Rozdział 4.
Harry próbował sobie przypomnieć, czy gdzieś już widział to miejsce. Bezskutecznie.
Ogromna polana chaotycznie upstrzona kamieniami. Śnieg puszystą kołdrą przykrywał wszystko wokoło. Zakręcił się dookoła własnej osi, ale nikogo nie zauważył. Zaczął więc brnąć przez śnieg, raniąc gołe stopy. Spostrzegł, że oprócz strzępu spodni nie ma nic na sobie. Nie czuł jednak zimna.
Niespodziewanie potknął się i upadł na coś miękkiego.
Ciało.
To było ciało. Jeszcze ciepłe.
Odgarnął część białego puchu.
Ron.
Rudzielec patrzył w niebo martwymi oczami. Harry nie poczuł nic. Żadnej straty przyjaciela. W jego sercu ziała nieogarnięta pustka.
Wstał i ruszył dalej. Teraz zauważył więcej pagórków, które wcześniej wziął za kamienie. Niektóre całkiem ukryte, inne tylko częściowo.
Zobaczył Ginny, Hermionę, nawet Lunę. Kilku profesorów i sporo innych uczniów.
Z niedaleka dotarły do niego dźwięki walki. Pobiegł w ich stronę.
Krąg śmierciożerców otaczał tę jedną, jedyną osobę. Tę, którą tak bardzo pragnął zawsze spotkać. Mieć u swego boku.
Jego różdżka leżała bezużytecznie w śniegu, połamana.
— To twoja wina, Harry Potterze — zaśmiał się Voldemort. — Oni wszyscy giną przez ciebie.
Chłopak chciał się sprzeciwić, ale nie był w stanie wydobyć z siebie głosu. Patrzył tylko, jak kolejne zaklęcia tnące trafiają w stojącą dumnie postać, zwalając ją z nóg niczym podcięte drzewo.
Sam również upadł na kolana. Nie mógł iść, zaczął się więc czołgać, raniąc dłonie o zmrożony śnieg, a krwawy ślad znaczył jego drogę. Płakał. Nie chciał tych śmierci. Nie tej jednej.
On musi żyć, prosił w duszy. On musi przeżyć, inaczej to wszystko nie ma dla mnie sensu.
Każde przesunięcie jakby oddalało go od niego. Śmiech Voldemorta ranił uszy.
— Nie! Nie zabijaj go! — wyrwał mu się w końcu pełen cierpienia krzyk. — On musi żyć! Zabij mnie!
— To byłoby zbyt proste. — Czarny Pan podszedł do swej ofiary.
Podniósł ją za włosy ze śniegu, tak by uklękła.
— Wolisz żyć z wiedzą, że ktoś oddał za ciebie życie?
Ofiara spojrzała na niego buntowniczo.
— Tak myślałem.
W dłoni Voldemorta pojawił się nóż, który czarnoksiężnik zbliżył do szyi klęczącego.
— Tak oto wszyscy, których kochasz, giną przez ciebie. Co z tym zrobisz? Daję ci wybór.
— Nie rób tego! Proszę! — błagał Harry, patrząc w te oczy pełne wściekłości za zbyt łatwe poddanie się. — Zrobię wszystko, tylko go nie zabijaj!
— Nie wierzę ci. Niech to będzie dla ciebie nauczka.
Ostrze powoli zagłębiło się w szyi. Krew splamiła ubranie, a potem i tak już czerwony śnieg.
Voldemort odrzucił drgające ciało.
— Kto ma być następny, żebyś dokonał wyboru?
Harry zerwał się z łóżka zlany potem i łzami. Chwilę trwało zanim oprzytomniał na tyle, aby zrozumieć, gdzie jest.
Dormitorium. To był tylko koszmar. Zerknął na fiolkę. Była pusta. To nie był sen. Zatem wizja? Nie. Mikstura blokował wszystko, nawet wizje. Co to w takim razie było?
Załamał się, wtulając twarz w poduszkę. Załkał głośno, wręcz krzycząc.
Drzwi otworzyły się z hukiem. Ktoś go objął i podniósł pozwalając, by wtulił się w ciepłe ciało.
— Cicho. To tylko sen.
Zadrżał mocniej, słysząc zaniepokojony głos Draco. Zapłakał jeszcze rozpaczliwiej.
— Harry, spokojnie. — To Hermiona usiadła po drugiej stronie, głaszcząc go po plecach. — Jesteś bezpieczny.
Oni żyją. Wszystko to ułuda. Próbował sobie to wmówić, ale bez skutku. Czy to może zdarzyć się naprawdę, jeśli nie podejmie odpowiednich kroków? Nie chciał tego, ale może to jedyne wyjście? Może tak będzie lepiej dla nich wszystkich? Bez niego będą mieć jakąś szansę na walkę z Voldemortem, bo będą mogli przeżyć. Jeśli on uprze się przy życiu i będzie się go trzymać, oni stracą swoje. Nie chciał dźwigać takiego ciężaru. To zbyt wygórowana cena. Nie bez niego. Może byłby w stanie to wytrzymać, gdyby wiedział, że on to przeżyje.
Zaczęło mu brakować powietrza. Dusił się.
— Zróbcie coś! On nie może oddychać! — krzyczał Ron.
Drzwi znów trzasnęły.
— Odsunąć się! — Mroczny głos Snape'a wystraszył ich tak bardzo, że odskoczyli od bladego przyjaciela.
Severus nie patyczkował się. Podniósł chłopaka za koszulę i dwukrotnie spoliczkował. Harry w szoku wziął głęboki oddech.
— Uspokój się, Potter! — zażądał mistrz eliksirów.
Chłopak patrzył na niego szeroko otwartymi oczami, ale jakby był gdzie indziej. Gdzieś, gdzie krew plamiła biel śniegu czerwonymi smugami. Nie miał już siły. Teraz zgodzi się już na wszystko.
— Od jutra uczysz się z Malfoyem oklumencji, Potter. I nie chcę słyszeć sprzeciwów.
— Zgadzam się. Zgadzam się na wszystko. Tylko nie odchodźcie ode mnie — szepnął słabo i stracił przytomność, upadając wprost w ramiona zszokowanego profesora.
Severus Snape obudził się w środku nocy zlany potem. Coś było nie w porządku. Szybko schwycił różdżkę, lecz pokoje były puste. Nikt nie wtargnął do jego kwater. Co więc go obudziło?
Nagle pojął.
Potter.
Szybko ubrał szatę. Nie miał żadnych ran, nie czuł też bólu, więc to musiało być coś innego. Szybko przemierzał korytarze w kierunku wieży. Już na początku roku wymusił na Albusie stały dostęp do Gryfonów. Wpadł jak huragan do pokoju Malfoya i Pottera. Sam już od chwili czuł ucisk w piersiach, więc wiedział, co zobaczy, ale nie mógł zrozumieć reakcji chłopaka. Za szybka zgoda, nawet jeśli ma go uczyć Draco. Utrata przytomności to też dosyć niezwykłe.
— Durny bachor — warknął, lewitując Harry'ego na nosze. — Zabiorę go do Pomfrey, a wy spać. To polecenie, nie prośba — dodał szybko, słysząc pierwsze sprzeciwy.
Wyszedł z Potterem, zatrzaskując za sobą drzwi.
Nie budząc pielęgniarki, położył chłopaka w jego stałym łóżku. Rzucił zaklęcie diagnozujące, dziwiąc się, że chłopak miał wizję, będąc nafaszerowany eliksirem snu. Co zatem się stało?
Usiadł na krześle obok, przypatrując się chłopakowi. Nie było sensu już się kłaść. Słońce powoli wznosiło się nad linię horyzontu.
— Co się stało, Severusie? Dlaczego mnie nie obudziłeś? — spytała cicho Poppy, wychodząc po jakimś czasie zza parawanu.
— Nie było takiej potrzeby. Wpadł w panikę po wizji. Zostawiam go pod twoją opieką. I jak go zobaczę dziś poza ambulatorium, to osobiście go zamknę w swoich kwaterach. Czy to jasne?
— Znów martwisz się o Harry'ego? Coś się zmieniło?
— Nic się nie zmieniło! — wrzasnął mężczyzna. — Gówniarz nie będzie się plątał po szkole w tym stanie. To chyba nie wykracza poza twoje możliwości, zatrzymać smarkacza jeden dzień w łóżku?
Poppy zaperzyła się oburzona. Wskazała mu tylko ręką wyjście i pochyliła się nad chłopakiem. Severus odszedł bez słowa, cicho zamykając za sobą drzwi.
Ten czyn tak wstrząsnął kobietą, że usiadła na krześle zajmowanym dopiero co przez mężczyznę.
Zauważając jednak ruch na łóżku, wróciła do swoich obowiązków.
— Jak się czujesz, kochaneczku? — spytała cicho, nie chcąc go niepotrzebnie straszyć.
— Chcę umrzeć, to będzie łatwiejsze — bąknął pacjent i odwrócił się do niej plecami.
Pomfrey patrzyła na niego przerażona.
— Czy Severus coś ci zrobił?
— Nawet gdyby chciał, i tak nie może. Sam czułby ból.
— Ale nie psychiczny.
— Nic mi nie zrobił. Nic mi nie jest. Chcę zostać sam.
— Ale nie opuścisz dziś szpitala. Nie mam ochoty walczyć z wkurzonym Nietoperzem.
— Zgoda. Zgodzę się na wszystko, tylko proszę nikogo dziś nie wpuszczać.
— Dobrze, kochanieńki. Odpocznij. Przyślę wkrótce skrzata ze śniadaniem.
Kiwnął tylko głową, że usłyszał. Kobieta obrzuciła go jeszcze zatroskanym spojrzeniem, po czym odwróciła się i odeszła do biurka.
W międzyczasie pozostała trójka Gryfonów złamała częściowo polecenie profesora. Nie poszła spać, ale nie podążyła też za nim. Rozsiedli się w pokoju Malfoya, który trzymał pustą buteleczkę bezsennego snu.
— Dobrze, że odrabialiśmy akurat zadanie z eliksirów — mruknął Ron, ziewając. — W moim pokoju nie usłyszałbym go.
— Ale ja mógłbym obudzić go wcześniej.
— Dlaczego to ty masz uczyć Harry'ego? — spytała Hermiona.
— Bo potrafię powstrzymać część wizji i muszę nauczyć tego Harry'ego. Beze mnie tego nie potrafi. Poza tym Snape nie może go teraz uczyć. Nie mogą się do siebie zbliżyć.
— On dusił się przed przyjściem Snape'a. Czy to była panika? Może on go wyczuwa z jakiejś odległości?
— Według mnie to panika. Dopóki nie miną tak zwane „wściekłe dni" duszności nie będą atakować Harry'ego, tak mi się przynajmniej wydaje. Po ataku kłócili się, ale Harry czuł się dobrze, wtedy właśnie to zauważyłem. Zastanawia mnie jednak coś innego. — Podniósł wyżej fiolkę. — Wypił eliksir na sen i nie mógł mieć ani koszmarów, ani tym bardziej wizji.
— Co masz na myśli?
— Czy Harry często miewa „przeczucia'?
— Dosyć często. Co ci tam krąży pod tym żelem? — dopytywał zaciekawiony Weasley.
— Zastanawiam się, czy nie jest Śniącym…
— Kim?
— To jakby rodzaj jasnowidza, podczas snu może widzieć obrazy, całe zdarzenia. Inne to przeczucia, jakby efekt uboczny.
— Podejrzewasz, że śnił o przyszłości i coś go tak bardzo przeraziło, że wpadł w panikę?
— Granger! To tylko przypuszczenie...
— Ale wiele tłumaczy — dokończyła dziewczyna. — Poszukam...
— Tak, wiemy. W bibliotece.
— Pewnie niedługo zobaczę to, co mu się śniło. Nie jest dobry w ukrywaniu wspomnień.
— Nie byłabym tego taka pewna, a poza tym nie możesz.
— I nie chcę. Jeśli jest Śniącym, to naprawdę widział, co może się stać. A jeżeli jego to przeraża, pomyśl o innych. Poznałem go wystarczająco, żeby wiedzieć, że jest niewiele rzeczy, których się boi. A jedną z nich jest śmierć tych, których kocha. Nie zależy mi na dowiedzeniu się kto umrze, nawet jeśli to miałbym być ja. Szczególnie, gdy to będę ja.
Zapadło ciężkie milczenie. Ron nie wytrzymał jednak długo i napadł na barek, wręczając też innym po kremowym piwie.
— Nie najlepszy pomysł przed śniadaniem.
— Chrzanić to — burknął przygnębionym głosem i upił spory łyk.
Jeszcze przed posiłkiem próbowali odwiedzić przyjaciela, ale po „pocałowaniu klamki', jak pieszczotliwie nazwała wyproszenie ich przez Poppy Hermiona, udali się do wielkiej sali.
Nieobecność Złotego Chłopca od razu została zauważona, tak jak i smutne zachowanie jego najbliższych przyjaciół. Nikt nie zadawał jednak pytań. Wszyscy wiedzieli, że nie otrzymają odpowiedzi. Przynajmniej nie prawdziwych.
— Znacie najświeższe wiadomości? — spytał w pewnym momencie Neville. — Dumbledore znalazł w końcu nauczyciela obrony na ten rok.
— Myślałam, że nadal będzie nas uczył Walter, tylko się spóźnia.
— Zrezygnował. Dyrektor przyjął Tonks, ma przybyć jutro.
Draco parsknął złośliwie.
— Jeśli będzie uczyć tak, jak chodzi, to zajęcia zaliczę do kursu survivalu.
— To nieelegancko naśmiewać się z nauczyciela, którego się nie zna. Chociaż z tym chodzeniem to masz trochę racji.
— Miałem niemiłą okazję spotkać pannę Tonks.
— Niemiłą? — Większość osób przysunęła się zaciekawiona.
— Wylała na mnie poncz, na którymś z przyjęć w ministerstwie magii.
— Cały?
— Potknęła się o nogę od stołu i potrąciła wazę. Miałem wtedy osiem lat, a waza była ogromna jak basen. Wiesz, jak się wtedy czułem?
— Pewnie okropnie. Tyle młodych czarownic widziało panicza Malfoya w mokrym ubraniu eksponującym wszystkie twoje wdzięki. — Ginny zamrugała wymownie. — Gdy masz mokre włosy, to skręcają ci się w loki czy w spirale wokół twarzy?
— Weasley! Załóż swojej siostrze kaganiec, bo zaczyna się ślinić! — Draco odsunął się na bezpieczną odległość.
— Nie tylko ona — zauważyła Hermiona, wskazując inne dziewczyny zarumienione niczym piwonie. — Siad! Waruj! Na swoje podwórko! Do budy!
Koleżanki zachichotały, ale posłuchały.
Niedługo jednak byli weseli. Gdy tylko przypomnieli sobie, gdzie jest ich przyjaciel, humor prysł jak bańka mydlana. Smętnie udali się na transmutację.
Potter i Snape nawet nie przypuszczali, że rozmyślają o sobie nawzajem.
Jedynie, że ten ostatni miał raczej mroczne myśli. Wściekłość, nienawiść ciągle buzowały w nim jak hormony u królika na widok samicy. Wiecie, kilka razy na godzinę.
Sam już nie wiedział, co się z nim dzieje. To nie było normalne, nawet jak na niego. Dotychczas przecież nienawiść nie zamgliła mu tak umysłu, żeby głodzić dziecko czy pozwolić odejść mu z domu, gdy na zewnątrz grozi niebezpieczeństwo.
W jednej chwili chciał pójść z nim porozmawiać, a w następnej wściekłość powodowała, że warczał na najmniejsze potknięcia uczniów w klasie.
Każdy miał już dosyć, nawet on sam. Uczniowie z ulgą opuścili laboratorium, prawie biegnąc.
Severus usiadł za biurkiem i oparł głowę na dłoniach.
— Ciężki dzień?
— Coś w tym rodzaju, jeśli już musisz wiedzieć. — Uniósł głowę, słysząc głos Albusa. — Domyślam się, że chodzi o Pottera, inaczej nie fatygowałbyś się do mnie aż do lochów.
— Twoja inteligencja zawsze mnie intrygowała. Tak, chodzi o Harry'ego. Co u niego?
— Pomfrey ci nie powiedziała? — Opuścił głowę z powrotem na ręce.
— Tylko to, co sam jej powiedziałeś. Atak paniki po wizji i pragnienie śmierci.
Severus zerwał się na nogi.
— Jakiej znowu śmierci?
— Harry tak stwierdził po przebudzeniu. Nie wiesz może, o czym była wizja, że tak go wystraszyła?
— Porozmawiaj z Draco. Będzie uczył Pottera oklumencji, pewnie z łatwością znajdzie odpowiednie informacje.
— A nie mógłbyś ty z nim porozmawiać? — zaproponował starzec.
— On tutaj nie przyjdzie — zauważył Snape ten mały szczegół.
— A ty nie możesz pójść do niego?
— Jestem nauczycielem. Nie chodzę ot tak sobie do uczniów.
— Masz powód. Martwisz się o jednego z nich.
— Nie martwię się... — zamilkł nagle, nie bardzo wierząc w to, co mówi. — Dobrze. Zobaczę, czy będę mógł z nim porozmawiać bez duszenia go swoją obecnością.
— Dziękuję, Severusie. — Dyrektor poufale klepnął go w ramię i wyszedł.
Mężczyzna nadal stał w miejscu, ale sekundę później podjął decyzję. Zaszumiało w sali i kraniec szaty znikł za drzwiami zaraz za swoim właścicielem.
Poppy na jego widok zmarszczyła brwi i wydęła policzki. Huk drzwi, który usłyszała chwilę wcześniej, miał chyba coś z tym wspólnego.
— Zostaw nas! — zażądał rozdrażniony mistrz eliksirów.
Kolejny, choć o wiele słabszy trzask towarzyszył jej wyjściu.
Potter siedział na parapecie, jego standardowe miejsce, gdy coś go gnębiło. Głowę opierał o framugę, a dłońmi obejmował kolana. Nie patrzył na swojego opiekuna, jakby wcale go nie widział. I chyba była to prawda. Nawet po zbliżeniu się profesora nie zareagował. W żaden sposób. I nie miał duszności.
— Przyszedłeś. — W końcu Harry stwierdził ten oczywisty fakt, nie otwierając oczu. — Z własnej woli?
— Nie. Zostałem zaciągnięty przez trytony — sapnął zirytowany mistrz eliksirów.
— To dobrze.
— Że zostałem zmuszony?
— Nie. Że przyszedłeś. — Smutek w głosie chłopaka zaczął działać mu na nerwy.
— Co ty znów wymyśliłeś, Potter? Co to za teksty o śmierci? Już całkiem ci się w głowie poprzewracało?
Harry obrócił powoli głowę w jego stronę, otwierając tylko zdrowe oko. Dopiero teraz Severus zauważył ślady łez na jego policzkach.
— Może tak będzie lepiej dla nas wszystkich.
— Bredzisz — syknął Nietoperz.
— A jeśli mam rację? Znowu! Co jeżeli moje odejście zakończy to wszystko? Mogę skończyć ten koszmar raz na zawsze.
— Nadal twierdzę, że z twoją głową jest coś nie tak.
Chłopak w odpowiedzi tylko coś zasyczał i znów się odwrócił.
— Widziałem śmierć zbyt wielu osób, profesorze.
— Kiedy? Nikt ostatnio nie zginął.
— Było ich za dużo — kontynuował Harry, jakby go nie słyszał. — Jeśli mogę do tego nie dopuścić, to to zrobię.
— Nie dopuścić? O czym ty mówisz? — Severus zaczął się gubić. — Miałeś sen o śmierci przyjaciół, którzy ciągle żyją i spanikowałeś. Mogę to zrozumieć, ale żeby zaraz myśleć o samobójstwie? To czysta głupota.
Milczenie. Brak rekcji ze strony chłopaka.
— I jak tu z tobą rozmawiać? — Chwycił go za podbródek i odwrócił do siebie.
Gorące łzy spłynęły mu po dłoni, gdy puścił jego twarz.
— To nie był sen — szepnął brunet. — To się zdarzy naprawdę. Wiem to. Ciągle to widzę, gdy zamknę oczy.
— Wizja.
— Nie. To nie jest wizja. Blizna mnie nie boli ani nie krwawi. Jestem przytomny.
— Co widziałeś?
Chłopak zaprzeczył wpierw głową, potem rzekł:
— Nie powiem.
— Draco zobaczy.
— Nie, nie zobaczy. Postaram się, żeby nikt tego nie widział.
— Nie jesteś tak dobry.
— Uczyłem się, miałem dobrego nauczyciela. Może pan spróbować, nawet teraz.
Zeskoczył z parapetu, stając prosto przed mistrzem eliksirów.
— Zobaczy pan wszystko inne, ale nie to.
— Legilimens!
Rzucił to zaklęcie niespodziewanie, jednak natychmiast wyczuł w umyśle Gryfona pewien rodzaj bariery. Niewielką, otaczającą tylko mały obszar wspomnień. Spróbował ją sforsować, ale bez skutku. Napięła się odrobinę i nic poza tym. Opuścił myśli chłopaka.
— Niech ci będzie. Jednak, jeśli miałeś jakieś przebłyski wizji i wiesz, co może się stać, powinieneś się tym z kimś podzielić. Jeżeli nie ze mną, to powiedz dyrektorowi.
— Nie. Nikt się nie dowie. Postawiłem sprawę jasno.
— I nadal chcesz to szybko skończyć. Mam na myśli... — Snape bezlitośnie przejechał sugestywnie dłonią po swojej szyi.
Na ten widok Harry tak mocno zbladł, że aż się zachwiał i profesor musiał go podtrzymać.
— Co to było? — Posadził go na łóżku.
— Nic. — Brunet przyciągnął kolana do piersi.
— Ładne mi nic.
Dotknął jego czoła. Już wcześniej podejrzewał, że chłopak ma gorączkę. Oczy lśniły mu niezdrowo, rumieniec to bladł, to się czerwienił.
— Dziwne, bo mnie nic nie jest. Zawołam tę upierdliwą jędzę, to się tobą zajmie.
Brunet wzruszył ramionami, gdy Severus odszedł, szukając Pomfrey.
— To naprawdę dziwne. — Poppy wróciła po kilku minutach od łóżka śpiącego już Pottera. — Nie wiem, co wywołuje gorączkę. Eliksir nie działa.
Dumbledore, również poproszony przez Snape'a o pojawienie się w skrzydle szpitalnym, targał swoją brodę.
— Czy to zaklęcie?
— Nie. Czuje się dobrze. To ma coś wspólnego z tą paniką.
— Trzeba porozmawiać z jego przyjaciółmi. Czekają na korytarzu.
— I oczywiście ja mam to zrobić? — zadrwił z mistrz eliksirów. — Jesteś coraz bardziej przewidywalny, Dumbledore.
— A kto twoim zdaniem powinien z nimi porozmawiać, jeśli nie jego opiekun?
Severus parsknął i odwrócił się z łopotem szat. Po jego wyjściu ze skrzydła szpitalnego starzec puścił oko do Poppy.
— On też jest przewidywalny, nieprawdaż?
Postrach Hogwartu stanął przed trójką Gryfonów ze skrzyżowanymi na piersi rękoma. Wiedział, że swoim wyjściem przerwał im dyskusję.
— Co wiecie? — spytał wprost.
Milczeli niczym zaklęci.
— Jeśli mi nie powiecie, nie będziemy wiedzieć, jak pomóc Potterowi.
— Co mu jest? — przestraszył się Draco. — Co mu zrobiłeś? Jeśli się dowiem, że to przez ciebie...
— To co? — wycedził przez zęby mężczyzna, pochylając się nad chrześniakiem. — Zrobisz mi coś gorszego niż to, co przygotował dla mnie Czarny Pan? Nie sądzę. Bądź więc łaskaw siedzieć cicho.
— Przypuszczamy, że Harry jest Śniącym — rzekła Hermiona, patrząc nauczycielowi prosto w oczy, gdy się już wyprostował.
Severus otworzyłby szeroko usta, ale nabyte nawyki powstrzymały go przed tym jakże prostackim zachowaniem.
— Całkiem to u niego możliwe — stwierdził tylko. — W końcu to Wybraniec. Dlaczego nie może być i Śniącym. Wężomowa, dziwne przeczucia i jeszcze to.
— Co jest Harry'emu? — powtórzyła pytanie blondyna Hermiona. — Dlaczego nie możemy się z nim zobaczyć?
— Bo on tego nie chce. Jeśli jest Śniącym, to widział waszą śmierć i chce tę przyszłość teraz zmienić.
W tym momencie powinien sobie strzelić Avadą w łeb. Nie zrobił tego jednak, obracając się jedynie na pięcie i wchodząc na powrót do ambulatorium.
— Ile lat temu urodziła się ostatnia Śniąca? — zadał pytanie zaraz po rzuceniu na drzwi zaklęcia antypodsłuchowego.
— Śniąca? Jakieś czterysta lat temu. Czy ty chcesz powiedzieć, że Harry...
— Tak, dokładnie to chcę powiedzieć. Bachory właśnie na to wpadły.
Dumbledore zaczął nerwowo przechadzać się po sali.
— Ona nadal tu jest — powiedział, patrząc na nich smutno.
— Kto? — spytali jednocześnie Severus i pielęgniarka.
— Ostatnia Śniąca.
— Ciągle żyje? — zdziwił się Snape.
— Nie. Jest duchem.
— Wezwij ją. Dowiemy się, co jest panu Potterowi i jak możemy mu pomóc — poprosiła Poppy.
— Niestety nie mogę.
— Dlaczego? Wszystkie duchy mają magiczny nakaz słuchania dyrektora Hogwartu.
— Ona nie musi. Jest w Zakazanym Korytarzu. Tam moje rozkazy nie mają mocy.
— W tym korytarzu, który przypadkiem ostatnio zwiedzał Potter? — zauważył sarkastycznie mistrz eliksirów.
— Tak, w tym samym.
Severus podszedł do łóżka Gryfona i spojrzał na niego.
— Wiem, że nie śpisz.
Oczy pacjenta otworzyły się natychmiast.
— Czy rozmawiałeś z kimś w Zakazanym Korytarzu?
— Tak. Z panią Hogwartu — odparł Harry, siadając.
— Co ci mówiła? — Dumbledore podszedł do niego.
Chłopak opuścił głowę.
— To ważne, Harry — dopraszał się odpowiedzi Albus.
Potter wstał ostrożnie i zaczął iść w kierunku drzwi. Z dłonią na klamce, niepowstrzymany przez zdziwionych tą reakcją dorosłych, odwrócił się i rzekł:
— Powiedziała mi tylko prawdę. Idę spać do siebie. Moja obecność nie jest tu wymagana. I tak zdecydujecie beze mnie o moim życiu.
Naparł na drzwi, uchylając je kawałek i nagle się zatrzymał. Nie odwracając twarzy, dodał jeszcze:
— Miło się z panem rozmawiało, profesorze. Chciałbym to kiedyś powtórzyć.
Drzwi zamknęły się za nim cicho.
Przyjaciele nie wiedzieli, co powiedzieć, gdy ujrzeli wychodzącego Harry'ego. Był rozpalony i lekko chwiał się na nogach.
— Nie chcę tu spać — powiedział cicho, idąc w ich stronę, podpierając się o ścianę.
Draco i Ron stanęli po jego bokach, podtrzymując chłopaka asekuracyjnie.
Na ich widok w pokoju wspólnym najpierw ucichło, a gdy zniknęli w dormitorium, zawrzało.
— Dlaczego Pomfrey cię wypuściła? — spytała Hermiona, kładąc go do łóżka i przykrywając kocem. — Masz gorączkę i z całą pewnością jesteś osłabiony.
— Eliksir nie zadziałał. Nie wie, co mi jest.
Pozostali chłopcy spojrzeli na dziewczynę. Ta, lekko spłoszona, chrząknęła i zaczęła mówić:
— Gdy profesor Snape zabrał cię do szpitala, Draco wpadł na pomysł, że jesteś przypuszczalnie Śniącym.
— Słyszałem podobną rozmowę pomiędzy Snape'em i Dumbledorem.
— Ale pewnie nie powiedzieli ci o skutkach ubocznych? — zamilkła, czekając na pytanie, a gdy nie padło, kontynuowała: — Niestety, ten sen to dopiero początek, Harry. Będzie ich więcej i nie będzie lepiej. Śniący bardzo rzadko widzi coś dobrego. Przeważnie są to czyjeś tragedie. Mogą to być małe kłopoty, jak złamanie nogi, ale może zdarzyć się i coś ogromnego, jak wojna. Ostatnia Śniąca przewidziała ich kilka i to nie tylko wśród czarodziei, ale i u mugoli.
— To ktoś podobny do Nostradamusa? — spytał słabo Harry.
Może Dursleyowie zabraniali mu oglądać telewizję, ale nie mogli powstrzymać przed korzystaniem ze szkolnej czytelni. Nie mógł przynosić książek do domu, bo Dudley zaraz by je zniszczył.
— Tak. On żył w XVI wieku i podejrzewano, że był Śniącym. Jednak był charłakiem i nie wtrącano się w jego życie. Żył w pełni jak mugol. To były i tak nieciekawe czasy dla takich jak on. Ostatnia Śniąca urodziła się kilka lat przed jego śmiercią. Nie wiadomo czemu potem nie rodzili się inni. Aż do dziś, gdy ten dar przebudził się w tobie.
Ucichła, dając Harry'emu czas na przetrawienie informacji.
— A efekty uboczne?
— Wszystko będzie zależeć od intensywności snu. Czym gorszy scenariusz, tym bardziej będziesz chory.
— Jestem Harrym Potterem, cóż się dziwić — bąknął pod nosem brunet, odwracając się na bok.
— Odpocznij — rzekła smutno dziewczyna. — Poproszę Zgredka o trochę bulionu i coś lekkostrawnego dla ciebie.
Szybko wyszła wraz z Ronem. W pokoju wspólnym już nie mogła się powstrzymać i rzuciła się w jego ramiona, płacząc. Nie przejmując się obserwującymi ich w napiętej ciszy współdomownikami, Weasley przytulił ją, całując w czubek głowy.
— Cicho, maleńka. Wszystko będzie dobrze. Harry da radę. Będziemy przy nim.
— Nie chcę, żeby jeszcze bardziej cierpiał — chlipała mu w szatę, zostawiając mokre ślady. — On już dosyć wycierpiał. Dlaczego to właśnie jego wszystko spotyka? Nie ma nikogo innego na świecie? Tylko on. Mało że jest naznaczony przed psychopatę jako jego wróg numer jeden, to teraz będzie prawie co noc śnił koszmary, które pewnego dnia staną się rzeczywistością. Krwawą, martwą rzeczywistością! — Koniec wykrzyczała, odsuwając się od Rona. — I jeszcze klątwa! To za dużo na samotnego, opuszczonego przez wszystkich nastolatka. Idę o zakład, że w tym roku nie zagra ani jednego meczu. — Jęk, który przeszedł przez salon, tylko nakręcił ją jeszcze bardziej. — A wy martwicie się tylko tym! — zwróciła się do słuchających. — Nie będzie w tym roku żadnego Pucharu! To mogę wam obiecać!
Parvati stanęła koło niej, obejmując ręką ciągle drżące pod wpływem płaczu i wściekłości ramiona.
— Zajmę się nią, Ron — szepnęła i zaciągnęła dziewczynę do jej pokoju.
— I czego się gapicie? — warknął Weasley na patrzących. — Hermiona ma rację. Poza meczem i punktami nic was nie obchodzi, a tam na zewnątrz jest wojna. Giną ludzie.
— Potter... — zaczął jakiś szóstoroczny z klasy Ginny.
— Co „Potter"? — Nawet nie pozwolił mu skończyć. — On ma za was walczyć? Już to robił wiele razy. Od pierwszego roku zmaga się z przeciwnościami i co z tego ma? Albo go wielbicie, albo odtrącacie. Sami nie wiecie, czego chcecie. Uginacie się jak trzcina na wietrze. Wystarczy artykuł w „Proroku" i już wiecie o nim wszystko, nie zastanawiając się, czy to w ogóle prawda. Najmniejsza wzmianka, że stoi po stronie Voldemorta... Tak, VOLDEMORTA! — krzyknął, widząc ich reakcję na dźwięk imienia Czarnego Pana. — Nie boję się już tego powiedzieć, bo to tylko głupia ksywka... A wy od razu się odsuwacie od Harry'ego jak od zadżumionego! Tacy jesteście naprawdę!
Jego gniew w końcu się wyczerpał. Poszedł do swojego pokoju i rzucił się na łóżko.
Neville podszedł do niego i usiadł na brzegu, podsuwając czekoladową żabę. Ron westchnął i wziął poczęstunek. Nic nie mówili, jakby rozumiejąc się bez słów. Cisza trwała dopóki pozostali lokatorzy kwatery nie wrócili.
— Daliście im do myślenia — rzucił Dean, siadając na krawędzi swojego łóżka. — Niektórzy poszli nawet do przyjaciół w innych Domach.
— Harry mnie zabije. — Ron schował głowę pod poduszkę. — Jutro nie dadzą mu spokoju.
— Zdaje mi się, że będzie wręcz odwrotnie — powiedział poważnie Neville. — Trąciliście pełną mocą strunę, której każdy bał się choćby musnąć. Wojna nie wybiera. Każdy może być jej ofiarą. Czy mugol, czy też czarodziej. Musimy się zjednoczyć, a nie czekać, aż ktoś wykona za nas brudną robotę.
— I tak mnie zamorduje — mruknął ponownie Ron.
Tymczasem najbardziej zainteresowany o niczym nie wiedział, otoczony zaklęciami wyciszającymi. Leżał wpatrzony w okno.
— Chcesz jutro iść na zajęcia?
— Jeszcze nie wiem, ale pewnie pójdę. Gorączka powinna do rana opaść.
— Spróbuj teraz zasnąć. Będę tutaj, żeby cię obudzić w razie czego.
Malfoy przysunął sobie fotel bliżej łóżka.
W tej samej chwili w ich pokoju pojawił się skrzat. Na tacy miał wazę z zupą i kilka małych porcji potraw z dzisiejszego dnia. Patrząc smutno na Harry'ego, postawił ją na stoliku, a następnie zniknął.
— Zjesz coś przed snem?
— Nie mam ochoty — szepnął zmęczonym głosem brunet.
— Rzucę na wszystko czar ogrzewający. Gdybyś obudził się w nocy głodny, będzie czekać. Teraz śpij.
— Znowu matkujesz.
— Z tobą tak trzeba. Śpij!
Harry westchnął jeszcze ciężko i zasnął powoli. Kilka godzin później śnił.
Znajdował się w sali obrony, stojąc koło okna. Widział wszystko jakby z boku. Inaczej niż poprzednio. Przy katedrze stała Tonks i coś tłumaczyła. Dziwne było to, że nic nie słyszał. Obserwował jak różowowłosa kobieta unosi różdżkę i manekin zostaje pocięty przez jakieś zaklęcie, Widział szok na twarzach uczniów. Tonks kazała ćwiczyć wszystkim na manekinie. Przynajmniej tego się domyślił Harry, bo kolejno podchodzili na centrum sali i rzucali ten sam czar. Po każdym udanym, a nie było ich wiele, zaklęciu manekin naprawiał się samoistnie, wracając do pierwotnego wyglądu.
Przyszła kolej na Deana. Chłopak stanął przed klasą bokiem, a przodem do manekina, unosząc różdżkę. Krzyknął inkantację.
Wtedy się zaczęło.
Krew zaczęła plamić wszystko. Ściany, okna, ławki i podłogę.
Nie słyszał krzyków, ale widział otwarte usta i przerażenie na twarzach.
Tonks leżała w kałuży swojej krwi, szarpiąc dłonią przeoraną zaklęciem pierś. Inni nie mieli się lepiej. Leżeli tam, gdzie trafiło ich zaklęcie. Kilku nadal próbowało uciec przed oszalałym czarem. Zobaczył Draco przy ławce, którą zajmował. Nie mógł odwrócić od niego oczu. Patrzył, jak blondyn ściska kikut nogi, płacząc z bólu. Ron tulił Hermionę, której szyja została podcięta. On sam miał kilka ran na plecach.
Harry chciał krzyczeć, ale tylko się obudził. Usiadł i rozejrzał się dookoła. Było ciemno, musiał być środek nocy. Malfoy spał w fotelu zwinięty w kłębek.
Potter wstał i ostrożnie przykrył go kocem, lekko muskając obie jego nogi, jakby chcąc się upewnić, że wciąż tam są. Następnie wziął tacę z nadal ciepłym posiłkiem i wyszedł do pokoju wspólnego. Wszystkie świece były pogaszone, jedyne światło dawał kominek, w którym ogień beztrosko pożerał drwa.
Usiadł na sofie, grzejąc się w przyjemnym cieple i pomału jadł, rozmyślając nad snem. Nie widział siebie w tej klasie, ale był w niej Draco i pozostała część jego rocznika. Wypadek więc może zdarzyć się w niedalekiej przyszłości. Ale co tam robiła Tonks? Może została zaproszona?
Czas mijał swoim niezmiennym rytmem. Pierwsze promienie słońca zajrzały do salonu, wytrącając Harry'ego z zamyślenia. Wrócił do sypialni i zdecydował się wziąć kąpiel, dopóki Malfoy się nie obudzi. Gdy opuścił łazienkę, Draco już na niego czekał.
— Wszystko w porządku? Zauważyłem brak tacy, zjadłeś czy odesłałeś ją pełną?
— Zjadłem część.
— Mam spytać skrzaty? — dopytywał się blondyn.
— Nie jestem dzieckiem, żeby mnie pilnować, Draco. Ale proszę, nie krępuj się. Skoro moje słowo ci nie wystarcza...
— Potter! Dobrze wiesz, że tylko chcę się upewnić...
— Harry.
— Co? — spytał nagle Draco, wytrącony z toku myśli.
— Jestem Harry.
— Wiem. Nie mam sklerozy. Jem banany — zauważył chłodno arystokrata.
— Przed chwilą nazwałeś mnie Potter.
— Żeby zaznaczyć powagę sytuacji.
Harry uniósł brwi zdziwiony, ale zaraz potem na jego twarzy pojawił się złośliwy uśmieszek. Podszedł do blondyna, nadal owinięty tylko ręcznikiem wokół bioder i złapał go za dłoń.
— W takim razie, Malfoy… — Położył jego rękę na swojej nagiej piersi — …może nadal będę zwracał się do ciebie po nazwisku? Tak dla powagi sytuacji?
Draco spłonął rumieńcem, wyrywając się szybko.
— Przestań się ze mną drażnić!
Harry odwrócił się do niego plecami i beztrosko zaczął szukać rzeczy w szafie.
— Przestań mnie denerwować bez powodu, Draco.
Długie milczenie współlokatora zwróciło jego uwagę.
— O co teraz chodzi? — zwrócił się do niego, zakładając spodnie.
Malfoy patrzył na swoją dłoń.
— I co? Nie będziesz jej teraz mył?
Gdy brunet zadał kolejne pytanie, ten podszedł do niego. Dotknął jego czoła i aż gwizdnął.
— Nadal masz gorączkę i to nawet wyższą niż wcześniej.
Harry zamarł, zapomniał o efekcie ubocznym. Trudno mu będzie ukrywać przed przyjaciółmi prorocze sny.
— Pewnie to nadal skutek tamtego snu. Czuję się dobrze, nic mi nie jest.
— Pomfrey powinna na ciebie zerknąć.
— Dobra, pójdę po śniadaniu! Przestań grać moją niańkę! — Harry zdenerwował się tą nadmierną troskliwością.
— Jak nie ja, to jest jeszcze Hermiona.
— Zrozumiałem przesłanie. — Harry westchnął i uniósł teatralnym gestem ręce. — Ratujcie mnie przed Gryfonami. Przechodzą ze skrajności w skrajność.
— Idę się umyć, Gryfonie. Ty możesz się dalej bawić, jeśli chcesz.
— Nie bawię się! — zawołał głośno, by Draco usłyszał go przez drzwi. — Chcę tylko trochę wolności.
Po tych słowach Harry wznowił czynności garderobiane, raz tylko zamierając, gdy przed oczami stanęła mu scena ze snu. Dean z pociętymi rękami, patrzący na piekło, rozgrywające się przed nim. Otrząsnął się szybko, słysząc wychodzącego z łazienki Malfoya.
— Na pewno dobrze się czujesz? Jesteś blady.
— Za szybko wstałem i zakręciło mi się w głowie — wymyślił na poczekaniu. — Już przestań. Obiecałem, że pójdę do Pomfrey, czy nie?
Arystokrata dał się przekonać. Trochę dłużej musiał walczyć z Hermioną, ale też dała mu spokój po kolejnej obietnicy. Uściskałby z radości Rona, gdy ten zaczął ich ponaglać na śniadanie, ale wiedział, że rudzielec mógłby nieciekawie zareagować.
Szedł w stronę wielkiej sali trochę zamyślony i dopiero, gdy Malfoy chwycił go za rękę, a następnie pociągnął za sobą, oprzytomniał. Na krótko.
— Profesorze Snape!
Harry próbował się wyrwać, już czując pierwsze efekty. Severus zatrzymał się na środku Wielkiego Holu i odwrócił w ich stronę.
— Puść go, Draco. Potter, możesz iść, jeśli chcesz.
— Nareszcie! — ucieszył się chrześniak. — Znów zachowujesz się normalnie.
Brunetowi zaczęło już kręcić się w głowie, a blondyn nadal go nie puszczał.
— Lepiej mów, czego chcesz, zanim zamordujesz Pottera.
— Chodzi o to, byś namówił Harry'ego na pójście do Pomfrey. — Wcale nie zwracał uwagi na to, co się do niego mówi.
— Wcale nie będę musiał. Sam go zaraz tam wyślesz, tumanie.
Draco Malfoy otworzył szeroko usta, słysząc tę obelgę. Nagle zrozumiał, co zrobił. Było już jednak za późno. Chłopak przy jego boku osunął się wprost w łapiące go ręce profesora.
— Kolejny tydzień szlabanu z Filchem za głupotę, chociaż jeszcze nie zacząłeś poprzedniego.
Ron i Hermiona zawrócili z wielkiej sali, spostrzegając nagłe zniknięcie dwójki chłopaków.
— Co się stało? — zapytała dziewczyna, widząc przyjaciela na rękach profesorach.
— Ten dureń przyciągnął do mnie Pottera, zapominając o skutkach takiego czynu. Zaniosę go... zresztą wiecie gdzie.
Granger walnęła Malfoya przez łeb aż zadzwoniło.
— Co ci wpadło do tego arystokratycznego pustego czerepu?
— Zapomniałem! — bronił się blondyn, zasłaniając głowę przed kolejnym ciosem, idąc jednocześnie w stronę ich stołu. — Przestań, Granger! — Stanął nagle przed nią. — Uspokój się! Chciałem tylko porozmawiać. Nie wiedziałem, że humorki już im przeszły. Przepraszam!
— To nie mnie... — zaczęła, siadając.
— Wiem. Harry'ego też przeproszę, ale przynajmniej Pomfrey go zobaczy. I widziałaś to? Severus zaniósł go na rękach! Może im się polepszy i będzie jak dawniej?
— Gdzie jest Harry? — spytał Neville. — Myślałem, że idzie z wami.
Hermiona znów zamachnęła się na Draco i to skutecznie.
— To przez tego debila. Zaciągnął go do profesora Snape'a i prawie udusił. Jest w skrzydle szpitalnym.
— Biedak — rzucił Dean, wymachując różdżką nad swoim śniadaniem.
— Co robisz? — zainteresował się Weasley.
— Ćwiczę zaklęcie powielające. Chcę zrobić więcej kiełbasek.
— Tylko nie przesadź. Charlie też kiedyś go użył. Przez tydzień musieliśmy jeść tylko jajka, bo zamiast jedno podwoić, wyszły mu dwa, ale tysiące.
Dean skupił się i wyszeptał zaklęcie, celując w kiełbaskę na swoim talerzu. Tak energicznie zamachnął różdżką, że zahaczył o kielich. Zaklęcie tylko zaiskrzyło na końcu różdżki.
— Daj sobie spokój przy śniadaniu — rzekła Hermiona, łapiąc go za rękę, powstrzymując przed rzuceniem kolejnego czaru. — Jedz. Za chwilę mamy obronę.
Chłopak schował różdżkę i zaczął jeść.
Draco w międzyczasie rozglądał się po sali.
— Czemu dzisiaj jest tak dziwnie cicho?
Ron popatrzył po sąsiadach, prawie natychmiast rozumiejąc, co się dzieje.
— Trochę wczoraj z Hermioną dogadaliśmy Gryfonom i chyba rozniosło się po szkole.
— Trochę? Daliście czadu. — Neville aż się zachłysnął. — Takiej przemowy to nawet Dumbledore nie walnąłby.
Malfoy pochylił się do Hermiony.
— Co wyście im powiedzieli?
— Poniosło mnie i wygarnęliśmy im co nieco.
Szybko streściła mu swoją przemowę, a Neville Rona. Potem musieli szybko jeść, żeby nie spóźnić się na zajęcia.
OOO
Harry otworzył oczy, czując chłodny dotyk na czole.
— Nadal masz gorączkę. — Poppy zmieniła okład i wytarła ręce w ręcznik. — Poleżysz dzisiaj w łóżku.
— Ale zaraz mam obronę. Profesor Walter wymyśli mi jakiś szlaban...
— Po pierwsze jesteś chory i nie możesz dostać za to szlabanu. Po drugie profesor Walter już nie uczy. Dyrektor przyjął Nimfadorę Tonks na to stanowisko.
W pierwszej chwili Harry myślał, że się przesłyszał. W następnej już wyskakiwał z łóżka i biegł w stronę sali obrony przed czarną magią.
