Rozdział 2.
— Jak obaj się czują? — zapytał Dumbledore zaraz po wkroczeniu do salonu w Snape Manor.
— Osobno - normalnie. Razem – nie do zniesienia. Czuję się jak mamusia dwójki rozwydrzonych dzieci. — Draco zaprosił dyrektora do kuchni.
— Obawiam się, że musi pan wytrzymać, panie Malfoy. Szukam z panną Granger rozwiązania.
— Hermiona jest w Hogwarcie? A nie mógłby pan jej tu przysłać? Jestem osaczony przez dwójkę emocjonalnie niezrównoważonych i gniewnych jak buchorożce...
— Spokojnie, chłopcze. — Albus uśmiechnął się do niego współczująco, kładąc mu dłoń na ramieniu. — Mamy pewne podejrzenia co do osoby, która mogła uaktywnić przekleństwo na żądanie Toma.
— Parkinson, Goyle, Crabbe lub Zabini. Tylko oni byliby w stanie przekroczyć bramę bez wzbudzania alarmu w barierach ochronnych.
— Tak, magicznie nadal są uczniami tej szkoły ― potwierdził te podejrzenia mężczyzna.
— Goyle'a i Crabbe'a można na wstępie wykluczyć. Nie mają ani wiedzy, ani odpowiedniej mocy. Za to Parkinson i Zabini to już bardziej prawdopodobne. Oboje mają wystarczającą ilość energii magicznej i mieli od kogo nauczyć się zaklęcia.
— Do tych samych wniosków doszliśmy z panną Granger. Teraz szukamy przeciwzaklęcia lub sposobu złamania klątwy. Nie sądzimy, by poprzedni sposób nadal był aktualny. Co prawda, Harry nie pamięta tego faktu, więc w pewnym sensie powinno zadziałać. Tyle, że musielibyśmy stworzyć podobne warunki, a nie marzy mi się wysyłać tej dwójki do Toma. Co teraz robią? — spytał na koniec Dumbledore.
— Severus zamknął się w swojej części domu, pewnie jest w laboratorium, a Harry jeszcze przed chwilą był w swoim pokoju.
— Chciałbym porozmawiać z Severusem — rzekł dyrektor, wstając.
— Proszę bardzo. Gdy nie ma w pobliżu Pottera, można z nim prawie normalnie rozmawiać.
— Prawie?
— Wystarczy nie wspominać o młodym i jest spokojny. Inaczej reaguje jak niuchacz na widok złota.
— Rozumiem. Porozmawiam też z panną Granger, może będzie chciała was odwiedzić.
— Dziękuję bardzo, dyrektorze.
Po wyjściu Albusa Draco opadł ciężko na krzesło. Nie bardzo wiedział, co robić. Nie znał wszystkich szczegółów przekleństwa, ale miał nadzieję dowiedzieć się tego od Granger.
Nagle dom zadrżał w posadach. Chłopak skoczył na równe nogi, czując przelewającą się po budynku magię. Znał tę magię.
— Harry — szepnął, wybiegając z kuchni.
Na piętrze zderzył się z dwójką mężczyzn, ścinając ich z nóg. Zanim się pozbierali, on już był pod drzwiami sypialni Pottera. Brunet siedział na podłodze. Nie wyglądał na to, że coś mu się stało. Jednak coś było nie tak. Oczy lśniły mu od łez.
— Harry? — Uklęknął przy nim, dotykając ramienia chłopaka.
Gryfon uniósł głowę, ale nie patrzył na niego, lecz na kogoś za plecami blondyna. Draco obrócił głowę. W otwartych drzwiach stał Snape, a za nim Dumbledore.
Harry wstał, odsuwając się od blondyna i nadal patrząc przez łzy na profesora.
— Opiekował się pan mną przez całe zeszłe lato?
— Tak — potwierdził Severus dziwnie blady.
— Był pan ze mną dwukrotnie u Voldemorta?
— Tak.
— Mroczne Zaklęcia rzucone na mnie niweluje pański dotyk?
— Tak.
— Prosił pan Voldemorta o śmierć mojego ojca?
— Tak. — Głos Snape'a zadrżał przy tej odpowiedzi.
Harry zamknął oczy, podnosząc twarz ku sufitowi i odwracając się do wszystkich plecami.
— To nie jest to samo przekleństwo, co poprzednio — szepnął, podchodząc do okna. — Voldemort mnie okłamał. On stworzył nowe.
— Jak to nowe? — Draco podszedł bliżej, ale Harry powstrzymał go, kręcąc przecząco głową.
— Stara się ominąć przepowiednię, a ta wyraźnie mówi: „... I jeden z nich musi zginąć z ręki drugiego...". Chce pozbyć się mnie w każdy inny możliwy sposób, klątwa powodująca ciągłe zagrożenia życia to świetny sposób.
— Ale wypadki zdarzały się co dwa tygodnie, tak jak poprzednio.
— Może to przypadek, a może tak stworzył zaklęcie. Nie wiem. Jestem tylko pewien, że to nie ta sama klątwa.
— Skąd? — odezwał się nagle Snape.
— Bo poprzednia nadal we mnie jest. — Dotknął swojej piersi. — Tutaj, ciągle ją czuję. Drży, gdy jest pan w pobliży i gdy jest pan na mnie wściekły.
— Czujesz ją?
— Tak, profesorze. Wcześniej nie zdawałem sobie z tego sprawy, aż do teraz. Przypomniałem sobie wszystko. Draco jest Gryfonem. — Spojrzał na blondyna. — Dałeś się namówić? Mnie? Jestem w szoku.
— Hej! Twój gryfoński móżdżek jest za mały, żeby to zrozumieć — wkurzył się Malfoy, obrażony.
— Tuman — warknął Severus.
— Znów jest pan na mnie zły — zauważył Harry, nadal trzymając dłoń na piersi. — I to bardzo.
— Mam swoje powody, Potter.
— Rozumiem, proszę pana. Opuszczę Snape Manor...
— Nie możesz! — sprzeciwił się Draco.
— On ma rację, chłopcze — zgodził się z blondynem dyrektor.
— Profesor Snape nadal jest moim opiekunem, prawda? Mogę więc nocować czy to w Dziurawym Kotle, czy gdziekolwiek indziej, bez pytań ze strony Ministerstwa Magii.
— A co jeśli akurat klątwa Toma zadziała?
— Nic — rzekł brunet, wzruszając ramionami.
— Jak to nic? — wrzasnął blondyn.
— Poradzę sobie. — Ruchem dłoni Harry wydobył kufer spod łóżka i w podobny sposób otworzył szafę.
Rzeczy same zaczęły się układać w kufrze.
— Jeśli on idzie, to ja też! — zawołał Draco.
— Nie! — zabronili jednocześnie Harry i Severus.
— Pójdę, nie zabronicie mi!
Harry dotknął ramienia blondyna i ten upadł natychmiast, porażony niewerbalną Drętwotą.
— Przykro mi, Draco. Profesor ma rację, tak będzie dla ciebie bezpieczniej.
— Ale nie dla ciebie, Harry. — Albus zabrał w końcu głos. — Może lepiej, żebyś zamieszkał w zamku, skoro nie chcesz tutaj?
— Nie. To nie jest wyjście. Odejdę, ale wrócę pierwszego września.
Zmniejszył kufer i schował go do kieszeni. Minął mężczyzn, kierując się ku schodom.
— Harry, to jest zły pomysł — powtórzył dyrektor. — Nawet nie będziemy wiedzieć, gdzie jesteś.
— Nie mogę być w pobliżu profesora. To boli, choć on tego nie czuje. A skoro wy nie będziecie wiedzieć, gdzie jestem, to Voldemort też.
— Gdzie pójdziesz? Co będziesz robił?
— Żył.
I znikł na schodach. Po chwili usłyszeli dźwięk zamykanych drzwi.
— Czy teraz mi wytłumaczysz swoje zachowanie? — Albus odwrócił się do Severusa.
— Nie — odparł zapytany, rzucając czar niwelujący na Draco.
— Gdzie on jest?
— Odszedł.
Malfoy zaklął tylko, uderzając pięścią w ścianę. Niestety ucierpieli oboje. Znów zaklął, tuląc do piersi poranioną dłoń.
— Nie wolno ci opuścić posiadłości! — warknął do niego Snape, odczytując chyba jego zamiary. — Bariera cię nie przepuści.
— Nie możesz mnie tu trzymać na siłę. Jestem pełnoletni!
— Jesteś też poszukiwany jako syn zdrajcy.
— Co z Harrym? On tym bardziej jest zagrożony.
— Mam to gdzieś — wycedził chłodno Snape, odwracając się i kierując ku schodom.
— Jak to masz gdzieś? Jesteś jego opiekunem! Co się z tobą dzieje?
— Draco. — Albus pokręcił przecząco głową. — To nie ma teraz sensu.
Snape skrył się w swojej części domu.
— Poradzisz sobie?
— A mam inny wybór?
— W razie problemów kominek jest połączony z moim gabinetem.
Harry stał na Privet Drive, ściskając klucze z numerem cztery na breloku. Marge była na niego wściekła, gdy zadzwonił, ale pozwoliła mu łaskawie przyjść do siebie, informując przez telefon, że ma do niego sprawę.
— Nie podobało mi się to, ale nie miałam wyboru. To była decyzja sądu — burknęła zaraz na wstępie, gdy przekroczył próg domu.
Psy nie zbliżyły się do niego, wyczuwając zagrożenie.
Nie zaprosiła go dalej. Wyciągnęła z szuflady klucze i wręczyła mu je razem z jakimiś dokumentami.
— Dom na Privet Drive należy do ciebie.
— Nie chcę go. Chciałem tylko coś z niego zabrać.
— Nie interesuje mnie to. Prawnie ten dom jest twój. A teraz wynoś się! — Wypchnęła go za drzwi.
Zbliżał się wieczór. Nie miał ochoty znów telepać się Błędnym Rycerzem przez pół Londynu.
Powoli otworzył drzwi, nie wiedząc, czego może się spodziewać. Wszystkie meble osłonięto białymi płótnami. Nic nie zostało zmienione. Wyglądało, jakby mieszkańcy wyjechali tylko na dłuższe wakacje. Wszystko było tak, jak zapamiętał.
Usiadł w kuchni przy stole, kładąc na nim dokumenty sądowe i testament Dursleyów. Dostał dom. Znowu. Grimmuald Place 12 też należał do niego. I co z tego? Syriusz też nie żyje, tak jak Dursleyowie. Chociaż spadku po nich się nie spodziewał. Z dokumentów dowiedział się w jaki sposób się to stało. Skoro nikomu nie udało się ustalić, gdzie dokładnie znajduje się jego ciało, uznano go za zaginionego i przez pięć lat miał prawo do domu. Po tym czasie, gdyby się nie pojawił, dom należeć miał do Marge. A on chciał tylko parę rzeczy ze skrytki w podłodze.
Ale skoro już tu był, to mógł też mieszkać. Gdziekolwiek byłby, atak może nastąpić w każdej chwili, więc nie ma sensu marnować sił na szukanie nie wiadomo jakiego miejsca do spania.
Otworzył drzwi do swojej starej sypialni, a przynajmniej starał się to zrobić. Pokój zawalony został wszystkim, co znajdowało się w sypialni Dudleya, a czego ten nie potrzebował. Harry'ego nie zdziwiło to zbytnio.
Spać w sypialni wujostwa? Brrr!
Dudleya? Ohyda!
Zabrał więc zapasową pościel z szafy i zszedł na parter. Sofa była wystarczająco duża, żeby na niej spać, a do schowka w podłodze dostanie się rano.
Spokój i cisza obudziły Harry'ego o świcie. Jak dotąd cisza nigdy go nie budziła. Ale ta była inna. To była magiczna cisza. Muffliato, chyba.
Zsunął powoli koc na ziemię, żeby nie krępował mu ruchów, i uniósł ostrożnie głowę nad krawędzią sofy. Ktoś wchodził po schodach. Dokładniej dwie osoby. Zbyt dobrze mu znane ruchy włamywaczy wywołały uśmiech na twarzy.
— Mogę wiedzieć, co robicie w moim domu? — spytał, przełamując zaklęcie wyciszające.
— Mówiłem ci, że jego...
— ...nie da się podejść. Wiem, mówiłeś.
— Ponawiam pytanie. Fred? George? — Zapalił światła czekając, aż dwójka rudzielców dołączy do niego.
— Dumbledore się martwił. Zgłosiliśmy się...
— ...do sprawdzenia twoich miejsc. Co miałeś...
— ...na myśli, mówiąc „twój dom"? Myśleliśmy...
— ...że tylko się tu ukrywasz?
— Jest mój. Dostałem go od sądu w ramach zadośćuczynienia i w pewnym sensie w spadku po Dursleyach.
— Ale oficjalnie...
— ...nie żyłeś?
— Dla mugoli to za mało. Gdybym się nie pojawił w ciągu pięciu lat, dom miała dostać ciotka Marge.
— To ta...
— ...co ją nadmuchałeś?
— Tak, ta.
— Mugole są dziwni...
— ...ale pożyteczni. To jak,...
— ...wracasz z nami?
Rozmawiając z bliźniakami, miało się nieodparte wrażenie dialogu z jedną osobą. Harry był już do tego przyzwyczajony i nie robiło na nim wrażenia przerywanie nagle rozmowy przez Freda, by kontynuował ją George. Nikt dotąd tego nie zauważył, ale to zawsze Fred zaczynał rozmowę, a kończył ją jego brat. Dzięki temu zawsze ich rozróżniał.
— Nie. Mówiłem już Dumbledore'owi, że to nie ma sensu.
— Snape daje...
— ...w kość jako opiekun?
Harry chwilę obserwował bliźniaków, nagle zrozumiał.
— On wam nic nie powiedział.
— O czym? — spytali tym razem jednocześnie bliźniacy.
— O klątwie Voldemorta, która ciąży na mnie i Snape'ie.
— O, w kocioł. To dlatego Ron...
— ...ciągle fiuka do Hermiony. On musiał...
— ...wiedzieć. Dostanie mu się.
— Nie, nie dostanie mu się. Czy to jasne? — zauważył chłodno Harry, wstając. — Dotrzymał tajemnicy, tak jak prosiłem.
— Ale Hermiona...
— Też o niej wiedziała. Ostatni rok miał sporo atrakcji i ten też nie będzie należał do spokojnych.
— Co teraz...
— ...masz zamiar zrobić?
— Zjemy śniadanie, a potem pójdę na spacer.
Petunia uwielbiała mieć pełną spiżarnie na tak zwaną czarną godzinę. Dotyczyło to oczywiście napadów obżarstwa Dudleya. Spora część spiżarni nadal załadowana była produktami o długiej dacie przydatności. Wspólnymi siłami udało im się zrobić w miarę normalne śniadanie.
O ósmej bliźniacy aportowali się do Nory dać znać, że wszystko z Harrym w porządku.
On sam udał się na zapowiedziany spacer po okolicy. Miał zamiar zaszokować sąsiadów. Nawet ubrał się odpowiednio. Tu chyba nikt nie widział go w nowym, czystym i porządnym ubraniu.
Wieść o jego pojawieniu szybko rozeszła się po sąsiedztwie. Pojawili się nawet dziennikarze, ale z jakiegoś dziwnego powodu nagle zapominali, po co przyjechali. Cóż, małe Obliviate miało z tym faktem wiele wspólnego. Skoro bezróżdżkowa nie była wykrywalna, nie obawiał się jej używać.
Przez pierwszy dzień zmieniał wystrój sypialni wujostwa tak, by móc wyspać się w prawdziwym łóżku. Wiele rzeczy po prostu zredukował. Nie interesowała go ich wartość materialna, więc odbyło się to w miarę szybko.
Kolejnego ranka pojawił się Ron.
— Cześć, stary — przywitał się zaraz po przejściu przez bramkę.
Harry siedział na ławce w niewielkim ogrodzie, czytając książkę z zielarstwa.
— Witaj, Ron — rzekł dziwnie spokojnie. — Co cię sprowadza?
— Mama zaprasza cię na obiad.
— Dziękuję, ale na razie odmówię. Wejdźmy do środka.
Wskazał głową na przyglądających się im sąsiadów. Szata Rona musiała mocno ich zszokować.
— Okej — zgodził się z nim rudzielec. — Dlaczego nie chcesz przyjść? To tylko obiad.
— Czekam na kogoś. — Zamknął za nim drzwi i wskazał salon.
— Mogę wiedzieć na kogo?
— Na kochanka — rzucił Harry, wychodząc do kuchni.
Ron potknął się o własną nogę.
— Żartujesz? — krzyknął za nim.
— Oczywiście — odrzekł brunet, przynosząc dwie puszki Coca-Coli i uśmiechając się pobłażliwie do przyjaciela.
— Co to? — spytał Ron, widząc czerwone pojemniczki.
Harry nie odpowiedział, tylko otworzył jedną i mu podał.
— Spróbuj. Mugole za tym szaleją.
— Dobre — zachwycił się Weasley. — To co z tym kochankiem? To Draco?
— Nie. Znając Snape'a, nie może opuścić posiadłości.
— To kto?
— Ron! Robiłem cię w konia! Daj sobie spokój. Chciałbym, żebyś wszystkim przekazał, że nie życzę sobie niczyich odwiedzin.
— Dlaczego? A jeśli coś ci się stanie?
— To wyślę patronusa, ale inaczej chcę zostać sam. Mam parę rzeczy do przemyślenia.
— W porządku, przekażę… — Ron przyjrzał się Harry'emu, zastanawiając się nad zmianą widoczną w jego zachowaniu. Po chwili jednak dał sobie spokój z myśleniem i powiedział: — A teraz wal. Co się stało?
— Co masz na myśli?
— Jak znalazłeś się tutaj? Nienawidziłeś tego miejsca.
— To było kiedyś. Dursleyowie nie żyją, teraz to jest tylko dom. Budynek, w którym śpię. Nic nie znaczy, ale mam tu spokój.
— A Sam-Wiesz-Kto?
— Voldemort? Chwilowo osobiście mi nie zagraża. Jego zwolennicy owszem, ale chyba nie mają wyraźnego rozkazu, by mnie zabić. Voldemort może się obawiać, że jeśli wyda taki rozkaz, może to być uznane za śmierć z jego ręki i on też może umrzeć.
— Nie boisz się? To szalone. Dom nie ma nawet bariery.
— Ma.
— Nic nie wyczułem.
— Bo osłona ma reagować na nieproszonych gości, a nawet oni nie wyczują jej istnienia. Draco nauczył mnie tego zaklęcia. Jego posiadłość miała różne rodzaje barier, a on musiał się ich nauczyć. Wiesz, jedyny dziedzic i te sprawy. — Harry zerknął przez okno. — Pani Pomfrey właśnie wpada z wizytą.
Otworzył jej drzwi, zanim zdążyła zapukać.
— Dzień dobry — przywitał ją. — Może powinienem zorganizować parapetówkę. Wszyscy chcą zobaczyć jak mieszkam.
— Przyszłam tylko sprawdzić, jak leczą się żebra — rzuciła kobieta, słysząc ukryty sarkazm w głosie chłopaka.
— W porządku. Nic mnie nie boli. Jest dobrze.
Oczywiście niewiele to dało. Poppy nie dała się przekonać bez rzucenia zaklęcia diagnozującego.
Harry powtórzył jej prośbę o nie odwiedzaniu skoro i tak wracała do Hogwartu.
Po godzinie, pięciu puszkach coli i dwóch paczkach chipsów, Ron wrócił do domu, a Harry zdecydował się na wyjście, może nawet niewielkie zakupy czegoś, co nie znajduje się w puszce.
Po trzech dniach pobytu na Privet Drive sąsiedzi nie zwracali już na niego uwagi. Nie zachowywał się jak opisywany zawsze przez wuja Vernona przestępca. A po odejściu Dudleya żaden gang nie pałętał się po okolicy i też nie mogli ich działalności zwalić na niego, jak to robili wcześniej.
Zawędrował na plac zabaw, o tej porze pełen dzieci. Mamy i opiekunki siedziały wraz ze swoimi pociechami prawie wszędzie. Radosne patrzyły jak maluchy huśtają się, kręcą na karuzeli czy budują zamki z piasku. Małe łobuzy biegały po całej okolicy, często potrącając się nawzajem.
Harry uśmiechnął się smutno. Zazdrościł im, ale był też szczęśliwy z ich radości.
Oparł się na barierce odgradzającej plac od ulicy, obserwując brzdące. Nie miał chwilowo innego zajęcia.
Małe, różowe poruszenie w krzakach obok zwróciło jego uwagę. Dziewczynka, może z czteroletnia, przeciskała się przez żywopłot wraz z piłką w serduszka.
— Hej, mała! — zawołał ją cicho.
Dziecko popatrzyło na niego, a potem pokazało język. Harry zachichotał na ten widok.
— Zjeżdżaj, mała! — Krzyk nastolatka na rowerze ostrzegł dziewczynkę w ostatniej chwili.
Odskoczyła, upuszczając jednak piłkę, która potoczyła się na jezdnię. Bez zastanowienia, dosyć często spotykana funkcja u czterolatka, ruszyła biegiem za zgubą. Harry, także bez zastanowienia, choć u niego powinna wytworzyć się już dawno, skoczył za nią.
Ulica należała do ruchliwych. Dziewczynka już była na środku jezdni, podnosząc piłkę i tuląc ją do siebie, gdy zza zakrętu wyjechał samochód.
Harry usłyszał jeszcze pisk opon, gdy odepchnął małą w stronę chodnika. Następnie przeleciał przez przód samochodu, rozbijając sobą szybę.
— Co masz?
— Nastolatek wpadł pod samochód.
— Wlazł na czerwonym?
— Nie. Ratował dziecko, które wybiegło po piłkę.
— Bohater. Dawaj go.
Sanitariusz przekazał wszystkie dane lekarzowi wraz z pacjentem i wrócił do karetki.
— Rozległe złamania obu rąk, lewa noga wybita ze stawu, słaby krwotok wewnętrzny. Głowa cała. Masa siniaków i drobnych ran ciętych, pewnie szyba. Wyleczymy cię, młody. — Lekarz klepnął ramię rannego po przeczytaniu kartoteki, podczas gdy kilka pielęgniarek zajmowało się chłopakiem.
— To dobrze — szepnął ten, otwierając oczy.
— Jest przytomny! — Lekarz podskoczył, sprawdzając reakcję źrenic. — Dajcie mu coś na znieczulenie. Pięć miligramów morfiny na początek.
— Dzięki, chociaż nie jest tak źle.
— Nie jest źle? Chłopie, powinieneś zwijać się z bólu. — Mężczyzna już aplikował lek do podłączonej kroplówki.
— Przyzwyczaiłem się.
Lekarz otaksował go wzrokiem. Towarzyszące przy zabiegu pielęgniarki tylko pokręciły głowami, naśladując wstrzykiwanie czegoś w ramię.
— Nie jestem narkomanem! — sprzeciwił się spokojnie Harry, zauważając ten ruch.
— Czy wygląd twojego oka ma coś z tym faktem wspólnego? — Nie bardzo mu uwierzono. — Potrzebuję twoje dane. Nie znaleźliśmy przy tobie żadnych dokumentów. Imiona i nazwisko.
— Harry James Potter.
Nagle wszyscy spojrzeli na niego.
— Ten ze sprawy Dursleyów? Co niby został zmaltretowany i zamordowany.
— To ostatnie mu nie wyszło, całe szczęście — mruknął Harry.
— To stąd to oko?
Potwierdził.
— Och, biedaczku.
Cała sytuacja zmieniła się diametralnie. Po raz pierwszy Harry cieszył się ze swojej sławy. Jako, cytuję: „biedne, zmaltretowane dziecko", miał doskonałą opiekę. Nikt go o nic nie pytał, jakby fakt bycia sierotą bez opiekuna, cóż… prawdy nikt nie chciał poznać, był jakąś wytyczną do rozpieszczania.
Po opatrzeniu i zagipsowaniu obu rąk po łokcie, wstawieniu stawu na swoje miejsce, powstrzymaniu niegroźnego krwotoku pozwolono mu odpocząć.
Piętnaście minut.
Kolejne siostry, tym razem z oddziału, na który został przyjęty, zaczęły procedurę rozpieszczania na nowo. Mycie, przebranie, karmienie. Przynajmniej założyły mu cewnik, żeby nie musiał się prosić o wizytę w toalecie przy czyjejś asyście.
Niestety, gdy w końcu zasnął zmęczony, ktoś jeszcze się wspomniał.
Wizja rozrywała i tak już obolałe ciało. Próbował stosować taktykę Draco, ale bez niego to nie było to samo. Jego myślowa jaskinia drgała od natarczywych prób przebicia się Voldemorta. W końcu jednak dał za wygraną.
Otworzył powoli oczy i ujrzał nad sobą cały tabun białych kitli.
— Spokojnie, mały. Nic ci nie będzie. Jedna z ran się otworzyła. Musiała być głębsza, niż z początku myśleliśmy.
— Zimno mi i chce mi się spać.
— Straciłeś sporo krwi, ale kroplówka załatwi sprawę. Śpij, szybciej odzyskasz siły.
Trzydziesty pierwszy lipca minął niezauważony przez nikogo. Harry zastanawiał się, dlaczego jeszcze nikt z magicznej społeczności go nie znalazł. Czyżby aż tak przyjęli sobie do serca jego prośbę o brak kontaktu? Żadnego listu, nic. Jakby przestał istnieć dla innych.
Kości zrastały się wolno, ale prawidłowo. Bez dostępu do eliksirów nie miał szans na przyśpieszenie leczenia. A bez sprawnych dłoni nic nie mógł zrobić sam, nawet podrapać się po... nosie.
Minął cały miesiąc, całe szczęście bez kolejnych wizji jak i wypadków, choć raz był pewien, że znów zostanie ranny, gdy wózek, na którym siedział, zatoczył się w stronę schodów. Pielęgniarz-terapeuta złapał go jednak w ostatnim momencie.
Trzydziesty sierpnia przywitał z ogromną ulgą. Dzień zdjęcia gipsu był wręcz świętem. Pomimo zdrętwiałych kończyn i nalegań na terapię, wypisał się ze szpitala.
Taksówką wrócił do domu, zastając pod drzwiami kupkę listów. Otworzył pierwszy z góry, był od Rona.
„Czemu się nie odzywasz? Wszystko w porządku? Wiem, że nie chciałeś, abyśmy cię odwiedzali, ale może chociaż spotkamy się trzydziestego pierwszego sierpnia na Pokątnej?"
To wyjaśniało brak odwiedzin, ale przecież Snape musiał mieć jego objawy. Żadnej reakcji z jego strony go w sumie nie dziwił, ale Draco?
=Półtora miesiąca wcześniej=
— Chcę iść do Harry'ego! Nie możesz mnie tu wiecznie trzymać!
— Mogę. — Snape zbytnio nie przejmował się atakiem wściekłości chrześniaka. — Jesteś bardziej poszukiwany od Pottera. Jego Czarny Pan już nie pragnie zabić, natomiast ciebie z wielką przyjemnością osobiście torturowałby.
— Nie interesuje mnie twoje zdanie. Chcę być przy Harrym.
— Czyżbyś się zakochał w Złotym Chłopcu? — Mężczyzna spytał spokojnie, mieszając eliksir w kociołku. — Skąd wiesz, że on to odwzajemnia?
— Dlaczego jesteś taki opanowany? Trzy dni temu omal go nie rozszarpałeś na oczach dyrektora. — Draco zbladł, gdy dotarł do niego sens własnej wypowiedzi. — Zbliża się.
— Co?
— Atak klątwy!
— Po czym to rozpoznajesz? Jesteś jasnowidzem?
— Zrobiłeś się spokojny. Za spokojny. Gdyby Harry tu teraz był, pewnie nic byś mu nawet nie powiedział złośliwego. Twoja złość spada proporcjonalnie do zbliżającego się ataku. To stanie się w najbliższym czasie. Zawiadomię panią Pomfrey.
Zaczął wychodzić z laboratorium, gdy Severus złapał go za ramię.
— Nie. Dopóki nie nastąpi atak nie chcę widzieć tu tej kobiety.
Draco zbyt łatwo dał się przekonać i wiedział o tym. Nie chciał jednak denerwować opiekuna, wolał go w tym stanie emocjonalnym.
— A teraz idź, zajmij się sobą. Chcę być sam do kolacji, a najlepiej do jutra.
— Znowu planujesz warzyć jakiś niebezpieczny eliksir?
— Może tak, może nie. Nie twój interes.
— Nie wiem co Harry w tobie widział? Dobrze, zostawię cię wujku, ale gdyby coś się działo wyślij skrzata.
— Nie jestem dzieckiem.
Severus zamknął za nim drzwi, a także podniósł osłony, żeby mu nie przeszkadzać. Draco miał stuprocentową rację - chciał poeksperymentować. Koło dziesiątej plany uległy drastycznym zmianom. Ból powalił go na kolana w ciągu sekundy.
— Potter! — sapnął.
Nie mógł poruszyć rękami, nie powodując kolejnych fal cierpienia. Przywołał kilka eliksirów otwierając je magią bezróżdżkową, choć ze sporym wysiłkiem i wypił zawartość fiolek. Zbyt często wracał z imprez Czarnego Pana połamany i z krwotokami, by nie rozpoznać symptomów. Mikstury zadziałały natychmiast, łącząc kości, lecząc krwotok i małe ranki. Nie zwracając sobie więcej głowy, wrócił po półgodzinnym odpoczynku do pracy.
Kolejny atak też rozpoznał, tu niestety żaden eliksir nie zadziała. Musiał przetrzymać wizję Pottera. Nietrwała długo i znów mógł wrócić do swoich zajęć.
Kolację sobie odpuścił, informując o tym Draco przez skrzata. Nie miał ochoty użerać się z nastolatkiem. Znów wróciła mu wściekłość na Pottera. Nie wiedział skąd się brała, ale nie przeszkadzała mu. Większość ostatnich lat nie cierpiał bachora, dlaczego teraz miałoby się to zmienić.
Następnego dnia był pod ciągłą obserwacją chłopaka. Nie spuszczał go z oka, gdy tylko pojawiał się w jego pobliżu.
— Czy coś się wczoraj stało? — zapytał Malfoy przy obiedzie, nie mogąc wytrzymać.
— Niby co?
— Dobrze wiesz o co mi chodzi? Czy był jakiś atak klątwy, a ty przez swoją wrodzoną złośliwość nie chcesz mi o tym powiedzieć.
— Może był, może nie. — Zastosował wcześniejszą technikę.
— Znów zrobiłeś się nerwowy. Musiało coś się stać.
— Nie jestem nerwowy, lecz rozczarowany wczorajszymi wynikami eksperymentu. Ty chcesz widzieć atak przekleństwa, by mieć wymówkę zobaczenia się z kochankiem.
— Harry nie jest moim kochankiem.
— Jeszcze, ale w każdej chwili może to ulec zmianie. Ach, stój. Nie ulegnie — wycedził sarkastycznie, uśmiechając się diabelsko. — Nie możesz opuścić mojego domu. Całkiem mi to z głowy wyleciało.
— Dlaczego jesteś dziś taki drażliwy? — Drążył nadal temat Draco.
— Bo mnie wkurzasz. Powiedziałem jasno i wyraźnie – nie wypuszczę cię stąd do pierwszego września, a i wtedy będziesz ze mną.
— Chcę zobaczyć się z Harrym!
— Powtarzasz się. Ciągle tylko jedno. Nie zmienię zdania. Nie i koniec!
Wyszedł z salonu, zostawiając wściekłego blondyna samego. Książki i kilka mebli na tym ucierpiały, roztrzaskując się na ścianach.
Snape bardzo dobrze wiedział, że chrześniak codziennie próbuje sforsować zabezpieczenia. Przynajmniej miał zajęcie. Zabicie czasu dobre jak każde inne.
Kolejne dni mijały w ustalonym rytmie. Nic się nie działo. No, może z małym wyjątkiem.
Snape.
Według Draco zaczął zachowywać się dziwnie. Często, nazbyt często, przystawał przy oknie w salonie, skąd był widok na bramkę i, zamyślając się, patrzył na nią.
— Czekasz na kogoś? — zapytał Malfoy, po którymś razie przyłapania go na wpatrywaniu się.
— Nie wiem. Tak tylko patrzę.
Odszedł wtedy szybko od okna, kryjąc się na swoim piętrze.
Potem zaczęły się coraz częstsze zamyślenia. To nad czytaną właśnie książką, czy warzonym eliksirem.
Draco wiedział, że coś jest nie tak, ale Severus zbywał go za każdym razem.
Nawet Dumbledore nie podzielał jego zdania.
— Z Harrym wszystko w porządku, skoro Severus nie miał żadnego ataku.
— Dlaczego nie mogę go nawet odwiedzić?
— Harry prosił o to. Ron i Hermiona też go nie odwiedzają. Skoro klątwa jednak nie działa tak jak poprzednio, mamy sporo ksiąg do przeszukania. To nieznane nam zaklęcie o podobnym działaniu, ale wpływające na ludzką psychikę. Spróbuj coś znaleźć w tutejszej bibliotece.
— Dobrze, proszę pana. Ale wcale mi się to nie podoba. Harry'emu może coś się stać, a nikogo przy nim wtedy nie będzie.
— Jest już dorosły i ma prawo postępować według własnych decyzji, nawet jeśli są błędne. Nawet, gdy my się z nimi nie zgadzamy.
— I tak wiem, że coś jest nie tak — rzucił na koniec, gdy Albus znikał w zielonych płomieniach.
Niestety to niczego nie zmieniło. Był uwięziony w posiadłości bez jakiejkolwiek możliwości kontaktu ze światem zewnętrznym. Poza gabinetem dyrektora.
A Snape zachowywał się ... jak nie Snape.
Nikt go nie wielosokował, tego był pewien, jednak mężczyzna wyglądał jakby ciągle czegoś szukał i sam nie wiedział czego. Albo o czymś ważnym zapomniał i nie mógł sobie przypomnieć.
Na pytania blondyna zawsze wymyślał wymijające odpowiedzi i w końcu ten przestał je zadawać.
— Czy możemy chociaż udać się na Pokątną? Potrzebuję nowych rzeczy do szkoły.
— Czemu nie zamówisz przez sowę?
— Bo chcę iść na Pokątną.
— Skoro musisz to pójdziemy. Jutro ci pasuje?
Zbyt szybka zgoda była mocno podejrzana, ale chłopak nie grymasił. Osiągnął cel. Wyrwie się stąd.
Za to ze Snape'em była całkiem inna sprawa.
Dobrze wiedział czego wypatruje, czego szuka, a czego nie zapomniał.
Harry Potter.
To był jego problem.
Wciąż krążył mu po głowie, zamyślając się nad książkami czy zapatrując w bramkę, oczekując jego powrotu. Nie chciał się przyznać, nawet przed samym sobą, że odczuwa jego brak. Nie wiedział czy żyje po ataku. Przecież on nie musiał tego przypłacić życiem, jeśli Potter zginąłby. On miał spore szanse żyć. Miał dostęp do eliksirów.
A chłopak?
Mógł teraz być gdziekolwiek. W domu, gdzie nikt go nie odwiedzał, bo sam o to poprosił. Na ulicy sponiewierany przez bezdomnych, którzy wyczuli łatwy cel na rannym. Cała lista czarnych pomysłów rosła z dnia na dzień.
To był też jeden z powodów wyrwania się z posiadłości. Zapomnieć chociaż na chwilę.
Trzydziestego pierwszego sierpnia aportowali się na Pokątną. Snape zaraz tego pożałował.
Tłum. Wszędzie tłum.
Chyba wszyscy rodzice i opiekunowie zdecydowali się na zakupy właśnie dziś. Sklepy były oblegane niczym przed świętami.
— Mogę zrobić zakupy sam, wujku. Nie musisz mnie ciągle pilnować.
— Nie tak szybko. Nie dam wystrychnąć się na dudka. Chcesz iść do Pottera, a ja się nie zgadzam. Lepiej proś Merlina, aby dziś przyszedł na zakupy. Może ci się spełni, chociaż daleko do świąt i o cud trudno.
— Dzień dobry, profesorze. Draco. — Zza jego pleców doleciał bardzo znajomy głos.
— Harry! — Blondyn natychmiast rzucił się w jego stronę. — Jak się masz?
— Ujdzie, a pan profesorze?
Snape spiął się, gdy oskarżający wzrok chrześniaka bombardował go wściekłością.
— Jak mogłeś?
— O co chodzi, Draco? — Harry dotknął ramienia blondyna.
— Nic nie powiedział! Kiedy to było, Harry? Ile razy przekleństwo dało znać. Nic ci nie jest? Pani Pomfrey musi cię obejrzeć. Natychmiast.
Malfoy zaczął, a przynajmniej próbował, zaciągnąć bruneta w stronę Dziurawego Kotła.
— Draco, przestań! — Wyrwał mu się delikatnie. — Nie trzeba. Idź, poszukaj Rona i Hermiony u bliźniaków. Chcę porozmawiać z profesorem.
— Nie! Zostanę! Tym razem mi nie uciekniesz!
Harry uśmiechnął się lekko podchodząc bliżej, a blondyn zamarł. Brunet musnął blady policzek palcami, pochylając się nad jego uchem.
— Idź, albo w tym roku nadal będę spał z chłopakami, a nie u ciebie. Już wysłałem prośbę do McGonagall, ale zawsze mogę się rozmyślić. — Musnął wargami szyję chłopaka i się odsunął. — To jak? Pójdziesz?
Draco zaniemówił zarumieniony i tylko kiwnął głową, odwracając się na pięcie.
— Nie sądzisz, że szantaż to nie najlepszy pomysł?
— Tak będzie najlepiej dla Draco. Chodźmy gdzieś, gdzie nie rzucamy się tak w oczy.
Severus znał miejsce, które zapewniało dyskrecję, oczywiście za odpowiednią opłatą. Niewielkie pokoiki do wynajęcia.
— O czym chciałeś porozmawiać? — spytał Snape po rzuceniu kilku czarów wyciszających i siadając przy małym stoliku.
Duże łóżko jasno mówiło do czego używano pokoi.
— Dlaczego nie powiedział pan Draco o ataku? To mogło pana zabić.
— Martwisz się o mnie? — Uniósł zdziwiony brwi.
— Oczywiście.
— A nie powinieneś. Byłem wtedy w laboratorium. Wszystkie potrzebne eliksiry pod ręką. A ty? Jak sobie poradziłeś?
— Mugole.
— Znowu szpital?
— Tak. Wczoraj mnie wypuścili. Coś w tym rodzaju.
Severus zamarł. Nie wiedział jak opisać to uczucie. Lęk? Przerażenie? A może ulga?
— Profesorze? Wszystko z panem w porządku? Zbladł pan.
— To nic.
— Skoro pan tak twierdzi. — Ale Harry miał swoje zdanie na ten temat. — Chciałbym wiedzieć, co pan zamierza zrobić w szkole? Wolę być poinformowany zawczasu.
— Co masz na myśli?
— O ataku złego humoru, po aktywacji zaklęcia. Co mam wtedy robić? Nie mogę wtedy za bardzo zbliżać się do pana, za bardzo boli.
— A teraz? Teraz też boli? — Zaniepokoił się wyzwalając tym uśmiech na twarzy chłopaka.
— Nie. Nie boli. Nie jest pan na mnie zły, raczej zmartwiony. Jest dobrze.
— Nie wiem — rzucił nagle Snape.
— Rozumiem — odparł Harry, wiedząc o co chodzi. — Zatem postaram się po prostu pana wtedy unikać. Powinno zadziałać.
— Wiesz, że w pozostałe dni możesz przyjść do mnie.
— Nie, nie mogę — Harry wstał, ale smukła dłoń zatrzymała go.
— Dlaczego?
— Zaklęcie, panie profesorze. Ono mnie powstrzymuje. Powoli, krok po kroku, zaczynam go rozumieć i boję się, czym to zrozumienie się dla mnie skończy. Albo dla pana. Muszę iść.
Harry opuścił cichy pokoik, zostawiając zamyślonego mężczyznę samego.
— Jesteś nareszcie! — Gdy tylko przekroczył próg sklepu z dowcipami, rzuciła się na niego cała masa Weasleyów.
Poklepywań, uściskom i tuleniom nie było końca.
— Powiesz w końcu, czy mam to z ciebie wyciągnąć na siłę? — Draco jako jedyny nie brał udziału w powitaniu.
— Nie muszę ci nic mówić, Draco — odparł spokojnie po uściskaniu Hermiony.
— Oszaleliście oboje! — Malfoy aż kipiał.
— Co się stało? — Hermiona stanęła u boku Draco.
— Mieli atak i nikomu nie powiedzieli.
— Kiedy to było? — Zainteresowała się dziewczyna nie kryjąc strachu.
— Półtora miesiąca temu.
— Co? Co się stało?
— Wpadłem pod samochód.
Granger zbladła tak bardzo, że bliźniaki podstawili jej krzesło, na które opadła.
— Spokojnie, nic mi się nie stało — uspokajał ją Harry.
— Nic? Znając ciebie byłeś półżywy.
— Przez jakąś minutę czy dwie. — Wyszczerzył się do niej jak głupi.
— Harry! Nie jestem idiotką! — oburzyła się Granger.
— Złamane obie ręce w kilku miejscach, przemieszczone biodro, rany od szyby. Ratowałem dziewczynkę!
— Cały Gryfon — rzucił Draco choć też był blady jak ściana. — Zamorduję Snape'a.
— Spróbować zawsze możesz. Może uda ci się dożyć następnego dnia. — Zgodził się z nim Ron, oglądając jakiś nowy wynalazek braci.
— Czy udało ci się coś znaleźć? — Potter zwrócił się do Hermiony. — Cokolwiek.
— Już w zeszłym roku przeglądnęłam cały dział. Nic nowego nie znalazłam. Nawet Draco przeszukał Snape Manor, ale też nic nie znalazł.
— A w twojej posiadłości? Masz tam bibliotekę?
— Oczywiście, że mam. Każdy czystokrwisty ród ma własną bibliotekę. Jednak zauważę, że jutro jedziemy do Hogwartu.
— Porozmawiam z Dumbledorem.
Brunet rozejrzał się nagle zaniepokojony.
— Co jest Harry?
— Nie jestem pewien. Mam dziwne przeczucie.
— Takie jak zawsze, gdy coś się ma stać? — Hermiona wyciągnęła różdżkę.
Weasleyowie i Malfoy zrobili to samo.
Tych kilku klientów, którzy byli w sklepie popatrzyła na nich zdziwiona.
— Schowajcie się! — krzyknął nagle Harry, spostrzegając przez wystawową szybę czarne płaszcze. — Śmierciożercy!
Wszyscy ukryli się za półkami, obserwując panikę na ulicy.
— Musimy im pomóc — szepnął Ron, widząc kolejne ofiary padające na ziemię.
— Nie! Tu jesteśmy bezpieczni — odparł Harry, powstrzymując jednego z bliźniaków. — Nic nie poradzimy przy takiej liczebności. Przewaga jest po ich stronie. Wkrótce przybędą aurorzy.
Ból w bliźnie dał o sobie znać nagle i niespodziewanie.
— On tu jest! — warknął, trzymając się za głowę. — I to nie daleko. Czegoś szuka, albo kogoś. — Zerknął na Draco.
Młody Malfoy kucał po jego prawej stronie, drżącą dłonią ściskając różdżkę. Harry złapał go za tę właśnie dłoń i uścisnął pocieszająco.
Szklane drzwi wyleciały z hukiem i resztki rozbiły się o przeciwległą ścianę.
— Wiem, że tu jesteś Harry Potterze! Wyjdź!
Ból już dawno dał mu znak, że Voldemort się zbliża. Nakazując wszystkim pozostać w ukryciu, sam wyszedł z kryjówki, stając naprzeciw swojego odwiecznego wroga.
— Zmieniłeś zdanie, Tom? Masz zamiar dziś umrzeć?
— A ty? Chcesz żeby to było dzisiaj?
— Jeśli zabiorę cię ze sobą, to nie zrobi mi to różnicy — powiedział spokojnie, słysząc cichy jęk Hermiony i Rona za plecami.
— Takiś pewien? Zadufany w sobie jesteś?
— Ty też. Mogłeś poprosić o spotkanie, a nie urządzać atak.
— Moi słudzy trochę się ostatnio nudzą. Nie mogą znaleźć pewnych osób, z którymi bardzo pragnę porozmawiać.
— Jeśli tak jak ostatnio ze mną, to wcale się im nie dziwię. Taka gościnność jest raczej nie miło wspominana.
— O! Widzę, że odzyskałeś pamięć. Miałem nadzieję na troszkę dłuższy efekt.
— Widocznie słabo się starłeś, albo wybrałeś złego Jedi do tej misji. Przecież wiesz, że moc musi być z tobą.
Rozmawiali ze sobą jak starzy znajomi, żaden nie trzymał różdżki w dłoni. Po prostu stali naprzeciw siebie i drażnili się słownie.
A na ulicy trwało piekło. Krzyki docierały do nich stłumione. Walki musiały trochę się oddalić w głąb Pokątnej.
— Przyszedłem po Draco i Severusa.
— Chyba zapomniałeś umówić się na spotkanie i ich nie ma. — Harry zastanawiał się właśnie, czy podczas wypadku samochodowego jednak nie uderzył się w głowę.
Drażnił mrocznego czarodzieja, mordercę jego rodziców. I Voldemort zaczął tracić opanowanie.
— Zaczynasz mnie wkurzać!
— Z wzajemnością, Tom.
— Wiem, że tu jest! Daj mi go!
— Bo co?
Harry już od dłuższej chwili miał uniesioną tarczę, a nagła zmiana aury wokół Riddle'a uprzedziła go o nagłym ataku.
— Coś słabo się starasz, Tom. Czyżbyś się bał mnie uszkodzić?
Przed sklepem zaroiło się nagle od śmierciożerców.
— Panie, przybyli aurorzy i spychają nas do defensywy.
— Podpalić sklep! Nie wypuszczać nikogo! — Wydał nagle rozkaz Czarny Pan, wycofując się i stając za plecami swoich zwolenników, rzucających zaklęciami podpalającymi.
— Podejdźcie bliżej. — Potter cofnął się do ukrywających i otoczył ich swoją tarczą. — Ochładzajcie barierę, a ja postaram się utrzymać ją jak najdłużej. Aurorzy już są, więc powinni pojawić się tu w kilka minut.
Kilka minut przeciągnęło się do kilkunastu, a śmierciożercy czekali. Stali przed płonącym budynkiem, broniąc się przed zaklęciami jakiś czarodziei.
— Wracamy! — rozkazał nagle Voldemort i zniknął.
Harry słaniał się już na nogach ze zmęczenia, ale nie zdejmował osłony. Słysząc kilkukrotny trzask aportacji odetchnął i wyprowadził wszystkich ze sklepu objętego ogniem. W bezpiecznym miejscu po prostu osunął się na kolana i zamknął oczy wyczerpany.
— Harry! — Natychmiast doskoczył do niego zmartwiony Draco.
— Jestem tylko zmęczony — szepnął, opierając się na nim i próbując wstać.
— Siedź, a nawet się połóż — Hermiona wyczarowała nosze, unoszące się nad ziemią. — Zaraz się ktoś tobą zajmie.
— Sprawdź co ze Snape'em — rzekł cicho, gdy Ron i Draco kładli go na nich.
— Nic mi nie jest — usłyszeli głos mistrza eliksirów za sobą.
Trochę sponiewierany, ale cały, chociaż mocno blady.
Dumbledore pojawił się kilka minut później.
— Wszyscy cali? — spytał kiwając na Severusa, żeby poszedł za nim. — Poczekajcie chwilę, zaraz dostarczą świstokliki do świętego Munga.
Postrach Uczniów ruszył za Albusem i wszyscy mogli zobaczyć jak nerwowo o czymś dyskutują.
Harry usiadł powoli na noszach pomimo nalegań przyjaciół i zawrotów głowy.
— Muszę wrócić do domu.
— Nie możesz! To niebezpieczne! — krzyknęła Hermiona, zagradzając mu drogę, gdy wstał.
— I tak pójdę. — Nałożył na siebie zaklęcie kameleona i natychmiast odsunął się poza zasięg rąk przyjaciół.
Dobrze zrobił, bo trzy osoby na raz w stronę, gdzie dopiero co stał.
Harry tak naprawdę nie miał powodu, żeby wracać do domu Dursleyów. Nic tam nie zostawił, ani nic go z tym budynkiem nie wiązało. Poza złymi wspomnieniami. Chciał tylko jeszcze coś załatwić. Miał przeczucie, że do Surrey już nigdy nie zawita.
Metrem dotarł do dzielnicy ciotki Marge. Zapukał do jej drzwi.
— Czego jeszcze chcesz? — spytała chłodno po zobaczeniu go.
— Tylko chciałem ci to oddać — Podał jej klucze i list. — Zrzekam się domu. Mam jeszcze dwa. Po rodzicach i ojcu chrzestnym. Nigdy więcej już mnie nie ujrzysz. Do widzenia.
Obrócił się i ruszył z powrotem ku magicznej ulicy, gdzie zarezerwował sobie pokój na noc w Dziurawym Kotle.
Ten okres życie uważał za zamknięty, a doświadczenia na zawsze pozostaną w pamięci.
