Nagle pojawiła się kelnerka z ich zamówieniem. Zastawiła maleńki stoliczek filiżankami, talerzykami i serwetkami. Zsunęli dłonie, bo już zabrakło na nie miejsca. Spojrzeli na siebie ciepło i sięgnęli po swoje filiżanki z gorącą czekoladą.

- Mmmm… - mruknęła Marinette. – Niebo w gębie. Uwielbiam czekoladę.

- Ciekawych rzeczy się o tobie dowiaduję. – Uśmiechnął się Adrien.

- Na przykład?

- Że lubisz czekoladę bez dodatków.

- Och, taka jest najlepsza! Doskonałość w czystej postaci. Po co to psuć?

- Z cynamonem jest o wiele lepsza. – Pokręcił głową.

- Nieprawda. – Nie zgodziła się.

- Spróbuj mojej. – Podał jej filiżankę. – A potem z ręką na sercu przyznaj, że byłaś w błędzie.

Upiła łyk. Oddała mu filiżankę z figlarnym uśmiechem.

- Z ręką na sercu mogę przyznać… - zaczęła, patrząc jak na jego twarzy pojawia się szeroki uśmiech. - …że moja czekolada jest o niebo lepsza.

- Daj spróbować! – Sięgnął po jej filiżankę. Napił się i spojrzał na nią z namysłem. – No… Nie przestajesz mnie zaskakiwać – wyznał.

- No, wykrztuś to, Kocie.

- Byłem w błędzie. Twoja czekolada bez dodatków jest lepsza, Moja Pani – powiedział uroczyście. – I miałaś absolutną rację. Nie należy psuć doskonałości.

- Lepsze jest podobno wrogiem dobrego – mruknęła pod nosem. – Jestem zwolenniczką prostoty.

- Od dzisiaj będę się uczył tego od ciebie – obiecał.

Spojrzeli na siebie rozbawieni. Niezręczność sprzed paru minut minęła niepostrzeżenie. Teraz bawili się naprawdę wyśmienicie, częstując się nawzajem deserami i walcząc o czekoladę Marinette, bo Adrien stwierdził, że jego cynamonowa już mu nie smakuje.

- Jak tu tak siedzimy, to w ogóle nie chce mi się stąd wychodzić… - wyznał Adrien.

- Kiedyś będziemy musieli – szepnęła. – Jutro musimy iść do szkoły, pamiętasz?

- Och, szkoła… - Westchnął. – Szkoda, że nie możemy iść razem na jakieś wagary.

- I tak mamy dużo zaległości przez te nasze „alternatywne" obowiązki – odpowiedziała mu, jak zwykle rozsądnie Marinette. – Moi rodzice już raz dali mi za to szlaban.

- Ooo… - Wyrwało się Adrienowi.

- No, co tam?

- Teraz sobie uświadomiłem, że zazwyczaj oboje jesteśmy wtedy zajęci.

- No, raczej – przytaknęła. – I nie zazwyczaj. Tylko zawsze.

- Do tej pory nikt jakoś nie łączył naszego wspólnego znikania w tym samym czasie. Teraz wszyscy będą nas obserwować.

- Czemu mieliby nas obserwować?! – wykrzyknęła przestraszona Marinette.

- Nooo… Nie sądzisz, że będą zainteresowani tym, że jesteśmy parą?

- O, Boże… Masz rację! – jęknęła zażenowana i zaczerwieniła się gwałtownie. – Ojej, ojej, ojej… W co ja się wpakowałam! – Zaczęła panikować.

- Hej, Marinette! – przywołał ją do porządku Adrien. – Pamiętaj, że nie jesteś z tym sama. Ja zawsze jestem obok ciebie.

- Boże… - Nie słuchała go. – Będą się gapić cały dzień. Będą się podśmiewać. Będą pokazywać palcami.

- Marinette… - Westchnął zrezygnowany, czekając, aż przejdzie jej ten atak paniki. – Wstydzisz się mnie? – zapytał wreszcie z uśmiechem, przypominając jej wczorajsze wymówki.

- Nie, no coś ty! – zaprzeczyła szybko, po czym zreflektowała się. – Czekaj… Już odbywaliśmy tę rozmowę.

- Wiem. – Uśmiechnął się jeszcze szerzej.

- Dużo się jeszcze muszę nauczyć. – Pokręciła głową. – I przyzwyczaić. Że też mi się zachciało zakochiwać w najpopularniejszym chłopaku w mieście!

- Ja tam nie narzekam. Bardzo dobrze, że ci się zachciało.

Znów zatopili w sobie spojrzenia. I znów ten moment zrujnowała im kelnerka, która pojawiła się z tekstem „Podać coś jeszcze?"

- Poprosimy rachunek – odpowiedział jej Adrien.

A Marinette nagle zrobiło się smutno, że ich randka dobiega końca.

- Hej, Księżniczko? – Adrien od razu wyczuł zmianę jej nastroju.

- Hm?

- Nie smuć się. Jeszcze nie odprowadzam cię do domu – odpowiedział na pytanie, którego nie zadała. Nie musiała. Niesamowite, jak dobrze się rozumieli.

- Yhm. Kiedyś będziesz musiał.

- Do północy jeszcze daleko – przypomniał ustaloną z jej tatą godzinę powrotu.