Rozdział 8.

Rankiem Harry zastanawiał się, jak opuścić opiekuńcze skrzydła pani Pomfrey. Pomimo gorączki musiał wyjść, wiadomo dlaczego, ale do kobiety to nie docierało. Nie był to, co prawda, jakiś straszny sen, ale chciał to wykorzystać i wpaść na chwilę do pokoju życzeń. Nie mógł stamtąd wynieść książek, bo były otoczone jakimś zaklęciem, ale miałby czas coś poczytać. Zaczynał się irytować brakiem czucia czegokolwiek. Omal się nie poparzył rano podczas kąpieli. Dopiero dobijanie się Snape'a do łazienki dało mu sygnał, że coś jest nie tak. Rany, całe szczęście, zdążyły się już w miarę dobrze zaleczyć i gorąca woda nic większego poza zaczerwienieniem mu skóry nie zrobiła.

— Nigdzie się stąd nie ruszysz. Skoro wypadek, który wyśniłeś, nie zdarzy się w szkole, to zostaniesz tutaj tak długo, aż uznam, że możesz wrócić na zajęcia.

— Po co ja mówiłem, gdzie wydarzy się wypadek? — mruczał sam do siebie.

Był w szpitalu sam. Severus i Draco wyszli niedawno i czuł się trochę opuszczony. Dostarczono mu śniadanie i poza skrzatem, który wszystko następnie posprzątał, nie miał się do kogo odezwać. Usiadł na swoim miejscu na parapecie okna i patrzył na Zakazany Las.

Po dwóch godzinach powieki same zaczęły mu ciążyć. Przypuszczał, że w ten sposób organizm chce mu przekazać, że nie jest jeszcze w pełni sił. Wrócił więc do łóżka i położył się.

Ten sen znów powrócił. I tak jak poprzednio uległ zmianie. Tym razem krajobraz był tylko gdzieniegdzie biały. Jakby śnieg dopiero co spadł. Nigdzie nie było widać ciał, ale odgłosy walki nadal były słyszalne. Pobiegł w ich stronę.

Śmierciożercy czekali z boku. On stał naprzeciw Voldemorta z uniesioną różdżką. Dumny i niezlękniony. Cały on.

— Spójrz. Przyszedł. Jednak myliłeś się.

Nie odpowiedział na zaczepkę mrocznego lorda. Spojrzał na Harry'ego trochę smutny, trochę urażony.

— Przepraszam! Musiałem! — krzyknął chłopak. — Nie mogę tego tak zostawić. Nie chcę, żebyś zginął przez mnie. To jest moje przeznaczenie.

Voldemort zaśmiał się cierpko, jakby ta wylewność go drażniła.

— Jesteś głupi. Potter. Przeznaczenie można oszukać.

Harry stanął przed nim.

— Wróć do zamku, proszę.

— Nie — padła zwięzła odpowiedź.

Lord skinął tylko dłonią i śmierciożercy natychmiast obezwładnili obu.

— Straciłeś swoją szansę, mój drogi.

Zanim Harry zdążył zrobić cokolwiek, jeden ze sług na znak swego Pana przebił pierś towarzysza Pottera mieczem.

— Nie! Nie! Dlaczego? — Szarpał się, próbując uwolnić.

— Taka jest kara za zdradę. Śmierć. Ciesz się, że nie kazałem go torturować, Harry Potterze. Umierałby o wiele dłużej. Teraz twoja kolej.

Do Harry'ego to nie docierało. Zaczął krzyczeć.

I z tym krzykiem na ustach obudził się. Poczuł, że jest przywiązany do łóżka, a wokoło siedzą przyjaciele.

— Obudziłeś się nareszcie. — Hermiona dotknęła jego dłoni, podczas gdy Pomfrey i Snape odpinali pasy.

On sam jednak wpadł w odrętwienie. Patrzył tępo w sufit, a po policzkach spływały mu łzy.

— Harry? — Draco zaniepokoił się nie na żarty.

Brunet nie reagował, bo nie mógł albo nie chciał.

— Zostawcie nas! — zażądał Severus ostro. — Przyjdźcie później.

Wszyscy wyszli. Tylko Pomfrey stanęła z boku, obserwując swojego pacjenta.

Severus tymczasem usiadł na łóżku i podniósł wręcz przelatującego mu przez ręce chłopaka. Posadził go sobie na kolanach, tak by głowa Harry'ego opadała na jego pierś. Zaczął głaskać go po plecach kolistymi, spokojnymi ruchami. Nie przejmował się, że łzy moczą mu szatę. Cicho szeptał do jego ucha, choć przypuszczał, że ten nic nie zapamięta.

Harry wpadał w coraz większą panikę. Przed oczami migały mu urywki snu, nie pozwalając o sobie zapomnieć. Zaczął się dusić z powodu zbyt szybkiego oddychania. Nagle poczuł, jak ktoś zatyka mu nos i usta. Teraz naprawdę zaczął się dusić. Próbował wyrwać się z tego uścisku.

Ręce puściły go, a on odetchnął głęboko. Uspokoił się. Uniósł głowę, zanurzając się w czarnych oczach mistrza eliksirów. Zadrżał. Znów załkał, ale starał się to powstrzymać. Nie chciał się przed nim mazać.

— Płacz, kiedy chcesz płakać, to inna droga do zdobycia nowej siły — usłyszał ten mroczny głos.

Zapłakał. Po prostu zapłakał, kurczowo trzymając się jego szaty.

Smukła dłoń powoli krążyła po plecach. Uspokajająco. Zapewniając bezpieczeństwo.

Poczuł nagle chłodne szkło przy swoich ustach.

— Wypij, Harry — poprosił delikatnie Severus, przechylając mu głowę. — To eliksir wzmacniający. Spałeś trzy dni.

Przełknął miksturę, czując tylko jej obrzydliwy smak. Podniósł się i zsunął na łóżko.

— Przepraszam — szepnął, przytulając do piersi poduszkę.

Snape przyciągnął go do siebie, owijając ramieniem.

— Nie masz za co, przecież to nie twoja wina.

Może to i dobrze, że profesor nie wiedział, za co tak naprawdę przepraszał Harry. A on chciał przeprosić, chociaż nic ze snu jeszcze się nie wydarzyło. Nie miał też zamiaru informować, że czas uległ zmianie i to na niebezpiecznie bliski termin. Zostały mu góra trzy krótkie tygodnie.

Severus zostawił go po dwóch godzinach. Musiał iść na swoje zajęcia. Harry, nakarmiony przy pomocy małej mrocznej perswazji, siedział na łóżku. Nawet pani Pomfrey domyśliła się, że sen nie był tym razem normalny. Dotychczas chłopak potrafił sobie radzić z całym tym bajzlem.

— Cześć, Harry. — Przy łóżku nagle pojawiła się Hermiona.

Przysunęła sobie krzesło i usiadła, ściskając lekko jego dłoń.

— Chciałbym pójść do pokoju życzeń — szepnął ledwo słyszalnie.

Uśmiechnęła się smutno i wstała.

— To chodźmy.

Spojrzał na nią zdziwiony.

— No, chodź. Pani Pomfrey właśnie wyszła. — Pociągnęła go za rękaw.

Przemykali cicho pustymi korytarzami. Nawet nie przeszkadzało mu, że był w pidżamie. Chciał tylko jak najszybciej znaleźć jakieś rozwiązanie. Po trzykrotnym przejściu korytarza, omal nie wyrwał pojawiających się drzwi.

Tym razem nie przejmował się obecnością dziewczyny, czuł, że go zrozumie. Ujął kolejną księgę, czekającą na przeczytanie i chodząc równym krokiem po komnacie, zaczął czytać na głos. Hermiona najpierw zbladła, ale szybko się opamiętała. Przecież to nadal był jej przyjaciel, nie ważne, czy mówił po chińsku czy wężowemu. Zajęła wolny fotel i wyciągnęła z torby książki zabrane z rezydencji Malfoya. Zagłębiła się w lekturze, co jakiś czas robiąc notatki i nie zwracając uwagi na jednostajny, ale wcale nie denerwujący syk przyjaciela.

W porze obiadowej pojawił się skrzat z posiłkiem, jakby ktoś wysłał go specjalnie, wiedząc, że nie przyjdą do wielkiej sali.

— Profesor Snape kazał przekazać, że przyjdzie po obiedzie.

Czyli wyjaśniło się, kto go przysłał.

Pół godziny później drzwi otworzyły się, wpuszczając mistrza eliksirów, Malfoya i Weasleya. Harry natychmiast przestał czytać.

— Nie przestawaj. — Hermiona podeszła do niego. — To naprawdę miłe słuchać, gdy czytasz w wężomowie. Zachowuj się tak, jakby nas tu nie było, skoro cię to rozluźnia i pozwala myśleć.

— Na pewno?

— Oczywiście, Harry. A tymi głąbami się nie przejmuj. — Wskazała na nadal stojących przy drzwiach chłopakach. — Oni się nie znają.

— Hej! Nie jestem głąbem. Moje oceny są tak samo dobre jak twoje! — oburzył się Draco.

Za to Ron stał cichy, patrząc na Harry'ego.

— Ron, naprawdę zrozumiem, jeśli... — odezwał się brunet.

— Spoko, stary. Zastanawiam się tylko, jak odgryźć się Hermionie za głąba, tak żeby mnie później nie wykastrowała.

Snape parsknął, starając się jednocześnie ukryć śmiech. Atmosfera natychmiast się rozluźniła. Ron i tak dostał od Hermiony, ale za to ochronił klejnoty rodowe. Draco, jako ten mądrzejszy, co nie omieszkała sarkastycznie zauważyć dziewczyna, został zasypany książkami.

Severus podszedł do Pottera.

— Jak się czujesz?

— Dobrze, proszę pana. Hermiona mnie pilnuje, żebym nie zrobił czegoś głupiego.

— Wiesz, że nie po to tu jest. Chciałem, żebyś miał jakieś towarzystwo. Wiem, że nie masz ochoty rozmawiać, a Granger jest już na tyle inteligentna, żeby to zrozumieć.

Rozmawiali cicho pod oknem, opierając się o parapet.

— Znalazłeś coś interesującego? — Snape zmienił nagle temat, wskazując na trzymaną w dłoni Gryfona starą księgę.

— I tak, i nie. Sporo ciekawostek, nic teraz pożytecznego dla mnie. — Podniósł nagle głowę, podchodząc do innej szafy. — Tu są eliksiry. Proszę sobie przejrzeć. Może znajdzie się coś, czego pan jeszcze nie czytał.

— Czy mam szukać czegoś konkretnego?

— Eliksirów na bazie lub z dodatkiem krwi pokonanego, naznaczonego lub przeklętego.

Trójka Gryfonów przy stoliku uniosła głowy znad swoich ksiąg.

— To bardzo dokładnie określone typy krwi — stwierdził Draco, pokazując jedną z ksiąg Hermionie. — Ta i tamta czerwona. Ojciec Parkinson często ją pożyczał od mojego.

— Wiem, że są sprecyzowane, bo sam używałem już podobnych mikstur. Omińcie te, które mają w sobie krew skradzioną lub odebraną siłą. Tego typu używa Voldemort i na pewno nie zadziałają.

— Czyli tylko te dobre eliksiry?

— Tak. Łzy feniksa nie są problemem, tak samo sierść testrali, chociaż to drugie musi być zebrane od źrebiąt.

— A co z krwią przeklętego węża? — Hermiona już z nosem w połowie książki robiła notatki. — Nie jest nawet opisany gatunek, który to może być wąż.

Harry pochylił się nad jej ramieniem, zaglądając do księgi.

— Możesz na razie sobie odpuścić ten eliksir. Nie spełnia warunków.

— Dlaczego? Przełamuje większość klątw.

— A masz gdzieś węża połączonego z czarodziejem i to magicznego węża?

— A ten mały, co nas uratował? — przypomniał Draco.

— Odszedł wraz ze swoim opiekunem. Nie wiem gdzie. Ale to nie wszystko. Czytaj. — Pokazał odpowiedni akapit.

Wąż musi sam chcieć uratować czarodzieja, z którym jest połączony. Nie może być do tego zmuszony ani nawet poproszony.

— A ten mały… — zaczął Malfoy.

— Quetz.

— Co?

— Miał na imię Quetz.

— Harry? — odezwała się nagle dziewczyna. — Jak ten wąż, Quetz, wyglądał? Mówiłeś tylko, że potrafi latać.

— Quetz miał jeszcze sierść na grzbiecie, poza tym to też nie było jego pełne imię. Jeszcze do niego nie dorósł.

— Czy wyglądał może tak? — Otworzyła przed nim inną księgę.

— Nie, ale tak wyglądał jego opiekun.

— To magiczny wąż, Harry. Dokładniej aztecki. Quetzalcóatl, i jeśli się nie mylę, to jesteście już ze sobą powiązani.

— Jak to?

— Uratowaliście sobie nawzajem życie. On spłacił swój dług, ratując ciebie i w ten sposób powstała więź. I, gdybyś tego jeszcze nie zauważył, do waszej ucieczki z rąk Bellatriks użył magii, czyli na pewno jest magiczny.

Harry nagle spojrzał po kolei na każdego.

— Jestem połączony podobną więzią z wami wszystkimi?

— Tak, Harry, jesteś — odpowiedział Severus. — I z każdym czarodziejem, któremu dotychczas pomogłeś. Nawet z panną Granger.

— Ale Harry nie ratował… — sprzeciwiła się dziewczyna.

— A troll? — Snape odwrócił się do bruneta. — A znając Pottera, nieraz nieświadomie was ratuje. Ilość więzi w tobie skumulowanych może być przeogromna. Nie wiemy, ilu ocaliłeś, odsyłając Voldemorta w niebyt na tyle lat. Każde narodzone potem dziecko może być z tobą połączone.

— Czy mogę jakoś korzystać z tej więzi? Na przykład wezwać Quetza?

— Nie wiem. Sam musisz to odkryć. Opisywane są tylko poszczególne magiczne więzi. Małżeńskie, braterskie, krwi czy ocalonych. Nie znalazłem dotychczas ksiąg albo chociażby wzmianek na temat większej liczbie więzi niż dwie w jednej osobie. Przypuszczalnie nikt dotychczas nie zwrócił na to szczególnej uwagi.

Harry patrzył na nich i czuł niepokój. Czuł to złe słowo, bo on nic nie czuł. Ale wzrok mu się rozmywał, jakby nakazując zamknięcie oczu.

Snape syknął, łapiąc się za głowę.

— Połóżcie go! — nakazał, sam siadając w najbliższym fotelu.

Harry się zapadał. Po raz pierwszy nie czując bólu, widział, co się dzieje podczas wkroczenia w umysł. Voldemort nie wzywał go tym razem. Był jednocześnie wściekły i szczęśliwy. Złośliwie szczęśliwy. Tętnienie krwi w uszach zagłuszało mu wszystkie dźwięki. Nic nie słyszał. Widział tylko jakąś postać stojącą w kręgu. Jej krew plamiła ziemię, na której klęczała, ciężko dysząc. Voldemort uniósł różdżkę. Czerwony promień, znów czerwony i znowu. Po kilku kolejnych atakach, gdy ofiara już nie reagowała, różdżka wyrzuciła z siebie zielony blask. Jak błyskawica widziana przez zielone szkło.

Harry otworzył oczy. Usiadł, podpierany przez chłopaków.

Nadal nic nie słyszał.

Cisza.

Wkoło niego ciągle panowała niczym niezmącona cisza.

Wszyscy coś do niego mówili, bo widział poruszające się usta, ale nic nie słyszał.

— Nie słyszę was. Nic nie słyszę.

Widział, jak Hermiona wpada w panikę, zerkając na Snape'a. On sam zaczął w nią wpadać.

Severus już zaczął rzucać na niego jakieś zaklęcia. Czuł jego moc. Dziwne. Zaczął czuć. Ból omal nie zwalił go z nóg. Mężczyzna złapał go w ostatniej chwili i posadził w fotelu. Łapał haustami powietrze, starając się jakoś panować nad tym nagłym cierpieniem, od którego zdążył się już odzwyczaić. Ktoś otarł mu krew z czoła, ktoś inny podał jakiś eliksir. Zobaczył Zgredka z tacą w dłoni.

— Odzyskałem czucie, ale straciłem słuch.

Snape zwrócił jego uwagę na siebie, wskazując swoje oczy, uniósł różdżkę.

Harry, jestem teraz w twoim umyśle, co pewnie zauważyłeś. Nie wiemy, co się stało. Nie rozumiemy, co mówisz. Używasz wężomowy.

Nie słyszę, profesorze. Straciłem słuch. Odzyskałem czucie, ale nic nie słyszę.

Musimy iść do Pomfrey. Może podczas wizji uszkodziłeś coś, czego nie potrafię rozpoznać.

Zgoda.

Połączenie zostało zerwane. Chłopak w tej chwili pomyślał o telefonie, taki czarny humor do panującej sytuacji.

Zobaczył, jak Snape streszcza to, czego się dowiedział. Harry zachwiał się, próbując wstać. Snape, widząc to, natychmiast wziął go na ręce.

Jednak jesteś moim księciem — zauważył, opierając głowę na jego ramieniu.

Poczuł przez ruch mięśni, że coś odpowiedział. Znając go, to pewnie coś ironicznego, bo Hermiona się zaczerwieniła, a chłopcy zachichotali.

To tyle jeśli chodzi o dramatyzm chwili.

Pani Pomfrey załamała nad nim ręce. Duży plus znalazł w tym, że nie słyszał jej biadolenia nad jego stanem zdrowia. Siedział na brzegu łóżka, mrugając co jakiś czas do Draco, tak dla zabawy. Blondyn, poprawiając długi warkocz, w który ostatnio splatał włosy, wyjął różdżkę i stanął przed Harrym.

Po sekundzie już siedział w jego głowie.

Czegoś chcesz, czy tylko się drażnisz?

Nudzę się.

Ile ty masz lat? Weź sobie książkę i poczytaj.

Draco?

Tak?

Co mówi pani Pomfrey?

Nie wie, co ci jest — odparł smutno. — Zaklęcia nie wykrywają żadnej nieprawidłowości. Powinieneś słyszeć, ale tak nie jest.

Powiedz, że chcę wrócić do pokoju życzeń. Wolę być tam i czegoś szukać, niż leżeć tu bezczynnie.

Przekażę. Jeśli będziesz chciał coś przekazać, to pisz.

Jak za starych czasów. Osobiście mam ochotę wysterylizować Parkinson. Tylko ona mogła coś takiego wymyślić.

Znów został sam w swojej ciszy. Draco coś mówił do Snape'a i Pomfrey, wskazując na Harry'ego. Wywiązała się kłótnia pomiędzy Severusem a Poppy, ale ten pierwszy wygrał.

Pokazał Potterowi drzwi i ponaglił go, gdy nie zrozumiał.

Wrócił do pokoju życzeń w towarzystwie Hermiony i Draco. Ron miał dołączyć do nich za chwilę.

Harry znów pogrążył się w lekturze. Gdyby ktoś mu kiedyś powiedział, że będzie musiał przyswoić taką ilość wiedzy o eliksirach, to by go wyśmiał. On, który nawet nie wiedział, co to bezoar, mając lat jedenaście. A przecież wystarczyło obejrzeć lub przeczytać cokolwiek o mugolskiej medycynie. W końcu powstaje on w żołądku.

A teraz? Teraz zagłębia się w tak skomplikowane mikstury, że aż trącą one Azkabanem.

Po godzinie krążenia po komnacie wokół trójki przyjaciół, usiadł. Ron przyszedł chwilę wcześniej obładowany jak muł. Piwo kremowe, ciastka, kanapki.

W końcu to Ron. Czemu się dziwić. Widocznie u niektórych myślenie przyśpiesza powstawanie kwasu żołądkowego.

Zapatrzył się w przyjaciół. Nie słyszał ich, ale mógł sobie wyobrazić, jak się przekomarzają. Draco gestykulował zawzięcie, wskazując coś w kilku książkach. Ron, zapychając się kanapką, robił notatki z tego, co dyktowała mu dziewczyna.

Harry czuł ciepło w sercu. To wspaniale mieć takich przyjaciół. Przed oczami stanął mu Severus.

Opiekuńczy, sarkastyczny i ironizujący. Cały on.

Wspomnienie snu pojawiło się samo, przysłaniając wszystko. Nie chciał nikogo stracić. Nikogo, nawet jeżeli cena okaże się bardzo wysoka. Nawet jeśli miałoby nią być jego życie.

Poczuł czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Otworzył oczy i opuścił dłonie. Hermiona kucała przed nim z troską na twarzy i w aurze. Uśmiechnął się do niej pocieszająco i sięgnął po pergamin.

Wszystko w porządku. To tylko wspomnienia."

Hermiona przeczytała i napisała odpowiedź.

Martwimy się o ciebie. Teraz jeszcze bardziej zamkniesz się w sobie. Nie słyszysz, wręcz jesteś niemową, bo nikt cię nie rozumie. Proszę, nie odsuwaj się od nas."

Przytulił ją mocno, sycząc. Komnata natychmiast zakwitła makami. Urwał jeden z nich i wpiął jej we włosy za uchem. Zerknął na chłopaków i uśmiechnął się, widząc grożący palec Rona. Draco tylko przewrócił oczami, wracając do czytania.

Hermiona wróciła do stolika, a on do ich obserwowania z lekkim uśmiechem na twarzy.

Nie mogąc teraz brać udziału w zajęciach, część dnia spędził w pokoju życzeń, a drugą u Severusa w laboratorium. Wieczorem, chwilę przed kolacją, znalazł ciekawy eliksir, ale części przepisu nie rozumiał. Musiał go przepisać i teraz miał zamiar popracować nad nim razem z profesorem.

Znowu poczuł się jak za dawnych czasów. On siedzący na fotelu w kącie, Severus zabronił mu czegokolwiek dotykać i obserwujący mężczyznę.

Po wyjaśnieniu sposobu wytwarzania mikstury, Snape zabrał się za niego sam. Twierdził, że jego głuchota tylko by przeszkadzała, bo nie usłyszałby poleceń. Dziwnie w jego ustach brzmiała jednocześnie troska i sarkazm. Harry'emu strasznie przypadła ta „cudowna" wersja Severusa. Pewnie dlatego, że nigdy nikt tak go nie traktował i teraz chłonął ją niczym gąbka wodę. Westchnął, patrząc na smukłe dłonie, krojące jakieś oślizłe obrzydlistwo. Ten eliksir nie zawierał nic ze składników zwierzęcych, które wymagały wcześniejszego uśmiercenia żywej istoty. Nie mógł. To miał być „jasny" eliksir. Wszystko dane za zgodą właściciela, wręcz ofiarowane. Nie był tak potężny, jak ten ze składnikiem pochodzącym od przeklętego węża. Teraz zastanawiał się, dlaczego „przeklęty"?

Cisza pracy, czasami tylko przerywana krojeniem czy ucieraniem, uśpiła chłopaka.

I tym razem jego dar dał o sobie znać.

Nie widział nikogo wokół siebie. Cisza, choć to mógł przypisać sobie, otaczała go niczym szczelny kokon. Nie rozpoznawał miejsca. Jakaś ulica, niepozorne domy, bezosobowe wystawy z wszystkim i z niczym. Ruszył wzdłuż ulicy, czekając i patrząc. Już wiedział, że nie będzie w stanie pomóc, cokolwiek się wydarzy. Zbyt mało szczegółów. Po drugie on był w Hogwarcie, a to miejsce nie wyglądało nawet na Anglię. Nie rozumiał języka, który widniał na sklepowych reklamach. Sen jednak trwał. Zatrzymał się w miejscu i zaczął trząść. Nawet zawalenie się wieżowców nie wydawało się tak straszne, jak to, co przed sobą zobaczył. Opadł na kolana, zamykając oczy. Jednak obraz nadal był dla niego widoczny. I sądził, że będzie przez bardzo długi czas.

Obudził się, spadając z fotela. Snape zerknął na niego, pochylony nad kociołkiem.

Chłopak patrzył w podłogę otępiały, tuląc sam siebie. Drżał. Obraz rozczłonkowanych setek zwłok nie chciał odejść.

Mężczyzna od razu domyślił się, co się stało. Zdjął kociołek z ognia i podszedł do siedzącego na podłodze młodzieńca. Nic nie mówił, bo ten i tak przecież nie słyszał. Ciężko westchnął i wziął chłopaka, najpierw na ręce, a potem siadając w fotelu, na kolana. Gorączka już była wyczuwalna i to bardzo wysoka. Wezwał koc i okrył nim podopiecznego, który nadal był w szoku. Nie pozostało mu nic innego, jak tylko uspokajać go dotykiem. Gdyby ktoś powiedział mu dwa lata temu, że będzie troszczył się o bachora Potterów, zaavadowałby go bez skrupułów.

Naprawdę traktował go jak syna, jak nagle odnalezione dziecko.

Potter pomału zaczął się rozluźniać. Coś zasyczał, próbując wstać. Pozwolił mu. Chłopak przetarł oczy i spojrzał na niego, delikatnie się uśmiechając. Oddał uśmiech, choć trochę ironicznie. Nic innego mu nie pozostało. Brał tyle, ile dostawał. Nie domagał się więcej. Nie zasłużył.

Wrócił do eliksiru, a chłopak pstryknięciem palców przyzwał skrzata. Nawet nie domyślał się, że to część więzi między nim i Zgredkiem. Pokazał mu na migi, że chce pić, i usiadł na powrót w fotelu. Nagle wstał i podszedł szybko do kociołka, przy którym pracował Severus. Zaczął śpiewnie syczeć. Przynajmniej tak wydawało się mistrzowi eliksirów. Już słyszał, jak Harry mówi w wężomowie i zauważył, że ta, której używał teraz, mocno różniła się od poprzedniej wersji. Swoim dźwiękiem drażniła coś we wnętrzu mężczyzny. Coś, czego sam nigdy nie spodziewał się w sobie odkryć. Łza, samoistnie uroniona, wpadła do kociołka, który zmienił barwę swej zawartości. Snape zaklął. Eliksir został zniszczony.

Harry dotknął jego ramienia. Mistrz eliksirów podniósł głowę. Chłopak pokiwał przecząco i uniósł kciuk do góry. Mężczyzna zdziwił się trochę. Czyżby Potter znał się lepiej od niego na eliksirach?

Nie ma mowy! To niemożliwe! Świat się wali!

Harry zaczął chichotać, a następnie wybuchnął śmiechem, widząc nagłe zmiany na twarzy profesora oraz w barwach jego aury.

Z czego rżysz, Potter? — Nie wytrzymał i połączył się z umysłem chłopaka.

Oddałbym całe złoto świata za aparat. Pańska mina jest... jest nie do opisania.

Potter!

Tak, Snape? — Znów zachichotał.

Co zrobiłeś z eliksirem?

Dodałem łzy skruszonego — odparł już całkiem poważnie Harry.

Snape się rozłączył. Patrzył tylko na chłopaka więcej niż dziwnie.

Harry zostawił go samego. Czuł się zmęczony gorączką i późną porą. Nie chciało mu się iść do wieży, więc skierował się do swojego pokoju. Napił się herbaty dostarczonej przez skrzata i zasnął.

Sen nadszedł szybko i, całe szczęście, był spokojny.

— Hagrid prosił, żebyśmy do niego wpadli dziś po zajęciach. Chce nam coś pokazać — rzuciła przy obiedzie Hermiona.

— Ja nie idę. To wariat, nie gajowy. Nie powinien zostać nauczycielem.

— Malfoy! — ostrzegł go Ron, widząc minę Harry'ego.

Ten nie wiedział, dlaczego był zły. Przecież nie słyszał, co mówi blondyn. Jego aura wskazywała tylko na trochę złości i lęku. Malfoy wcale nie przejął się ostrzeżeniem Weasleya. Jeszcze dłuższą chwilę grymasił na Hagrida. Hermiona widziała, jak Harry'ego zaczęło nosić, ale chłopak ciągle jeszcze się powstrzymywał przed rzuceniem jakiejś klątwy w kolegę. Teraz byłoby to naprawdę niebezpieczne, skoro posługiwał się tylko wężomową. Draco, pomimo głośnego sprzeciwu, został zaciągnięty do chatki znienawidzonego przez niego gajowego.

— Cześć! Cieszę się, że chcecie mi towarzyszyć. Chodźcie!

Hagrid natychmiast po krótkim powitaniu ruszył w stronę Zakazanego Lasu.

— Co chcesz nam pokazać, Hagridzie? — Dziewczyna starała się wybadać grunt.

Trójka młodych czarodziei na wszelki wypadek wyciągnęła różdżki. Ostatni, jako spec, przynajmniej w części, w magii bezróżdżkowej, tylko szedł za gajowym.

— Za chwilę zobaczycie. To fajne zwierzaki.

— Taa, plują kwasem, ogniem czy tylko pożerają w całości? — zadrwił Draco.

— Niestety, nie potrafią jeszcze pluć ogniem. Są całkiem małe.

— Hagridzie, czy znowu zdobyłeś smoka? — spytała dziewczyna.

— Nie, nie! A szkoda, Norbert był taki słodki.

— Zaczynam się bać — burknął Ron, rozglądając się wokoło.

— Nie wariuj, Weasley! — warknął na niego Draco, ale sam omal nie wykręcił sobie szyi, patrząc, a przynajmniej starając się, na wszystkie strony na raz.

Harry po prostu szedł za Hagridem. Może i nie słyszał, co się dzieje, ale ciągle widział. Aury były teraz dla niego niczym dźwięk. Każda barwa odpowiadała odpowiednim tonom. Draco był zły na półolbrzyma. On sam dostał notkę już przy śniadaniu. Od obiadu domyślał się, na co się zanosi. Gdyby mógł normalnie mówić, pokłóciłby się ostro z Malfoyem. I mogłoby być gorąco. Ale była też druga strona medalu. Jeśli był zły na przyjaciela, to znaczy, że klątwa znów się aktywowała, a on właśnie zmierza w jej kierunku.

Centaury pojawiły się swoim zwyczajem, nagle i wręcz znikąd. Hagrid stanął przed czwórką uczniów, zasłaniając ich sobą, co przy jego gabarytach było możliwe.

— Znowu ty? — Jeden z centaurów wskazał na Harry'ego. — Nie jesteś już szczeniakiem. Masz zakaz wkraczania na nasz teren.

Chłopak nie słyszał, co mówił ogier, ale widział, że jest wściekły i to na niego. Wystąpił trochę do przodu, równając się z gajowym. Ten zatrzymał go w miejscu, coś mówiąc. Draco dołączył do Harry'ego, stając przy jego lewym boku.

— Nie wkroczyliśmy jeszcze na wasze terytorium. Zaczyna się dwie mile dalej — rzucił chłodno. — Za to wy przekroczyliście ustalone zasady bytowania. Nie wolno wam nosić broni na terenach zamieszkałych przez przynajmniej dwudziestu ludzi. Szkoła mieści teraz czterysta sześćdziesiąt osób, jednak wy macie przy sobie łuki i włócznie.

— Zamknij się, człeku! — Chyba zdenerwował przywódcę, bo cięciwy napięły się, a włócznie skierowano w ich stronę.

— Draco, przestań! — Hermiona szturchnęła chłopaka. — To nie jest dobry pomysł.

Harry tylko obserwował. Gdy Draco zaczął denerwować centaury, natychmiast uniósł tarczę. Gdy dziesiątka ogierów zbliżyła się w otoczeniu mrocznej poświaty, domyślił się, że to nie skończy się za dobrze.

— Chcemy tego bruneta! Zabrał nam klacz i teraz musi ją zastąpić! — zażądał dowódca.

— Przecież to chłopak — palnął Ron. — I to człowiek.

Hermiona ukryła twarz w dłoniach, nie chcąc śmiechem rozdrażnić jeszcze bardziej koni. Weasley czasami lśnił głupotą niczym supernowa.

Ruch z boku został zauważony zbyt późno przez pięcioosobową grupę. Porwanie Draco, zaraz po wytrąceniu mu różdżki, odbyło się tak szybko, że Harry zdołał tylko chwycić jego rękaw, urywając go. Sam też został pochwycony zaraz po tym. Trzęsąc się na grzbiecie, niczym upolowana zdobycz, którą przecież był, oddalał się od pozostałych.

Po godzinie takiego telepania miał już dosyć. Mógłby zareagować, ale nie chciał przypadkiem rozdzielić się z Malfoyem.

Natychmiast rozpoznał polanę, na której się zatrzymali. To tutaj uratował Rheę. Zrzucono ich obok kamiennej płyty, choć był przekonany, że wcześniej jej tu nie było. Ukryta w wysokiej trawie, bardziej wyglądała jak samotny głaz, ale owiewający go dziwny i znajomy zapach, dawał do myślenia. Zapach, po którym zawsze miał mdłości.

Jeden z centaurów zbliżył się do Draco. Harry wręcz poczuł trzask łamanych kości, gdy półkoń stanął na nogach Malfoya. Wiedział, że otwarte usta chłopaka krzyczą z bólu. Nie mógł mu pomóc. W tej samej chwili czterech innych samców złapało go za ręce i nogi, przypinając klamrami do płyty. Dowódca z zakrzywionym sztyletem w dłoni coś do niego mówił. Chyba czekał na odpowiedź, bo gdy jej nie otrzymał, kopnął chłopaka w bok.

Harry poczuł ból pękających żeber. Zakrztusił się.

— On nie słyszy! — Draco krzyczał do centaura. — Nie może odpowiedzieć!

Centaur odszedł od swej głównej ofiary i stanął przed Malfoyem.

— W takim razie ty odpowiesz za niego.

— Nie.

Nie spodobała się mu odpowiedź Draco. Machnął na innego centaura, wskazując Harry'ego.

Strzała przebiła dłoń leżącego. Głośny syk rozdarł powietrze.

— Zostawcie go!

— Nadal będziesz się sprzeciwiał?

— Nie — cicho rzekł Malfoy, opuszczając głowę.

Jego nogi, pod nienaturalnym kątem, leżały na ziemi, bezużyteczne.

— Odpowiedz!

— Nie wiem. Nigdy nie zwierzał się z tak osobistych tematów.

— Czy widziałeś lub słyszałeś, aby to robił?

— Nie. — Draco nie wiedział, czy mówić prawdę, czy kłamać.

Kolejna strzała wbiła się tym razem w drugą dłoń, przyszpilając i tak unieruchomionego Gryfona do płyty.

— Jeżeli kłamiesz... — Centaur zawiesił sugestywnie głos.

— Naprawdę nie wiem! Z nikim nie chodzi, nawet mnie odmówił!

— Czyli jest czysty?

— Chyba tak — odparł cicho Draco, zaczynając się obawiać, czy mówienie tym razem prawdy nie wyszło im na złe.

Centaura zadowoliła jego odpowiedź. Wrócił do dyszącego z bólu bruneta.

Sztylet zalśnił w słońcu, unoszony nad ciałem chłopaka. Któryś z ogierów rozerwał szaty na jego piersi.

Draco zaczął krzyczeć, starając się przysunąć bliżej. Włócznia wbita w ramię przygwoździła go do ziemi, przebijając ciało na wylot. Harry, nie zwracając uwagi na ból, próbował wyszarpnąć się z uwięzi. Centaur zaśmiał się zimno, widząc jego bezskuteczne wysiłki. Zaczął pisać na jego ciele czubkiem sztyletu. Krew z ran spływała na płytę. Po dłuższej chwili cały tors nosił na sobie niezwykły, magiczny rysunek. Gdy samiec naniósł ostatni krwawy rys, obraz zalśnił.

Harry powstrzymywał się z całych sił, żeby nie krzyczeć, podczas gdy ostrze cięło jego ciało. Zbyt mocno przypominało mu to sesję z Averym. Tamten śmierciożerca rozkręcał się, słysząc krzyki ofiary. Symbole świeciły, zwiększając cierpienie. Nie mógł pozwolić, aby ten rytuał został zakończony. Wręcz był przekonany, że koniec równa się jego śmierci, a co za tym idzie, Draco też zginie, jako świadek.

Kolejny raz zobaczył unoszący się nad nim sztylet. Teraz jednak skierowany był w jego serce. Nie miał czasu, musiał działać. Zasyczał inkantację zaklęcia.

Czaru, którego nie miał zamiaru nigdy w życiu użyć.

Nieważne co się stanie, nie pozwoli zginąć Draco.

Polana zaczęła iskrzyć krótkimi wyładowaniami mocy. Początkowo centaury nie zwróciły na to uwagi, chyba sądząc, że to część rytuału. Jednak, gdy pierwszy z centaurów upadł po dotknięciu iskrzenia i nie wstał, zaczęli szeptać.

Sztylet dotknął piersi Gryfona. Zielone oko spoczęło na dowódcy. Syk przybrał na sile.

W momencie, gdy wyładowanie dotknęło centaura, nóż zagłębił się w ciele ofiary.

Magia oszalała. Konie, jeden po drugim, padały w trawę, pozostając w niej bez ruchu.

Na polanie zapadła nagła cisza. Było słychać tylko ciche jęczenie blondyna. Łkając, próbował wyrwać włócznię z ziemi i ze swojego ciała. Po kilku bezskutecznych próbach, zdecydował się na drastyczny ruch. Chwycił mocno drzewce włóczni tuż przy ramieniu i przetoczył się na brzuch. Pod ciężarem jego ciała drewno pękło, uwalniając go. Resztę włóczni wyrwał z krzykiem. Ciągnąc bezwładne nogi za sobą, przesuwał się w stronę płyty i leżącego na niej nieruchomego ciała.

— Harry, proszę. Nie umieraj. — Płakał z każdym przebytym centymetrem, widząc tylko sztylet tkwiący w piersi przyjaciela, prawie brata.

Klękając, nie bacząc na swój ból, przyciągnął do siebie chłopaka, uwalniając najpierw jego dłonie od strzał. Klamry już go nie trzymały, jakby same puściły w jednej chwili, nie wyczuwając oporu ofiary. Nóż wypadł z rany, z cichym dzwonieniem uderzając o płytę. Malfoy otulił chłodne ciało swoją szatą, przytulając je mocno do siebie.

— Proszę, Harry. Nie odchodź. Nie zostawiaj mnie. Nie zostawiaj Severusa. On się załamie. Proszę, Harry. Gryfoni mnie zamordują, że pozwoliłem ci zginąć.

Tulił go do siebie niczym małe dziecko, bujając w ramionach. Cicho szeptał ciągle to samo.

Pojawienie się Hagrida, Flitwicka i McGonagall nie zauważył. Siłą musiano mu odbierać chłopaka, bo nie chciał go wypuścić. W pewnej chwili rana dała o sobie znać i stracił przytomność, nadal trzymając dłoń Harry'ego.