Rozdział 2: Q przed kwatermistrzami
Jeszcze kilka skoków oraz minimalną ilość krzyków później i James Bond oraz mały Q znów byli na ziemi. Słońce wciąż znajdowało się wysoko na nieboskłonie, a budynki wokół nich wyglądały tak, jakby znajdowali się w piaskownicy olbrzyma. Wszystko było nagrzane i gorące, a ulice albo nie zostały dobrze wykonane albo w ogóle nie zostały zbudowane, bo wydawało się, że piaszczyste budowle wprost wyrastają z ziemi. Bond był zadowolony, że przebrał się ze swojego normalnego garnituru i krawatu — dzięki niemu, łatwiej było się wkraść w łaski kobiet, jak powiedział M, która wywróciła oczami — w coś bardziej w kategorii „kolorów ziemi i wygody". Nie trzeba było nikomu zaimponować, tylko przetrwać.
Wciąż było gorąco, a chłopiec w jego ramionach zaczął dyszeć, jakby to on biegł. Protesty małego Q i jego ciągłe wiercenie się zniknęły całkowicie, co skłoniło Bonda do uznania, że niezbyt dobrze radził sobie ze zbyt wysokimi temperaturami. Nie wiedział nic o dzieciach, ale znał wyczerpanie ciepłem i udarem spowodowanym gorącem. A nawet gdyby tak nie było, to instynkt agenta 00 krzyczał, że to było złe, iż ta mała nerwowa istotka, pełna energii stała się nagle bezwładna i niekłopotliwa. A także potargane włosy chłopca na jego szyi zaczęły układać się w loki pod wpływem potu.
— W porządku — powiedział 007 swoim zachęcającym, łagodnym głosem. Nie wiedział, czy brzmiał uspokajająco, ale przynajmniej udało mu się zachować spokój. Bycie opanowanym w każdej sytuacji było niezbędne do bycia najlepszym agentem w Wielkiej Brytanii. — Już prawie koniec.
— Co się dzieje, Bond?
M wciąż była na linii, chociaż Bond doceniał, że nie wtrącała się przez ostatnie dziesięć minut. Gdyby zaczęła mówić mu wprost do ucha, gdy skakał z dachu na dach z inną osobą, to sprawy mogłyby się bardzo źle skończyć.
— Mniejszy i podstępniejszy Q od starego Q, łapie trochę więcej słońca niż jest to zdrowe — odpowiedział spokojnie, gdy znalazł kawałek cienia, który zadowolił jego gusta. Pozwolił, by protesty „starego Q" o jego wieku zniknęły w tle, skupiając się na swoim otoczeniu. Nikt ich nie ścigał odkąd wyskoczyli przez okno, co skłaniało Bonda do nadziei, że wymknęli się odrobinę z radaru swoich przeciwników. Jemu również nie chciało się nigdzie biegać w tym upale. A potem zapytał, ponieważ musiał: — Czy wysokie temperatury są szkodliwe dla dzieci?
— Nie wiem, Bond. A są? — odpowiedziała spokojnie M, będąc całkowicie nieprzydatną.
Mały chłopiec na ramieniu Bonda obudził się z powodu kłótni rozbrzmiewającej przez urządzenie komunikacyjne, która toczyła się tuż obok niego. Wbijając pięść w obojczyk agenta, gdy przyjął pozorną wyprostowaną postawę, a ponieważ w dalszym ciągu mniej więcej siedział w zgięciu ramienia Bonda, nie była to żadna różnica.
— Nic mi nie jest — warknął nieprzekonująco, ale z pewnym poziomem delikatnej irytacji, co było godne podziwu. Może gdyby powiedział coś bardziej wyraźnym głosem, to byłoby to bardziej wiarygodne.
Bond przykucnął przy rozpadającej się ścianie, siadając na ziemi i usadawiając małego Q na zgiętych nogach, by móc się lepiej przyjrzeć. Postawiłby go w pozycji stojącej obok, ale miał duże podejrzenia, że musiałby go podeprzeć z przynajmniej dwóch stron. Młody towarzysz Bonda również był boso, co było kłopotliwe. Zabawne, że dzieci nie mogły wyhodować sobie odpowiedniego obuwia. Mogło być tak samo z bronią, której jeszcze nie wymyślono, aby tworzyła nowe kule, gdy te się skończyły…
— Bond, twój status?
— Powiedz wścibskiej kobiecie, że nic mi nie jest i nie musisz się o mnie martwić — powiedział oschle chłopiec, niechybnie zbliżając się do rozpłakania się z frustracji. Był niemal zabawny, wpatrując się w słuchawkę. Tolerował bycie trzymanym przez agenta 00, ale drżał ze strachu albo frustracji, jak maleńka maszyna brzęczącą na granicy rozpadu. Wielkie oczy, teraz zmrużone za okularami, skierowały się w stronę Bonda, by spojrzeć na niego z lekkomyślną odwagą. Tego rodzaju odwagą, która była widziana u mężczyzn stojących przed plutonem egzekucyjnym. — Ty też nie musisz się o mnie martwić! Zostaw mnie w spokoju!
Zaczynając podejrzewać, że „coś będącego poza jego kompetencjami" wpada panikę, Bond odchylił głowę do tyłu, jakby chciał wydostać się z zasięgu tych małych pięści. Mrużąc z ostrożnością swoje oczy, zadał pod nosem pytanie do M:
— Czy irracjonalny temperament jest również symptomem nadmiernego przegrzania u dzieci?
Ale tak naprawdę chciał zapytać, czy tak wyglądała wczesna burza hormonalna, która występuje u nastolatków, ale bał się tego, co mógł usłyszeć.
Ale odpowiedzi udzielił Kwatermistrz w postaci długiego cierpiętniczego westchnięcia i zirytowanej sugestii:
— Bond, powinno cię to przekonać, abyś teraz porzucił to dziecko! Znajdź jakieś zaciemnione miejsce na uboczu i powiedz mu, żeby usiadł i tam został.
Otwierając usta, aby coś odpowiedzieć, Bond zatrzymał się, gdy jego bystre oczy ujrzały, jak te rzucone słowa podsłuchane przez małego Q wpłynęły na chłopca. To, co było goryczą i nieco napiętymi emocjami złagodziło się, a potem zostało roztrzaskane, pozostawiając małą twarz z dużymi oczami wypełnionymi beznadzieją, gdy chłopiec zapadł się w sobie. Spojrzał na słuchawkę z czymś podobnym do akceptacji, a po krótkiej chwili została ona zmieniona w beznadziejność. Mały Q, siedzący na udach Bonda kucającego przy kruszącej się brązowej ścianie, opuścił głowę i zdawał się kurczyć.
W tym momencie, Bond nie pragnął niczego więcej, niż tylko uderzyć swojego Kwatermistrza. Nie potrafił dokładnie wyjaśnić, dlaczego to czuł, ale potrzeba była nagła i okrutna, gdy paliła go w klatkę piersiową.
Zaskoczony swoją reakcją i zdając sobie doskonale sprawę, że Kwatermistrz znajdował się poza jego fizycznym zasięgiem, agent 00 zamiast uderzyć go, zacisnął zęby i zrobił coś produktywnego — coś, czego Kwatermistrz nie żądał od niego. Trzymając jedną rękę na ramieniu chłopca, nie pozwalając mu odejść ani nic zrobić, wyciągnął manierkę z dobrze zapatrzonego pasa z zapasami, stanowiącego kolejny dodatek do jego mniej formalnego stroju.
— Dalej — namawiał… żądał… nie, zdecydowanie namawiał, w bardzo stanowczy sposób. — Wypij trochę. Nie zostawię cię.
Ożywione brązowe oczy z niedowierzaniem spojrzały na niego spod przepoconej masy włosów, analizując minę Bonda, najwyraźniej nie wiedząc, co z tym zrobić.
Bond utrzymywał beznamiętną minę, do której został wyszkolony, z wyjątkiem uniesienia jednej brwi, kiedy naciskał:
— Nie mów, że nie jesteś spragniony. — Zaczął manipulować manierką, tak aby lekko uderzyła chłopca w twarz. Wydawało się, że była to ostatnia kropla, ponieważ mały Q zmrużył oczy, ale tym razem sięgnął, by wziąć naczynie szybkim ruchem swoich smukłych dłoni. Było to zaskakujące, że po pierwszych gwałtownym łykach (po tym, jak Bond musiał odkręcić manierkę), chłopiec opanował się, by pić spokojnie i powoli. James Bond był gotów wyrwać mu manierkę, zanim chłopiec wypiłby tyle, żeby się rozchorować, ale zamiast tego zmaltretowane dziecko samo przestało, wyglądając na bardziej wyniosłe i imponujące, niż powinien wyglądać nieco posiniaczony i lekko zdenerwowany chłopiec wielkości Corgi'ego.
— Co? — burknął chłopiec, gdy zauważył, że Bond jest zaskoczony, jak i pod wrażeniem.
Mądry na tyle, by wiedzieć, jakiej odpowiedzi udzielić, Bond powiedział cicho:
— Nic. — Przycisnął później palec do słuchawki, aby upewnić się, że M znów go słucha. — Powrót do planu. Zabieram ze sobą małego Q.
— Bond — wtrąciła się M. Podjęła się wysiłku, by w jej głosie zabrzmiała czułość, odnosząc przy tym znacznie większy sukces niż Kwatermistrz. — Może jest coś w tym, co Q…. eee… powiedział nasz Kwatermistrz. Zostałeś wysłany na misję, by dowiedzieć się dokładnie z jakim ładunkiem ma do czynienia Westford i jaki wpływ będzie miał na jego rozszerzające się więzi kryminalne. Ma to ogromne znaczenie, bo inaczej nie wysłalibyśmy cię tam. Czy możesz szczerze powiedzieć, że możesz wykonać swoją pracę i jednocześnie zapewnić bezpieczeństwo dziecku?
Logika. Szczerze mówiąc, Bond jej nienawidził. Lubił stabilność — taką jak samochody i broń, która się nie zacinała — i otrzymywanie jasnych, zwięzłych rozkazów, ale nie za bardzo lubił logikę. W końcu poradził sobie z bardzo nielogicznym światem. Złoczyńcy byli, z definicji, nielogiczni, a ze swojego doświadczenia wiedział, że osoby myślące logicznie, które próbowały go zastrzelić, były zwykle przewidywalne i zazwyczaj szybko kończyły martwe. Podsumowując, logika nie była wysoko na liście jego priorytetów. Agent 00 był wydajny, produktywny, nieprzewidywalny i zapierający dech w piersiach.
Niefortunnie, od kiedy M nie była już agentem 00 stała się osobą kierującą się logiką. Teraz, ta logika sprawiała, że usta Bonda wykrzywiły się z niesmakiem, a niebieskie oczy zmrużyły się. Warknął cicho, wyrażając swoje niezadowolenie, próbując sformułować odpowiedź.
Część wcześniejszej beznadziei powróciła na twarz małego Q — ta małość w stosunku do jego postawy. Nie chciał napotkać spojrzenia Bonda, jakby się bał tego, co mógł tam ujrzeć. Nagle chłopiec zacisnął powieki i wypalił, jakby wbrew rozsądkowi:
— Wiem, czym jest ładunek.
— Co?
Kilka głosów odezwało się w uchu Bonda, kiedy ten tylko wpatrywał się w dziecko. Chociaż mały Q był wciąż na tyle blisko, by usłyszeć większość tego, co działo się po drugiej stronie linii, chłopiec wydawał się niechętny, by na cokolwiek odpowiedzieć — w rzeczywistości, jeśli jego nieco nikczemne spojrzenie było jakąś wskazówką, to nie chciał udzielać odpowiedzi nikomu innemu niż Bond. Dowody tego znajdowały się w jego przestraszonym, ale pełnym nadziei spojrzeniu skierowanym na mężczyznę i niektórych nieśmiałych spojrzeń rzuconych spod brązowej czupryny brązowych włosów.
— Jeśli… jeśli ci to powiem, czy mogę z tobą zostać? — spytał drżącym głosem i błagającym, a jednocześnie przerażonym spojrzeniem.
Głosy z MI6 poderwały się najpierw ostrymi tonami, a Bond uznał, że miał już dość nudnych komentarzy. Były dni, kiedy bycie agentem była bardzo podobne do bycia psem szarpanym na smyczy, którą trzymały co najmniej trzy osoby, która każda uważała, że wiedziała najlepiej, jak powinien chodzić.
Zniszczył już wcześniej słuchawki. Zawsze istniały nieoczekiwane okoliczności, które wyjaśniałyby, dlaczego mały gadżet został zmiażdżony. A jeśli nikt w rzeczywistości nie wierzył w te historie, cóż, to był jego problem… — nie było nikogo, kto trzymałby się swojej wersji wydarzeń jak agenci. Próba nakłonienia ich do przyznania się do kłamstwa była porównywalna z wzruszeniem słońca.
Zanim Bond zdążył odpowiedzieć lub zręcznie zniszczyć urządzenie w swoim uchu, w oddali pojawił się alarmujący, statyczny trzask, a zarazem potem głos dobiegający z głośnika. Bond spiął się, a mały Q wygramolił się z jego kolan, tylko po to, aby przykucnąć na brudnej ziemi obok niego. Ramię agenta odruchowo poruszyło się, by objąć chłopca. Czując jak ten drży, podjął decyzję, by nie pozwolić mu opuścić swojego boku. Mały Q nie był w stanie określić źródła hałasu, ale Bond już wywnioskował, że pochodzi on z daleka, ale był wystarczająco głośny, by móc rozbrzmieć niemal wszędzie.
— Agencie z MI6? — zabrzmiał zgryźliwy komputerowy głos, ale wyraźny. — Wiemy, kim jesteś. I nie trzeba dodawać, że wiemy również, że tu jesteś. Tak długo, jak będziemy bawić się w chowanego w tym upale, tak długo będziemy w impasie. Zdajesz sobie z tego sprawę.
Agent 00 przewrócił oczami. Jednakże mieli rację. Zacisnął zęby, przeklinając cokolwiek co sprawiało, że złoczyńcy tak kochali słyszeć swój głos. Jeśli komunikat przekształci się w nadawany dookoła monolog, to mógłby zacząć krzyczeć.
Przynajmniej brzmiało to tak, jakby przeciwnicy nie wiedzieli kim dokładnie był — do tej pory nazywali go tylko „agentem z MI6". Nie miało znaczenia, czy znali jego imię czy nie. W rzeczywistości, czasami było miło być rozpoznawalnym, choćby dlatego, że bardzo niewiele osób kiedykolwiek stanęli naprzeciwko niego i przeżyło, aby rozpowszechniać opowieść o bardzo niebezpiecznym mężczyźnie.
— Wiemy, że masz ze sobą dziecko. Musi cię ono spowalniać. — Głos brzmiał sympatycznie i słodko pomimo złego przekazu. Bond przelotnie zwrócił swoje spojrzenie na małego Q, czując, jak chłopak przytula się do jego boku. Wyglądał na całkowicie przerażonego. Pomimo wcześniejszych protestów, że nikt nie musi się nim opiekować, chudy chłopiec nieświadomie zacisnął jedną dłoń na koszuli Bonda, wciskając się pod pachę agenta. Bez chwili namysłu Bond zacieśnił swój uścisk, czując szybkie bicie serca i delikatną klatkę piersiową, która poruszała się lekko, jakby chłopiec miał ledwo odwagę by oddychać. — Co powiesz na to, byśmy zawarli umowę? — Rozbrzmiewał dalej głos.
— To jest Westford. — W końcu zwięzła wypowiedź Kwatermistrza, która rozbrzmiała cicho w uchu Bonda, pomogła agentowi odzyskać równowagę — Głos pasuje do nagrań, które posiadamy.
Bond tylko chrząknął, żeby zakomunikować, że słyszał go. Wytężał słuch, by określić, skąd dochodził hałas, a również po to, by usłyszeć wszelkie dźwięki ukryte pod zmechanizowanym głosem rozbrzmiewającym nad ich głowami.
— Związku z tym, ja… my… jesteśmy gotowi zawrzeć z tobą umowę, agencie. — Bond z zaskoczeniem uniósł brew, w żaden inny sposób nie wyglądając na zaniepokojonego. — Musisz zrozumieć, że chcemy odzyskać chłopca.
Chłopiec zamarł całkowicie, jeśli wcześniej niemal nie oddychał, to teraz jego serce przestało prawie bić. Jego małe, szczupłe ciało stało się niemal boleśnie napięte tak, że Bond obawiał się, że delikatne kości pękną pod naporem. Mały Q wpatrywał się w nicość. Jego oczy za okularami były szeroko otwarte, a źrenice rozwarte.
Westford kontynuował dalej swój monolog:
— Jest on synem jednego z moich ludzi.
Mały Q zakrztusił się wracając do życia, z trudem łapiąc oddech. Potem, jąkając się, wykrztusił cienkim spanikowanym głosem:
— Ni… nie. Nie, to kłamstwo! — Jego wypowiedź była ledwie szeptem, zduszonym z rozpaczy tak dużej, że groziła przytłoczeniem go. — On… kłamie. Panie Bond, on kłamie! Nie jestem! Nie jestem!
— Ciiii. — Bond uciszył go spokojnym głosem.
Mały Q przestał być niemrawy i znów pełen temperamentu, spojrzał nagle na 007 z najbardziej błagalnym wyrazem twarzy na świecie — potrzebą owinięta w strach. Spojrzenie wstrząsnęło stoickim agentem, uniemożliwiając mu odwrócenie wzroku, nawet gdy jego ręka odruchowo zakryła usta chłopca, by go uspokoić. Chłopak nie próbował jej odtrącić ani protestować, tylko drgnął, a potem nadal wpatrywał się w niego z niemal dzikim pragnieniem, by mężczyzna mu uwierzył. Małe dłonie uniosły się do krawędzi dłoni Bonda i chociaż mały Q nie był wystarczająco silny, by oderwać dłoń mężczyzny od swojej twarzy, to drobne palce chłopca wbiły się w skórę Bonda — niczym pazury kociaka.
Mały Q wzdrygnął się i wydawało się, że niemal się załamał, gdy Bond odwrócił wzrok, by ponownie skupić się na łagodnym głosie Westforda.
— Możesz zrozumieć, dlaczego chcemy go odzyskać. Błagamy cię, nie traktuj tego, jako sytuacji z zakładnikiem! Chcemy, żeby wrócił do nas bez zbędnego zamieszania, a my w zamian przestaniemy cię ścigać. — Zamilkł, w obliczony sposób, jakby dopiero teraz wpadł na konkretny pomysł. — Mógłbyś odejść bez walki.
Pod jego dłonią, mały Q próbował potrząsnąć głową, próbując teraz naprawdę odsunąć się od Bonda. Oczywiście, dzieciak miał naturę mola książkowego — nawet jeśli byłby fizycznie starszy, a zatem większy, to nadal nie mógłby dorównywać agentowi. Kiedy Bond (który przez cały czas rozglądał się wokół nich z pozornie bezmyślnym wzrokiem) sięgnął wolną ręką po pistolet, mały Q jęknął w jego dłoń i zaczął walczyć. W końcu, w tym momencie Bond skupił się na nim i uniósł brwi, próbując dojść do tego, co spowodowało, że chłopiec tak zareagował. Z opóźnieniem agent przypomniał sobie, że nie każdy czuł się tak dobrze wokół broni jak on.
— Hej — powiedział łagodnym tonem według swoich standardów. Wzrok chłopca skierował się nagle na niego. Siniak pod jednym z oczu ukrytych za okularami spowodował, że jego spojrzenie wydawało się intensywniejsze. Bond cieszył się, że głosy z MI6 nie rozbrzmiewały w jego uchu, ponieważ teraz czuł się tak, jakby te młode oczy spowodowały obudzenie się czegoś w jego sercu i stwierdził, że będzie strzegł zazdrośnie tego uczucia. — Nie oddam im ciebie — mruknął, patrząc na chłopca, tak jakby to było oczywiste. Kolejne zdanie wyjaśniało, dlaczego tak było: — Powiedziałeś, że opowiesz mi o ładunku Westforda, przez co stajesz się dla mnie cenniejszy niż cokolwiek innego.
Q rozpromienił się nieznacznie i z pewną ostrożnością, jakby nie był pewien, co sądzić o powodach jego użyteczności.
Nagle stało się to… okrutne. Bond nigdy nie pomyślał o tym wcześniej, ale niespodziewanie poczuł się źle, że powiedział dziecku, że był cenny tylko dlatego, że miał przydatne informacje. Zwykle tak to się odbywało z ludźmi, z którymi Bond miał do czynienia: z osobami, od których potrzebował informacji, z tymi z którymi spał, z ludźmi których wybierał jako członków swojego zespołu w tych nielicznych przypadkach, w których nie mógł pracować sam — wszyscy byli cenni wyłącznie ze względu na swoją użyteczność. Ale czy mógłby to powiedzieć dziecku?
Zirytowany nową emocją, której nie potrafił nazwać, Bond rozpatrzył swoje słowa w głowie i wypowiedział je z uśmiechem ujawniającym się w uniesieniu jednego kącika ust.
— Plus, zdaje się, że denerwujesz mojego Kwatermistrza, a ja użyję jakiekolwiek wymówki, by nazwać go starym Q.
— Hej! – Usłyszał w swoim uchu, co udowadniało to, że MI6 wciąż nasłuchuje. — 007, to jest bardzo lekceważąca postawa.
M, raczej słusznie, nie skomentowała tego, ale jej milczenie sprawiło, że uśmiech Bonda stał się szerszy. Ostatecznie, jeśli nie powiedziała, żeby przestał, to uznawał to za aprobatę swojego zachowania.
— Dlatego też, możesz zachować swoje przybrane imię — dodał Bond, powoli zdejmując rękę z ust dziecka. Jego zaufanie nie zostało zdradzone, ponieważ Q wciąż mógł patrzeć na niego z zdenerwowaniem i w nieco nieufny sposób, ale nie krzyczał, ani nie zaczął paplać bez sensu. — I możesz zostać ze mną.
W tym momencie wkroczyła M. Brzmiała na zmęczoną, gdy powiedziała:
— Bond, wiem, że twoja moralność poszybowała bardzo wysoko, aż do punktu, w którym jestem zaniepokojona, ale czy jest to naprawdę rozsądne, aby…
— Zajęty — mruknął Bond i MI6 bardzo szybko zamilkło w jego uchu.
Czasami Bond kłamał, żeby trochę odpocząć, ale czasami naprawdę potrzebował chwili ciszy, aby pozostać przy życiu — tak jak teraz. W tym samym czasie zauważył razem z małym Q mężczyznę, który zbliżał się do zakrętu, ale gdy Q otwierał usta z zaskoczenia, to 007 podnosił pistolet i ustawił go w odpowiedniej pozycji z opanowaniem godnym kobry podczas ataku. Spokojny, wyrachowany i bez emocji, uniósł broń tuż nad rozczochraną głową Q i strzelił. Mały Q wrzasnął i opadł na ziemię zwijając się w kulkę, ale to mężczyzna miał dziurę w głowie, gdy pocisk Bonda poszedł dokładnie tam, gdzie chciał. Wciąż jednak człowiek Westforda strzelił ze swojej broni zanim upadł, a zbłąkany pocisk oderwał kawałek ściany znajdującej się naprzeciwko nich, udowadniając, jak blisko śmierci był Bond i jego mały podopieczny.
— Bond? Czy zneutralizowałeś cel, czy jesteś martwy?
M, jak zawsze, była taką pogodną duszą.
— To pierwsze — odpowiedział Bond z lekkim uśmieszkiem, który przekształcił się w pełnoprawny uśmiech.
Kiedy opuszczał swoje ramiona, zauważył, że mały Q wstawał powoli, niemal uderzając głową o łokieć Bonda. Dziecko wyglądało na oszołomione, z szeroko otwartymi oczami i otwartymi ustami. Pocierało również uszy, w których bez wątpienia dzwoniło.
— Jesteś dobrym strzelcem.
To sprawiło, że Bond zaśmiał się. To, jak nic innego sprawiło, że polepszył mu się humor, nawet bardziej niż drażnienie starego Kwatermistrza, tak jakby uznanie siedmiolatka było pożywką dla jego ego. Nagle to wszystko wydawało się raczej wycieczką, niż niebezpieczną misją, która mogła być szkodliwa dla życia.
— Chodź… w górę — mruknął, wstając i sięgając w dół, by umieścić dłonie wokół chudej talii chłopca.
Jak można było przewidzieć, lekkomyślne dziecko zaczęło odruchowo walczyć, zanim poddało się, zdając sobie sprawę, że Bond rzeczywiście ma zamiar go nosić.
— Ruszamy ponownie. — Bond poinformował z przyjemnością MI6. — Westford przestał mówić, czyli ktoś usłyszał strzały.
— Co oznacza, że ktoś, prawdopodobnie wiele osób, będzie wkrótce kierować się w twoją stronę. — Komentarz Kwatermistrza rozbrzmiał gdzieś w tle.
— I związku z tym?
— Pokierujemy cię wtedy. — Kwatermistrz postanowił być pomocny. — Choćby po to, byś nie utknął w ślepym zaułku. Weźmy… racja… to powinno… tylko…
Tak szybko, jak zaczął wyjaśniać, zaczęły rozbrzmiewać statyczne zakłócenia, tak jakby stworzenie wprost z koszmarów wyłoniło się, by pożreć wszystkie rzeczy, które zapewniały bezpieczeństwo.
Nie będąc na tyle głupi, by po prostu wybiec na środek ulicy, Bond zakradł się za zakręt i wślizgnął się do czegoś, co kiedyś było garażem, ale teraz stanowiło puste pomieszczenie. Dla Bonda było ważne, że nikogo tam nie było.
— M? — zapytał, przyciskając plecy do ściany i niezdarnie przesuwając małego Q w zgięciu swojej ręki. Bond pragnął chwycić broń swoją wolną dłonią, ale zamiast tego uniósł ją, by nacisnąć na słuchawkę. — Odpowiedz — rozkazał gwałtownie. Agent 00 nie wpadał w panikę, ale czasami w takich momentach jak ten, był bliski tego.
Nie rozbrzmiała żadna odpowiedź, z wyjątkiem statycznych dźwięków, które później również zniknęły.
Bez żadnego ostrzeżenia, jego kontakt z MI6 został zerwany.
Na zewnątrz rozbrzmiał zgrzyt żwiru, gdy ktoś się do nich zbliżał.
