłącznie Rigel. On zdawał się nawet nie wiedzieć, o co nam tak właściwie chodzi. Regularnie odnosiłem wrażenie, że od tych jego psionicznych zdolności brakowało mi którejś klepki i czasami nie bardzo miał kontakt z rzeczywistością.
Eldarka zaśmiała się cicho, a potem bajecznie wdzięcznym, płynnym krokiem postąpiła w jego stronę.
— Na imię mi Iserith, nawigatorze.
Uświadomiłem sobie nagle, że choć spotkałem dotąd wielu eldarów, żaden z nich nie chciał zdradzić swojego imienia, a jeden z nich stwierdził wręcz, że „nie będzie potrzeby, bym się do niego zwracał". Ona nie miała podobnych barier i nie bardzo pojmowałem, z czego to wynikało.
— Rigel — odrzekł. — I Jovan — dodał, wskazjąc na przyjaciela, a ten podniósł rękę w geście powitania. Spojrzałem na nich obu chłodno, widząc że najwyraźniej tylko ja i Elsy jakkolwiek podejrzliwie podchodzimy do tej niespodziewanej wizyty.
— Czym się różni nawigator od psionika, Rigelu? — zapytała go eldarka.
— Ja jestem od prowadzenia statków w Osnowie — powiedział krótko. — A ona — wskazał głową na Elsy — jest od czarnej roboty.
Eldarka skinęła głową, a potem odwróciła się w moją stronę.
— Notatka — zażądała krótko. — Nie marnujmy czasu, Lordzie Inkwizytorze.
Za każdym razem, gdy zwracała się do mnie tym tytułem miałem wrażenie, że czyni to wyłącznie po to, by ze mnie zakpić.
— Jormundusie?
— Ta, już.
Stary sawant w lot pojął, czego potrzebowaliśmy — odnalazł gdzieś w stercie rozrzuconych po stole, związanych ze sprawą heretyków szpargałów rzeczoną notatkę i podał ją eldarce. Pomimo, jak na kobietę, naprawdę imponującego wzrostu, przy nim wyglądała jak kilkunastoletnia dziewczynka. Przyjęła od niego notatkę i pewnym, sprężystym krokiem odsunęła się od nas wszystkich na parę kroków. Stała w miejscu niemal nieruchomo, bardzo długo milcząc. Nikt z nas nie chciał się odezwać; Elsy popatrzyła na mnie pytająco, marszcząc rude brwi, jakby miała mi za złe, że przyprowadziłem tu eldarkę. Zignorowałem ją. Pojmowałem, że kierował nią lęk i bezsilność. Mnie też martwiło to, że jej psioniczne zdolności były wobec eldarki bezużyteczne, ale nie chciałem dac tego po sobie poznać, bo znałem Elsy nie od dziś i wiem, że wpadłaby w histerię, a to było nam wszystkim więcej niż zbędne.
Eldarka milczała tak długo, że zacząłem już wątpić, czy w ogóle powie cokolwiek, kiedy wreszcie się odezwała.
— Aegi — powiedziała krótko. Odwróciła się i przypadła do mnie kilkoma pewnymi i przeraźliwie szybkimi krokami. Wetknęła mi w rękę papier i rzekła z przekonaniem: — Zaraz ci ją przywiodę.
I zniknęła, jakby rozpłynęła się w powietrzu. Cały czas, choć widziałem to już wcześniej, podczas walki, byłem zaskoczony — sam nie wiem, czego się spodziewałem, może jakiegoś rozbłysku światła, czegokolwiek, ale na pewno nie tego, że znikanie w Osnowie było tak mało spektakularne.
Jovan patrzył w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stała Eldarka i oczy o mało nie wyszły mu z orbit.
— Jak ona to zrobiła? — zapytał.
— Zniknęła w Osnowie, prawda? — zawtórował mu Rigel, tyle tylko, że w jego błękitnych oczach błyszczała fascynacja i zapał. — Poczułem w niej zakłócenia, gdy znikała. Niesamowite. Jak to zrobiła?
— A skąd ja mam wiedzieć? — zapytałem go. — Czy ja ci wyglądam na specjalistę od…
Jormundus głośno odchrząknął, a ja umilkłem, mierząc go podejrzliwym wzrokiem. Ustąpiłem mu jednak, by przemówił prawdziwy specjalista.
— Ona jest eldarskim Arlekinem — powiedział, tak jakby to miało wszytsko wyjaśnić. Na twarzach Jovana i Rigela malowało się niezrozumienie, zatem Jormundus kontynuował: — Arlekini to samotnicy, nie mieszkają na Światostatkach, lecz podróżują w Trupach.
— Co takiego? — wybuchnął Jovan. Chłopak aż zzieleniał na twarzy.
— Na Złoty Tron, TEATRALNYCH TRUPACH — powiedział mu niecierpliwie Jormundus. — Jak kiedyś cyrkowcy. Oni odgrywają przedstawienia… spektakle… z przeszłości ich rasy. Najsławniejszym i najrzadziej odgrywanym jest Taniec Bez Końca. Bo do niego potrzebją Solitera, który nie jest częścią Trupy. Soliterzy podróżują samotnie, jak ona. Odgrywają oni rolę Slaanesha, bo mówi się, że nikt inny, prócz Soliterów właśnie, nie może odegrać tej roli i pozostać przy zdrowych zmysłach.
— Aha — powiedział powoli Jovan. — Tylko że to nie jest odpowiedź na moje pytanie.
Jormundus poczerwieniał na twarzy i głośno wciągnął powietrze.
— Arlekini czczą Cegoracha, Roześmianego Boga, Wielkiego Błazna — wyrzucił z siebie wyraźnie poirytowany Jovanem i jego absolutnym zainteresowania dla jego wykładu. — Podobno to on pokazał im, jak poruszać się w Pajęczym Trakcie.
— Czym?
— To taka sieć pewnego rodzaju dróg, którymi eldarzy mogą poruszać się przez Osnowę — wyjaśniłem, widząc że Jormundus naprawdę porządnie się zapowietrzył. — Normalnie potrzebują Portali Aspektu, ale…
— Ale Arlekini ich nie potrzebują — przerwał mi niecierpliwie sawant. — Oni mogą wkraczać w Osnowę kiedy i gdzie zechcą. Podobno, jak mówiłem, sam Cegorach ich tego nauczył.
— A czy to nie jest aby bluźnierstwo i herezja? — zapytał nieśmiało Rigel. — No wiecie, bóg-błazen i te sprawy….
— A czy ty zastanowiłeś się w ogóle czy eldar może być heretykiem? — odpowiedziała mu uszczypliwie Elsy.
— A może właśnie z założenia każdy z nich jest heretykiem? — podsunął Jovan.
— Przymknij się z tym swoim filozofowaniem — syknąłem, wiedząc że powiedział to wyłącznie po to, by poszczuć Elsy. Popatrzyłem na nią. — Elsy, daj już spokój.
— Nie podoba mi się ten twój durny pomysł — oświadczyła.
Oczyma wyobraźni widziałem, jak obrażona tupie nogą. Patrzyła na mnie z byka, a ciemnorude włosy opadły jej na twarz. Skrzyżowała ręce pod biustem i czekała na moją reakcję.
— Mnie też się nie podoba — zapewniłem ją.
— To czemu się jej po prostu nie pozbędziesz, do cholery? — burknęła. — Na Świętą Terrę, Arjanie, znam takich, co za mniej okrzyknęliby cię heretykiem! W co ty się pakujesz? W CO TY NAS PAKUJESZ?!
Przyjąłem jej wybuch ze spokojem. Znałem ją nie od dziś i już dawno temu nauczyłem się znosić jej humory i sobie z nią radzić. Reszta zespołu też już dawno temu przywykła tak do naszych kłótni, z którymi Elsy nigdy się nie kryła, jak i do jej szczególnego sposobu bycia i radzenia sobie z problemami. Czyli histeryzowania i obrażania się po kolei na nas wszystkich, a potem jeszcze każdego, kto się jej wlazł pod nogi.
— Jasne, że są tacy, co okrzyknęliby mnie za to heretykiem — powiedziałem jej. — Są też tacy, co okrzyknęliby mnie heretykiem za to, że się z tobą ożeniłem, wiedźmo. Nigdy szczególnie się nimi nie przejmowałem.
Elsy poczerwieniała ze złości na swojej delikatnej, porcelanowej twarzy.
— To jest co innego.
— Nie, to jest dokładnie to samo.
— Ja jestem człowiekiem! — warknęła. — Może wiedźmą, ale człowiekiem! A tamta eldarska… suka…To jest zupełnie inna rozmowa, Arjanie!
W głębii duszy wiedziałem, że Elsy ma rację. Nie było nic złego w tym, że była wiedźmą, nawet jeśli paru nawiedzonych typów mogłoby mieć na ten temat do powiedzenia coś zgoła innego, natomiast co najmniej kontrowejsyjnym było wchodzenie w jakiekolwiek porozumienia z obcymi. Przyszło mi jednak do głowy, że Inkwizytorzy musza być na wskroś przesiąknięci hipokryzją, skoro zobowiązali się do przestrzegania postanowień Sabatu Ishy, podczas gdy śmiałków, którzy weszli w co bardziej zażyłe kontakty z innymi rasami są gotowi własnoręcznie zlinczować. Zakładając oczywiście przy tym wszystkim, że eldarka mnie nie okłamała i taki pakt faktycznie istniał. Zastanawiałem się jak to zweryfikować, nie ściągając na siebie jednocześnie uwagi wyższych rangą i co bardziej konserwatywnych Inkwizytorów.
— Szefie — przerwał mi Jovan. — Zdaje się, że Striden wrócił.
— Świetnie, może ma coś ciekawego do powiedzenia — stwierdziłem. Elsy rzuciłem tylko twarde spojrzenie mówiące, że dokończymy to później, na osobności.
Ostatniego z moich współpracowników, młodego, bardzo kontaktowego chłopaka zwanego Striden posłałem na powierzchnię Valara, by w moim imieniu przesłuchał pracowników biblioteki w Juno. Miałem nadzieję, że będzie miał do powiedzenia cokolwiek interesującego, ale po prawdzie to wcale na to nie liczyłem.
Nagle, całkiem znienacka, za moimi plecami zmaterializowała się Eldarka. O mało nie narobiłem w spodnie ze strachu, tak się jej zlękłem, ale wspiąłem się na wyżyny samokontroli, by nie dać nic po sobie poznać.
Wszyscy na nią spojrzeliśmy. Nie dało się nie zauważyć, że przywiodła nam gościa.
Trzymała za kark silnym, stanowczym uściskiem drobną, ciemnowłosą kobietę, całkiem urodziwą, choć o poszarzałej, umęczonej twarzy. W jej podkążonych oczach czaił się jednak jakiś dziki, pierwotny, szaleńczy blask. Dopiero po chwili zauważyłem, że miała rany na ustach — zwróciłem uwagę, że sama je zagryzała tak mocno, że skóra pękała i zaczynały krwawić. Jej ręce były poranione, a długie, chude, pająkowate palce zakończone brudnymi i ostrymi paznokciami. Wyraźnie widziałem na jej twarzy i szyi piętno Chaosu — skóra stała się sina, a potem fioletowa, lśniąca w sztucznym świetle statku, jakby pokryta rybią łuską. Spod ciemnych włosów zaczynały jej też wyzierać ostre końcówki formujących się rogów, a jedna stopa, jak zauważyłem, zaczęła kostnieć. Niedobrze zrobiło mi się na widok tak daleko posuniętych mutacji. Nie chciałbym być w pobliżu, gdy zajdą do końca. Na szczęście byłem pewien, że nawet ona nie doczeka tego momentu.
Patrzyła na mnie ze złością, szczerząc zęby i parskając jak wściekłe zwierzę. Szponiastymi łapami sięgała do rąk eldarki, ale wtem zrobiło się chłodno, powietrze zadrżało od uwalnianej psionicznej mocy, a heretyczna padła na ziemię, nie mogąc podnieść ani rąk, ani głowy.
Popatrzyłem na eldarkę i już otwierałem usta, by jej podziękować i może nawet przeprosić za to, że wątpiłem, by rzeczywiście dotrzymała słowa, ale wtedy właśnie drzwi na mostek się otworzyły i wpadł między nas Striden.
Jak zwykle szczerzył się jak idiota, jedną ręką, wyjątkowo nonszalanckim i równie irytującym ruchem odrzucił z twarzy przydługie, jasnobrązowe włosy i omiótł nas wszystkich wzrokiem, by wreszcie jego miodowe oczy zatrzymały się na eldarce i trzymanej w ryzach jej psioniczną mocą heretyczce. Wpatrywał się w nie obie przez długą chwilę, podczas gdy uśmiech spływał z jego piegowatej twarzy.
— O kurwa.
Uśmiechnąłem się pod nosem i pomyślałem, że lepiej nie mógłbym całej tej sytuacji podsumować.
Heretyczka leżała na ziemi, przyciskana do niej psioniczną mocą Eldarki, drapiąc długimi, połamanymi paznokciami po zimnym metalu. Patrzyłem na jej chude, poranione dłonie i aż robiło mi się niedobrze na widok tego, jak jej stawy nienaturalnie się wyginały. Długie pazury skrobały po metalu, a ten dźwięk doprowadzał mnie do szału.
— Bana-bhuidseach — wycedziła przez zaciśnięte zęby eldarka. — Powiesz, gdzie uciekli twoi wstrętni bracia.
— Sczeźniesz i posłużysz za uciechę sługom mego pana — wycharczała w odpowiedzi heretyczka, wyraźnie lubując się w każdym kolejnym wypowiadanym słowie. — Jesteś przeklęta, eldarska dziwko, a Mroczny Książę niecierpliwie wyczekuje dnia, w którym będzie mógł pożreć twoją brudną, nic nie wartą duszę.
Jormundus wspominał, że Soliterzy są przeklęci — dusze jeszcze przed ich narodzeniem wyrwał im ciał z Slaanesh, przez co jedyną ich szansą na zbawienie było to, by Roześmiany Bóg, Cegorach, wygrał ją w walce z Mrocznym Księciem.
— Zobaczymy, która z nas sczeźnie szybciej — odpowiedziała jej spokojnie eldarka i wyciągnęła przed siebie rękę.
Heretyczka przeraźliwie i cierpiętniczo zawyła. Dopiero po chwilo zorientowałem się, że spod tego wrzasku wydzierał się też z jej gardła śmiech, który sprawił, że po plecach przebiegł mi dreszcz.
— Dość — powiedziałem Eldarce. Nie usłuchała mnie. Heretyczka wyła i śmiała się na przemian. — Powiedziałem: dość!
Nie słuchała mnie. Elsy miała taką minę, jakby tylko czekała, by powiedzieć mi „A nie mówiłam?", ale zignorowałem ją. Nie czas był teraz na jej humory. Eldarska wiedźma mnie nie słuchała i nie mogłem pojąć, czemu byłem tak głupi, by choć przez chwilę wierzyć w to, że usłucha.
— Iserith! — ryknąłem.
Dopiero wtedy uniosła na mnie głowę, a drgania powietrza wywołane jej magią ustały.
— Powiedz nam, co chcemy wiedzieć, a śmierć przyjdzie szybko i nie będzie bolesna — zwróciłem się chłodno do heretyczki.
Eldarka popuściła nieco heretyczce, bo ta podniosła głowę i popatrzyła na mnie, szczerząc w przerażającym, makabrycznym uśmiechu swoje poranione usta.
— A dlaczego zakładasz, chłopczyku, że pragnę szybkiej i bezbolesnej śmierci? — zapytała, chichocząc pod nosem. Wyciągnęła do mnie dłoń i przerażająco wdzięcznym i zmysłowym ruchem. Strząsnąłem ją ze wstrętem, na własne oczy widząc w niej wpływ Slaanesha, Pana Rozpusty. — Możesz mnie dręczyć — wyszeptała, nie odrywając ode mnie ciemnych oczu. — Możesz próbować mnie złamać, ale tylko mnie zadowolisz. — Przesunęła po wargach językiem, a ja cofnąłem się o krok czując, jak ogarniają mnie mdłości. — Możesz mi pokazać, co umiesz, chłopczyku, a potem ja pokażę tobie… Że ból nie musi oznaczać udręki, a coś zupełnie odwrotnego. — Uśmiechnęła się do mnie obrzydliwie. — Najpierw ja pokażę to tobie, a potem pan mój, Książę Rozpusty to samo pokaże Anathemie, waszemu gnijącemu na Złotym Tronie bogu…
Nie mogłem się opanować i kopnąłem ją w twarz. Eldarka odsunęła się, jakby wcale nie miała zamiaru mnie powstrzymywać. Widziałem, jak Jormundus zacisnął ręce w pięści. Mogłem znieść wiele, nawet te obrzydliwości, które wygadywała pod moim adresem; mogłem znieść wiele, ale nie takie rzeczy wypowiadane pod adresem Imperatora. To było bluźnierstwo i wszystko, wszystko się we mnie burzyło.
Krew trysnęła z nosa i ust heretyczki, ale ona zamiast wyć tylko się śmiała. Potem, ku przerażeniu i zdziwieniu chyba wszystkich tu obecnych, podniosła ręce i rozerwała górę swojego odzienia, odsłaniając bladą, pierś. Dokładnie jedną; po drugiej coś jeszcze zostało, ale widać było, że zanikała, a skóra w jej miejscu pokrywała się liliową łuską. Wyraźnie widziałem, że jej cechy płciowe zanikały; upodabniała się w ten sposób do swojego pana, Slaanesha, którego płeć była płynna i zmienna. Na brzuchu, wciąż krwawiący i opuchnięty, miała wycięty obrzydliwy, bluźnierczy symbol Boga Rozpusty.
— Chodź, chłopczyku — wyszeptała, wciąż się śmiejąc i wijąc się na podłodze w na wpół bolesnych, a na wpół ekstatycznych spazmach. Ujrzałem, że jej stawy obracały się i zginały w nienaturalne strony. Zrobiło mi się niedobrze. Heretyczka omiotła wzrokiem wszystkich i lubieżnie rozchyliła kolana. — Dla każdego mnie wystarczy. Razem albo pojedynczo.
— Dość.
Heretyczka umilkła, gdy rozległ się stanowczy, nieznoszący sprzeciwu głos Elsy. Kobieta postąpiła parę kroków w jej stronę i uniosła dłoń. Na jej porcelanowej twarzy widziałem wstręt, ale i pełne agresji zacięcie.
— Nie będziemy się z tobą bawić, wiedźmo — oświadczyła. Powietrze zadrżało i zrobiło się tak zimno, że podłoga pokryła się szronem. Oczy Elsy rozjarzyły się dziwnym, pełnym oczekiwania blaskiem, a z twarzy heretyczki spłynął uśmiech. Zawyła, wijąc się na ziemi. Elsy przymknęła oczy i delikatnie poruszała w powietrzu dłonią. Powietrze wciąż drżało od magii.
— Umysł heretyka to zbyt duża pokusa dla tak silnego psionika — powiedziała poważnie eldarka.
Nie odrywała oczu od Elsy i widziałem, jak jej dłoń zaciska się na rękojeści miecza.
— Ani się waż — wycedziłem do niej. — Ani się waż, Iserith.
Mierzyliśmy się przez chwilę spojrzeniami, ale ustąpiła. Niemniej jednak rozumiałem, że miała rację. Elsy, jako psioniczka klasy gamma, była bardzo podatna na wpływy Osnowy i jej demonów. Mogłem tylko modlić się, by Bóg-Imperator uchronił ją przez mocą Slaanesha. Nie wiem, jak bym się pozbierał, gdybym ją stracił. Mogła być humorzasta i upierdliwa jak wrzód na tyłku, ale mimo wszystko bardzo ją kochałem.
Wreszcie Elsy drgnęła, cofnęła się o krok, a z ust heretyczki wyrwał się zbolały jęk. Wiedźma raz jeszcze uniosła dłoń, a w powietrzu rozszedł się obrzydliwy dźwięk łamanych kości. Ciało heretyczki naprężyło się i sam nie wiedziałem czy z bólu, czy z rozkoszy. Z jej gardła wydarł się ochrypły jęk, aż wreszcie znieruchomiała, a Elsy jeszcze długą chwilę po jej śmierci łamała jej kości.
Wreszcie opuściła ręce i przymknęła oczy, głęboko odetchnąwszy.
— Nie miała pojęcia po co im te artefakty — powiedziała krótko. — Zażądał ich ktoś stojący wyżej.
— Kto?
— Nie znała go — powiedziała krótko Elsy. — Ale za to wiem, gdzie ukryli się pozostali. Ci, którzy mają te eldarskie śmieci.
Widziałem, jak dłonie Iserith zacisnęły się w pięści. Postąpiłem o krok do przodu, wchodząc miedzy nie.
— Gdzie, Elsy? — zapytałem ją. Wyciągnąłem ręce i położyłem jej je na ramionach. Popatrzyłem w jej żółte oczy, niepewny co w nich ujrzę. Okazały się jednak zwyczajne, trochę rozdrażnione, ale nie bardziej niż zwykle.
— Lyonesse — powiedziała. — Są na Lyonesse i próbują odczytać zwoje.
— Są z nimi Eldarzy? — zapytałem ostro.
— Nie ma — odrzekła. — Ale czekają na nich. Musimy się pospieszyć.
— Lyonesse jest na drugim końcu galaktyki! — zawołał niemal ze złością Rigel. Wiedział, na kogo spadnie obowiązek poprowadzenia statku tak daleko przez Osnowę.
— Ja was poprowadzę.
Długą chwilę zajęło mi zrozumienie, że to Iserith przemówiła. Odwróciłem się i na nią popatrzyłem.
— Możesz przenieść cały statek? — zapytałem z niedowierzaniem.
Eldarka pokręciła głową.
— Nie — powiedziała — ale mogę wskazać krótszą drogę. W Pajęczym Trakcie.
— Nie podepniesz się do statku — zauważyłem. Do tego potrzebne były specjalne wszczepy, jak te w czaszce Rigela.
— Nie, ale mogę pokierować jego — powiedziała. Odwróciła głowę w stronę Nawigatora i zapytała: — Co ty na to?
— O ile nie usmażysz mi w ten sposób mózgu, to śmiało.
Mogło mi się wydawać, ale usłyszałem jej śmiech, a potem zostawiła nas z leżącymi na podłodze, zdruzgotanymi zwłokami heretyczki i ruszyła w stronę Rigela.
— Zaczynajmy — powiedziała.
W jej głosie brzmiała niecierpliwość i radosne oczekiwanie, a ja nie mogłem wyzbyć się wrażenia, że wciągała nas w swoją prywatną wojnę.
