16.02.19

Dalej nie mogę zaakceptować śmierci Sama. Rzadko ryczę za fikcyjnymi postaciami, ale za nim to płakałam jak bóbr przez kilka godzin. I następnego dnia. I chyba dostał jakiś skrawek mojego serca, bo jak o nim pomyślę, to dalej mi smutno.

Oczywiście inspirowane sceną, w którym Aelin rozmyśla o tym, że Sam byłby lepszym królem niż ona królową.

P.S.: imiona są ważne.


Tłum zgodnie wiwatował radosnym okrzykiem.

- Niech żyje Królowa Celaena! Niech żyje Król Sam!

Uśmiechnęła się szeroko i spojrzała na postać po swojej lewej stronie. Stał tam mężczyzna; wyższy, szerszy w barkach, ubrany w dopasowane szaty koronacyjne. Wyglądał jak majętny szlachcic, monarcha. Nosił wysoko podbródek i nie rozpoznałaby go, gdyby nie dostrzegła spojrzenia oczu koloru płynnego złota. Ledwie przypominał spalonego słońcem nastolatka w przylegającym czarnym kostiumie.

Syn kurtyzany, płatny zabójca, i Zabójczyni Adarlanu rządzący krajem. Udało się im. W głowie szumiało jej od szczęścia.

Sam uśmiechnął się do niej przychylnie i zniżył się, żeby pocałować ją powoli, spokojnie, jak to tylko on potrafił. Jakby mieli cały czas na świecie dla siebie. Nikt oprócz niego nie potrafił sprawić, że zadrżałaby z przyjemności.

- Niech żyje Królowa – szepnął, otaczając ją ramieniem. Pachniał lawendowym mydłem.

Wdychała powoli jego zapach, ciesząc się każdą sekundą. Tłum szumiał tuż obok, ale wydawał się odległy.

- Jak do tego doszło? - zapytała oczarowana.

Zaśmiał się zagadkowo, muskając ustami jej czoło.

- Przeżyliśmy...

Aelin chciała zapłakać, gdy obudził ją senny pomruk Rowana bezpiecznie otulonego pościelą. Po sekundzie nie pamiętała już, o czym śniła, ale do rana odczuwała pewien głód, niedosyt i nie zmrużyła oka ani na chwilę, uczepiając się lawendowej woni towarzysza.