Disclaimer: I don't own Harry Potter.


Autor oryginału: Kestrelcadiz (CeNedraRiva)

Link do oryginału: /works/5953426/chapters/13684651

Zgoda na tłumaczenie: jest

Paring: TMR / HP

Ostrzeżenia: Slash


Słowniczek: wężomowa


Nagła Słabość


Harry nie wiedział jakim cudem przedostali się aż tutaj. Z drugiej strony, to był z jego najmniejszych problemów.

Uniknął właśnie jednej nieprzyjemnej klątwy, robiąc przewrót i wysyłając zaklęcie w stronę przeciwnika. Intruz skoczył w bok, unikając go. Harry zaklął. Najwyraźniej Los nasłał na niego zabójcę, który potrafił się pojedynkować.

Takie właśnie było ryzyko bycia na szczycie. Na początku swojej kampanii, Harry'ego i Toma aż cztery razy w miesiącu ktoś atakował, co było w pewnym sensie dziwnym kontrastem w porównaniu do przytłaczającej popularności. Tom wcześniej zwrócił mu uwagę, że historycznie wielu popularnych przywódców politycznych padało ofiarami zamachu i najprawdopodobniej na nich też będą wysyłani zabójcy. Do tej pory wszystkich z nich udało się bez problemu pokonać.

Poruszając się szybko, Harry wysłał serię zaklęć w kierunku przeciwnika. Próbując uciec przed silną klątwą atakującego, potknął się i przewrócił. Mimo to, Rictumsempra zdołała do niego dotrzeć, co wywołało histeryczny atak śmiechu intruza. Harry posłał w jego kierunku oszałamiacz, jednocześnie wyczarowując linę, która miała go związać. Zostanie osądzony i wtrącony do więzienia. Azkaban nie był już tak onieśmielający bez pilnujących do Dementorów ale więzienie nadal nie jest najmilszą karą.

Głośny odgłos przy drzwiach zwrócił jego uwagę. Ze ściany przy nich opadł duży kawałek tynku, najprawdopodobniej dzięki zaklęciu. Odwrócił się szybko namierzając wzrokiem Toma. Sam pomysł, że ten też walczył, był dla niego niepokojący.

I właśnie wtedy poczuł klątwę przecinającą jego szyję.

Harry sapnął i natychmiast lewą ręką ucisnął zranione miejsce a prawą rzucił zaklęcie na przeciwnika. Ten zaśmiał się.

- Wiedziałam! Wiedziałam, że nie będziesz wystarczająco silny, żeby mnie zabić! - zawołał kobiecy głos. Intruz zdjął zasłaniający mu twarz luźny kaptur, odsłaniając niechlujne blond włosy i ciemne oczy, w których dało się dostrzec iskry szaleństwa. Harry nigdy wcześniej nie widział tej kobiety. - To ja! Lindsey Phillips! Twój największy przeciwnik!

Brunet zamrugał zaskoczony tym oświadczeniem i posłał w jej kierunku kolejną klątwę. Kobieta z łatwością jej uniknęła i zaczęła głośno wyrażać swoje dywagacje na temat swojego zwycięstwa i jego umiejętności bojowych.

Gryfon poczuł, że świat zaczyna wirować mu przed oczami i potknął się. Próbował usiąść, przewrócić się na bok - cokolwiek! - ale był już na to za słaby. Mięśnie nie chciały go słuchać.

Intruz podszedł bliżej, wciąż bełkocząc o własnej sile i potędze.

- Ha! Jakby zwykły oszałamiacz mój mnie zatrzymać, Lindsey Phillips! Przewidziałam, że...

Merlinie, ale ona była irytująca! I dlaczego mówiła jak jakiś złoczyńca z filmu? Nie, nie czas teraz na tego typu rozmyślania. Musiał zatamować płynącą krew. To było teraz najważniejsze - uleczyć uraz i zapobiec dalszej utracie krwi. Jego lewa dłoń wciąż uciskała ranę. Jak brzmiało zaklęcie? Merlinie, potrzebował zaklęcia uzdrawiającego! Zamrugał, ledwo mogąc myśleć o czymkolwiek.

"Przestań panikować" - usłyszał w swojej głowie. Głos był dziwnie podobny do tego należącego do Toma. "Walka tylko pogorszy sprawę". Czy to nie brzmiało podobnie do tego, co przed laty powiedziała mu Hermiona, gdy wpadli w Diabelskie Sidła? Dlaczego Tom miałby mu o tym przypominać?

Harry zauważył, że kobieta stanęła teraz nad nim z wyciągniętą prosto różdżką. Nie mówiła już nic, tylko się uśmiechała, obserwując jak się wykrwawia. Była tak tym zafascynowana, że nie zauważyła, że Harry wciąż trzyma w dłoni różdżkę.

Ignorując własny ból, zawroty głowę i zmęczenie, skoncentrował się na zaklęciu.

Napastniczka nie zauważyła momentu, w którym oberwała klątwą. Zachwiała się i upadła w tył, całkowicie nieprzytomna. Harry uśmiechnął się z ledwością. Zaklęcie było dalekie od pospolitego - Hermiona rozwinęła je do tego stopnia, że w skutkach przypominało działanie Wywaru Żywej Śmierci.

Dlaczego wszystko było takie mgliste? Stracił okulary?

Było mu niewiarygodnie zimno.


Tom nienawidził być zmartwionym.

Minęło niecałe dwadzieścia minut odkąd pokonał nasłanego na niego zabójcę. Normalnie by go to w żadnym wypadku nie martwiło ale tym razem on i Harry byli osobno - najwyraźniej ktoś pomyślał, że będą słabsi. To oczywiście nie było prawdą nawet w najmniejszym stopniu. Dzielili jedną moc, byli silniejsi niż większość Aurorów - napędzali się wzajemnie. Dla wszystkich było jasne, że należą do najpotężniejszych czarodziejów ostatnich czterech pokoleń, wliczając w nich, Dumbledore'a, Grindelwalda oraz Lorda Voldemorta.

Co więcej – byli najpotężniejsi wśród obecnych - co do tego nie było żadnych wątpliwości.

Mimo to, ktoś pomyślał, że osobno będą słabsi a ich moce podzielone, zupełnie jakby cała ich siła opierała się tylko i wyłącznie na towarzyszu sobie nawzajem. Oczywiście, był zmuszony przyznać, że oddzielnie byli tylko minimalnie słabsi. Bycie razem po prostu, wzmacniało ich.

Gdyby był w prywatnym miejscu, pozwoliłby sobie na warknięcie z frustracji. To mogłaby być zabójcza moc, gdyby tylko Harry poradził sobie ze swoją moralnością. Miał w sobie za dużo wiary w system sprawiedliwości, w wymierzanie kary dla przestępców, jeśli by zapytać Toma. Harry był całkowicie zdolny do obrony własnej, miał nawet odpowiedni instynkt, żeby celować w słabe punkty ale był jeden problem. Jego narzeczony używał tych umiejętności do defensywy, nie ofensywy.

Tom oczywiście wiedział, że wolał takiego Harry'ego w tej jego moralnej skorupie, w której spędził całkiem dużo lat w młodości ale to wcale nie znaczy, że czasem nie posuwał się za daleko. Całkowite rozgniecenie przeciwnika na ścianie polegało na użyciu siły podczas obrony ale zwykłe zadanie mu rany, którą ciężko byłoby uleczyć, już nie.

Tom miał wielką nadzieję, że tym razem jego intuicja go zawiodła i żaden zabójca nie został wysłany do Harry'ego. Lub żeby chociaż jego przeciwnik będzie wyglądał na niedoświadczonego i że będzie go można pokonać z filiżanką herbaty w dłoni lub czymś równie niedorzecznym.

Piekielny Gryfon. Życie Toma było o wiele prostsze zanim spotkał Harry'ego. W pewien pozbawiony skrupułów, makiaweliczny sposób.

Nagły przypływ gwałtownych emocji (paniki, strachu, zawrotów głowy, nudności, niepokoju i izolacji) nakazał mu przyspieszyć kroku.

Strażnicy biura kiwnęli mu głową na powitanie – najwyraźniej nie słyszeli nic niepokojącego. Kiedy znalazł się w środku, znieruchomiał.

Zgodnie z jego przewidywaniami, w pokoju był zabójca. Kobieta leżała nieprzytomna lub martwa, nie był pewien ale nie miało to teraz żadnego znaczenia.

Na podłodze z poderżniętym gardłem leżał też Harry.

Tom skoczył do przodu, niewerbalnie rzucając zaklęcie wiążące na skrytobójcę i opadając przy boku swojego mężczyzny. Merlinie, skąd aż tyle krwi? Ile już Harry stracił? Gryfon wciąż był przytomny i mrugał na niego, łapiąc oddech. Tom odsunął rękę mężczyzny z jego gardła (wciąż próbował tamować krwawienie) i przycisnął swoją różdżkę do rany, mrucząc uzdrawiającą pieśń.

- Vulnera sanentur, vulnera sanentur, vulnera sanentur. Czy naprawdę chcesz żebym umarł na zawał serca, bohaterze?

Rana natychmiast zaczęła się goić, tworząc szorstką, różową bliznę. Mimo, że największe zagrożenie został zażegnane to Harry wciąż był w niebezpieczeństwie. Niemal cały dywan był pokryty jego krwią. Nie zastanawiając się ani chwili dłużej, wezwał Zeviego. Przelewitował do siebie przycisk do papieru i zamienił go w świstoklik. Kilka dodatkowych zaklęć usprawniła całą podróż i stabilność lądowania.

Harry zaśmiał się cicho.

- Tom...

- Zamknij się, Harry. Miałeś rozerwane gardło. Rozmowa nie pomoże w jego uzdrowieniu.

- ...kocham cię, Tom.

Ślizgon uniósł jedną brew i aktywował świstoklik. Celem docelowym było bezpośrednio łóżko w ich mieszkaniu. W przypływie czułości, Tom odgarnął Harry'emu grzywkę znad czoła, na co ten uśmiechnął się do niego sennie.

- Bredzisz, kochanie. Uspokój się, Harry.

Brunet zmarszczył brwi i spróbował potrząsnąć głową, na co skrzywił się z bólu.

- Idiota.

Ignorując napastnika, podszedł do drzwi i poinformował strażników, że nie wolno im przeszkadzać, bez względu na powód, aż do końca dnia. Potem aktywował dodatkowe osłony w biurze. Dodał też kilka w wężomowie, tak dla pewności. Ucieczka stąd teraz była niemal niemożliwa. Ta konkretna próba zabójstwa nigdy nie wyjdzie na światło dzienne.

To Harry był jego priorytetem. Zawsze. Zemsta mogła poczekać.

Wracając do Harry'ego, aktywował świstoklik.

Gryfon jęknął, gdy wylądowali – Harry na łóżku a Tom obok niego. Ślizgon szybko przywołał eliksir uzupełniający krew i miksturę odżywczą, nagle zadowolony, że nie pozbyli się nigdy zwyczaju pojedynkowania się. Potem obejrzał Harry'ego dokładniej czy nie otrzymał jeszcze jakiś cięższych obrażeń i sprawdził jak mocno bije jego serce. Niestety, było niepokojąco słabe i dość nieregularne. Wyraźnie miał objawy umiarkowanego szoku. Jego skóra była zimna i wilgotna a oddech szybki i płytki.

Gdzie do diabła był Zevi?

- G'wa m'ie boli... - wymamrotał Harry.

- Harry, no naprawdę, jak już koniecznie chcesz mówić to używaj wężomowy. Zwykła mowa bardziej kaleczy twoje gardło.

Gryfon tylko zamrugał w odpowiedzi. Tom podniósł mu lekko głowę i przyłożył do ust uzupełniacz krwi ale ten zacisnął wściekle wargi. Przez ich więź przepłynęła fala paniki.

- Harry! To nie jest właściwy moment, żeby wątpić w moje intencje. Otwórz usta!

Z jakiegoś powodu te słowa okazały się być akurat odpowiednie. Mężczyzna odprężył się w jego ramionach.

- Przepraszam…

- Po prostu pij! – syknął a potem Harry otworzył posłusznie usta i przełknął eliksir, kaszląc przy tym dwukrotnie.

Nagła interwencja w osłonny obronne sprawiła, że Tom poderwał głowę. Zevi. Przepuścił go i pospieszył go kolejną falą bólu poprzez Znak.

- Mój panie! - zawołał głos z salonu.

- Tutaj.

Zevi wszedł do pokoju i oceniając pospiesznie sytuację, natychmiast podszedł do Harry'ego.

- Poważna utrata krwi, rozerwane gardło. Uzdrowiłem ranę i dałem mu uzupełniacz krwi. - zakomunikował Tom.

Prince kiwnął głową i zaczął rzucać na Gryfona zaklęcia diagnostyczne oraz zmodyfikowane zaklęcie Bąblogłowy. Harry napiął się i nieco przesunął bliżej Toma. Gdyby nie był ciężko ranny, to byłoby całkiem zabawne. Tom delikatnym ruchem przeczesał jego włosy.

- To tylko Zevi.

- Och, Tom...? Nie czuję się dobrze...

- Zrelaksuj się, Harry. Załatwię to. - zapewnił go.

Harry przez chwilę na niego patrzył mało przytomnie, po czym zamknął oczy i zaczął oddychać przez bańkę tlenową. Zaklęcie zaczęło też monitorować jego bicie serca, wyznaczając dziwny wzór pagórków czerwoną kreską.

- Tom. – odezwał się Zevi. - Harry stracił ponad dwa litry krwi, eliksir to dla niego za mało. Nie zadziała wystarczająco szybko. Zbyt mocno obciąża serce i przez to nie może się rozluźnić.

Spojrzenie Toma wyostrzył się ale Prince nie drgnął.

- Czego potrzebuje?

- Krwi. Transfuzji. - odpowiedział Zevi. - Znam zaklęcie, mogę...

- Użyj mojej. – powiedział, wyciągając nadgarstek w jego stronę.

- To nie takie proste, panie. Krew musi być zgodna...

Tom wyszczerzył zęby, posyłając Zeviemu jeszcze ostrzejsze spojrzenie.

- Jestem świadomy tego, jak działają transfuzje. Jesteśmy zgodni. Użyj mojej krwi. - syknął.

Prince skrzywił się.

- Wybacz mi, mój panie. Oczywiście. - powiedział szybko, po czym rzucił na Harry'ego kolejne zaklęcie diagnostyczne a potem skierował różdżkę na Toma, sprawnie przecinając mu skórę. Tom nie wzdrygnął się, ponownie przyglądając się Harry'emu. Wyglądał teraz o wiele gorzej - był niewiarygodnie blady. Riddle upewnił się, że jego twarz nie wyraża kompletnie nic.

Chwilę potem na nadgarstku Harry'ego też pojawiło się cięcie i Zevi zaczął intonować. Zaklęcie było nieznane dla Toma i zanotował sobie w myślach, żeby potem je dogłębnie zbadać. Jak także wszystkie inne zaklęcia związane z magią krwi. Znając Harry'ego jeszcze nie raz może ich potrzebować. I będzie musiał podszkolić się ze sztuki uzdrawiania.

- Tom...? Co jest...?

- Cicho, Harry. Naprawiam cię.

- Och. No to dobrze...

Jaskrawoczerwona krew zaczęła płynąć, w dół ramienia do ręki Harry'ego. Tom podążał za nią wzrokiem, pozwalając sobie na odprężenie się, wiedząc, że zdenerwowanie nie będzie dobrym pomysłem przy wykonywaniu transfuzji. Harry był tutaj, w ich domu, bezpieczny a zabójca został schwytany. Oddawanie krwi nie było żadnego rodzaju ofiarą. Nie ze względu na dobro Harry'ego.

To w sumie zabawne jaki kiedyś nacisk kładł na krew, nawet jeśli robił to w interesie manipulowania innymi. Teraz bycie czystym nie miało znaczenia. Każda kropla krwi lała się w dokładnie taki sam sposób.

Krew Harry'ego była teraz najważniejsza. Tom nie zdzierżyłby gdyby w żyłach Gryfona płynęła jakakolwiek inna krew niż jego własna. Jakoś dobrze się z tym czuł. Kolejne powiązanie między nimi.

Po pewnym czasie wygląd Harry'ego poprawił się. Mężczyzna stał się bardziej różowy, zdrowy. Jego serce miało teraz o wiele silniejszy i stabilniejszy rytm. Oddech także się uspokoił.

- Nic mi nie jest, Tom. Już możesz przestać. - powiedział nagle Harry.

Tom spojrzał na niego przenikliwie, na co Gryfon niespokojnie poruszył się na łóżku.

- Zevi, ile krwi stracił Harry?

- 2320 mililitrów.

- A ile mu jeszcze brakuje?

- 1580 mililitrów.

- Tom…

- To znaczy, że Harry potrzebuje jeszcze około 550 mililitrów, aby znaleźć się za bezpieczną granicą, prawda? - zapytał protekcjonalnie Tom.

- Najlepiej jeszcze więcej, panie. Teraz oddałeś już prawie 750 mililitrów. - poinformował go Zevi.

- Mogę oddać więcej.

- Co? Przestań! - ponownie wtrącił się Harry, próbując się odsunąć. - Nie pozwolę ci na samookaleczenie, nawet w celu pomocy mi.

Tom uśmiechnął się do niego fałszywie. Gryfon wytrzymał jego spojrzenie.

- Harry, to naprawdę nie jest sprawa, w której potrzebuję twojego zezwolenia na cokolwiek.

- Tom!

- Drętwota. - powiedział machając różdżką. Gryfon opadł na łóżko. - Kontynuuj, Zevi.

Prince rzucił mu niezręczne spojrzenie ale spełnił polecenie. Był naprawdę wzorowym sługą. Przestał jednak po jakichś trzydziestu sekundach.

- Mój panie, starczy. - wydukał, wzdrygając się pod wpływem ciemniejącego spojrzenia Toma. - Dalsza transfuzja oznaczałaby wprowadzenie cię w stan gorszy niż wcześniej Harry'ego. Oddałeś tyle krwi, ile wytrzymasz fizycznie.

Riddle z satysfakcją patrzył jak Zevi powoli zaczyna się skręcać pod jego wzrokiem. Przeciągająca się cisza przerywana była tylko oddechem Harry'ego.

- Świetnie. - skomentował Tom, ponownie odwracając się do Harry'ego i ignorując ledwo słyszalne westchnienie Prince'a.

Wyczuwając zwolnienie, Zevi wstał i skierował ku drzwiom. W progu zatrzymał się jeszcze na moment.

- Czy mam wrócić tutaj później, panie? - zapytał z wahaniem.

Tom potrząsnął głową, opierając się fali nagłych zawrotów głowy.

- Nie. Chociaż będę potrzebował więcej eliksirów uzupełniających krew.

- Tak, mój panie. - Zevi skłonił się krótko.

- Och, Zevi? Użyj mojego Fiuu, żeby sprawdzić sytuację w Ministerstwie. W biurze jest zabójca. Szkoda byłoby, gdyby zraniła się z nudów.

Spojrzenie Prince'a stwardniało, kiedy wychodził. Przykładny sługa. Wściekle broni także Harry'ego.

Tom wypił drugą fiolkę mikstury uzupełniającej krew i okrążył łóżko, żeby się wspiąć na jego drugą stronę. Harry był jego najważniejszym priorytetem a teraz oboje mieli mały niedobór krwi. Z roztargnieniem zastanowił się który z jego podwładnych najbardziej sobie odbije na niedoszłym zabójcy. Kobieta będzie bardzo żałowała, że zdecydowała się na atak.

Zaklęciem zaciągnął zasłony łóżka i opadł na poduszki.


To absolutnie niesamowite jak często Harry zostaje ranny, pomyślał Zevi. Co prawda, większość jego obrażeń jest wynikiem sprzeczek z Tomem ale większość była niezamierzona a Harry rzadko doznawał drugi raz tego samego urazu.

Mimo to, dzisiejszy atak był największym zagrożeniem jego życia od czasów potyczki z Voldemortem. Zapewne dlatego Tom opuścił nieco swoje bariery.

W rzeczywistości, bardzo rzadkie jest okazywanie takiej troski ze strony Toma, a jeszcze rzadsze kierowanie się altruizmem w czystej postaci. Jego pan celowo i zamierzenie osłabił się w stopniu znacznym dla dobra Harry'ego. Był nawet w stanie posunąć się jeszcze dalej i zaryzykować dla niego życie. To przeczyło logice, którą się zawsze kierował. A to wszystko dla Harry'ego.

Tom, który dla zabawy zrujnowałby małżeństwo. Tom, który kiedyś stworzył krwawy spór między dwiema rodzinami czystej krwi, aby się zabawić. Tom Riddle, który – pozbawiony wpływu Harry'ego – rozpocząłby dosłownie ludobójstwo, działając przeciwko mugolom i mugolakom, wciągając cały czarodziejski świat w nowe ciemne wieki…

Zevi uśmiechnął się. Ich więź rzeczywiście była prawdziwie legendarna.

Przed przybyciem do Ministerstwa, skontaktował się z Alphardem i Abraxasem.


Pierwszą rzeczą jaką zanotował umysł Harry'ego był fakt, że przebywał w łóżku. Drugą rzeczą była świadomość tego, że był nagi. Jego uda były pieszczone przez znajome dłonie, zaś do jego bioder przyciśnięte były mokre usta.

- W samą porę, bohaterze.

- Tom? - jego głos był odrobinę ochrypły. Miał wrażenie, że jego gardło było nieco potłuczone. Przez chwilę zmagał się z otwarciem oczu – były jakieś sklejone. Wtedy uświadomił sobie trzecią ważną rzecz - słońce świeciło mocno, co znaczyło, że musiała być okolica południa. A Tom był niesamowicie czuły.

Merlinie, musiało się stać coś strasznego.

- Co się stało?

Tom przerwał pieszczoty i podniósł się, gapiąc na niego.

- Nie pamiętasz?

Harry zamrugał, skupiając się na ostatnich wspomnieniach. Byli w Ministerstwie, Tom z jakiegoś powodu się od niego odłączył a on został przywalony papierkową robotą. Próbował sobie przypomnieć te wydarzenia krok po kroku. Tom, najwyraźniej podążając za jego tokiem myślowym, przyglądał mu się uważnie z uśmiechem na twarzy. Hm, został zaatakowany…

- Znowu zabójca, naprawdę? - zapytał odrobinę rozbawiony.

Tom jednak nie wyglądał na radosnego.

- Czy masz jakiekolwiek pojęcie jak blisko śmierci byłeś? - zapytał Ślizgon, przesuwając palcem po jego nagiej piersi, zatrzymując dłoń na jego sercu.

- Hm, nie bardzo.

- A czy poznajesz ranę na tętnicy szyjnej? Była śmiertelna.

Lekko zdezorientowany Harry spojrzał na niego uważniej.

- Tak! To był wypadek, czysty zbieg okoliczności...

- Straciłeś aż trzydzieści osiem procent całkowitej objętości krwi. - stwierdził Tom.

Gryfon zamilkł, nagle czując jak przenika go chłód.

- Co?

Tom przechylił głowę na bok z pustym wyrazem twarzy. Jego palec przesunął się wyżej, ku wrażliwej bliźnie i jego szyi.

- Episkey. Consanio. Coalesco percur. Cruor langsam. Z tego co wiem, potrafisz rzucać zarówno werbalnie, jak i niewerbalnie, jak i wężomowie zaklęcia uzdrawiające.

- Tom, ja...

- Ale kiedy wszedłem do pokoju, ty nadal krwawiłeś.

- Byłem zdezorientowany! Nie mogłem sobie przypomnieć...

- Zdecydowałeś się na śmierć...

- Nie jestem samobójcą! - krzyknął a zaraz potem złapał go kaszel. Tom obserwował to beznamiętnie ale gdy kaszel ustał, mężczyzna przyłożył swoją różdżkę do jego ust i nagle poczuł w nich wodę. Przełknął, wdzięczny za ulgę dla bolącego gardła.

Czasami naprawdę czuł się dziwnie, gdy Tom był taki delikatny i jednocześnie rugał go okrutnie. Ta czułość była efektem jego psychopatycznej miłości – to w ogóle dziwaczne, że Tom troszczy się o kogoś.

Oczy Ślizgona pozostały puste, czarodziej wciąż wpatrywał się w niego intensywnie. Harry podziękował za wodę, na co jego partner zamrugał.

- Bez względu na swój powód, nie wyleczyłeś się od razu, gdy zostałeś ranny. Po tym zakrwawionym biurze zakładam, że zamiast tego wciąż walczyłeś.

Harry zaczerwienił się gwałtownie i odwrócił głowę w bok. To przypuszczenie było tak trafne, że poczuł się zawstydzony. Przecież był mistrzem w obronie! Jakim cudem jego umysł wybrał nieracjonalne rozwiązanie i zignorował tak ciężką kontuzję? Przełknął ślinę, nagle będąc bardziej świadomym bólu w gardle.

Tom pochylił się do przodu i chuchnął mu ciepłym oddechem prosto do ucha.

- Trzydzieści sekund, bohaterze. - szepnął. - Jeszcze trzydzieści sekund a skończyłbyś martwy.

Harry wstrzymał oddech i poczuł jak po kręgosłupie przebiega mu chłód. Gdyby Tom nie przybył na czas albo gdyby zawahał się dłużej...

Z łatwością mógł stwierdzić, że Ślizgon myśli o dokładnie tym samym.

- Przepraszam. - powiedział cicho, przyciskając policzek do twarzy Toma. Ten westchnął ciężko i położył dłoń na boku szyi Harry'ego, przyciskając go do siebie mocniej.

- Dlaczego jestem do ciebie taki przywiązany? Byłoby o wiele prościej, gdybyś był też tak dobry z samoobrony.

Harry prychnął.

- Jesteś cholernym psychopatą, który prześladował mnie przez cały czas i to tylko z powodu nudy.

- Nie to jest w nas najbardziej niezwykłe, kochanie.

Tom pocałował go w policzek, potem w czubek nosa i usta. Były to powolne i niespieszne pocałunki. Harry ścisnął go mocniej za ramię, chętnie odpowiadając, z rosnącą przyjemnością. Próbował przelać cały swój żal i przeprosiny za wystraszenie Toma, swój lęk przed śmiercią i radość z przetrwania poprzez pocałunki i więź. Tom warknął i polizał jego usta. Harry domyślił się, że podziałało i rozluźnił się, wciąż czując migotanie jego emocji. Gniewu, frustracji, zmartwienia, ulgi i ckliwości. MIŁOŚCI.

- Ha, kochasz mnie. - stwierdził z zadowoleniem.

- To efekt niefortunnego poznania cię, skarbie. - odpowiedział Tom, ponownie łącząc ich usta w pocałunku. Po chwili oparł swoje czoło o Harry'ego, patrząc mu prosto w oczy. - Zainwestowałem w ciebie naprawdę dużo, kochanie. Nie pozwolę ci odejść.

Harry uśmiechnął się.

- Musiałbyś się nieźle natrudzić, żeby się mnie pozbyć, Tom. - powiedział pewnie.

- Wystarczy dobrze wymierzone Diffindo.

- Nawiedzałbym cię nawet po śmierci.

- Nie pozwalam ci umrzeć, kochanie.

Harry otworzył usta, żeby odpowiedzieć ale Tom znowu go pocałował. Po kilku sekundach odprężył się - zastanawiał się czy Ślizgon byłby w stanie rozpętać wojnę, jeśli tylko to mogłoby utrzymać Harry'ego przy życiu.

Z drugiej strony, naprawdę nie chciał się tego dowiedzieć.


- Co zrobiłeś...?!

- Złączyłem nasze serca razem. Kochanie, dlaczego zawsze tak mało mnie słuchasz? Jakbyś nie wiedział to dość często używane zaklęcie wśród Uzdrowicieli, chociaż przyznaję, że troszkę go zmodyfikowałem...

- Tom...

- Nie martw się, kochanie. To nic takiego.

Harry zamknął oczy i wziął głęboki oddech, próbując się uspokoić.

- Co dokładnie robi to zaklęcie? - zapytał.

Tom uśmiechnął się.

- Zapewnia mnie, że nie będzie kolejnych trzydziestu sekund.

Harry zamrugał, marszcząc brwi.

- Więc powstrzymuje moje ciało od śmierci.

- Cieszę się, że potrafisz wykorzystać tą inteligencję, którą posiadasz.

- Palant. Coś jeszcze robi?

Tom uśmiechnął się złośliwie, wyciągając się obok niego. Ten uśmiech był okropny - wyglądał, jakby Tom miał coś, czego Harry rozpaczliwie potrzebował i to Ślizgon miał decydować o cenie. Gryfon wpatrywał się w niego, nie zwracając uwagi na domagającego się uwagi członka - tak właśnie kończy się posiadanie takiego kochanka jak Tom - żeby Harry'emu stanął, wystarczy jeden taki uśmiech.

- Tom, w jaki sposób zmodyfikowałeś zaklęcie?

- Spokojnie, po prostu je wzmocniłem. To tylko nieznacznie nielegalne i tylko dlatego, że zagraża Uzdrowicielowi.

- Co?! - krzyknął spanikowany.

- Och, i zaklęcie jest na stałe.

- Tom! Ja pierdole! Dlaczego?

- Język. - upomniał go Riddle.

Harry zacisnął zęby. Merlinie, jaki ten facet potrafi być wkurzający. O czym on, do diabła, myślał rzucając na nich trwałe zaklęcie? Jego magiczny rdzeń może nawet spowodować śpiączkę Uzdrowiciela, gdy życie odbiorcy jest wystarczająco zagrożone. Oczywiście, to nie było coś na czym zależało Tomowi - nie, gdy w grę wchodziłoby uratowanie Harry'ego. Czy to źle, że odebrał to nieco jako komplement? Że Tom zdecydował się na coś tak ekstremalnego? Z drugiej strony, Tom wiedział, że Harry zna się wystarczająco na tego rodzaju pomocy w nagłych wypadkach, żeby wiedzieć, że potencjalne obrażenia mogą zagrozić Tomowi.

- Jak długo planujesz trzymać nasze serca związane ze sobą? - zapytał.

Twarz Toma wykrzywiła się ukazując fałszywą krzywdę.

- Nie podoba ci się to? Myślałem, że tak będzie romantyczniej.

- Tom. - Harry przysunął się bliżej niego i przewrócił go na plecy. Oparł się na jednym ramieniu mężczyzny, naruszając jego przestrzeń osobistą. - Wiesz dobrze, że te zaklęcia są nielegalne nie bez powodu. Założę się, że dokładnie wiesz, jak to jest niebezpieczne. Zapewne też przestudiowałeś wszystkie przypadki wiązania. Dlaczego uważasz, że to świetny pomysł?

Ślizgon odwzajemnił jego spojrzenie, wyraźnie nie będąc przejętym. Harry prychnął.

- Mam być bardziej ostrożny? I bardziej uważać na urazy, prawda?

- Dokładnie tak.

- Drań. - powiedział Harry, opierając głowę na piersi Toma. Chwilę później otoczyły go silne ramiona. Pozwolił sobie na zamknięcie oczu i rozmyślania. Wtedy, w Ministerstwie Magii, zaczął już odpływać. Kto wiedział, że utrata odrobiny krwi będzie taka męcząca? Teraz, jak o tym pomyślał, to uświadomił sobie, że o czymś zapomniał. O czymś ważnym. Coś było nie tak. Zanim usnął, jego ostatnia myśl popłynęła w kierunku napastniczki.

Ciekawe co stało się z Lindsey Phillips, kiedy znaleźli ją Aurorzy.