Disclaimer: I don't own Harry Potter.


Autor oryginału: Kestrelcadiz (CeNedraRiva)

Link do oryginału: /works/5953426/chapters/13684651

Zgoda na tłumaczenie: jest

Paring: TMR / HP


Ostrzeżenia: Slash


Odrażające Konsekwencje


- Ona nie żyje. - W głosie Harry'ego nie było żadnego pytania.

Tom podniósł wzrok, nie ukazując nawet jednej emocji na swojej twarzy. Nie odpowiedział. Harry westchnął ciężko. Głowa mu opadła i patrzył się teraz wprost do kubka herbaty.

- To jeden z tych momentów, w których doceniam ustne potwierdzenie, Tom. - stwierdził Harry, podnosząc wzrok i spoglądając mu prosto w oczy, gdy cisza coraz bardziej się przedłużała. - Powiedz mi, że się mylę. Powiedz mi, że nie torturowałeś jej a potem nie zabiłeś...

- Zabiłem ją.

Tak właściwie, to zaledwie kilka godzin temu. W chwili, gdy krzyki kobiety zmieniły się jedynie w żałosne jęki. Zevi, Alphard i Abraxas wyraźnie stali niespokojni - nie spodziewali się po Tomie takiego miłosierdzia.

Co dziwne, sam akt sprawił, że Tom sam czuł się niespokojnie. Nerwowo. Dopiero, gdy wrócił do domu i zobaczył Harry'ego, zobaczył jak łatwo i miarowo oddycha, jest żywy i powoli odzyskuje swoje siły, uspokoił się. Cały późniejszy czas spędził na czuciu Harry'ego - jego zapachu, ciepła. Obserwował w jaki sposób światło oświetlało jego rzęsy i kości policzkowe. Smakował jego magii i pozwalał delikatnie swojej otaczać ich w powietrzu. Doszło nawet do tego, że położył głowę na piersi Harry'ego i z zamkniętymi oczami słuchał jego bicia serca - było w pewien sposób kojące. Jeszcze lepiej się poczuł, gdy Harry odzyskał przytomność i zaczął reagować na jego pieszczoty. Prawdę mówiąc, Tom niemal zapomniał o otaczającym ich świecie. Nie był on wtedy ważny.

Przynajmniej udało mu się nakłonić Harry'ego, żeby coś zjadł zanim zdąży pomyśleć wystarczająco jasno, żeby zapytać o losy niedoszłego zabójcy.

- Próbowała cię zabić. - dodał.

- Phillips była wyraźnie niezrównoważona psychicznie! Potrzebowała pomocy!

- Teraz już nie potrzebuje. - stwierdził stanowczo.

- Ponieważ ją zabiłeś!

- Harry...

- Nie waż się szukać usprawiedliwienia! Zabiłeś ją wyłącznie dla zemsty!

- Tak.

Między nimi zapadła cisza. Harry patrzył na niego przez moment, po czym prychnął z goryczą.

- Nie mogę uwierzyć, że... - urwał, kręcąc zaciekle głową. - Dziesięć lat temu się spotkaliśmy, Tom. Byli tacy, którzy i ciebie uznaliby za osobę niestabilną psychicznie. Niektórzy wciąż tak właśnie cię postrzegają. Czy powinienem cię zabić za atakowanie mnie? Za to, że wiedziałem, kim mogłeś się stać?

- Prawdopodobnie. Ja bym tak zrobił.

- Wiedziałem, że nie jesteś Voldemortem. Dałem ci szansę. - powiedział Harry.

- Próbowałeś mnie zbawić. Wiem, bohaterze. Byłem tam. - twarz Toma ściemniała, gdy podszedł do przodu. - Wiesz co? Nie da się zbawić psychopaty. Jego nie obchodzi odkupienie.

Harry warknął i skoczył do przodu.

- Nienawidzę, kiedy używasz tego słowa!

- Dlaczego? - zapytał ciekawy.

- Bo to paskudne kłamstwo!

- W jaki sposób?

- Merlinie, Tom! Psychologia znacznie się rozwinęła od lat czterdziestych! Nikt już nawet nie używa terminu "psychopata" - tylko ty to robisz. Chcesz się usprawiedliwić, za błędy, które popełniasz!

- "Psychopata" jest terminem...

- Jesteś o wiele za silną osobą, żeby fizjologia mogła kierować twoimi działaniami! - powiedział szybko Harry.

Tom otworzył usta, żeby odpowiedzieć ale nie mógł. Był w stanie jedynie mrugać i gapić się. Harry uśmiechnął się w nieco maniakalny sposób.

- Używasz go, żeby ukryć swoje pomyłki w osądzie lub kiedy pozwalasz swoim pieprzonym impulsom kontrolować swoje działania. Nienawidzę tego słowa. - skomentował Harry.

- Wszedłeś w ten związek z otwartymi oczami, kochanie.

- Czyż nie?

Obaj patrzyli na siebie. Mięśnie Harry'ego były napięte. Ich magia kłębiła się w powietrzu, czyniąc je ciężkim jak metal. Po chwili, Gryfon westchnął i Tom wyczuł jak jego magia cofa się a umysł zamyka się. Zmrużył oczy. Harry przełknął z goryczą ślinę, po czym odwrócił się, żeby wyjść.

- Dlaczego tak ci to przeszkadza? - zapytał Tom.

Harry zatrzymał się przy wyjściu ale nie odpowiedział. Tom uświadomił sobie, że wcale nie musi.

Sam już dobrze znał odpowiedź.


Gdy Tom się obudził, z łatwością mógł stwierdzić, że Harry nie spał dzisiaj koło niego. Prześcieradło z drugiej strony było zimne i nienaruszone, co sprawiło, że Tom miał ochotę zawarczeć z niezadowolenia. Mimo to, zignorował to i odwrócił wzrok.

W domu było cicho. Drzwi do wcześniejszej sypialni Harry'ego był zamknięte, co było rzadkością, odkąd zaczęli sypiać w jednym łóżku. Oboje preferowali łóżko Toma ale zdecydowali się zachować tamten pokój – obaj woleli mieć też własne przestrzenie życiowe.

W kuchni nie było nikogo, chociaż nie było to niczym niezwykłym. Tom zazwyczaj zawsze budził się szybciej od Harry'ego. Tradycyjnie więc, zabrał się za przygotowywanie im obu śniadania. Mogli się kłócić ale jeszcze wczoraj szanse na życie Harry'ego były niewielkie. Potrzebował posiłku bogatego w składniki odżywcze, które pomogą mu odzyskać siły. Pozostawiony sam sobie, Tom mógł jedynie przemówić Harry'emu do rozsądku, żeby zjadł tosty i spróbował iść do pracy. Oczywiście, potem Tom będzie musiał nalegać, żeby Harry się chociaż trochę zdrzemnął - ich wieczory zawsze są wypełnione podnieceniem. Dzisiaj jednak nici z seksu. Harry chociaż przez jeden dzień powinien odpoczywać. Mimo to, Tom czuł, że to przegrana sprawa - ze zwykłych słów Harry sobie nic nie zrobi, o wiele efektywniejsze będzie łapać go za słówka i wymusić obietnicę.

Po piętnastu minutach, kiedy zapach mocnej kawy zaczął rozchodzić się po domu a Harry wciąż się nie pojawił, Tom postanowił zbadać sprawę.

Drzwi były zamknięte ale zabezpieczenia były lekkie. Harry nie martwił się o zachowywanie prywatności między nimi a wszystko co tak naprawdę chciałby zachować w tajemnicy, nie byłoby takie oczywiste. Tom zatrzymał się w drzwiach, przyglądając się pokojowi. Stolik jak zwykle był zagracony. Z jakiegoś powodu ludzie lubili obdarowywać Harry'ego tuzinami fałszoskopów z powodu bycia otoczonym przez złowieszcze, zdradliwe i kłamliwe węże. Większość z nich nie była nawet w dobrym stanie ale Harry lubił sposób, w jaki łapały światło więc zatrzymywał je wszystkie. Reszta pokoju była o wiele bardziej uporządkowana, chociaż Tom przypuszczał, że to tylko i wyłącznie dlatego, że niemal całą pracę wykonywali w gabinecie.

Dawna sypialnia Harry'ego była pusta. Mężczyzna tutaj nie nocował. Najprawdopodobniej nie wrócił w ogóle na noc do domu.

Tom wrócił do kuchni. Śniadanie Harry'ego było wciąż w przygotowaniu, zaś jego własne w połowie zjedzone.

Może to i dziecinne ale poczuł się lepiej, paląc jedzenie. Stał i obserwował jak płomienie pochłaniają wszystko leżące na stole. Poczuł ukłucie satysfakcji.

Potem podszedł do Fiuu. Miał jeszcze godzinę do rozpoczęcia pracy ale uznał, że lepiej będzie mu w biurze.


- Gdzie Harry?

Oczywiście, że ten dzień nie mógł być spokojny. Zevi wzruszył ramionami przy drzwiach, gdy Weasley niemal rzucił się na niego, próbując zastraszyć. Za nim stała Granger. Fakt, że nie próbowała jeszcze urwać swojemu mężowi głowy, świadczył o tym, że sprawa była poważna.

- Riddle, gdzie Harry? Dlaczego nie odpowiada przez Fiuu? - Weasley naskoczył teraz na niego.

Głos mężczyzny zabrzmiał dość nieprzyjemnie w uszach Toma. Jego twarz pozostała jednak pusta. Interesujące było to, że Harry nie skierował się od razu do domu Weasleyów, żeby tam wyzdrowieć.

- Harry jest chory. Nalegałem, żeby przed moim wyjściem wziął Eliksir Bezsennego Snu. - powiedział siadając i pozwalając, by na jego ustach pojawił się lekki uśmiech. - Myślisz, że go zamordowałem, Weasley? Wpadłeś tutaj, żeby go pomścić?

Rudzielec obnażył zęby ale Granger powstrzymała go surowym spojrzeniem i podeszła bliżej.

- Jaka choroba utrzymała Harry'ego w łóżku od wczorajszego popołudnia?

- Smocza ospa. Najlepiej izolować zakażonego. - wyjaśnił gładko.

- Harry przeszedł smoczą ospę, kiedy miał siedemnaście lat.

- Zdarzały się już przypadki powtórnej infekcji.

- Gdyby tak było, to z pewnością ty także byś był zarażony. - powiedziała twardo.

- Rozpoznałem objawy zanim Harry zdążył mnie zarazić. - odpowiedział płynnie.

- Co kryje się za twoją pewnością?

- Liczne uroki medyczne.

Granger spojrzała na niego surowo. Oczywistym było, że nie uwierzyła mu w ani jedno słowo. I nie wiedziała co robić dalej. Ochrony wokół ich domu miały w sobie ich magiczne sygnatury, więc nie można ich było naruszyć lub zdjąć bez ich obecności - Granger więc nie będzie w stanie sprawdzić czy Harry faktycznie nie przebywa w domu. Gryfon zapewne chciałby, żeby Tom podzielił się informacjami z jego przyjaciółmi odnośnie wczorajszego ataku ale osobiście nie widział powodu, dla którego miałby ich oświecić.

Kobieta przechyliła głowę w bok.

- To twoja wina, prawda? Czymś go zdenerwowałeś.

Granger patrzyła na niego ze znanym mu już wyrazem twarzy. Tom uśmiechnął się do niej i wrócił do swojej pracy.

- Dąsa się, że unieruchomiłem go w łóżku. Jestem zaskoczony, że jeszcze się z tobą nie skontaktował.

- Zrobił to dziś rano. Przyszedł do nas dziś rano i muszę stwierdzić, że jak na kogoś ze smoczą ospą, wyglądał całkiem dobrze. Poprosił mnie, żebym przeprowadziła za niego mało ważne spotkanie i zajęła się jego obowiązkami.

W innych okolicznościach, Tom z pewnością doceniłby podstęp Granger. Wnioskując po minie Weasleya, on też o tym nie wiedział.

- Dlaczego Harry jest na ciebie taki zdenerwowany? - zapytała.

- Hermiono. Chociaż doceniam twoje nieustające wysiłki na rzecz obrony i wsparcia Harry'ego przez te wszystkie lata ale nasze prywatne nieporozumienia nie są twoją sprawą. Jeśli Harry nie poczuł się w potrzebie poinformowania cię o szczegółach naszej dyskusji, to nie widzę powodu, bym ja to robił.

- Rozumiem. Czy dasz mi chociaż jakąś wskazówkę? Harry powiedział, że planuje przynajmniej tygodniową przerwę od pracy.

- Znowu ci odmówię. To, co Harry postanawia ci powiedzieć, nie należy do mnie. Nie mogę się przejmować czy na bieżąco śledzisz wszystkie jego działania i wybory. - powiedział.

- Jak poważna była wasza walka?

- Wynoś. Się. - wycedził.

- Riddle!

- Granger!

Zgodnie z jego oczekiwaniami, kobieta pierwsza odwróciła wzrok. Weasley rozglądał się pomiędzy nimi, wyraźnie nie wiedząc jak się zachować. W końcu czarownica skinęła głową.

- W porządku, rozumiem. Nie pomożesz mi, więc sama znajdę Harry'ego i wypytam o wszystko. - powiedziała kierując się do wyjścia. - Riddle. O cokolwiek się pokłóciliście, to jest dla Harry'ego naprawdę ważne. - przerwała zagryzając wargę, niezdecydowana czy ma kontynuować. - Wiesz dobrze jaki jest, gdy o coś walczy. Tym razem nie było w nim widać ognia. Wydawał się cichy i płytki. Myślę, że tym razem naprawdę cierpi.

Wyraz twarzy Toma pozostał nieczytelny.

- Jestem oszołomiony faktem, że wciąż jesteś w zasięgu mojego wzroku.

Kobieta zarumieniła się z powodu jego ostrego tonu głosu.

- Musisz mu to wynagrodzić. Ty jemu. Nie on tobie. - powiedziała szybko i natychmiast wyskoczyła z pokoju widząc, jak podnosi się z krzesła. Tuż za nią wyskoczyli, niemal zderzając się ze sobą, Weasley i Zevi. Tom patrzył za nimi jeszcze przez chwilę, po czym na biuro nałożył dodatkowe ochrony prywatności.


Trzy dni później, Harry wciąż nie wrócił. To zaczynało graniczyć z absurdem. Tom był święcie przekonany, że Harry należycie o siebie nie dba. Zawsze zapominał o jedzeniu i nigdy nie zwracał większej uwagi na zalecenia lekarskie.

Co więcej, z nikim się nie kontaktował od tych trzech dni. Dom był taki cichy.

Tom warknął zirytowany, kierując się do kominka. Dał Harry'emu wystarczająco dużo czasu.

Znalazł go oczywiście na Grimmuald Place. To niesłychane, że Granger do niego nie dotarła, choć z drugiej strony mogła go wcale o tym nie informować. Zwłaszcza po ich ostatniej uroczej konwersacji.

W tym mieszkaniu też panowała cisza, choć Stworek był zajęty w kuchni. Mruczał pod nosem coś o upartych panach, na co Tom jedynie przewrócił oczami i poszedł na górę.

Budynek był o wiele lepszym stanie niż podczas wojny. Pył nie pokrywał każdej płaskiej powierzchni ani nie było czuć tak bardzo zapachu pleśni. Zasłony zostały wymienione a stonowane gobeliny zakryły większość ścian. Wiele magicznych artefaktów zostało ukrytych, zaś te przeklęte zostały zniszczone.

W pewnym momencie Harry chciał tutaj zamieszkać, zanim Tom wybił mu to z głowy. Po roku używania tego domu jako kwatery głównej Zakonu Feniksa, zbyt wielu ludzi wiedziało o istnieniu tego miejsca. Co więcej, większość z nich sądziła, że Tom faktycznie był Voldemortem, odmłodzonym i czekającym na odpowiedni moment, żeby zamordować Harry'ego oraz wznowić kampanię przeciwko mugolom i mugolakom. To nie było dokładnie tym, czego oczekiwał Tom od bezpiecznego domu.

Harry siedział na krześle przy oknie, obejmując podkurczone nogi, patrząc na blask londyńskich świateł. Tom podszedł do niego cicho, zatrzymując się kilka metrów od niego. Harry przez moment go nie rozpoznał a potem westchnął.

Wyglądał źle. Cienie pod jego oczami kontrastowały z bladością jego skóry. Wyglądał na wyczerpanego. W przeciwieństwie do całego obrazu, jego oczy błyszczały ponurą determinacją.

- Wiedziałem, że to ty pierwszy mnie odnajdziesz.

- Ja znam cię najlepiej.

Cisza, jaka między nimi zapadła, nie była typowa. Czuć w niej było napięcie minionej kłótni.

- Jak poszły renegocjacje?

- Zostały odroczone do przyszłego tygodnia. Tanook woli pracować z tobą niż ze mną. Zgodziła się zaczekać aż wyleczysz się ze swojej ospy.

Na twarzy Harry'ego pojawił się mars.

- Ospy? Smoczej Ospy?

- Przyznaję, to nie była najbardziej błyskotliwa wymówka. - powiedział.

- Koszmarna.

- Mimo to, otrzymałeś dziesiątki kwiatów i prezentów. Opinia publiczna jest bardzo zaniepokojona twoim stanem zdrowia.

Harry prychnął, ponownie odwracając się do okna.

- Co z moją papierkową robotą?

- Całość podpisana. Granger spojrzała na to, żeby upewnić się, że spełnia twoje standardy.

- I twoje.

- I moje.

Harry wstał i podszedł do stołu. Tom podążył za nim przeglądając papiery i rozproszone dokumenty, których większość dotyczyły Lindsey Phillips. Jego wzrok utkwił w raporcie o zaginionych, najwyraźniej złożonym dopiero dzień przed zamachem.

- Zwinąłem je wszystkie, zanim odszedłem.

- Widzę.

- Dupek. - powiedział Harry, wyciągając ze wszystkich papierzysk jeden, który wyglądał jak artykuł z jakiegoś magicznego czasopisma podróżniczego. - Zakładam, że nie znalazłeś żadnych dowodów na to, że umysł Philips został zmanipulowany, kiedy ją legilimentowałeś.

- Oczywiście.

- I oczywiście sprawdziłeś wszystkie rzadsze mikstury zmieniające umysł.

- Nie została zmuszona do zażycia takowych.

- Ale nie sprawdziłeś, czy nie była pod wpływem mugolskich narkotyków. - powiedział Harry.

Rzeczywiście, tego Tom nie zrobił.

- Podejrzewasz coś.

Twarz Harry'ego była pusta, gdy wręczał mu artykuł.

Rzeczywiście, był to fragment z "Przeglądu Magicznych Stworzeń" - traktat dotyczył nawyków młodych zwierząt, żyjących w australijskim buszu. Najwyraźniej napisany został przez Phillips i datowany był na wcześniejszy rok. Wiele z leżących dokumentów na stole, wydawało się być podobnej treści.

- Phillips była geniuszem odnośnie zachowania magicznych stworzeń. Niektórzy uważali ją za kolejnego Newta. Znana była też z tego, że nie dbała o bieżącą politykę. W latach siedemdziesiątych wyjechała do Australii, jeszcze zanim Voldemort został potwierdzony jako niebezpieczny terrorysta. Tak właściwie to był jej pierwszy powrót do kraju i to tylko dlatego, że zmarła jej ciotka. Nie miała żadnych podstaw do zabójstwa a tym bardziej do ogłoszenia się jako moja arcy-nemezis.

- Zadeklarowała się tak?

- Och, nie powiedziałem ci? No tak, wybrałeś obronę mojego honoru, mordując ją.

- Harry...

- Zanim nawet dowiedziałem się o tym. Zakładałeś, że wiesz wszystko i ktoś przez to zginął. - powiedział Gryfon.

- Przetwarzanie tego nie zwróci jej życia. - zauważył Tom.

- Niestety tak. Ale to oznacza, że możemy mieć nowego wroga. Niestety też nie przekonamy się o tym, bo napastnik nie żyje. Ktokolwiek ją wysłał, był prawdopodobnie świadomy twojej prawdopodobnej odpowiedzi na ten atak i wykorzystał twoją impulsywność.

Oczy Toma zwęziły się. Nagle poczuł się zirytowany. Milczał. To wszystko wydawało się prawdziwe. Tom nie pomyślał, żeby sprawę zgłębić aż tak dokładnie – nie porównał jej ówczesnego zachowania z wcześniejszymi zachowanymi dokumentacjami. To było aż do niego niepodobne. W oczach Harry'ego pojawił się triumfujący błysk.

- Wciąż mam jednego nieprzytomnego niedoszłego zabójcę. Tego, który ścigał mnie. Możemy go przesłuchać.

Harry uśmiechnął się, rzucając dokumenty na stół. Potem założył ręce na piersi.

- Co za szczęście. Mordowanie kogoś nie będzie dla nas zbyt niekorzystne. Cudownie. - powiedział szyderczo Gryfon.

- Jesteś teraz wyjątkowo małostkowy.

- Uczyłem się od najlepszych.

- Od Cygnusa? Przysięgam, że minęły lata odkąd w ogóle był w pobliżu. Myślałem, że nie za bardzo go znosiłeś.

- Bardzo dojrzale, Tom. - parsknął Harry.

- Cygnus ucieszyłby się morderstwem w obronie jego honoru. - odpowiedział szorstko.

- Lestrange zabiłby każdego, kto stałby w twoim słońcu, mając szansę, że gdy złożyłby ci pokłon, nazwałbyś go dobrym chłopcem. Lestrange jednak zmarł dawno temu i nie jest ani twoim narzeczonym ani mężczyzną, którego kochasz. Czy szanujesz mnie wystarczająco, żeby przestać wspominać o twoim starym pochlebcy, który prawie zabił mnie dwa razy w jakiejś błędnej próbie nakłonienia cię do pieprzenia się z nim?

- Naturalnie, Harry. Gdzie chcesz zacząć?

Harry wyglądał, jakby był gotów go zaatakować. Jego magia promieniowała wręcz gniewem. Tom poczuł jak na to reaguje jego własna magia. Po chwili Gryfon się opanował. Tom zmarszczył brwi, widząc jak ramiona jego kochanka opadają i gniew zastępowany jest niewygodną melancholią.

Irytujące. Granger miała rację. Harry faktycznie cierpiał.

- Nie wiem, dokąd dojdziemy, Tom. Zdradziłeś moje zaufanie dla impulsu.

- Jeśli jesteśmy całkowicie szczerzy, to nie mogę twierdzić, że myślałem wtedy jasno. Brakowało mi też kilku litrów krwi. - powiedział.

- Z Zevim też zamierzam porozmawiać. Wiedział, że powinieneś odpoczywać.

- Jesteś jedyną osobą, która chce mi się przeciwstawiać, kiedy nie jestem racjonalny, kochanie.

Harry wzdrygnął się, na co Tom zamrugał zaskoczony.

- Nie nazywaj mnie tak. Przynajmniej nie teraz. Nie zachowuj się jakby między nami wszystko było w najlepszym porządku. - powiedział szorstko Harry.

Tom dopiero po chwili uświadomił sobie, że jego dłonie są zaciśnięte w pięści. Powoli odprężył się, poprawiając swoją postawę. Harry rzeczywiście wyglądał na winnego, prosząc go o coś całkowicie rozsądnego. Ostatnią rzeczą, jaką chciał Tom było wprowadzenie Harry'ego w jego dawne nawyki ukrywania swoich potrzeb i przyzwyczajeń, które powoli zjadały go od środka.

- W takim razie... co teraz? - zapytał z wahaniem.

Harry nie odpowiedział natychmiast. Jego palce powędrowały wzdłuż krawędzi stołu, śledząc powierzchnię drewna.

- Chcę zobaczyć twoje wspomnienia z tamtego dnia.

- W porządku. Poproszę Stworka, żeby przyniósł Myślodsiewnię...

- Legilimencją, Tom.

Przez chwilę Tom nie był w stanie wydusić z siebie słowa. Dla kogoś z zewnątrz mogło to brzmieć jak kara lub prośba, by Tom zaufał Harry'emu. Biorąc jednak pod uwagę poziom oklumencji Ślizgona, było wręcz odwrotnie. Harry mógł z łatwością wyrządzić wiele szkód w umyśle Toma, gdyby nie był ostrożny. To była doskonała okazja, żeby udowodnić Gryfonowi, że przynajmniej w pewnym sensie jego zaufanie do Toma może być na miejscu.

- Niech będzie. - odpowiedział cicho.

Harry wyglądał na zaskoczonego. W odpowiedzi Tom uniósł jedną brew. Czy naprawdę spodziewał się, że odmówi? Krzyżując ramiona, Gryfon spojrzał mu prosto w oczy.

Tom dokładnie odczuł moment, w którym Harry wszedł do jego umysłu. Nieszczególnie krył swoją obecność, chociaż poruszał się wyjątkowo ostrożnie, kierując się tylko ku wspomnieniom, do których uzyskał pozwolenie. Harry był taki miły. Mimo to, uczucie legilimencji nie było w żaden sposób przyjemne, ale to, co sobą obecnie reprezentowało, było warte tego dyskomfortu. Na szczęście, Harry poprawił swoje umiejętności od czasów szkolnych. Po tym wtargnięciu pozostanie co najwyżej lekki ból głowy utrzymujący się mniej niż godzinę.

Najpierw Harry skierował się ku wspomnieniom ataku na Toma. Jego wróg był kompetentnym przeciwnikiem, wyszkolonym w klasycznej technice walki ale jego wytrzymałość była kiepska. Już po minucie zaczął się męczyć a Tom nie rzucił ani jednego zaklęcia obronnego. Nagle Ślizgon poczuł się bardzo usatysfakcjonowany tym, że Harry naprawdę odczuje targające nim emocje z tamtego czasu. Obecnie odczuwał jego pogardę dla umiejętności atakującego i nieskuteczności jego strategii. Zastanowił się też czy Harry nie zapomniał czasem o tym, że Legilimencja nie pozostawiała żadnych barier pomiędzy ich empatyczną więzią. Z drugiej strony – może o to właśnie chodziło? Może Gryfon właśnie chciał wczuć się w sytuację, jaką przeżywał wtedy Tom, żeby i on odczuł, że Harry nie pochwala zabijania – może chciał tym wpłynąć na jego opinię dotyczącą tej kwestii.

Chwilę później Harry trafił na niepokój, gdy Tom pomyślał o prawdopodobnym ataku na swojego narzeczonego. A potem widział jak znajduje jego własne ciało.

Oczywiście, Ślizgon był w pełni świadomy tego, dlaczego Harry wybrał akurat Legilimencję - aby odbudować ich zaufanie ale też po to, żeby przekonać się co do prawdziwości uczuć i emocji Toma. Legilimencja na to właśnie pozwalała. Co więcej, niemożliwe było manipulowanie tymi emocjami. To nie było takie jakby chciał. Uczucie czyjejś obecności w umyśle nie było przyjemne. Skrzywił się czując wyjątkowo mocny nacisk ale powstrzymał swoje chęci wypchnięcia swojego narzeczonego. Mimo to, nie zrezygnował z wysłania Harry'emu sygnału ostrzegawczego. Przez chwilę poczuł przebijającą się przez jego własne wspomnienia, winę Gryfona. Jego własne ciało drgnęło na to w odpowiedzi.

Poczucie skruchy rozpostarło się nad jego umysłem niczym gęsta, morska mgła. Potem Harry skierował się ku transfuzji krwi – był gotowy na obejrzenie tego. Tom przewrócił oczami, skupiając się całkowicie na narzeczonym, czując jak ich połączenie staje się bardziej niestabilne. Harry szturchnął go z irytacją, na co znowu się skrzywił. Gryfon zawsze był taki cholernie empatyczny. Jaki był teraz sens tego poczucia winy? Jeśli już Harry musiał, to mógł poczekać aż będą od siebie wystarczająco daleko, żeby i on nie tonął w nim nie tonął. I to jeszcze w jego głowie. Chociaż, znając jego, to pewnie zacznie rozwodzić się nad własnym gniewem na działania podjęte przez Toma a obwinianiem siebie za zaistniałą sytuację. I właśnie dlatego, Harry nie powinien był brać tej sprawy w swoje ręce. Bez jego interwencji, zapewne skończyłby pogrążony w niemożliwej do wydostania się pętli żalu i winy.

Mężczyzna musiał – chociaż częściowo – zdawać sobie sprawę z jego obecnych myśli, ponieważ jego odpowiedź na to składała się z całkiem długiego łańcucha wyjaśnień i wrażenia wykonania niegrzecznego ruchu ręki. A potem ciało Gryfona drgnęło i Tom poczuł, że miał absolutną rację.

Harry zatrzymał się, znajdując się już na granicach nowego wspomnienia. Tom rozpoznał to jako moment przed zejściem do piwnicy, w której przetrzymywana była Phillips. Gryfon wydawał się jednak niechętny do ruszenia naprzód. Tom wiedział dlaczego - za chwilę zobaczy także swoich ślizgońskich przyjaciół robiących odrażające dla niego rzeczy. Mimo to, zdecydował się nieco go popchnąć ku temu, na co Harry odpowiedział mu szturchnięciem i zrobieniem kroku.

Kobieta była nieprzytomna. Odebrał to raczej jako prezent. Okrążając ją, Tom poczuł, że zbiera się w nim wszystko co złośliwe i żądne krwi. Wszystko, co dotąd tłumił lub lekceważył dla dobra i spokoju wewnętrznego Harry'ego. Prawda była tak, że nie był stworzony do tych wszystkich pokojowych negocjacji i rozmów, chociaż to była skuteczniejsza metoda osiągnięcia wyznaczonych celów. Bez swojego narzeczonego u boku, zanudziłby się areną polityczną na śmierć i nawet horkruksy by mu nie pomogły przeżyć. Przynajmniej taką polityką, jaka jest prowadzona teraz. Nie minęłoby zapewne dużo czasu, gdyby zaczął wprowadzać brutalną autokrację, gdyby Harry'ego przy nim nie było. Takie rządy wprowadził już w Slytherinie, przed przybyciem Gryfona i podejrzewał, że gdyby nawet nie poszedł drogą Voldemorta, to rozwijałby swoją formę rządów, udoskonalałby ją, dopóki nie doprowadziłby jej do perfekcji.

Harry patrzył na rozgrywającą się przed nim scenę bez żadnego wstrząsu. Bądź co bądź – znał tą mroczną stronę swojego kochanka, walczył z nią. Aż za dobrze znał jego sadyzm i supremację. Tom pozwolił sobie na mały uśmiech. Harry zobaczył to i nadal go kochał. Co prawda, wciąż go szturchał ale to była część jego osobowości. Tom także go kochał. Kochał mężczyznę, który przypominał zniekształcone lustro, które wszystko odzwierciedla i jednocześnie czyni Toma lepszym. Harry znał go bardzo dobrze. To było takie odurzające.

Riddle wiedział, że jego kochanek nie zgadza się z jego postępowaniem. To jednak w żaden sposób nie wpłynęło na jego decyzję – nie zawahał się. Umysł swojej ofiary pod kątem manipulacji sprawdził w zaledwie kilka sekund. Potem przystąpił do pracy. Na początek obdarcie ze skóry – zbyt szybkie wykonanie mogło spowodować przedwczesną śmierć ofiary z powodu utraty zbytniej ilości krwi lub z szoku. Tom był w tej dziedzinie ekspertem. Palce, ręce, podeszwy stóp i w końcu miękkie, wrażliwe uda. A potem okolice delikatnej twarzy. Gdy poczuł się usatysfakcjonowany, kobieta nie potrafiła już sklecić logicznego zdania.

Harry wciąż patrzył. Tom zauważył jego odradzę, współczucie i chęć bronienia napastniczki. Zastanowił się czy mógłby z powrotem skoncentrować się na torturach – w tym momencie tylko i wyłącznie Harry zajmował jego myśli. Był o wiele ciekawszy. Mężczyzna nie wzdrygnął się nawet, gdy Tom rzucił klątwę Kocich Pazurów, która przecięła mięso. Nie drgnął nawet, gdy widział czar spowalniający działanie poprzedniego zaklęcia, by uczynić je jeszcze bardziej szkodliwym i bolesnym. Była tylko jedna rzecz, która zmieniała się w Harrym w trakcie trwania sesji tortur. Tom nie nazwałby tego rozczarowaniem a apatią. Apatia pomieszana była z ogromnym smutkiem, bólem i gniewem. Harry rozumiał dlaczego Tom zachował się w ten sposób, odczuwał jego przyjemność. I właśnie to sprawiało mu ból. Ślizgon przez moment zastanowił się czy to właśnie dlatego nie czuł satysfakcji z powodu śmierci tej kobiety. Wiedział jak zareaguje Harry i zdecydował się to wtedy zignorować.

Pod koniec, Tom zawahał się. Przez chwilę przyglądał się złamanej, okaleczonej postaci, która kiedyś nazywana była czarownicą tylko po to, żeby zapamiętać ból jej istnienia. Mógł ją jeszcze uzdrowić, rzucić Obliviate i cofnąć wszystko, czego dokonał w przeciągu ostatnich kilku godzin. Mógł wrócić do Harry'ego i zignorować ten samosąd. Mógł wrócić do narzeczonego, któremu do śmierci brakowało tylko kilkunastu sekund.

Gdy już odpowiednio się wyżył, rzucił szybkie zaklęcie tnące na szyję kobiety. Nie była to dobra śmierć, nie była też bezbolesna, lecz mimo to szybka. Potem szybko wyszedł bez słowa, zostawiając posprzątanie bałaganu swoim naśladowcom. Nie mógł zmarnować ani sekundy więcej czasu, który mógłby spędzić w pobliżu Harry'ego. I nie będzie udawał, że to nigdy się nie wydarzyło. Zaakceptuje wszelkie konsekwencje.

Co dziwne, właśnie po odczuciu tych myśli, Harry się rozluźnił. Wycofał się z umysłu Toma, skupiając się na jego poczuciu żalu, którego ten nie mógł zignorować. Oczywiście, Tom wcale nie żałował podjętych przez siebie działań a negatywnego ich wpływu na swojego narzeczonego. Poczuł się też dość nieswojo po powrocie do domu.

Gdy znowu znaleźli się na Grimmuald Place, Tom natychmiast ruszył do przodu, zauważając wyczerpanie Harry'ego.

- To kosztowało mnie więcej energii niż przypuszczałem. - powiedział mu Gryfon do ucha.

Tom przewrócił oczami i odsunął się delikatnie, wciąż utrzymując na sobie wagę mężczyzny.

- Nie wypoczywałeś odpowiednio, prawda?

- Brzmisz jak Hermiona. Spędziłem w łóżku cały dzień. Czego więcej byś chciał?

- Stworek! - zawołał Tom. - Przygotuj dla nas przekąski. Coś bogatego w składniki odżywcze. Zapewniam cię, że Harry zje wszystko.

Skrzat domowy, który pojawił się koło nich z cichym pyknięciem, uśmiechnął się groźnie, na co Gryfon przewrócił oczami i odsunął się dalej od Toma, łapiąc już równowagę.

- Kretyn. Legilimencja jest potężną i wyczerpującą sztuką. - powiedział.

- No cóż, była konieczna.

Harry ponownie skierował się na swoje miejsce przy oknie i znowu pociągnął nogi do klatki piersiowej. W ten sposób wydawał się być dużo mniejszy i młodszy. Podobnie wyglądał taplając się w morzu winy podczas żałoby po Arturze Weasleyu - wyglądał na tak zagubionego.

Tom podszedł do niego bliżej i usiadł naprzeciwko, wyciągając nogi. Przez dłuższy moment wspólnie podziwiali widoki za oknem. Śledzili wzrokiem stare tarasy i opuszczone fabryki. Ponuro wyglądające miasto tylko potęgowało panującą w pokoju melancholię. Po chwili poczuł jak ręka Harry'ego dotyka jego kostki. Przechylił stopę i dotknął nią biodra mężczyzny.

- Wiesz, że to tak naprawdę niczego nie rozwiązuje, prawda? Mogę powiedzieć, że ci wybaczam ale to nie sprawi, że będzie to prawda.

- Harry...

- To boli, Tom. - przerwał mu Gryfon. - Jestem na ciebie taki zły. Odebrałeś życie. Torturowałeś.

Oczy Harry'ego były niesamowicie jasne – odbijało się od nich pomarańczowe światło z miasta.

- To nie jest pierwszy raz dla żadnego z nas. - odpowiedział cicho.

- Wiem, ale wtedy była wojna. W dość niekonwencjonalny sposób starałeś się uratować mi życie... To nie to samo. I nie mam na myśli, że wtedy to było w porządku ale przynajmniej… przynajmniej był ku temu powód... - Harry przerwał, wycierając z policzka zabłąkaną łzę. Jego głos stał się bardziej szorstki i Tom nie mógł odwrócić od niego wzroku. Nagle sam poczuł jakiś dziwny ucisk w gardle. Nie potrafił go zidentyfikować.

Harry nie powinien być taki jak teraz. Nie z jego powodu. Przynajmniej nie mimowolnie a nawet wtedy Tom wiedział, kiedy i jak zranić swojego narzeczonego.

To nie było to.

- Wrócisz do domu? - zapytał, przełykając z trudem ślinę.

Harry prychnął, zacieśniając uścisk wokół jego kostki.

- Prawdopodobnie. Musimy ciągnąć tą fasadę. Zwłaszcza przed naszym nowym wrogiem, prawda?

- Harry...

- Potrzebuję czasu, Tom. Muszę... Muszę wykombinować jak przejść obok tego. - powiedział brunet. - I chcę odłożyć w czasie nasz ślub. Nie chcę, żeby był tym skażony.

Nie anulować. Dobrze. Ślub zaplanowany był na lutego ale na szczęście, nie podali tego do wiadomości publicznej. Nikt inny o tym nie wiedział, bo była to całkowicie nieoficjalna i prywatna informacja.

Poza tym, wciąż mieli przed sobą kilka miesięcy. Harry naprawdę miał zamiar rozmyślać o tym tyle czasu?

- Na kiedy?

Harry spojrzał na niego, unosząc jedną brew w sarkastyczny sposób.

- Czy nie powiedziałem przed momentem, że nie wiem kiedy się z tym uporam?

- Czyli bezterminowo - do lata. - powiedział stanowczo.

- Tom!

- Co takiego?

- Czy możesz przestać próbować zwabiać mnie w słowną pułapkę?

- Kochanie, gdybym cię tak nie więził, nigdy byś nie ruszył naprzód. - odpowiedział.

- Nie bądź śmieszny.

- Naprawdę myślisz, że zaszedłbyś tak daleko, gdybym cię delikatnie nie popchnął? - zapytał z uniesioną brwią.

- Nigdy się tego nie dowiemy, prawda?

- Chwała Merlinowi.

Harry uśmiechnął się półgębkiem a Tom nieco się rozluźnił. Kciuk Gryfona rysował teraz małe kółeczka na jego kostce. Chwilę potem Harry znowu wyjrzał przez okno a uśmiech spłynął mu z twarzy.

- Wrócę do domu. Z jakiegoś dziwnego powodu tęsknię za twoim towarzystwem, gdy nie jesteś w pobliżu. Ale nie chcę teraz wychodzić za mąż. I nie chcę cię widzieć w moim łóżku. - powiedział stanowczo Harry.

- Kochanie...

- Mówię całkowicie poważnie, Tom. Cieszę się, że będziesz blisko mnie ale obecnie widzę w tobie Voldemorta zamiast mojego najlepszego przyjaciela.

No dobrze, zabolało odrobinę. To Harry był zawsze tym, który potrafił go przejrzeć, kto zawsze wybierał prawdę spośród wszystkich możliwych rozwiązań. To Harry zawsze przy nim stał. Jest jedyną osobą, która jest wystarczająco sprytna, wystarczająco agresywna i uprzejma, żeby za nim nadążyć. Nie zadowalał się jednowymiarowością i nie pozwalał na definiowanie poprzez jeden, wybrany aspekt. Harry nigdy wcześniej taki nie był. Nawet podczas pierwszych tygodni ich znajomości, dopóki Tom nie poznał prawdy. Być może doświadczenie tortur tej kobiety z pierwszej ręki i widok Toma rozkoszującego się jej bólem, przeważyło szalę. Może to było dla niego za dużo. To było tak podobne do wizji, których wcześniej doświadczał dzięki uprzejmości umysłu Voldemorta…

To zrozumiałe, że przywołało złe wspomnienia.

- Hej. - szturchnął go Harry, na co Tom spojrzał na niego z pustym wyrazem twarzy. Oczy Gryfona były szeroko otwarte i boleśnie szczere. - Nie byłoby fair udawać, że jest inaczej. Nie będę kłamał i zachowywał fasady w naszej prywatnej przestrzeni. - powiedział, na co Tom odwrócił wzrok. - Nie odchodzę od ciebie. Wiesz, że nie potrafiłbym. Nigdy bym tego nie zrobił.

Sama idea odejścia Harry'ego, tak jak rozdzielenie na dwie ich wspólnej przyszłości, była po prostu wstrętna.

- Nie odszedłbyś daleko.

- Prawdopodobnie nie.

Przy oknie siedzieli aż do momentu aż Stworek przyniósł im tacę pełną świeżych owoców, serów i chleba. Półmiskom towarzyszyły dwie filiżanki gorącej czekolady i fiolka z eliksirem odżywczym dla Harry'ego. Jedli razem po raz pierwszy od kilku dni i nie zamienili przy tym ani jednego słowa. Po prostu rozkoszowali się swoim towarzystwem. Po posiłku Harry poczuł się senny i oparł głowę o ramię Toma. Gdy ten był pewien, że Gryfon tego już nie zauważy, objął go ramieniem. Najprawdopodobniej to był ich najbliższy fizyczny kontakt na przestrzeni kilku następnych tygodni. Chciał go wykorzystać i posmakować. Twarz zanurzył w jego włosach i wziął głęboki oddech, czerpiąc z jego zapachu tyle ile tylko mógł. Próbował go zapamiętać.

Kiedy Harry się obudzi, wrócą do domu. Na razie tyle mu wystarczy.


OGŁOSZENIE PARAFIALNE:

Kestrelcadiz poinformowała mnie, że to nie koniec jej miniatur, tak więc jak tylko dalej coś naskrobie to przetłumaczę (nie wiem tylko, kiedy konkretnie to będzie). Tą serię zostawiam więc otwartą i niezakończoną ;)

Ogółem jest jeszcze kilka tekstów na podstawie „Ulubieńca Losu" ale jeśli mam być szczera to nie wydają mi się ani odkrywcze ani błyskotliwe, więc nie zamierzam nad nimi pracować.

Do następnego! ;)