Rano w poniedziałek Adrien jechał do szkoły z szerokim uśmiechem na twarzy. Już się nie mógł doczekać spotkania Marinette! Ten weekend był po prostu cudowny! Spędzili ze sobą całą sobotę i część niedzieli. Bo w niedzielę wreszcie udało im się wyjść na prawdziwą randkę. Oczywiście rodzice Marinette byli przekonani, że to była już druga, po sobotnim spacerze. Cóż… Trudno byłoby nazwać randką wizytę u Mistrza Fu… Chociaż, jak spojrzeć na to z innej strony, to sama końcówka tego wyjścia trochę przypominała coś na kształt randki. Kiedy pocałował Marinette jako Biedronkę. I spełnił swoje marzenie… Sam nie wiedział, czy czuł rozczarowanie, czy też szaloną radość. Bo pocałunek z Biedronką – mimo że był spełnieniem jego skrytych marzeń – nie był tak magiczny jak pocałunek z Marinette. Hmm… Przedziwne. Przecież to ta sama osoba! Ale chyba wolał dotyk jej dłoni niepokrytej magicznym kostiumem Biedronki. I lubił patrzeć, jak się rumieni. I liczyć jej piegi, gdy patrzył na nią z tak bliska… A twarz Biedronki skrywała maska. Westchnął rozmarzony i wysiadł z samochodu.

Ledwie wszedł na dziedziniec, Chloe rzuciła się na niego z okrzykiem "Adrieniśku!"

Uśmiechnął się do siebie i zdecydowanym ruchem zsunął jej dłoń ze swojego ramienia. Biedna Chloe… ona jeszcze nie wie… Oby nie została zaatakowana przez akumę, kiedy się dowie. Bo dzisiaj dowiedzą się wszyscy. Rozejrzał się w poszukiwaniu Marinette.

Siedziała pod ścianą. Kącik jej ust drgnął w uśmiechu. Znaczy się, że widziała powitanie Chloe. I zapewne jego gest zrzucania jej dłoni z ramienia. Ich spojrzenia się skrzyżowały. Jakaż to niezwykła tajemnica, że takie rzeczy się udają, jak jest się zakochanym! Że można zatonąć w czyimś spojrzeniu, patrząc przez tak rozległą przestrzeń!

Adrien, ignorując już otwarcie zdziwioną Chloe, podszedł do Marinette.

Na kolanach miała rozłożony szkicownik. Szybko go zamknęła, jak tylko zauważyła, że Adrien spojrzał w jego kierunku. Sięgnęła po plecak, żeby go schować przed chłopakiem.

- Co tam masz? – zapytał z ciekawością, wskazując na szkicownik.

- Eee, nic takiego… - wyjąkała, po staremu zażenowana, jak to Marinette.

Usiadł obok niej na podłodze.

- No, pokaż. - Uśmiechnął się do niej szeroko. Uśmiechem Czarnego Kota. Spojrzała na niego z ukosa. Ten uśmiech był zabójczy. Dlaczego wcześniej tak go nie znosiła?

- Nie. To same głupoty.

- Nieprawda. Widziałem już twoje projekty. Dawaj. – Nie nabrał się na jej zdawkowy ton i nachylił się przez nią, żeby dosięgnąć jej plecaka. Wyciągnął schowany dopiero co szkicownik. Nie broniła się już jakoś specjalnie się przed tym, zakłopotana, że pół szkoły pewnie już się na nich patrzy. Adrien udawał, że nie zwraca uwagi na lekkie poruszenie wśród kolegów. Skupił się na zeszycie Marinette. Otworzył na ostatniej zamalowanej stronie i… oniemiał.

- Ykhm… - chrząknął zakłopotany, wpatrując się w projekt… sukni ślubnej?

- Mówiłam, że głupoty! – Sięgnęła po szkicownik, czerwona ze wstydu.

- Czekaj. Daj popatrzeć… jest piękna. – Przysunął projekt bliżej oczu, by przyjrzeć się szczegółom.

- Wszystko przez ciebie – mruknęła.

- No, mam nadzieję!

- Sam zacząłeś! – tłumaczyła się, zażenowana. – To ty się oświadczałeś w piątek.

- I nadal trzymam cię za słowo. Zgodziłaś się. – Uśmiechnął się w swoim kocim stylu. Coraz bardziej jej się podobało to jego kocie wcielenie. – Jest piękna. – Wrócił do oglądania projektu. – Będziesz w niej wyglądać zjawiskowo – dodał i pochylił się, żeby ją pocałować.

- Ktoś mi powie, co się tu dzieje?! – Rozległ się nagle okrzyk tuż nad ich głowami.