Rozdział 6.
Cała walka zaczęła się szybko i tak samo szybko się skończyła. Aurorzy wkroczyli na znak Snape'a, który obserwował wysiłki, bezowocowe zresztą, ruszenia się poza dziwny krąg krat wyrastających z ziemi. Nott trzymał rudzielca jako zakładnika, ale jedna Drętwota i zmienił punkt widzenia na horyzontalny. Co prawda, Weasley też nie mógł się ruszyć, ale przynajmniej był bezpieczny.
Granger opuściła swoją kryjówkę po obezwładnieniu Avery'ego i usunęła czar wstrzymujący oraz kraty, ku szczeremu zdziwieniu aurorów.
— Gdzie jest Harry? — spytał Ron, rozglądając się dookoła.
— Powinien gdzieś tu być. Harry!
Zaczęli go nawoływać, zwracając tym uwagę Severusa Snape'a.
— Gdzie jest Potter?
— Nie wiemy. Powinien być koło Zonka, by zabrać Rona, gdyby czar nie zadziałał odpowiednio.
— Ale zadziałał, więc gdzie jest Potter?
Nott zaśmiał się szyderczo, widząc ich zaniepokojone miny. Severus zmierzył go groźnym wzrokiem i podszedł bliżej. Aurorzy stanęli po bokach, czekając. Zbyt dobrze znali historię mistrza eliksirów. Każdy wiedział, że nie należy stawać mu na drodze, tym bardziej, gdy miał taki wyraz twarzy.
— Gdzie jest chłopak? — zapytał chłodno, kierując pytanie do aresztowanego.
— Myślisz, że ci powiem, zdrajco?
— Panowie mogą się na chwilę odwrócić? — Snape zwrócił się do pilnujących.
Ci, z ironicznymi uśmieszkami na twarzach, odeszli kilka kroków, zwracając się tyłem do dwójki stojących na środku ulicy mężczyzn.
— Tormenta — szepnął Postrach Hogwartu, kierując różdżkę na Notta.
Wrzask rozniósł się po ulicy, ale ludzie tylko zerkali ukradkiem, po czym natychmiast wracali do swoich spraw. Nikt raczej nie żałował śmierciożercy.
— Co wolisz? Kontynuować czy odpowiesz?
Snape oparł się o kolumnę sklepu Zonka, bawiąc się od niechcenia różdżką. Ron i Hermiona stali obok, czekając, u żadnego nie widać było grama litości.
— Wal... — Krzyk bólu nie pozwolił mężczyźnie skończyć, zwalając go z nóg.
— Ja mam czas, Nott. Jak widzisz, nikt nie stanie w twojej obronie. Mogę cię zamęczyć i nic mi nie zrobią.
— Torturujesz mnie z powodu gówniarza — wychrypiał tamten, podnosząc się z ziemi.
— Ten, jak go nazwałeś „gówniarz", jest teraz moim synem. Gdzie jest? — zażądał odpowiedzi, przykładając mu różdżkę pod brodę. — Chcesz się dowiedzieć, jak boli Tormenta rzucona z tej odległości?
Zawziętość w oczach drugiego mężczyzny przygasła zastąpiona strachem.
— Bellatriks go zabrała.
— Jak?
— Chwilę przed aportacją zobaczyłem czyjąś rękę z fiolką w powietrzu tuż koło nas. Zaraz po tym nie mogłem się ruszyć. Bella też to widziała, bo schyliła się, łapiąc tego kogoś i deportując się. To musiał być Potter, skoro nie możecie go znaleźć.
— Grzeczny chłopiec — mruknął Snape, odwracając się do aurorów. — Możecie zabrać to ścierwo.
Na koniec poczęstował go jeszcze krótką klątwą bólu.
McGonagall zbierała uczniów z pomocą kilku magomedyczek. Poza małymi zranieniami nikomu nic się nie stało. Widząc zbliżającego się mistrza eliksirów w towarzystwie Weasleya i Granger, odłączyła się od grupy.
— Severusie, nie możemy znaleźć pana Malfoya. Ostatni raz był widziany, gdy osłaniał ucieczkę kolegów za „Miodowym Królestwem".
Snape lekko pobladł, ale szybko się pozbierał.
— Tylko nie oni — szepnął do siebie. — Muszę iść do Albusa — zwrócił się do Minervy.
— Idź. Poradzimy sobie — ponagliła go nauczycielka.
OOO
Harry'emu zaczęły drętwieć uniesione wysoko nad głową ręce. Zimno doskwierało mu już dłuższy czas, ale i z tym nic nie mógł zrobić. Miał nadzieję, że wszyscy są bezpieczni. Jemu było już wszystko jedno. Jeśli właśnie nadszedł koniec, to przyjmie go ze spokojem. Dobrze też wiedział, że bez cierpienia się nie obejdzie. Taki już jego los. Słyszał już niejedną historię na temat szaleństwa Belli.
— Nie nudzi ci się? — Drzwi do pomieszczenia otworzyły się cicho, wpuszczając snop światła.
Chłopak zmrużył oczy, ale rozpoznał swego porywacza.
— Nie za bardzo. Cisza i spokój. Jest dobrze.
Uderzenie w twarz od razu powiedziało mu, że to był zły pomysł.
— Nie zadzieraj ze mną, gówniarzu. Może mój Pan się ciebie obawia z jakiegoś powodu, ale ja nie.
Milczał. Po co rozmawiać z wariatką.
Bellatriks zaśmiała się ochryple na ten widok.
— Tak. Bój się mnie. Zanim z tobą skończę, będziesz żałował, że w ogóle przyszedłeś na świat.
Harry był przerażony nie na żarty. Aura wokół kobiety falowała niekontrolowanie. Przeplatała się barwami wściekłości, radości i uniesienia. Ani grama normalności. On sam domyślał się, co go czeka, w końcu już raz był w jej rękach. Przygryzł wargi obserwując, jak pochodnia zapala pojemnik z węglem. Magicznie wzmocnione płomienie natychmiast rozgrzały je do czerwoności. Kobieta wsunęła w żar kilka długich, cienkich prętów.
— Czas na zabawę, chłopaczku. Wkrótce dołączysz do swego zapchlonego ojca chrzestnego.
OOO
Severus poczuł pierwszy ból, stojąc w holu i rozmawiając z Albusem, jednocześnie obserwując wchodzących uczniów. Syknął, łapiąc się za policzek. Czerwona smuga ozdobiła prawą część jego twarzy.
— Do skrzydła szpitalnego, Severusie! — nakazał Dumbledore, gdy kolejna pręga pojawiła się koło pierwszej.
Godzinę później jego krzyki roznosiły się po całym ambulatorium. Ron i Hermiona stali przy drzwiach, trzymając się pocieszająco za ręce. Po twarzy dziewczyny spływały łzy, a Weasley był blady jak ściana. Oboje wiedzieli, co wiązało się z cierpieniem profesora eliksirów. Harry był torturowany, a mężczyzna, połączony z nim zaklęciem, czuł to samo.
Pomfrey ciągle przywoływała nowe maści i eliksiry, ale nic nie pomagało.
Nagle zapadła cisza przeraziła dwójkę Gryfonów. Podbiegli do łóżka profesora.
— Stracił przytomność, Albusie — usłyszeli. — Ale Harry jeszcze nie. Spójrz, ciągle pojawiają się nowe rany. Jest bardziej wytrzymały na ból, jak pamiętasz.
Pościel przesiąknięta była krwią mistrza eliksirów. Półnagi, poznaczony smugami przypaleń, leżał nieruchomo. Na jego piersi zaczęła pojawiać się kolejna pręga. Wolno, jakby komuś sprawiało niesamowitą przyjemność oglądanie czyjegoś cierpienia.
Hermiona ukryła twarz w ramieniu Rona.
Dumbledore zabrał ich od pacjenta, kierując w stronę swojego gabinetu.
— Lepiej żebyście już tego nie oglądali, kochani.
— Ale Harry jest torturowany. Musimy go znaleźć. Nie wiemy, gdzie jest? Draco też zniknął!
Hermiona zaczęła wpadać w histerię.
— Napij się. — Dumbledore podał jej filiżankę, a ta, nawet nie wiedząc, co robi, wypiła ją jednym haustem.
Zaraz po tym upadła na podłogę nieprzytomna. Ron położył ją na fotelu, patrząc na dyrektora.
— Tak będzie dla niej lepiej. Niestety nie mamy żadnego punktu zaczepienia, nie wiemy, gdzie mogą znajdować się Harry i Draco. Nic nie możemy zrobić.
— Rozumiem, proszę pana — westchnął ciężko Ron. — Musimy wierzyć, że coś się stanie.
— Tak, tylko to nam pozostało.
Starzec usiadł ciężko na fotelu i zapatrzył się w ogień.
OOO
Draco miał przerąbane i o tym wiedział. Był w końcu synem śmierciożercy i został poinformowany, choć nie obrazowo, jak kończą zdrajcy.
Teraz leżał pod wilgotną ścianą, słysząc czyjeś krzyki dobiegające z korytarza. Nie wiedział, gdzie jest, bo zaklęcie, którym oberwał, spowodowało upadek i uderzenie głową w ziemię.
Obudziły go właśnie tamte krzyki. Musiały trwać już dłuższy czas, bo głos był zdarty i ochrypły. Ból przyćmiewał mu myśli, a powoli płynąca z głębokiej rany z tyłu głowy krew powodowała krótkie zaniki świadomości. Nie miał siły nawet unieść dłoni, by sprawdzić, jak poważna jest jego rana. Po prostu leżał, zamglonym wzrokiem obserwując drzwi i czekając na swego kata.
Wrzask umilkł na kilka minut, ale tylko po to, by rozbrzmieć o wiele głośniej i boleśniej. Draco zatkał uszy. Nie chciał tego słuchać. W końcu ma być następny. Tego był pewien.
Drzwi z hukiem uderzyły o ścianę.
— No, synu zdrajcy. Czas dołączyć do towarzysza — zaśmiał się ktoś szyderczo, podciągając go za włosy do pionu.
Blondyn omal ponownie nie stracił przytomności przez takie traktowanie jego sponiewieranej głowy. Dał jednak jakoś radę utrzymać świadomość. Ale i tak był przerażony. Śmierciożerca w masce zaciągnął go w stronę celi z ciągle krzyczącym drugim więźniem.
— Pani Bella dobrze się tobą zajmie. — Popchnął go na drzwi, które pod jego ciężarem otworzyły się na oścież i Draco upadł na mokrą podłogę z jękiem, ocierając sobie dłonie o kamienie.
— Witamy. Witamy. Miło, że zechciałeś do nas dołączyć.
Draco podniósł się do klęku, podpierając na rękach. Uniósł głowę, żeby spojrzeć na swoją ciotkę. Widok, który ujrzał, przeraził go bardziej niż słyszane wcześniej krzyki. Przed chłopakiem wisiał Harry, albo raczej to, co z niego zostało po pracy Belli.
Nie było na nim kawałka ciała czystego od krwi i ran. Cały spływał krwią, która zebrała się na podłodze w sporą kałużę. Kałużę, w której on klęczał.
— Harry...
Gryfon musiał być nieprzytomny. Nie zareagował najmniejszym gestem.
— Nie martw się tak. Zaraz do niego dołączysz. Może i mam zakaz tykania Pottera, co jak widzisz nie obchodzi mnie wcale, za to ciebie ten rozkaz nie dotyczy.
Zanim zdążył choćby ruszyć palcem, został przykuty naprzeciwko Pottera.
I tak jak wcześniej, Bella ujęła w dłoń rozgrzany pręt.
Draco nie powstrzymał krzyku, gdy po raz pierwszy dotknęła nim jego ciała. Ubrania jego i Harry'ego leżały zrzucone zaklęciem w kącie. Nagiemu, bezbronnemu, nie pozostawało mu nic poza modleniem się o szybką utratę przytomności albo po prostu śmierć.
Jego szczęście było jednak jeszcze nie wyczerpane. Po półgodzinie szaleńczych pieszczot Bella zmęczyła się, zajmowała się przecież wcześniej Potterem.
— Idę się odświeżyć, chłopaczku. Poczekaj tu grzecznie.
Malfoy ledwo rozumiał, co do niego mówi. Ból szarpał całym jego ciałem.
Kobieta wyszła, przekręcając klucz w drzwiach.
Opuścił głowę i cicho zapłakał, załamany. Przed sobą usłyszał długi, przeciągły syk. Ubrania Pottera zaczęły się poruszać, by chwilę później ujawnić małego, dziwnego węża wzbijającego się w powietrze.
Stworzenie uniosło się do twarzy Harry'ego i zatrzymało, sycząc. Malfoy zamarł. Dobrze byłoby, gdyby to była jakaś ukryta maskotka Złotego Chłopca, a nie pułapka Belli.
Brunet ocknął się powoli. Zasyczał do węża, a ten ogonem wskazał jego towarzysza.
— Draco? Co ty tu robisz? — szepnął cicho Harry przez podrażnione krzykami gardło.
— Chyba to samo co ty. Jestem na wakacjach — zripostował wściekle blondyn. — A co ci się wydaje? Złapali mnie.
Chłopak jednak już nie zwracał na niego uwagi, sycząc coś do węża. Chyba ten coś potwierdził, bo Harry uśmiechnął się lekko. Wąż zbliżył się jeszcze bardziej, dotykając szyi bruneta.
— Uważaj, to jakiś dziwny wąż. Nigdy nie słyszałem o latających.
— W jego rodzinie to normalne.
Wąż kombinował przy obroży. Zasyczał i ta stanęła otworem, opadając na podłogę. Podobnie stało się z kajdanami. Harry upadł na ziemię, nie będąc w stanie się ruszyć. Machnął tylko dłonią, odczepiając Malfoya.
— Podejdź i złap mnie mocno. Uciekamy stąd.
— Nie umiem się aportować, a poza tym jest tu pewnie pole antydeportacyjne.
Harry znów zasyczał, a wąż mu odpowiedział.
— Po prostu zrób, co mówię — szepnął, trzymając się za pierś. — I lepiej się pośpiesz. Muszę być przytomny.
Draco przysunął się do Pottera na kolanach, widząc, jak efekt zaklęcia wzmaga się powoli. Złapał go w pasie, choć czuł, jak szarpnął Harry się na ten dotyk. Brunet zasyczał do węża, który owinął się wokół nadgarstka, migocząc.
Zniknęli w ciszy.
W Hogwarcie trwała kolacja. Nie za wesoła kolacja. Wszyscy już wiedzieli, kto udaremnił atak śmierciożerców i że Potter został porwany.
Wrzask dochodzący z wielkiego holu wytrącił wszystkich z rozmyślań. Dumbledore szybko, jak na swój wiek, wstał wraz z resztą nauczycieli.
Nakazał uczniom spokój i otworzył drzwi z różdżką w dłoni.
W wielkim holu był wąż. A dokładniej dwa latające węże. Ogromny i maleńki. Większy unosił się nad dwójką nagich, okrutnie poranionych chłopców. Jeden z nich w półsiadzie syczał coś do dużego.
Ogromny gad zauważył wejście ludzi. Osiadł na ziemi, nie składając jednak skrzydeł. Zasyczał groźnie w kierunku nowo przybyłych. Chłopak z trudem podniósł się i stanął na trzęsących się nogach przed nim. Zasyczał.
— Albusie...
— Cicho, Minerwo — ostro uciszył ją natychmiast dyrektor.
Harry czuł się bardzo źle. Przybycie do Hogwartu było bolesne. Draco, nieprzytomny, leżał tam, gdzie się aportowali. Pojawienie się opiekuna Quetza było niespodziewane. Wrzask portretu też.
— Proszę, pozwól, że wszystko ci wytłumaczę. Nie musisz nikogo zabijać. Nie zagrażamy ci — zasyczał.
— Porwaliście jednego z naszych.
— Nieprawda. Sam kazałeś mi uciekać — wtrącił się mały wąż, unosząc się nad ramieniem Harry'ego. — On mi pomógł wcześniej, a teraz pomogłem jemu.
Wąż pochylił głowę, przysuwając ją w stronę drżącego chłopca.
— Nie wiem, jak go do tego namówiłeś, człowieku, ale to był ostatni raz. Zabieram go ze sobą.
Harry tylko wzruszył ramionami.
— Chyba o to chodziło od samego początku. — Odwrócił się do Quetza. — Wracasz do domu, mały.
— Nie jestem mały.
— Wiem. Dzięki za pomoc.
Rozbłysk światła zabrał oba węże, a Harry osunął się na kolana.
— Harry! — Tonks już owijała go wyczarowanym kocem, i choć sprawiała mu tym ból, był jej wdzięczny. — Wróciłeś!
— A co, miał tam zostać, kobieto? — warknął na nią Snape, stojąc chwiejnie ze skrzyżowanymi na piersi rękoma.
Widać było, ze utrzymuje się na nogach wyłącznie swoją własną upartością.
Nie wykonał najmniejszego gestu, by pomóc przy Harrym.
Draco już szybował na noszach przed Pomfrey. Potter był właśnie umieszczany na drugich.
— Czy potrafiłbyś choć raz nie wplątywać się w kłopoty, Potter?
— Idź do swojej jaskini, Snape! — warknął chłopak. — Wystarczy mi na dziś spotkań rodzinnych.
Dumbledore dotknął ramienia mistrza eliksirów.
— Severusie, idź do siebie. Dopóki działa pierwsza część zaklęcia, nie ma sensu, żebyście denerwowali się nawzajem. Musicie obaj odpocząć.
Mężczyzna, o dziwo, usłuchał. Harry ciężko westchnął, rozluźniając się nieco.
— Zaraz się tobą zajmę, kochanieńki — obiecała Poppy.
— Chciałbym się wykąpać — mruknął.
— Jak tylko opatrzymy rany.
W szpitalu, kierując Tonks i Minerwą, które zajmowały się Draco, pielęgniarka cierpliwie opatrywała Pottera. Rany zasklepiły się, lekko szczypiąc. Nie były magiczne i nie pozostawiły blizn. Nie były też tak głębokie, jak te zostawione przez jego wuja. Tamtym dopiero potężny eliksir dał radę. Draco nie miał tego szczęścia. Kilka ran Bellatriks zrobiła przy pomocy różdżki, znacząc siostrzeńca.
Gdy tylko Pomfrey skończyła, podając mu eliksir wzmacniający, Harry skierował się do łazienki. Ukrył się w hałasie wody, płacząc. Miał dość. Ile jeszcze razy będzie torturowany? Ile jeszcze jego szczęścia zostało, by mógł unikać śmierci? Naprawdę nie miał już siły.
Wyszedł po dłuższej chwili, nie chcąc wzbudzać podejrzeń. Draco już odzyskał przytomność. Siedział, oglądając swoją twarz w lusterku. Palcami muskał blizny, biegnące od nasady nosa i kończące się w pobliżu ucha.
— Jak oko? — spytał Harry, siadając na swoim łóżku.
Nadal był słaby, a wysiłek włożony w mycie zmęczył go jeszcze bardziej.
— W porządku. Poppy je uratowała. Jak dorwę ciotkę Bellę, to wypruję z niej flaki. Oszpeciła mnie.
— Przepraszam.
— Za co? — Malfoy odwrócił się do niego, kładąc lusterko na szafce.
— To moja wina. Miałeś zostać w zamku, ale byłem na ciebie wściekły...
— Nie wszystko, co się wokół ciebie dzieje, to twoja wina — zaoponował Draco.
— A jeśli tak? Nie śniłem o tobie, więc miało cię tam nie być!
— Bredzisz, Potter! Jesteś w szoku i bredzisz. Lepiej się prześpij. Wolę słuchać twojego chrapania niż głupiego ględzenia.
Poczucie winy nie zmalało ani trochę. Harry jednak położył się, zamykając oczy. Długo trwało zanim zapadł w sen, nawet Draco zdążył zasnąć, zażywszy wcześniej eliksir.
Sen nie był jednak dobry. Chociaż nawet gdyby nie spał, Voldemort i tak zmusiłby go do oglądania tego wszystkiego. Dowiedział się o czynie Bellatriks. Upokorzył kobietę przed wszystkimi, torturując i każąc gwałcić ją kilku śmierciożercom na raz. Potter był nietykalny, a Draco należał do niego. Złość Czarnego Pana była ogromna, ale kobieta przeżyła. Z ledwością, ale żyła.
Otworzył oczy. Noc objęła już wszystko. Nikt nie zauważył, że miał wizję. Pościel, zakrwawiona, natychmiast wywołała w nim odruch wymiotny. Pobiegł do łazienki. Szpitalna pidżama wylądowała w koszu. Po ponownej kąpieli wezwał Zgredka i poprosił o swoje ubranie. Nie miał zamiaru przebywać w szpitalu ani chwili dłużej i nie powstrzyma go nawet krążący po zamku Snape.
— Co tu robisz? — To tyle jeśli chodzi o postanowienie.
— Nic.
— Powinieneś odpoczywać.
Harry obrócił się do niego. Snape był troskliwy. Za szybko.
Severus złapał go za rękę i poprowadził w dół, w stronę lochów.
— Siadaj! — Po wejściu do jego komnat, wskazał mu fotel przed kominkiem.
Harry usiadł posłusznie, nadal trochę zaskoczony.
— Co się z tobą dzieje, Potter? Co ci krąży po głowie? Coś ci pokazał?
No, tak. Przecież profesor też czuje wizje, dlatego był w okolicy szpitala.
— Tylko torturował Bellatriks za złamanie rozkazu — odparł.
— To dlatego wyglądasz, jakbyś miał powtórzyć skok z wieży astronomicznej? — sapnął zirytowany profesor, nie widząc żadnych emocji na twarzy chłopaka.
— Po prostu mam dosyć — mruknął cicho Harry. — Chciałbym spokoju i ciszy. Bez snów, koszmarów i wizji.
Zamilkł, patrząc w hipnotyzujący ogień. Nie wiedział, kiedy zasnął w fotelu. Obudził się rano, zrzucając koc. Był sam. Zerknął na zegar, stojący na kominku. Wpół do dziesiątej. Trwa niedzielne śniadanie. Uniósł dłoń do czoła. Standard. Gorączka. Wszystkie trzy przekleństwa w ciągu doby. Cud, że jeszcze żyje. Usiadł, przykrywając się na powrót. Ogień przygasł, więc wezwał Zgredka.
— Dorzuć do ognia i przynieś coś do jedzenia — prawie rozkazał.
Skrzat tylko smutno na niego popatrzył i wykonał polecenie. Nie odezwał się ani słowem, co w jego przypadku było bardzo niezwykłe, tym bardziej w obecności Harry'ego Pottera.
Jedzenia prawie nie tknął. Skubnął trochę tosta i napił się herbaty, po czym opadł z powrotem na fotel, zmęczony jak po maratonie. Zapadł w półsen. Czując coś chłodnego na swoim czole jakiś czas później, otworzył oczy. Severus uniósł jedną brew, widząc zamglony przez gorączkę wzrok. Nic nie mówiąc, przeniósł go do jego starego pokoju, przywołując kolejny koc i herbatę.
Uniósł mu głowę, żeby mógł się napić. Po chwili Harry znów zasnął.
Gdy ponownie się obudził, Severus siedział obok w fotelu z filiżanką herbaty w dłoni.
— Lepiej?
Harry przymknął oczy, czekając, aż pokój przestanie wirować. Następnie usiadł, opierając się o poduszkę. Snape, widząc jego powolne ruchy, wstał i ponownie dotknął jego czoła. Sapnął.
— Co ci się śniło? Gorączka nadal jest bardzo wysoka.
— Nie chcę o tym mówić — szepnął Harry i zadrżał, czując przenikliwe zimno.
Profesor otulił go kocami, dorzucając jeszcze czar ogrzewający.
— Powiedz chociaż ile osób. Gdyby to była pojedyncza ofiara, gorączka już by przeszła. Musi ich być więcej. Kilkanaście?
— Setki, tysiąc albo dwa. — Nie spojrzał na przybranego ojca. — I nie jestem w stanie ich uratować.
Ukrył twarz w dłoniach.
Severus nie wiedział, co zrobić. Jak pocieszyć kogoś, kto widział tyle śmierci? Usiadł koło Gryfona, a chłopak sam oparł się o niego. Objął go ramieniem.
— Opowiedz. Gdy dzielisz z kimś troski, jest łatwiej.
I Harry zaczął mówić. O dwóch wieżowcach, samolotach, krzykach umierających ludzi w walących się na nich budynkach. A on, przemykający niczym duch, z piętra na piętro, widział ich śmierć ze szczegółami.
Na koniec gorączka znów go pokonała i zasnął niespokojnie, oparty o Severusa. A mężczyzna, głaszcząc uspokajająco jego plecy, myślał.
Harry wymknął się z gabinetu bladym świtem. Nie chciał budzić przybranego ojca. Nie teraz. Poczęstował go słabym zaklęciem snu. Uczucia wzięły górę i po prostu chciał to zrobić. Nie wytrzyma już tego dłużej. Nawet jeśli mieli uznać go za tchórza. Chciał uciec. Uciec od tego pełnego cierpienia życia.
Otworzył drzwi do łazienki prefektów. Teraz nikt nie powinien przyjść się kąpać. Hasła nie musiał podawać, magia bezróżdżkowa na tym poziomie z łatwością sobie poradziła z zamkiem.
Zawołał Zgredka.
— Dzień dobry, Harry Potterze! Zgredek szczęśliwy, widząc Harry'ego Pottera zdrowego! Co Zgredek może zrobić?
— Mam dla ciebie specjalne zadanie, Zgredku.
— Zgredek zaraz je wykona z ogromną ochotą.
— Pójdziesz do pani Pomfrey i powiesz jej, że Severus Snape poważnie się zranił i potrzebuje pomocy. Nie wolno ci mówić, że to ja cię przysłałem i gdzie jestem. Nie życzę sobie, abyś komuś to powiedział.
— Oczywiście. Zgredek nic nie powie.
— Idź!
Uśpienie profesora było dobrym ruchem. Jeśli nie ocknie się za szybko, jego plan może się udać.
Napuścił gorącej wody jeszcze przed wezwaniem skrzata i teraz wanna była już pełna. Rozebrał się do bokserek i wszedł do wody. Usiadł, opierając się plecami o brzeg i uniósł prawą dłoń nad lewym nadgarstkiem.
— Culter!
Ponowił zaklęcie na drugiej ręce. Krew zaczęła szybko spływać do gorącej wody.
Przymknął oczy, płacząc cicho.
— Przepraszam wszystkich.
Kilka minut i stracił przytomność.
OOO
— Nie opuści moich kwater! Nie pozwolę mu popełnić drugi raz takiego głupstwa!
— On potrzebuje opieki medycznej.
— Myślisz, że nie potrafię zająć się własnym synem?
— To nie jest...
— Teraz jest! On potrzebuje spokoju, a nie gromady Gryfonów dopytujących się ciągle, czy wszystko w porządku.
— Spokojnie, Severusie. Nikt nie zabierze od ciebie Harry'ego. Poppy, on ma rację. Chłopiec potrzebuje ciszy i spokoju.
Harry jak przez mgłę rozróżniał głosy dyrektora, mistrza eliksirów oraz pani Pomfrey. Jęknął, próbując się podnieść i urażając się w poranione ręce.
Severus natychmiast stanął w drzwiach sypialni chłopaka.
— Szlaban, Potter. Za twoją głupotę — powiedział spokojnie, jakby obiecywał mu kupno książki, a nie karę.
— Przepraszam — szepnął chłopak, przymykając oczy, gdy pokój znów zawirował.
— Za co? Za to, że ci się nie udało?
— Przepraszam — powtórzył słabo.
— Przestań przepraszać — westchnął Severus, podchodząc.
W drugim pokoju zamknięto drzwi wyjściowe.
— Harry, dlaczego? — spytał mężczyzna, siadając na brzegu łóżka i odgarniając kosmyk z czoła swojego podopiecznego.
— Mam dość. Gdy mnie nie będzie, może Voldemort umrze, jeśli nie, będziecie mogli go po prostu zabić, nie martwiąc się, czy zrobicie mi krzywdę.
— Tylko o to chodzi? Jakoś to do mnie nie przemawia.
— Czuję się przytłoczony. Jakby wszystkie kłopoty tego świata były na mojej głowie. W pewnym sensie są, przecież o nich śnię.
Głośne burczenie w brzuchu spowodowało, że mężczyzna uniósł brwi.
— Twoje ciało jednak woli żyć.
Mężczyzna wrócił do gabinetu i wrzuciwszy magiczny proszek do kominka, złożył szczegółowe zamówienie.
Gdy wrócił, Harry odwijał bandaż z lewej ręki. Skierował się od razu do szafki, wyciągając nowy opatrunek i słoiczek z jakąś maścią.
— To nie jest przemyślane, Potter. Jakbyś zapomniał, rany z zaklęć goją się wolno.
— Chcę ją zobaczyć — rzekł Harry, nie przerywając czynności.
Spodziewał się zobaczyć bardziej zaleczoną, a nie świeżą ranę, która przy lekkim zgięciu ręki w łokciu otworzyła się słabo.
— Dureń. — Snape natychmiast powstrzymał krwawienie i posmarowawszy ranę maścią, opatrzył nadgarstek. — Mało ci jeszcze? Trzy godziny cię ratowałem. Potem cztery dni byłeś w śpiączce. Omal nie dopiąłeś swego.
— Kto mnie znalazł?
— Wysłałem skrzaty zaraz po tym, jak Pomfrey mnie obudziła. Myślisz, że nie zauważyłem, w jaki sposób biegną rany? Tylko ktoś chcący się zabić, przecina rękę od nadgarstka po łokieć. Zaklęcie dodatkowo utrudniło sprawę.
— Ale ty jesteś upartym, złośliwym Nietoperzem i musiałeś dopiąć swego.
— Oczywiście — odparł dumnie mężczyzna.
— Nie powiem, że jestem tym faktem uszczęśliwiony.
— Tego jestem pewien. Za to twoi przyjaciele nadal się zamartwiają.
Harry jęknął. Teraz jeszcze czekają go wykłady tej trójki.
— Nie wpuszczę ich tutaj, dopóki sam nie będziesz tego chciał — Snape bezbłędnie odczytał jego myśli.
Chłopak czuł się słabo. Pojawienie się skrzata ledwo zauważył.
— Powinieneś teraz coś zjeść.
Harry jednak już zapadał w ciemność. Sen nadszedł szybko.
Ruchome schody Hogwartu rozpoznał natychmiast. Nawet zauważył drzwi do Zakazanego Korytarza, choć normalnie pojawiały się tylko, gdy stał na podeście schodów.
Pierwsze piętro. Schody w górę i w dół. Cała masa uczniów śpieszących na zajęcia lub posiłek. Ktoś się kłócił. Rozgorzała bójka. Pisk odsuwających się dziewcząt. Kilka książek wyleciało za barierkę.
Blond włosy rozpoznał od razu, gdy tylko rozsypały się na balustradzie. Przyciśnięty do niej ich właściciel był duszony przez jakiegoś osiłka i jego kolegę.
— Jesteś nic nie wartym śmieciem, Malfoy. Wiedz, że dopniemy swego!
Harry zobaczył jak drewno nie wytrzymuje naporu i pęka z głośnym trzaskiem.
Ślizgoni odskakują, a Malfoy spada, przerażony, głową w dół.
Uderzenie połączyło się z odgłosem łamanych kości. Brunet przełknął ślinę, wyglądając za barierkę. Malfoy, pomimo niewielkiej odległości jednego pietra, nie ruszał się. Ciało pod dziwnym kątem nabite było na barierkę dolnych schodów.
Obudził się, krzycząc i zrywając do siadu.
Snape wpadł do sypialni, a widząc chłopaka w tym stanie, sięgnął po eliksir uspokajający i zmusił go do jego wypicia. Gorące czoło mówiło samo za siebie.
— Kto?
— Malfoy — mruknął, opierając się o zagłówek łóżka.
Mężczyzna, nie czekając, podsunął mu łyżkę z zupą.
— Jedz, póki jesteś przytomny. Specjalnie wzywam ją co dwie godziny i utrzymuję ciepłą. Spałeś dziesięć godzin.
Pozwolił się nakarmić. Żołądek domagał się tego bardzo intensywnie. Udało mu się zjeść większą część, nim sen znów go zabrał. Całe szczęście tym razem całkiem normalny.
Obudził się w miarę wypoczęty i nie tak słaby jak wcześniej. Wstał ostrożnie, ale ciało go słuchało, więc udał się do łazienki.
— Dokądś się wybierasz? — usłyszał, wychodząc już ubrany w szaty przyniesione przez usłużnego skrzata.
— Jak najdalej od tych kwater.
— Potter!
— Jest poniedziałek czy wtorek?
— Wtorek — odparł Snape, stając mu na drodze do wyjścia.
— Idę zająć się Malfoyem! — warknął Harry. — Skoro nie pozwolicie mi umrzeć, dajcie przynajmniej wykonywać obowiązki!
— Skąd wiesz, że to dzisiaj?
— Numerologia. Widziałem podręczniki. To dziś.
Snape odsunął się kawałek.
— Możesz iść, ale potem chcę cię tu widzieć. Żadnych zajęć dzisiaj. Nadal jesteś blady.
Nie czekając na zmianę decyzji, Potter ruszył korytarzem z lochów na parter, a następnie stanął u stóp schodów. Nie było większego sensu pchać się na górę. Najmniejszy błąd może kosztować Malfoya życie. Za to z dołu miał widok na wszystko. Nie chcąc przyciągać uwagi swoją osobą, rzucił na siebie zaklęcie kameleona i czekał.
Pora śniadaniowa dobiegała końca i uczniowie zaczęli kierować się do swoich klas. Poruszenie na schodach pierwszego piętra od razu dało się zauważyć. Zator wstrzymał wszystkich wchodzących. Harry przygotował się, unosząc dłoń.
Kilka sekund później lot Draco został powstrzymany i chłopak został delikatnie opuszczony na podłogę. Zaklęcie ukrywające przestało działać podczas rzucania drugiego czaru i każdy widział, kto za tym stoi.
Harry odsunął się na bezpieczną odległość przy pierwszych symptomach. Draco wstał, otrzepując się i rozglądając.
— Harry? To ty, prawda? — spytał, widząc go odsuwającego się jak najdalej. — Ty mnie uratowałeś?
— Nie podchodź — rzekł Harry, gdy ten zaczął się zbliżać. — Zrobiłem, co należało.
— Harry?
Ron i Hermiona stali na szczycie schodów. Dziewczyna ze słabym uśmiechem na twarzy. Obrócił się na pięcie, kierując się ku lochom. Nie był jeszcze gotowy na rozmowę.
Drzwi do gabinetu były lekko uchylone. Gdy tylko wszedł, poczuł magię otaczającą jego ciało.
— To na wszelki wypadek, gdybyś znów wpadł na jakiś genialny pomysł. Wolę wiedzieć, gdzie wtedy będziesz. Idę na zajęcia.
Severus cicho zamknął za sobą drzwi. Widocznie w swoich kwaterach szanował sprzęt martwy.
Wytrzymał dwie godziny. Nie mając żadnego zajęcia, udał się do pokoju życzeń. Czytanie kolejnych ksiąg rozluźniło go trochę. Quetz wrócił do domu, jeden problem mniej. Spotkanie dorosłego osobnika było niesamowitym przeżyciem.
Rozmyślanie o tym, co sobie zrobił, nie było dobrym pomysłem. Teraz, po fakcie, jakoś nie mógł zrozumieć, jak można targnąć się na własne życie. A może to klątwa? Może inni przyjmą to za wymówkę, ale sam zaczynał w to wierzyć. Termin się zgadzał. I to podwójnie. Severus za szybko przeszedł ze złości w troskę. Jeden dzień. Tylko tyle mu to zajęło.
Czując narastający głód, ruszył w stronę wielkiej wali na obiad. Nie mając zamiaru usługiwać Malfoyowi, bo wciąż był na niego zły, usiadł na początku stołu, przy pierwszorocznych.
— Cześć, młodzi. Mogę?
Szybkie potwierdzenie i zarumienione dziewczyny mówiły o zaszczycie, jakim ich obdarzył.
— Co tam u was? Snape mocno was gnębi?
— Jest straszny. Ciągle nas krytykuje — rzucił któryś z chłopaków.
— A ja uważam, że jest super. Taki mroczny książę — rozmarzyła się jakaś dziewczyna.
Harry zaśmiał się na to porównanie.
— Nie wiem, czy Lucyfer się nie obrazi, ale tak, pasuje do opisu.
Nagłe milczenie i czarne oczy, patrzące na niego z góry, powiedziały mu wystarczająco.
— Po posiłku masz wrócić do moich kwater, Potter.
— Tak, proszę pana — odparł, nawet się nie odwracając.
Snape ruszył do głównego stołu, a uczniowie znów zaczęli szeptać.
— On cię wypatroszy.
— Nie, tylko zmusi do wypicia kolejnego obrzydliwego, oczywiście swojej produkcji, eliksiru.
— Och!
Jęki współczucia rozległy się przy tej części stołu.
— Nie martwcie się. Jestem Harry Potter, byle mikstura nie może mnie zabić.
— Czy to prawda, że próbowałeś popełnić samobójstwo w łazience prefektów? — zadał nagle pytanie chłopak po jego prawej stronie.
Zaraz też dostał sójkę w bok i krytykujące spojrzenia.
— Nie, nie próbowałem...
— A nie mówiłem? — Chłopak odwrócił się do kolegi.
— Ja chciałem się zabić — dokończył spokojnie Harry.
Cisza. Jak makiem zasiał.
— Dlaczego? — przerwał ją ten sam chłopak.
— Ciąży na mnie klątwa, która przyciąga do mnie różne dziwaczne wypadki albo zmusza mnie do wpadania w nie.
— Ale nie udało jej się.
— Jak widać, siedzę tu z wami.
Po tym zdaniu rozmowy ruszyły już lżejszym torem. Lekcje, quidditch i nagle Voldemort.
— To prawda, że przypomina węża?
— Tylko trochę. Ciało ma całkiem ludzkie, ale twarz... Lepiej nie mówić.
— Potter!
Snape znów stał nad nim.
— Idę. Idę. Na razie. Nie dajcie się wiecie komu. — Mrugnął porozumiewawczo, wstając.
Wszyscy zachichotali, starając się jednocześnie ukryć to przed Postrachem Hogwartu.
— Dlaczego nie mogę spać u siebie?
Zamknął za sobą drzwi i rozgościł się, siadając przed kominkiem. Czekolada od Zgredka już czekała. Zerknął na profesora, ale ten stał odwrócony plecami, czegoś szukając na biurku.
— Czy muszę ci to mówić, czy sam na to wpadniesz?
— Malfoy.
— Właśnie. Draco powiedział mi, co zaszło, a ty nadal jesteś na niego zły, prawda? Jeśli chcesz, możesz na razie tu spać albo zamień się z Draco.
— Jeśli nie sprawi to panu kłopotu, zostanę, dopóki nie rozwiążę tej sprawy.
— Dobrze. Skrzaty za chwilę przyniosą twoje rzeczy.
— Co z zaklęciem monitorującym? Jestem wręcz pewien, że to klątwa mną manipulowała.
— Tymczasowo zostanie. Chcę się upewnić.
— Jeśli chcę się przejść czy muszę się meldować?
— Jeśli nie opuścisz zamku, to nie. Komnaty Tajemnic nie zaliczam do zamku. Jak dla mnie najlepiej żebyś o niej zapomniał.
— Chciałbym, naprawdę. To jednak część mojego życia, ale nie mam na razie zamiaru tam schodzić.
— To dobrze.
— W takim razie wychodzę. Muszę też dowiedzieć się, co opuściłem.
— Z całą pewnością eliksiry — zauważył z ironią profesor. — Ale nie przejmuj się, na szlabanie...
— Jakim znowu szlabanie? — uniósł się Harry. — Nie dam się wrobić w szlaban za to, że zaklęcie zmusiło mnie do podcięcia sobie żył!
— Nie podnoś na mnie głosu, Potter. — Bruzda na czole mężczyzny pogłębiła się.
— Przepraszam — uspokoił się natychmiast chłopak.
— Dziesięć punktów od Gryffindoru.
— Tym razem mi się należało. Lepiej już pójdę.
Wyszedł i przystanął na chwilę na korytarzu dla uspokojenia. Ślizgoni mijali go bez słowa, po to tylko, by kawałek dalej wznowić ciche rozmowy.
Skierował się w stronę wieży. Hermiona pożyczy mu notatki. Z Hagridem i Sprout nie powinien mieć kłopotów, ale eliksiry musi nadrobić jak najszybciej. Nawet jeśli nie mógł uczestniczyć w zajęciach praktycznych, chciał znać materiał.
Znów musiał poczekać na jakiegoś Gryfona znającego hasło, bo Grubej Damy nie dało się tak łatwo oszukać jak drzwi do łazienki prefektów. Żałował, że dyrektor zdjął pozwolenie wchodzenia bez hasła dla niego.
— Harry! Jesteś nareszcie! — Dziewczyna rzuciła się na niego. — Profesor Snape zabronił nam cię odwiedzać.
— I tak byłem praktycznie nieprzytomny do dzisiejszego poranka.
— Ale cię wypuścił — zauważył Ron, nadal siedząc na kanapie.
Draco nigdzie nie było widać.
— Tak, ale najpierw rzucił na mnie monitoring.
— Chcesz nadal...? — zapytał cicho przyjaciel, ale nie dokończył, walnięty przez Hermionę.
— Tępy jesteś! Przecież to jasne jak słońce, że to przez klątwę. Harry nigdy nie targnąłby się na swoje życie.
— Przepraszam — zaskamlał Ron, masując ramię.
— Przynajmniej ty we mnie wierzysz, Hermiono. — Przytulił ją. — Wpadłem po notatki z zajęć. Wieczorem będę miał co robić, gdy Snape będzie się wyżywał na testach.
— Masz szlaban ze Snape'em? Za co?
— Chwilowo z nim zamieszkam.
Hermiona rzuciła okiem w stronę dormitorium chłopców.
— Nadal jesteś na niego wściekły? Dlatego nie możesz spać w wieży.
— Możesz wrócić do nas — zaproponował Ron.
— Nie. Zostanę u Severusa.
— Dogadujesz się z nim? A jak masz zamiar wrócić do jego kwater? No wiesz, klątwa.
— Zabierze mnie pewnie z kolacji, jak poprzednio. Dzięki za notatki. Muszę iść. — Zebrał pergaminy i odwrócił się w stronę wyjścia.
— Znalazłeś coś? — szybko zapytała jeszcze dziewczyna.
— Jeszcze nic w sprawie rozwiązania.
— W ten weekend chcemy iść do Malfoyów.
— W porządku. Bądźcie ostrożni.
Wyszedł i natychmiast skierował się do pokoju życzeń. Miał kolejny punkt programu do przerobienia, chociaż nie był on zaplanowany. Wpadł na niego przed dosłownie chwilą, obserwując przyjaciół. Sprawa z Draco działała mu na nerwy.
Zgredek, w pomocy przy kolejnym modyfikującym zaklęciu, był niezastąpiony. Po wszystkim zostanie mu jeszcze tłumaczenie się opiekunowi z kolejnej rany. Przygotował miksturę krok po kroku według instrukcji. Ostatni etap wymagał jego krwi. Podniósł srebrny sztylet do wnętrza prawej dłoni i mocno nacisnął, szepcząc inkantację w wężomowie. Ból omal nie spowodował, żeby się pomylił.
Mikstura z każdą kroplą zmieniała swoją barwę na jaśniejszą. Z karmazynu w biel tak jasną, że aż rażącą.
Kilka minut po przecięciu dłoni do komnaty wszedł Snape bardzo wściekłym krokiem. Dłoń miał owiniętą dosyć mocno zakrwawionym bandażem.
— Co ty wyrabiasz?
Harry nie odpowiedział, nadal nie przerywając szeptania zaklęcia. Snape uniósł brwi, jak miał to w zwyczaju, przyglądając się niewielkiemu kociołkowi. Resztki ingrediencji zainteresowały go o wiele bardziej niż krew skapująca z dłoni Pottera. Chłopak skończył i pomieszał miksturę, jednocześnie owijając dłoń w kawałek tkaniny, pomagając sobie zębami.
— Co to? — spytał profesor, podnosząc jeden z flakoników i rozpoznając smoczą krew.
— Eliksir, który ma powstrzymać reakcje mojego ciała na kontakt z tobą i Draco.
— Skąd go wziąłeś?
— Z książki. — Wskazał głową stolik, przelewając gotowy eliksir do trzech buteleczek.
Postawił jedną przed mężczyzną.
— Proszę to wypić.
— Ani mi się śni, Potter.
Chłopak nie czekał, aż ten to zrobi. Otworzył drugą i wypił jej zawartość.
— Zgłupiałeś do reszty! — wrzasnął na niego Snape, szybko pochodząc.
Harry wytarł usta i spojrzał na niego.
— Do ambrozji to mu daleko, ale nie jest zły. Proszę wypić swoją porcję. Muszę jeszcze iść do Draco.
— Nie wypiję nic, czego nie znam.
— Proszę. Mam już wystarczająco spraw na głowie bez ciągłych symulacji zawałów i astmy.
— Jeśli przez to umrę, będę cię straszył do końca twoich dni. — Niechętnie sięgnął po fiolkę.
— Ciągle żyję, więc pan też będzie — zaśmiał się Harry. — Proszę się nie bać, już raz go piłem, choć w trochę zmienionej wersji.
— Nie boję się. Jestem tylko rozważny. I skoro ostatnio ty mi zaufałeś, ja zaufam dzisiaj tobie.
Harry uśmiechnął się lekko. Gdyby Severus wiedział, ile te słowa dla niego znaczyły, odebrałby wszystkie punkty Gryffindorowi, żeby zniszczyć tę chwilę.
Fiolka, pusta, stanęła przy pierwszej.
— Jakie mają być efekty?
— Jeśli wszystko dobrze zrobiłem, to żadne. I o to właśnie mi chodzi.
— Jeśli chciałeś mnie wypróbować, wystarczyłaby zwykła herbata. I nie musiałeś do tego się ciąć.
Potter parsknął, chowając trzecią buteleczkę.
— Chciałem, żeby nie występowały efekty. Chyba to potrafi pan zrozumieć. Idę sprawdzić eliksir na Draco. On przynajmniej to doceni. Mam taką nadzieję.
Zostawił mistrza eliksirów w pokoju życzeń. Chwilę jeszcze myśl, w jaki sposób wszedł do niego profesor, krążyła mu po głowie, ale ostatecznie dał sobie spokój.
Draco siedział w salonie i czytał. Hermiona, widząc wchodzącego Harry'ego, szybko wstała i podeszła do niego.
— Daj to Malfoyowi. Zniweluje skutki uboczne u mnie, gdy będzie w pobliżu. — Podał jej eliksir.
— Co to?
— Eliksir.
— Tego się domyśliłam. Ale jaki?
— Przecież właśnie ci powiedziałem. Jest nawet smaczny. Snape nie wybrzydzał. Ja też nie. Możesz mu to dać? — zapytał lekko zirytowany chłopak.
— Och, przepraszam, Harry. Oczywiście.
Draco tylko na niego spojrzał i bez słowa wypił zawartość buteleczki.
Brunet odczekał chwilę i podszedł powoli. Blokada zadziałała. Usiadł obok Rona i wyciągnął przed siebie nogi, rozluźniając się.
— Okej. Jedna sprawa załatwiona.
— Ile zostało? — odezwał się rudzielec, nie odrywając się od eseju, pewnie dlatego, że Hermiona mu na to nie pozwalała.
— Za dużo — mruknął. — Ale to już nie dziś. Wkrótce kolacja, Ron. Idziesz?
— Jeszcze pytasz? — Weasley zerwał się z miejsca. — Nie patrz tak na mnie. Normalny człowiek musi jeść, żeby żyć — rzucił do Hermiony, która skarciła go tylko spojrzeniem.
Ruszyli do wielkiej sali.
— Harry? — rzekł dziwnie nieswój Ron. — Co z quidditchem?
— A co ma być?
— Tak się zastanawiam. Wiesz, Hermiona wtedy palnęła, że nie zagrasz w tym roku.
Dziewczyna całe szczęście nie słyszała ich, idąc w pewnym oddaleniu i rozmawiając z Ginny.
— Jeśli przed treningiem lub meczem nie będę śnił, nie będę miał wypadku lub wizji, nie widzę problemu. Chyba że sami wyrzuciliście mnie z drużyny.
— No wiesz co? Gazety by nam żyć nie dały!
Malfoy był niezwykle cichy, szedł tylko za nimi, kartkując jakąś książkę.
— O co chodzi, Draco? Jestem spokojny. Nie muszę wymyślać niczego, by stać koło ciebie. Jeśli brakuje ci usłużnego Gryfona, to musisz się przyzwyczaić.
— Przestań! — krzyknął blondyn. — Co cię ugryzło?
— Na razie nic, ale znając moje szczęście, jakieś zwierzę zawsze się może załapać.
Ron przysłuchiwał się tylko, ani myśląc się wtrącać.
Harry zaczynał rozumieć.
— Cholera! Znowu?
Rozejrzał się. Kłótnia z Draco nie powinna nastąpić tak szybko. Ale w połączeniu z troskliwością Severusa było to już znakiem oczywistym.
— Idźcie przodem — polecił.
— Harry?
— Spotkamy się później.
Odsunął się od nich, nadal rozglądając. Jeśli będą w jego pobliżu, coś może im się stać. A tego by sobie nie wybaczył.
Hermiona już podbiegała do Rona. Usłyszał jeszcze, jak kazała Draco obserwować Snape'a, i ruszyła za nim.
Teraz musiał znaleźć sposób ominięcia pułapki klątwy. Tylko szkoda, że nie wiedział, czego ma wypatrywać.
Przeciągły świst przelatującego Irytka sprawił, że omal nie wyskoczył z butów.
— Iryt! — krzyknął na niego wściekły.
A potem upadł na kolana z rozszerzonymi z szoku i bólu oczami.
Przelatujący poltergeist potrącał, stojące pod ścianą, zbroje. Ostatnia, rycerz z halabardą, wywróciła się w jego stronę.
Halabarda do połowy utkwiła mu w barku. Krzyk uczniów już do niego nie dotarł. Stracił przytomność, nadal klęcząc, bo broń trzymana przez zbroję zaparła się o podłogę, zatrzymując go w miejscu.
