Rozdział 3.
Harry omal nie zaspał. W ostatniej chwili obudziły go hałasy, dobiegające z ulicy. Szybko pozbierał rzeczy i, po zapłaceniu rachunku, ruszył w stronę King's Cross. Nie zdążył nawet zobaczyć, jakie zniszczenia poczynili wczoraj śmierciożercy. Miał nadzieję, że któryś z przyjaciół ma dzisiejsze wydanie „Proroka Codziennego". Przypuszczał, już dawno przestał wierzyć, iż o nim zapomną, że znów znajdzie się na pierwszej stronie.
Knota chyba musiał szlag trafiać. Voldemort na środku ulicy Pokątnej. Żywy i krwiożerczy.
Westchnął, wchodząc na peron dziewiąty. Szybko przekroczył ukryte wejście i natychmiast ogłuszył go niesamowity hałas. Masa uczniów z rodzicami robiła niepokojący raban.
— Jak na otwarciu hipermarketu — mruknął Harry, nadal lekko zmęczony wczorajszymi wydarzeniami. — Tyle, że nic nie dają za darmo.
Już w metrze naciągnął kaptur bluzy, żeby nie rzucać się w oczy i teraz dziękował sam sobie za ten pomysł. Peron oczywiście obstawiony był przez dziennikarzy.
— Jeszcze mi tego brakowało.
Szybko wsiadł do pociągu i zajął pierwszy pusty przedział, zaciągając zasłony, po czym nałożył na drzwi zaklęcie rozpoznające tylko Draco, Weasleyów i Hermionę. Oni, jako jedyni, mogli wejść niezatrzymani czarem. Ściągnął bluzę i zrobiwszy z niej poduszkę, położył się, zmęczony. Po chwili już spał.
Gdy się obudził, pociąg był w ruchu, a Ron i Hermiona dyskutowali o czymś z Draco, lecz on nic nie słyszał. Widząc, że już się obudził, dziewczyna zdjęła czar wyciszający.
— Wystraszyłeś nas wczoraj — wyrzuciła mu od razu.
— Nic mi nie było.
— No pewnie, a ta niezdrowa bladość, to co? — Draco podał mu lusterko.
— Podkrążone oczy, lekko zapadnięte policzki, to nic. Bywało gorzej. — Harry uśmiechnął się do nich.
Nie podziałało.
— Z tobą gorzej niż z małym dzieckiem, Potter. Trzymać za rączkę, karmić...
— Kiedy przeszliśmy znów na nazwiska, Malfoy? — zaintonował lekko rozzłoszczony Harry. — Nie jestem dzieckiem. Gdybyś nie zauważył, jestem już pełnoletni i nie możesz mną rządzić. Snape także.
— Przestańcie! — przerwał im Ron. — Tylko się o ciebie martwiliśmy, Harry. Nie chcemy cię więzić, ograniczać, czy co tam sobie ubzdurałeś. Jak jesteś głodny, to jesteś okropny. Masz!
Wręczył mu czekoladową żabę. Harry'emu aż zaburczało w żołądku na sam widok. Rano nic nie zjadł, a wtedy zawsze stawał się drażliwy. Jak widać, kilka lat głodowania niewątpliwie miało swoje złe strony.
— Przepraszam was wszystkich. Po prostu musiałem coś zrobić.
— I nie mogłeś tego zrobić z nami?
— Nie! — rzucił trochę za ostro.
— Spokojnie, Harry. Już po fakcie. Zrobiłeś, co chciałeś i jest w porządku — udobruchała samców Hermiona. — Lepiej przygotujcie się, dojeżdżamy.
Jeszcze dobrze nie wysiadł z bryczki i nie przekroczył bramy, a pani Pomfrey już machała na niego z daleka.
— Pójdzie pan ze mną, panie Potter.
— A uczta?
— Zje pan w skrzydle szpitalnym. Mam polecenie pana przebadać.
— Czyje polecenie?
— Twojego opiekuna i dyrektora.
— A nie mogę przyjść po uczcie? Nikomu nie zrobi to różnicy — prosił błagalnie chłopak. — Sam się zgłoszę. Nie będzie musiała mnie pani szukać. Będę grzecznym chłopcem.
Pielęgniarka westchnęła przekonana maślanymi oczętami i pozwoliła mu dołączyć do przyjaciół.
— Ale pojawisz się zaraz po kolacji.
— Tak jest, proszę pani — zasalutował. — Na każdy pani rozkaz.
Pani Pomfrey uśmiechnęła się pobłażliwie i pogoniła ich do wielkiej sali.
Po uczcie Harry pożegnał się z przyjaciółmi, po raz enty potwierdzając, że nie potrzebuje asysty połowy Gryffindoru. Pomfrey już na niego czekała. Tak jak Snape i Dumbledore.
— Czy teraz dowiem się, po co te badania?
— Potter, nie udawaj głupszego niż jesteś. Wczoraj wyczerpałeś się magicznie...
— I odespałem to — przerwał wywód Snape'owi.
— To tylko kontrolne badanie. Tak dla pewności.
— Róbcie, co chcecie. Zresztą i tak zawsze to robicie.
Usiadł na brzegu łóżka, na którym wciąż wisiała tabliczka, którą kiedyś dostał od bliźniaków.
— To nieprawda i dobrze o tym wiesz, Harry. — Albus nie zgodził się ze słowami Harry'ego.
— Tak. Oczywiście, panie dyrektorze — zgodził się polubownie chłopak, jakby mając nadzieję, że nikt już nie będzie nic na ten temat mówić.
Pielęgniarka bez słowa rzuciła swoje standardowe zaklęcia diagnozujące.
— Nadal jesteś wyczerpany, ale dam ci eliksir wzmacniający i zwolnię z jutrzejszych zajęć.
— O tak, tego mu naprawdę potrzeba — rzucił Severus sarkastycznie.
— Nie musi się pan tak o mnie martwić. Przyjdę na zajęcia nawet, jeśli zostanę z nich zwolniony.
— Żadna nowość. Czy chociaż raz wykonasz moje polecenie? — Pomfrey bynajmniej nie wyglądała na zachwyconą pomysłem swojego pacjenta.
— Może kiedyś, pani Pomfrey. Cuda ostatnio często się zdarzają.
— Ale nie zmartwychwstania — warknął Snape. — Jeśli zobaczę cię jutro na eliksirach, Potter, Gryffindor straci pięćdziesiąt punktów.
— To będzie pan musiał je później oddać Draco, bo on tego panu nie wybaczy. Przyjdę i miło wiedzieć, że mnie pan oczekuje, choć chwilę wcześniej miał odmienne zdanie. ― nie przestawał go drażnić.
— Nie oczekuję cię! — sapnął wściekle mistrz eliksirów.
— Oczywiście.
Potter wstał z łóżka, gdy tylko otrzymał obiecany eliksir. Zrobił dwa kroki i upadł na kolana, trzymając się za głowę.
— Draco — zdążył jeszcze szepnąć, zanim stracił przytomność.
OOO
— To robi się coraz bardziej niebezpieczne dla Harry'ego. Musicie wznowić lekcje oklumencji.
— Nie — odparł Severus krótko na ten rozkaz Albusa. — Nie zgadzam się.
Wizja Pottera trwała tym razem naprawdę długo. Pół nocy Draco pomagał Harry'emu, a teraz obaj spali wyczerpani.
— Dlaczego?
— Bo Potter nie może do mnie przyjść.
— Ponawiam pytanie. Dlaczego?
— Nie wiem. Powiedział, że zaklęcie mu zabrania.
— A nie ma to czasem coś wspólnego z twoimi wybuchami wściekłości i nienawiści? — Pytanie Poppy widocznie rozzłościło Severus, gdy ten tylko je usłyszał.
— Oczywiście, że nie! — warknął. — Nie będę go zmuszał. Jeśli zechce, Draco może go uczyć. Jest w tym wystarczająco dobry.
— Ty jesteś dobry. Ja, jako Malfoy, jestem świetny. — Draco usiadł mrugając, by odgonić sen i zerkając na wuja. — Wręcz wspaniały. Doskonały w każdym calu.
— Tak, chyba zrozumieliśmy. A teraz idź dalej spać.
— Dopiero co się obudziłem, pani Pomfrey. Proszę choć na chwilę powstrzymać swój niewykorzystany instynkt macierzyński.
— Panie Malfoy! — odezwała się ostrzegawczo Poppy, czerwieniejąc z oburzenia.
— Tak, wiem. Nie wspominać o małych Snapiątkach.
— Draco! — Tym razem to Severus.
— Wam naprawdę potrzeba pokoju z dużym łóżkiem, na przykład takim, jak to w twojej sypialni. Zbyt długo używasz go sam.
Nozdrza Snape'a rozwierały się niczym wrota do hogwardzkiego holu. Widząc to, dyrektor postanowił przejąć inicjatywę.
— Nie przesadza pan, panie Malfoy?
— Ależ skąd, panie dyrektorze. Wiem, co robię. — Rzucił okiem na opiekuna i dodał szybko, chowając się pod kocem: — Chyba.
— Szlaban przez tydzień! — syknął Severus, obracając się na pięcie. — Z Filchem!
Mistrz eliksirów opuścił szpital wyraźnie rozzłoszczony. Jeśli złapie teraz jakiegoś ucznia poza dormitorium, to ten nieszczęśnik nie opuści szlabanów do końca roku.
— Dlaczego to pan robi, panie Malfoy? — spytał Albus, uśmiechając się do blondyna.
— Wujkowi potrzeba kobiety. — Draco puścił porozumiewawczo oko do Poppy. — A tylko pani jest w stanie mu się przeciwstawić.
— Ja? Chyba się mylisz. Już raz wygrał, grając ze mną w tę grę. — Pielęgniarka już odzyskała normalne kolory i teraz wydawała się być rozbawiona próbami młodego arystokraty.
— Ale tylko wtedy, gdy nie miała pani racji. W innym przypadku walczy pani jak lwica. A on potrzebuje silnej kobiety. Zeswatałbym go z Hermioną, ale pogryźliby się na pierwszej randce. Ona za bardzo chce rządzić, tak jak Severus. Są jak dwa pioruny. Lepiej nie stać zbyt blisko, gdy się spotkają. Pani natomiast i on się równoważycie.
— Czyli bawisz się w swata?
— A nie widać tego? Przecież nie wspominałbym o dzieciach, gdybym wiedział, że i on ich nie chce. Za bardzo okazuje złość, żeby go to nie interesowało.
— Dobrze. Przemyślę to… — Słowa Poppy wprawiły w prawdziwe zdumienie zarówno Draco, jak i dyrektora. Żaden z nich nie pomyślał, że kobieta da się przekonać do tak szalonego pomysłu.
— Słucham? — spytał Draco, mrugając ze zdziwienia.
— Powiedziałam, że to przemyślę — powtórzyła Pomfrey już nieco ciszej, co wywołało szeroki uśmiech na twarzy Draco.
— To dobrze. We dwójkę łatwiej zakładać sidła — stwierdził, po czym ziewnął i po kilku sekundach już znowu spał.
— Chłopcy w jego wieku miewają niezwykłe pomysły — odezwał się opanowanym głosem Dumbledore z figlarnym błyskiem w oczach, na co Pomfrey zarumieniła się uroczo w odpowiedzi.
— Dlaczego myślisz, że są niezwykłe? Twierdzę, że są bardzo trafne.
Albus uniósł jedną brew, zaskoczony. Nigdy nie podejrzewałby Poppy o jakiekolwiek uczucia do kogoś z grona pedagogicznego, a już szczególnie do Severusa.
— Lepiej idź już odpocząć, Albusie.
Wygoniła go szybko z ambulatorium. Sprawdziła jeszcze stan swoich pacjentów i skryła się w swoim pokoiku.
Rankiem przy śniadaniu obok swego talerza znalazła krótki liścik. Eleganckim pismem Naczelny Nietoperz Hogwartu przepraszał za karygodne zachowanie swego podopiecznego. Uważał jednocześnie, że zestaw kilku rzadkich eliksirów powinien jej to wynagrodzić. Przez cały posiłek kobieta uśmiechała się do wszystkich, jakby została obsypana kwiatami.
Obiecane eliksiry znalazła na swoim biurku zaraz po powrocie do skrzydła szpitalnego. Odkryła także brak dwójki pacjentów, choć to ostatnie nie było żadną nowością.
OOO
Wtargnięcie mistrza eliksirów do sali laboratoryjnej odbyło się standardowo. Huk drzwi, bez złamania sobie nosa, słaby uśmiech Harry'ego na to wspomnienie. Następnie łopot szat, gdy zmierzał w stronę biurka, omiatając wszystkich złowrogim spojrzeniem.
— Skoro złamaliście zakaz opuszczania gniazda orlicy, dostaniecie zadanie specjalne — zwrócił się bezpośrednio do dwójki szpitalnych uciekinierów.
— Tak jest — zasalutowali chłopcy jednocześnie.
— I po dziesięć punktów za brak subordynacji.
— To już gorzej — mruknął Draco.
— I bez głupawych tekstów, bo wydłużę szlaban o kolejny tydzień. Reszta do pracy. Instrukcja na tablicy, a wy macie zrobić to.
Położył na ich stole kartkę i usiadł za biurkiem, obserwując wszystkich czujnym wzrokiem.
Szafki z ingrediencjami natychmiast zostały oblężone przez uczniów. Harry tymczasem patrzył na Snape'a z dziwnym, bolesnym uczuciem, powoli rodzącym się w piersi. Profesor był w klasie dopiero kilka minut, a już czuł, jak zaczyna mu brakować powietrza. Nie przypuszczał, że uczucie będzie takie intensywne. Wręcz nakazywało mu ono oddalenie się od Severusa.
Stał przy ławie, ściskając blat tak mocno, że zbielały mu palce. Ciężko oddychał i nie spuszczał z oczu nauczyciela, tak z resztą jak on z niego.
— Harry? Co się dzieje? — zaniepokoił się Draco, wracając z ingrediencjami.
— Muszę wyjść — szepnął brunet.
— Są zajęcia.
— Muszę.
Chciał go minąć, ale drżące nogi nie słuchały. Ugięły się pod nim, a Draco złapał go pod pachami, powstrzymując upadek.
— Wyprowadź mnie stąd — poprosił słabo Gryfon.
Blondyn podparł go mocniej. Ron bez słowa pomógł mu z drugiej strony.
— Wracać do pracy! — krzyknął profesor, widząc coraz większe zamieszanie.
Uczniowie odwrócili się do niego ze zdziwieniem, ale on jakby nie widział wychodzącej trójki. Tylko Hermiona taksowała go nadal wzrokiem, gdy pozostali uczniowie wznowili pracę.
— Muszę usiąść — stęknął Harry już na korytarzu, znów się potykając.
Draco i Ron pozwolili mu opaść na podłogę, opierając o ścianę.
— Co się dzieje, stary? — zapytał w końcu Weasley. — Czy to po wczorajszej wizji?
Chłopcy zaraz po opuszczeniu skrzydła szpitalnego podzielili się nowymi wiadomościami o wściekłości Czarnego Pana, spowodowanej nieudanym nalotem na Pokątną. Większość śmierciożerców była osobiście karana przez swego Pana.
— Nie, to nie przez wizję. To Severus.
— Severus? — zdziwił się Draco. — Po pierwsze nic nie zrobił, po drugie od kiedy mówisz mu po imieniu?
— Nie wiem — westchnął Harry, opierając głowę o zimny mur. — Wracajcie na eliksiry. Pójdę odpocząć, skrzaty pewnie już wczoraj przeniosły moje rzeczy do twojego pokoju, Draco, więc wiesz, gdzie mnie szukać.
— Pójdę z tobą — nalegał blondyn.
— Nie trzeba. Czym dalej od Snape'a będę, tym poczuję się lepiej.
— To to zaklęcie, prawda? — upewniał się Ron. — Ono to robi.
Harry kiwnął głową i wstał. Oddychał już nieco lżej.
— Idźcie. Jakby co, wezwę Zgredka.
— Może lepiej byś zrobił, gdybyś poszedł do Poppy?
Harry tylko pokręcił głową.
— Pójdę się zdrzemnąć. Powiedźcie nauczycielom, że później się do nich zgłoszę.
Ruszył ku schodom prowadzącym ku wieży. Po kilku krokach, nie odwracając się, rzekł:
— Świdrując moje plecy wzrokiem, nie przyśpieszycie swojego powrotu na zajęcia.
W końcu chłopcy ruszyli do klasy. Harry tylko na to czekał. Gdy wyczuł, że zniknęli za drzwiami klasy, szybko skierował swoje kroki do pokoju Życzeń. Miał już zalążki planu, ale musiał trochę nad nim popracować. A w końcu magia tego pomieszczenia spełniała różne życzenia i pragnienia.
Nie wyszedł z niego aż do obiadu. Mógłby zostać dłużej, ale byłoby to zbyt podejrzane. Nie na wiele mu się to jednak zdało.
— Gdzie byłeś? — To było pierwsze pytanie, jakie zadała mu Hermiona, gdy go zobaczyła. — Nie spałeś w swoim pokoju, powiedziała mi o tym Gruba Dama, ani w ambulatorium.
— Pokój Życzeń. Tam jest spokojniej. — Nie było sensu kłamać, chociaż mówić całej prawdy też nie miał zamiaru.
— Co tam robiłeś?
— Odpoczywałem, a co myślałaś? — bronił się Harry, obserwując nad jej głową Wielką Salę.
Aury uczniów były dziś dziwnie mroczne. Szczególnie po stronie Ślizgonów.
— Draco, znów podpadłeś Wężom, czy mają jakiś inny problem? — Odwrócił się do jedzącego blondyna.
— Są wkurzeni. Severus przyznał mi pięćdziesiąt punktów za doskonale wykonany eliksir pamięci. W dodatku uwarzyłem go sam.
Harry zachichotał.
— Tego raczej się po nim nie spodziewałem.
— Nie ciesz się tak, stary — wtrącił Ron. — Wcześniej odebrał mi w sumie sześćdziesiąt za zniszczenie mojej mikstury.
— Przecież w tym roku pracujesz z Hermioną… Neville nie kontynuuje tych zajęć.
— To nie jego wina — odezwała się Hermiona, zawstydzona. — Zagapiłam się i Ron wrzucił za wcześnie liście konopi do wywaru. Połowa klasy chodziła odurzona do końca zajęć.
— Ugotowałaś narkotyczny kompot na eliksirach? Musiałaś nieźle się zagapić. Kim była twoja ofiara?
— Harry — Dziewczyna trzepnęła go w ramię zarumieniona.
— Ron, ty się lepiej przyznaj! Czego zapomniałeś zapiąć, żeby aż tak rozchwiać emocjonalnie swoją dziewczynę?
Teraz już dwie czerwone jak buraki osoby siedziały koło niego. Dał im w końcu spokój. I bez tego było im wesoło.
Po posiłku Harry zaczepił wychodzącą z wielkiej sali profesor McGonagall.
— Pani profesor, chciałbym porozmawiać z panią i dyrektorem.
— Czy to ważne?
— Raczej tak.
— No, dobrze. Chodźmy.
Ruszyli razem w stronę chimery. Po wypowiedzeniu hasła – jakiś cukierek z Miodowego Królestwa – wkroczyli na ruchome schody. Już w ich połowie Harry wyczuł, że coś jest nie tak. Po wejściu do gabinetu już wiedział co.
Nawet się nie witając, oparł się o ścianę przy wejściu. Tym razem reakcja jego ciała była natychmiastowa. Zbladł, łapiąc haustami powietrze.
— Wyjdź, proszę — rzucił słabo.
Severus Snape nic nie powiedział na to zachowanie. Kiwnął głową w stronę Albusa i po wrzuceniu proszku fiuu, zniknął w kominku.
Harry od razu poczuł się lepiej.
— Chyba zaczynam rozumieć, o czym mówił Severus... — zaczął dyrektor, ale Potter mu przerwał.
— Chcę opuścić eliksiry. Rezygnuję z nich.
— Ależ panie Potter! One są wymagane do pracy aurora — powiedziała profesor McGonagall, przyglądając się swojemu uczniowi ze zdumieniem.
— Nie zależy mi na tej pracy. A dopóki zaklęcie działa, nie mam szans na udział w zajęciach. Przynajmniej nie przytomny.
— Kiedy to się zaczęło?
— Najmocniej dzisiaj na zajęciach, ale czułem już pierwsze efekty w czasie wakacji.
— Dlatego opuściłeś Snape Manor?
— Między innymi.
— Nie wygląda to zbyt optymistycznie — rzekła McGonagall, siadając w fotelu.
— Przyzwyczaiłem się. Cieszę się z tego, co mam. Nawet z najmniejszej rzeczy, czy krótkiej chwili radości.
— Jesteś jeszcze młody, nie powinieneś być takim pesymistą, Harry. — Albus przypatrywał się Harry'emu ze smutkiem w oczach.
— Nie jestem, panie dyrektorze. Po prostu myślę trzeźwo o tym, co może się zdarzyć w niedalekiej przyszłości.
— A co może się zdarzyć? Wiesz, że nie należy brać tej przepowiedni zbyt dosłownie.
— I pan to mówi? — Gniew zaczął ogarniać chłopaka, ale opanował się, widząc coraz wyraźniejsze drganie mebli. — Czy mogę opuścić eliksiry, dopóki nie rozwikła się sprawa z zaklęciem?
— Oczywiście, chłopcze.
— Dziękuję.
I wyszedł.
Według planu nie miał teraz żadnych zajęć, więc udał się do swojej wieży. Wypadałoby w końcu zawitać w swoim pokoju. Rano skrzaty przyniosły im ubrania i książki do szpitala. Musiał jeszcze poczekać, aż ktoś poda mu hasło, bo przez roztargnienie zapomniał zapytać o nie Rona lub Hermiony.
Cała trójka czekała na niego przy kominku.
— To z kim dziś śpię? — zapytał, pochylając się nad nimi, trzymając się oparcia sofy.
— Jeśli chcesz, możesz ze mną. — Seamus pojawił się jakby znikąd z szerokim uśmiechem na ustach.
— Dziękuję, ale nie. — Harry odwrócił się do niego. — Ale miło, że pytasz. Gdy będę chciał spowodować w kimś zazdrość, to się zgłoszę.
— Zawsze do usług.
Seamus odszedł, mrugając do niego porozumiewawczo.
— A teraz, czy dowiem się, gdzie śpię?
Ron wskazał zarumienionego blondyna.
— Twojej skrzyni nie ma w naszej sypialni, a on od powrotu ze swojego pokoju przypomina pochodnię.
— Hej! To nie moja wina! — zaczął się bronić Draco. — Skrzaty zmieniły wystrój pokoju…
— To coś dziwnego, tym bardziej, że domyślam się braku zgody na ten pomysł — uśmiechnęła się Hermiona. — To pewnie Zgredek, tylko on ma takie szalone pomysły.
— Co jest takiego niezwykłego w pokoju, że aż się czerwienisz?
— Znając pomysłowość Zgredka — odezwał się Harry, kierując się ku sypialni jego i Draco — wstawił łóżko małżeńskie zamiast standardowych jedynek.
— Skąd wiesz? — Blondyn zarumienił się jeszcze mocniej.
— O żeż... Tym razem przegiął! — Ron zachichotał, a Hermiona dołączyła do Malfoya i jego barwnej reakcji.
Ron miał rację. Skrzat przesadził. Pokój przypominał burdel, ale trzeba było mu przyznać punkt za jakość. Pomimo sporej przewagi purpury i łańcuchów w dziwnych miejscach na ścianach oraz przy łóżku, pomieszczenie miało smak.
Meble z epoki elżbietańskiej – stolik i dwa fotele przy kominku, ogromna szafa, sofa przy oknie, nawet puszysty dywan – musiały zadowolić gusta arystokraty.
— Nie jest tak źle, co, Draco?
— Podoba ci się? — zdziwił się ten.
— Zgredek! — Harry zawołał w przestrzeń, śmiejąc się pod nosem.
— Harry Potter wzywał? — Skrzat już zamiatał uszami podłogę przed młodzieńcem.
— Podoba mi się wystrój, Zgredku. — Uśmiech zadowolenia rozjaśnił twarz magicznego stworzenia. — Tylko proszę, zmień kolory. Więcej srebra i zieleni.
— Ale to ślizgońskie kolory, Harry Potterze.
— Ale pasują do moich oczu.
— Zgredek spełni każdą prośbę Harry'ego Pottera.
W mgnieniu oka pokój zmienił kolorystykę.
— Twoja magia mnie zachwyca — pochwalił go Harry. — A teraz jeszcze dodatkowe łóżko. Strasznie się wiercę podczas snu, a nie chcę przeszkadzać Draco w odpoczynku po ciężkim dniu. Mogę cię o to prosić?
— Oczywiście. Zgredek nie pomyślał.
W wolnej przestrzeni pojawiło się jeszcze jedno, identyczne łoże z baldachimem.
— Dziękuję, Zgredku. Jesteś wspaniały.
— Wszystko dla Harry'ego Pottera. — I z cichym trzaskiem skrzat znikł, a Harry odwrócił się do przyjaciół.
— No i załatwione.
— Czasami to mnie przerażasz, stary. — Ron rozsiadł się na sofie, machając na Hermionę.
Draco tymczasem podszedł do szafki, stojącej obok okna i wyciągnął z niej kieliszki i do każdego nalał jakiś napój.
— Co to? — zaciekawiła się Hermiona.
— Piwo kremowe, a skoro mamy tu doskonale zaopatrzony barek, nie będę pił jak barbarzyńca.
Podniósł tacę i z ukłonem poczęstował dziewczynę, Rona i następnie Harry'ego.
— Ciekawi mnie jedno. — Ron wypił większość zawartości jednym haustem. — Dlaczego Zgredek uznaje was za parę?
Harry i Draco zakrztusili się jednocześnie. Hermiona wybuchnęła śmiechem, a rudzielec zerkał to na jednego, to na drugiego pytająco.
— To jesteście parą czy nie?
— Do niczego nie doszło! — bronił się blondyn, nie patrząc w stronę swojego współlokatora.
— Ale chciałbyś, prawda? — spytał spokojnie Harry, siadając przy kominku i zupełnie nie przejmując się obecnością pozostałej dwójki Gryfonów. — Pamiętaj, widzę twoją aurę. No wiesz, uczucia.
— A jeśli tak, to co? — Blondyn zmieszał się trochę takim obrotem sytuacji. — Lubię cię, ale nie mam zamiaru do niczego cię zmuszać. Jeśli nie chcesz, to to zrozumiem, ale nadal chciałbym być twoim przyjacielem.
Brunet powoli mieszał złocisty płyn w kieliszku, myśląc nad słowami arystokraty.
— Wiesz, że na razie nici z tego. Nie zwiążę się z nikim, dopóki nie załatwię obu spraw.
Draco w końcu podniósł wzrok i spojrzał na Harry'ego poważnie.
— Rozumiem. Poczekam. Nie chcę cię rozpraszać. Chcę tylko stać u twego boku, tak jak oni. — Wskazał na przysłuchujących się tej wymianie zdań Gryfonów.
— I jestem wam wszystkim za to wdzięczny.
Już prawie chciał im powiedzieć, ale się powstrzymał. Nie chciał ich smucić. Lepiej, żeby nie wiedzieli, że ostateczna rozgrywka z Voldemortem rozstrzygnie się tylko między nimi dwoma. Samotnie.
Draco nie odezwał się już ani słowem, dopóki Ron i Hermiona nie opuścili ich pokoju.
Siedział przed kominkiem, kiedy Harry brał kąpiel przed kolacją, bo stwierdził, że nadal czuć od niego szpitalem.
— Wiesz, że to się stanie w najbliższym czasie? — upewniał się Draco, gdy chłopak opuścił łazienkę.
— Tak, wiem. I tak miałem tym razem dużo czasu — odparł Harry, wycierając włosy. — Nie martw się. Nie mam zamiaru zostawić was na pastwę Voldemorta.
— Przestań! — Draco wstał nagle i podszedł do niego. — Przestań walczyć ze wszystkim samotnie! Przecież nie jesteś sam!
Brunet spojrzał na przyjaciela.
Wiedział, że ten martwi się o niego, aż cały błyszczał niepokojem. Nagle, wiedziony impulsem, Harry przyciągnął go do siebie i mocno przytulił. Arystokrata wtulił się w niego, jakby to była ostatnia okazja na takie spoufalenie. Potter uniósł jego podbródek, by spojrzeć mu w oczy.
— Draco... też cię lubię — powiedział ze smutnym uśmiechem. — Jednak musisz zrozumieć, że wiem, co mnie czeka.
— Harry... ja...
— Cii... Kocham całą waszą trójkę tak bardzo, że oddam za was życie, jeśli tylko będzie taka potrzeba.
— Nie! Nie chcę tego! — sprzeciwił się blondyn, odsuwając się gwałtownie. — Przestań być takim chrzanionym Gryfonem. Pomyśl o sobie.
— Draco...
— Nie chcę słuchać twoich wyidealizowanych tłumaczeń, że musisz ratować świat! On się bez ciebie nie zawali! Nieraz już nosił na swych barkach Mrocznych Lordów!
— Draco, uspokój się! — Tym razem to Harry krzyknął. — Wiem, co mam zrobić i twoje krzyki tego nie zmienią. Wrócę, jak się uspokoisz i to przemyślisz.
Wyszedł, nie chcąc przypadkiem zdemolować ich pokoju. Minął bez słowa Rona, Hermionę i innych Gryfonów. Domyślał się, że ich krótka kłótnia była słyszana w całej wieży.
Chciał się przejść i ochłonąć. Po raz pierwszy zignorował swoje przeczucie, idąc szybko przed siebie. Dopiero, gdy znalazł się w tym korytarzu, a schody za nim przesunęły się, zrozumiał, jaki błąd popełnił.
Znów wszedł do Zakazanego Korytarza. Jednak teraz przynajmniej wiedział, co go może czekać.
Przy pierwszych drzwiach stanął, niepewny swej decyzji. Były uchylone.
Gryfońska ciekawość wzięła górę. Pchnął je lekko.
OOO
— Kolacja już dawno minęła, gdzie on się plącze? — zaniepokoiła się Hermiona, wychodząc z wielkiej sali.
— Severusa także nie było — zauważył Draco, kierując się ku lochom.
— Myślisz, że to właśnie się stało? — Ron podążył za nim, zaniepokojony spostrzeżeniem blondyna.
— Idę sprawdzić.
Już po chwili stali w korytarzu Slytherinu i pukali do komnat mistrza eliksirów. Gdy ten nie otworzył, Draco użył swojego hasła, które wuj przydzielił mu jeszcze w zeszłym roku szkolnym. To, co zobaczyli po wejściu, przeraziło ich kompletnie. Severus Snape leżał w kałuży krwi. Własnej krwi.
Hermiona bez namysłu rzuciła się w stronę kominka.
— Gabinet dyrektora!
— Panno Granger... — Głowa starca pojawiła się prawie natychmiast.
— Nastąpił kolejny atak klątwy — przerwała mu. — Nie wiemy, gdzie jest Harry, a profesor Snape jest bardzo poważnie ranny.
— Już zawiadomię Poppy. Zajmijcie się Severusem do tego czasu.
Malfoy już przeszukiwał szafkę z eliksirami.
— Mam! — Ukląkł przy wuju i unosząc mu głowę, wlał w niego jakąś zieloną miksturę. — To dyptam, zasklepi rany szybciej niż zaklęcie, którego i tak nie znam.
Do komnaty wpadła Pomfrey w towarzystwie Dumbledore'a i McGonagall. Natychmiast pochylili się nad rannym.
— Chodźcie! Idziemy szukać Harry'ego! — rzuciła Hermiona, gdy nauczyciele zajmowali się Severusem.
Niezauważeni opuścili gabinet.
— Jak chcesz go znaleźć? — spytał Ron.
— Obyś miała dobry plan — dodał Draco, ściskając fiolkę dyptamu. — Jeśli nie znajdziemy go szybko, to się wykrwawi.
— Zgredku! — zawołała w przestrzeń.
— Przyjaciółka Harry'ego Pottera wzywała? Co Zgredek może...
— Harry potrzebuje naszej pomocy. Jest ranny — przerwała mu dziewczyna. — Możesz nas do niego zabrać?
— Harry Potter w potrzebie? Oczywiście!
Wyciągnął w ich stronę ręce, by go złapali i aportował się z nimi.
— Gdzie my jesteśmy? Nie znam tej części zamku. — Draco rozglądał się dookoła zaniepokojonym wzrokiem.
— To Zakazany Korytarz. — Hermiona zbladła śmiertelnie. — Zgredku, gdzie jest Harry?
Hermiona odwróciła się do skrzata. Ten, przerażony, patrzył na kupkę szmat, leżącą na podłodze.
— O, nie! To Harry!
Na drżących nogach podbiegła do nieprzytomnego przyjaciela i obróciła go na plecy. Twarz miał podrapaną, jakby ktoś próbował wydrapać mu oczy. Szata w wielu miejscach przesiąkła krwią.
— Kolejni głupcy.
Wokół nich pojawiły się makabryczne zjawy ludzi z różnych epok.
— Masz, daj mu to! Szybko! — Draco wcisnął fiolkę w dłoń dziewczyny. — My z Ronem będziemy was osłaniać.
Hermionie nie trzeba było dwa razy powtarzać. Szybko napoiła przyjaciela.
— Gdzie jest strażnik tego korytarza? Powinien chronić ucznia!
— Jeśli był nim skrzat, to chyba leży tam. — Weasley wskazał na mniejszy tobołek obok nóg Pottera.
Dziewczyna wlała resztkę eliksiru w drugą ofiarę.
— Zgredku, zabierz nas do szpitala!
— Za dużo. Tylko troje!
— Weź Harry'ego, Hermionę i skrzata — zażądał Draco. — Już!
Napór na ich tarczę wzrastał. Zjaw była cała ruchliwa masa. Każda chętna zatopić swoją okrutną magię, niczym szpony, w ich żyjących ciałach.
Z trzaskiem czwórka zniknęła, by pojawić się na podłodze w ambulatorium.
— Wracaj po chłopaków, Zgredku! Proszę, pośpiesz się!
Po krótkiej chwili już stali obok niej.
— Powiadom panią Pomfrey, że jesteśmy z Harrym tutaj — poprosiła jeszcze, kładąc strażnika na łóżko, gdy chłopcy robili to samo z Potterem.
— Już jestem! — zawołała Poppy, wpadając po kilku minutach do ambulatorium, a za nią lewitowały nosze z Severusem.
Draco usiadł na krześle obok łóżka Harry'ego i nie pozwolił się wygonić. W końcu pielęgniarka dała mu spokój.
— Dobrze, możecie zostać, ale nie przeszkadzajcie. Usiądźcie obok tak, bym miała dojście z każdej strony. Spać też tutaj możecie.
— Dziękujemy — powiedziała cicho Hermiona, odciągając Draco, by kobieta mogła wszystkich pacjentów w spokoju umyć i leczyć.
Usiedli dwa łóżka dalej.
— Gdybym się z nim nie pokłócił, nigdzie nie poszedłby. Nic by mu się nie stało — wkurzał się sam na siebie blondyn. — Jestem Malfoyem, a zachowuję się jak nastolatek na hormonach. Nawet Amortensja Pansy nie robiła ze mnie takiego idioty.
— Draco, spokojnie. Znaleźliśmy go. Wyzdrowieje — pocieszała go Hermiona.
— A potem co? Tydzień użerania się z humorkami obu i czekanie na kolejny wypadek? Nie chcę tego dla żadnego z nich. Severus zastępuje mi ojca, a Harry... Jest jak brat.
— Harry nie da się tak łatwo jakiejś głupiej klątwie. Pokona ją, zobaczysz — rzekł spokojnie Ron. — Musimy w niego wierzyć.
— A jeśli nie potrafię?
— To on straci wiarę w siebie. On ma cel. Robi to dla nas. Gdyby nas nie było, załamałby się. Nie ruszyłby wtedy palcem, nawet gdyby Sam-Wiesz-Kto zaatakował Hogwart i zrównał go z ziemią. Bez nas ten zamek byłby dla Harry'ego tylko nic nie wartym budynkiem.
— Ale musi być jakiś sposób, by zniwelować klątwę.
— Dlatego ciągle mam zamiar przejrzeć twoją bibliotekę, Draco — odparła Hermiona już nieco bardziej spokojnie. — Musimy tylko mieć zgodę dyrektora na opuszczanie Hogwartu w weekendy.
— To niebezpieczne. Śmierciożercy...
— Dlatego musimy zabrać twojego wuja. Harry będzie zostawał w szkole, bo nie reaguje na profesora zbyt dobrze, ale on sam może nam pomóc. Porozmawiamy z nimi, jak się obudzą.
Obudzili się prawie jednocześnie z cichym jękiem. Severus natychmiast usiadł, klnąc wściekle.
— Potter!
— Czego? — doleciało gdzieś z okolic poduszki.
— Gdzie cię znowu poniosło, przeklęty bachorze? — warczał.
— Poszedłem odwiedzić starych znajomych. — Brunet też usiadł, odwracając się do mężczyzny twarzą. — Chyba im się nie spodobało, że wpadłem bez zaproszenia.
— Tuman!
— Tłustowłosy dupek!
— I znowu się zaczęło — mruknął Draco, budząc pozostałych.
— Harry! Jak się czujesz? — Hermiona podbiegła do przyjaciela i uściskała go mocno.
— Byłoby mi lepiej, gdybym mógł wrócić do swojego pokoju — zwrócił się do pani Pomfrey, która wychyliła się zza parawanu.
— Nie masz duszności? — zdziwił się Draco, uważnie obserwując obu pacjentów i ich reakcje.
— Nie. Czemu pytasz? — Potter zerknął na niego trochę nieprzytomnie.
— Czyli efekty są tylko wtedy, gdy zachowujecie się normalnie.
— Granger, co twoim zdaniem oznacza „normalnie"?
— Wtedy, panie profesorze, gdy nie obrzucacie się inwektywami, tylko rozmawiacie jak dorośli, cywilizowani ludzie. A teraz tego nie robicie.
— Dziesięć punktów od Gryffindoru za impertynencję!
— Może mi pan odebrać nawet tysiąc. Wiem, że robi pan to przez klątwę.
— Durne bachory!
— Nietoperz!
— Potter!
— Snape!
— Przestańcie! Natychmiast! — zażądała Poppy. — Możecie iść do siebie. Nie chcę przez resztę dnia słuchać waszych szczeniackich kłótni. Jesteście rodziną, a zachowujecie się jak najwięksi wrogowie.
Snape już chciał coś powiedzieć, ale kobieta wycelowała w niego palec i z ostrzegawczym spojrzeniem dodała:
— Ani słowa! Dzięki Draco rany zagoiły się prawie natychmiast i nic wam już nie jest. Jeśli się pośpieszycie, to zdążycie się wykąpać przed śniadaniem.
Severus nie czekał na więcej pouczeń. Nie przejmując się nawet szpitalną pidżamą, opuścił szpital.
Harry z ciężkim westchnieniem opadł na poduszkę, jakby wyjście mężczyzny coś w nim poluzowało.
— No, chodź — ponaglał Ron. — Spóźnimy się na śniadanie.
— Idźcie, dogonię was.
— Wszystko w porządku, Harry? — Hermiona stanęła przy jego łóżku, zmartwiona.
Uścisnęła jego dłoń. Chłopak spuścił wzrok, odpowiadając:
— Tak. Jest dobrze. Idźcie.
— Dobrze. Wiesz, gdzie nas znaleźć.
Wyciągnęła za sobą Rona i Draco.
Brunet odwrócił się na bok, zamykając oczy i przypominając sobie zdarzenie z Zakazanego Korytarza.
Drzwi skrzypnęły rozdzierająco, mącąc ciszę. Komnata, do której wszedł, była jasna, pogodna, choć nawet najmniejszy promyk światła nie przedostawał się przez próg.
— Witaj, chłopcze — odezwał się nagle ktoś z fotela przy oknie.
Z fotela, którego sekundę temu jeszcze nie było. Tak jak i okna.
Przełknął głośno ślinę, rozglądając się po pojawiających się meblach.
— Nie bój się. — Głos stał się wyraźniejszy, mógł rozpoznać żeński ton, miękki i delikatny. — W przeciwieństwie do innych, nie mam zamiaru nikogo skrzywdzić. Przebywam tu z własnej woli.
— Kim jesteś? — Zebrał się w końcu na odwagę i podszedł bliżej.
— Nikim ważnym dla ciebie. Żyłam zbyt dawno temu, by mieć jakiś wpływ na twe życie.
Bordowy fotel zajmowała starsza, ale ciągle piękna kobieta. Rude, gęste loki opadały kaskadami na ramiona i dalej, ku podłodze. Bladoniebieskie oczy spojrzały na niego smutno, ale i pocieszająco. Suknia migotała słabo i Harry nie mógł się jej dokładniej przyjrzeć, by choć w przybliżeniu określić, z którego wieku jest istota.
— Ty jesteś tym, o którym opowiadają wszystkie duchy. Ten, który odeśle nieśmiertelnego po raz wtóry.
— Wolę, jak nazywa się mnie Harry.
— Harry. Piękne imię — szepnęła kobieta, nie spuszczając z niego wzroku. — Nieszczęśliwy Wybraniec.
— Czy wiesz, jak stąd wyjść? Byłbym wdzięczny.
— Tylko skrzaty mogą tu wchodzić i wychodzić. Schody czasami kogoś wpuszczą, ale Strażnik prawie natychmiast go zabiera. Ty jesteś pierwszy od ponad czterystu lat, który jest tu tak długo i to po raz drugi.
— To przez zaklęcie.
— Ciekawe. A może ten zamek chce ci coś przekazać?
Harry poczuł ciarki, przebiegające po plecach i zerknął wystraszony na otwarte drzwi.
— Tu nie wejdą, ale ty też nie możesz przebywać tutaj za długo. Ta komnata należy tylko do mnie.
— Prawem dziedziczenia, prawda? — Nagle zrozumiał, choć nawet nie wiedział, jak się domyślił.
— Mądry z ciebie młodzieniec. Smutny, cierpiący i bardzo samotny.
— Jeśli chce mi pani coś przekazać, to proszę to zrobić wprost. Nie przepadam za zagadkami.
— Sam jesteś ogromną zagadką. Chłopcze, który możesz drugi raz nie przeżyć. Bardzo samotny, ale kochany.
— Co ma znaczyć „drugi raz nie przeżyć"? Czy przepowiednia jest prawdziwa? Mówi prawdę?
— Przepowiednia? Tak, jest prawdziwa, ale to tylko słowa. Nikt naprawdę nie wie, jak rozumieć słowną przepowiednię, dopóki się nie spełni. Najprawdziwsze przepowiednie były widziane oczami.
Harry oparł się o ścianę przy oknie.
— Czyli jest spora szansa, że zginę w walce z Voldemortem.
— Szansa taka sama jak na to, że poniesiesz śmierć tutaj, z rąk widmowych zjaw. Nikt nie wie, kiedy przyjdzie po niego Czarna Pani ze srebrną klepsydrą w dłoni. Idź, twój czas tutaj już minął.
Odwróciła się od niego, zasłaniając twarz lokami.
— Do widzenia, pani tego zamku.
— Tak jak mówiłam, mądry z ciebie młodzieniec — usłyszał jeszcze, wychodząc na korytarz.
Natychmiast pojawili się tutejsi rezydenci. Źli i łaknący krwi.
OOO
Hermiona dłubała w owsiance, jakby szukała w niej złota.
— Co jest? — Draco trącił ją łokciem.
— Martwię się o Harry'ego.
— Poppy mówiła, że nic mu nie jest. Za chwilę do nas dołączy.
— On się poddaje. Ma już dosyć.
Chłopcy spojrzeli na nią przerażeni.
— To Harry. On nigdy się nie poddaje. To Gryfon. — Ron nie chciał tego słuchać.
— Znam Harry'ego. Przestaje mu zależeć. Dlatego nie chce się wiązać. Ucieka od Snape'a. Wkrótce odsunie się od nas. To dopiero początek.
— Coś sobie ubzdurałaś, Hermiono. — Draco dołączył do Weasleya. — Dlaczego miałby nas odtrącać?
— Żeby nas chronić. On coś wie. Domyśla się, jak ta walka się skończy. Przygotowuje się.
— To chyba dobrze. Chce zwyciężyć.
— Czy kiedykolwiek powiedział wam treść przepowiedni? Nie. Nikomu się z tego nie zwierzył. Zna ją Dumbledore i może Snape, ale tego nie jestem pewna. Nie powiedział jej nikomu poza Sami-Wiecie-Komu. A skoro odstraszyła go ona od zabicia Harry'ego, musi być bardzo ważna dla nich obu. A co może być ważne dla kogoś, kto ucieka przed śmiercią?
— Życie — rzekł cicho Draco.
— Właśnie. Oni mogą obaj je stracić i wiedzą o tym. Nie będzie to spowodowane jakimś głupim zaklęciem, ale czymś dużo potężniejszym. I oni właśnie to wiedzą, dlatego unikają otwartych pojedynków.
— To co mamy robić? — Ron odłożył widelec, nagle stracił apetyt. — Mamy wyciągnąć z niego przepowiednię na siłę?
— Nie. Znienawidzi nas i całkiem się odsunie. Musimy być przy nim, nawet jeśli będzie nas odtrącał, ale nie w ten sposób.
— Nie zostawię go. Lubię go nawet, gdy wkurza mnie tym nieogarniętym chaosem na głowie.
— Nie wygląd się liczy.
— Wiem, wiem, patrz w głąb. Dobrze wiecie, o co mi chodzi. Chyba, że wasze gryfońskie móżdżki już się przepracowały. Ty pewnie już masz pełny rozkład, plan, grafik czy harmonogram przygotowawczy do OWTMów.
— Czy to źle?
— Jest wrzesień! Kobieto, to obsesja na tle nauki.
— Chyba zboczyliście z tematu — wtrącił się Ron. — Poza tym za chwilę zaczną się zajęcia.
— Ja mam numerologię — zauważył Draco.
— Ja też — dołączyła się Granger, wstając.
— My z Harrym opiekę z Hagridem.
— To idziemy? — Harry stanął za plecami Rona niespodziewanie, ale za to uśmiechnięty. — Zjadłem u Pomfrey, bo chciałem się też wykąpać i przebrać, a w wieży nie zdążyłbym.
— Oczywiście, chodźmy. Hagrid pewnie się ucieszy na nasz widok. — Ron zerwał się ze swojego miejsca, łapiąc torbę.
— Na razie.
Hermiona i Draco pomachali im w wyjściu i udali się na swoje zajęcia.
Opieka nad magicznymi zwierzętami była jak zawsze ciekawa i niebezpieczna. Żadna nowość dla siódmorocznych.
Tym razem ofiara ich badań zamknięta była w solidnej, metalowej klatce i oddzielona dodatkowo zagrodą. Ktoś jednak wpakował trochę rozsądku w głowę półolbrzyma.
Małpopodobny stwór o nazwie łamiącej język uwielbiał krew wszelkiego rodzaju. Hagrid z kielichem w ręce zbliżył się do klatki, tłumacząc uczniom:
— Dużym plusem jest ich głód, bo dzięki niemu można wykorzystać je do przeróżnych celów. Wykonują wszystkie prace domowe, no i poszukiwawcze. Kiedyś używano ich jak dziś niuchaczy. Niestety głód ciągle w nich narasta i wtedy chcą więcej. Dlatego są kontrolowane. Mieszkają na wydzielonym obszarze.
Na koniec podał kielich stworowi i już po chwili mlaszczące odgłosy spowodowały, że większość klasy odsunęła się od klatki z grymasem obrzydzenia na twarzach.
Harry jeszcze jakiś czas po zajęciach przyglądał się zwierzęciu w zamyśleniu.
— Chodź, stary. — Ron pociągnął go za rękaw. — Zostaw już to przerośnięte komarzysko.
— Nie lata — zauważył Harry.
Weasley przewrócił oczami, ale nic nie powiedział.
— Mogłyby wtedy uciec — dodał niestrudzenie brunet, nadal stojąc w miejscu.
— I musiałbym kupić większą packę. Chodź wreszcie. Draco i Hermiona też już pewnie skończyli. Mam ochotę na małą partyjkę szachów, a nie na latające, krwiopijcze małpy.
Do obiadu brakowało jeszcze dwóch godzin, nie dziwił więc fakt, że rudzielec nie zamierzał go spędzać na nauce.
Weszli do zajętego w bardzo małej części pokoju wspólnego. Większość, czyli sto procent młodszych roczników, miała zajęcia i tylko kilku siódmorocznych zdecydowało się na pobyt w salonie, a nie na świeżym powietrzu.
— Kto zagra ze mną w szachy? — Ron niby pytał ogólnie, ale jego świdrujące spojrzenie przeszywało Draco.
— Ja pasuję. Idę się zdrzemnąć — rzucił Harry i skierował się do swojego pokoju.
Hermiona nawet nie podniosła głowy, ale jej dłoń drgnęła nad notatkami z numerologii.
— Może jesteś jasnowidzem? — stwierdził Draco, rzucając dziewczynie dziwne spojrzenie.
— Po prostu go znam. Coś go gryzie i chce się z tym uporać sam.
— Zerknę, co u niego. — Blondyn wstał. — Jeśli faktycznie poszedł spać, to zaraz wrócę.
Otworzył ostrożnie drzwi do swojego dormitorium i natychmiast zauważył skuloną na sofie postać.
— Nie będę pytał, czy wszystko w porządku, bo widzę, że nie. O co chodzi, Harry?
— Hermiona się domyśliła?
Draco kiwnął głową, nie ważne, czy myśleli o tym samym. Czegoś na pewno się dowie.
— Zawsze czytała ze mnie jak z otwartej księgi.
— Chcemy ci pomóc. Nie chcemy, byś się od nas odsuwał.
— Przepraszam. To tylko koszmary, a zachowuję się jak małolat.
Draco zamarł. Jednak dziewczyna się myliła. Harry'ego męczyły mary senne, nie depresja.
— Czemu nic nie powiedziałeś?
— Przecież mówię.
— Ale wcześniej — prawie krzyknął blondyn.
— Nie było was. Zaczęło się w szpitalu. Dostawałem tabletki nasenne, ale teraz... Znów nie mogę spać.
Arystokrata usiadł koło niego.
— Opowiedz o nich. To podobno pomaga.
— Nie wiem, czy chcę, by ktokolwiek znał szczegóły mojej przeszłości. Zwłaszcza tej u Dursleyów, albo o Voldemorcie. Ale dzięki.
— Nie ma sprawy. Jeśli chcesz się przespać, mam trochę bezsennego snu.
Podszedł do szafy i wyjął mały kuferek.
— Niezły zapas — zauważył brunet, widząc kilkanaście fiolek starannie ułożonych w drewnianej skrzyneczce.
— Lubię być przygotowany. Proszę. Łyżeczka to jakieś dwie godziny, ale jeśli chcesz, to przyniosę ci coś do jedzenia z obiadu.
— Nie trzeba. W ostateczności poproszę Zgredka.
— Dobrze. Prześpij się.
Blondyn zostawił go samego. Potter postawił buteleczkę na szafce przy łóżku. Koszmary to teraz jego najmniejszy problem. Musi przetrwać złe dni z Severusem, a potem te zwykłe, ale powiązane z dusznościami. Oba mógł rozwiązać prosto – nie zbliżać się do mężczyzny. Ale jak długo?
