Disclaimer: I don't own Harry Potter.


Autor oryginału: Kestrelcadiz (CeNedraRiva)

Link do oryginału: /works/5953426/chapters/13684651

Zgoda na tłumaczenie: jest

Paring: TMR / HP


NOTKA WSTĘPNA: I jest nowy rozdział – w końcu! Przyznam szczerze, że namęczyłam się bardzo nad pierwszą jego częścią. Nie siedzę zbytnio w tym temacie, więc nieźle nad wszystkim główkowałam. Jakby ktoś bardziej się na tym znał lub dostrzegł jakąś nieprawidłowość – proszę, dajcie mi znać: albo w komentarzu, albo na privie. Nie gryzę a błąd poprawię : D


Pat


W tym roku liczba osób na ministerialnym balu z okazji Samhain przekroczyła setkę. Wielka sala balowa, udostępniona specjalnie na tę uroczystość przez rodzinę Greengrass, urządzona została w jesiennych klimatach. W kątach widać było posrebrzane pnie drzew, a w zasłony wplecione zostały piękne czerwone i pomarańczowe liście; gdzieniegdzie dało się także dostrzec szklane jabłka. W powietrzu unosiły się świeczki, tworząc miłą dla oka, nastrojową poświatę. Wbrew zamysłowi organizatorów ta senna otoczka potęgowała jedynie nieprzyjemne uczucie maskarady.

Harry przyglądał się temu wszystkiemu, czając się w kącie sali. Akurat robił sobie małą przerwę od przymusowych spotkań towarzyskich. Wielu gości, dzięki założonym maskom i przywdzianym kostiumom, przypominało fantastyczne zwierzęta. Na skraju parkietu flirtowała grupka wil, która swoją rozpoznawalność zawdzięczała długim, srebrnym włosom i charakterystycznym, magicznym aurom. W pewnym momencie Harry'emu udało się wypatrzeć Firenza, będącego oficjalnym łącznikiem między swoim gatunkiem, zamieszkującym Zakazany Las, a Ministerstwem Magii. Centaur, podczas rozmowy z nieprzebranymi goblinami, marszczył brwi. Cała trójka obrzucała kogoś pogardliwym spojrzeniem. Czarodziej podążył za ich wzrokiem i dostrzegł kilku gości przebranych za gobliny. Automatycznie się skrzywił. Na niego niestety spadnie obowiązek przeproszenia Grislefanga za tę zniewagę.

Ogólnie rzecz ujmując, bal okazał się wielkim sukcesem, ale Harry najzwyczajniej w świecie chciał już wrócić do domu. Byłoby lepiej, gdyby to przyjęcie miało na celu zwykłe pogaduszki, a nie było kolejną wymówką dla politycznych gadek szmatek.

Polityka wcale nie byłaby taka zła, gdyby w grę wchodziło tylko wymyślanie lepszych sposób zarządzania krajem. Niestety, z racji tego, iż wysokie stanowiska okupowane są przez nadętych, upartych, samolubnych i czasem głupich ludzi, wprowadzanie pozytywnych zmian jest bardzo ciężkie. Jeśli Harry miałby być szczery, to nie pakowałby się w takie bagno, gdyby nie Tom. Każda najdrobniejsza zmiana była efektem toczonych długomiesięcznych batalii i chociaż prawdą było, że w ciągu tych ośmiu lat od ukończenia Hogwartu odnieśli niesamowity sukces – nawet zgarnęli stanowisko najmłodszego Ministra Magii w historii! – to ta praca była nieraz bardziej frustrująca niż satysfakcjonująca.

Harry szybko odkrył, że bez Toma u swojego boku, wszystko traci swój urok.

Stres związany z „rozdzieleniem się" powoli zaczynał odbijać się na nich obu. Będąc w towarzystwie, dbali o publiczny wizerunek i uśmiechali się, zgodnie grając rolę idealnej pary, przywódców czarodziejskiego świata, ale Harry dostrzegał skrywane cienie pod oczami swojego partnera. Na osobności, prywatnie, spokojnie dyskutowali o polityce i analizowali każdą ważniejszą decyzję; rozwodzili się nawet nad najnowszymi teoriami dotyczącymi próby zamachu. Potem jednak rozchodzili się – każdy z nich szedł swoją własną drogą, udając, że są dla siebie zaledwie znajomymi, a nie narzeczonymi.

Jego wzrok sam powędrował w stronę Toma. Mężczyzna miał na sobie kostium z oczywiście, wężowymi elementami – jego podkreślającą kości policzkowe maskę zdobiły piękne, błyszczące w jesiennym świetle łuski. Szaty miał w kolorze ciemnozielonym z fioletowymi akcentami; idealnie komponowały się z tymi należącymi do Harry'ego. Ludzie wokół niego, przedstawiciele czarodziejskiej arystokracji, mieli na twarzach przyklejone lizusowate uśmiechy i już na pierwszy rzut oka widać było, że mieli chrapkę na prywatną rozmowę z Ministrem Riddle'em. Sam Tom wydawał się być w swoim żywiole – perfekcyjnie manewrował pomiędzy nimi, w odpowiedni sposób dzieląc swój czas i uwagę. Co jakiś czas rzucał subtelne komplementy w kierunku wszystkich tych, którzy byli w stanie je usłyszeć i co rusz niemalże niezauważalnie obrażał każdego, kto odważył się stanąć z nim twarzą w twarz. Co więcej, w taki sposób manipulował rozmową, że w pewnym momencie jego rozmówcy zaczęli się kłócić między sobą, a on zaś przyjął rolę biernego obserwatora. Harry z doświadczenia wiedział, że prawie wszyscy, z którymi rozmawiał Tom, byli święcie przekonani, że to oni są jego ulubieńcami, dzięki czemu byli bardziej niż gotowi do wsparcia każdego jego przedsięwzięcia.

Zwykle, gdy po wyczerpującym wieczorze wracali do domu, wspólnie śmiali się z najbardziej dziwacznych sponsorów, jakich udało im się pozyskać: z tych, którym wydawało się, że mają szansę ich uwieść; z tych, którzy oferowali nielegalne przedmioty w zamian za ich polityczne wsparcie; z tych, którzy próbowali zyskać sobie przychylność Toma, obrażając Harry'ego i odwrotnie. Dzisiejszego wieczoru nie dojdzie do takiej konwersacji. Nie będzie żadnych śmiechów. Dziś wrócą i od razu skierują się do swoich pokoi, osobnych pokoi, tylko po to, żeby samotnie przespać tę noc.

Gwałtownie odpędził od siebie tęsknotę za Tomem. Jasna cholera, to nie był odpowiedni czas i miejsce na rozczulanie się. Musiał grać profesjonalistę, mistrza w swoim zawodzie i zachowywać się jakby nigdy nic się nie wydarzyło, jakby nigdy tak bardzo się nie pokłócili. Obaj musieli sprawiać wrażenie gwiazd czarodziejskiego świata. Otaczały ich kamery i dziennikarze, więc nie mogli sobie pozwolić nawet na najmniejsze potknięcie. Zwłaszcza że prasa jakiegoś z niecierpliwością wyczekiwała. Jakby na to nie patrzeć, nie było przecież gorętszych newsów niż życiowe dramaty celebrytów.

Nie powinien też był pić tak dużo. Harry miał wrażenie, że jego myśli wirują, plączą się ze sobą, tłumiąc jego zdrowy rozsądek. Merlinie, tak bardzo tęsknił za Tomem.

Jak na zawołanie oczy wspominanego czarodzieja spotkały się z jego własnymi. Chwilę później Harry poczuł, jak mężczyzna sięga do ich mentalnego połączenia i delikatnie ociera się o wrażliwą jego część. Natychmiast odepchnął jego umysł, dodając do tego myśl „nie teraz". Tom zamrugał lekko zdziwiony, po czym bezproblemowo wrócił do uprzejmej rozmowy ze swoimi towarzyszami.

Zdecydowanie wypił za dużo. Alkohol przyćmił jego umysł, przez co nie był w stanie utrzymać swoich barier oklumencyjnych. A, pieprzyć to. Potrzebował jakiejś rozrywki.

Przywołał na twarz uśmiech i wszedł w tłum gości. Nie minął dłuższy moment, kiedy był już pogrążony w rozmowie z Balthazarem Cobaltinem, właścicielem sieci sklepów na ulicy Pokątnej i Pionowej*.

Zanim gwar na sali ucichł, minęło kilka kolejnych godzin. Kolejna, prywatna już uroczystość Samhain, czekała na wszystkich w domach. Harry dołączył do stojącego na przedzie Toma, gdzie Riddle życzył gościom miłego wieczoru i dziękował za przybycie, a potem wspólnie pomaszerowali do miejsca, gdzie aportacja była dozwolona. Zanim się zwinęli, po raz ostatni uśmiechnęli się do kamer. Harry przysunął się bliżej swojego partnera, pozwalając, by ten go objął i – po kilku błyskach aparatu fotograficznego – zabrał ich do mieszkania.

Gdy ich stopy dotknęły znajomej podłogi, Tom odsunął się od niego tak szybko, że Harry aż się zachwiał. Potem obserwował go z pewnej odległości, z twarzą kompletnie pustą, choć wciąż zwróconą w jego kierunku. Mimo to Harry wiedział, że gdyby jakimś cudem runął do przodu, Tom w jednej sekundzie by go złapał i uniemożliwił upadek. Na całe szczęście, nie był aż tak pijany.

I żałował, że nie był.

Gdy Riddle upewnił się, że jego narzeczony jest w stanie utrzymać się w pionie, odwrócił się i skierował się ku sypialni. Harry patrzył za nim smutno, czując, jak ogarnia go nieprzyjemny chłód.

– Już idziesz do łóżka? – zapytał.

Tom przystanął w progu.

– Planowałem jeszcze trochę poczytać. Jest dopiero jedenasta.

Harry przygryzł niepewnie wargę, zastanawiając się, czy powinien pozwolić odejść, czy powstrzymać go przed tym. Merlinie, minęły wieki, odkąd robili coś wspólnie poza godzinami pracy.

Niespodziewanie w Harry'ego uderzyła myśl, że tak właściwie nawet nie wie w czym teraz, tak dla relaksu, zaczytuje się Tom. Zapewne już dawno przestał się interesować ruinami Zephyrim. Minęły już tygodnie, odkąd ostatni raz widział, jak jego narzeczony czyta artykuł w gazecie na temat wykorzystania muzyki do czarowania. Tom bez wahania skrytykował coś takiego, popijając przy śniadaniu kawę. Bezlitośnie wytknął także wszystkie tego wady i możliwe niezamierzone konsekwencje. Harry z przyjemnością wysłuchał wykładu na ten temat, jednocześnie podziwiając entuzjazm swojego partnera. W innym życiu Tom najprawdopodobniej zostałby jakimś naukowcem lub magicznym wynalazcą.

Zbyt długo minęło, odkąd dane było im dzielić tak prywatne chwile.

Z trudem przełknął ślinę. Jaki jest cel upicia się, skoro i tak przekroczenie pewnych granic jest po prostu niemożliwe? Skoro i tak wiedziało się, że tak będzie, jak jeszcze było się trzeźwym?

– Poczekaj jeszcze chwilę. Dosłownie minutę. Chciałem jeszcze zapalić świeczki za zmarłych –powiedział ostatecznie, dłonią wskazując na mały ołtarzyk stojący w drugiej części ich salonu. Żaden z nich nie obchodził czarodziejskich obrzędów w tradycyjny sposób, z racji tego, że nie zostali wychowani w magicznej kulturze. Nauczyli się jednak celebrować je na swój własny sposób, wypracowany w drodze eliminacji; wybrali sobie ulubione ich części i stworzyli własną tradycję.

Tom nie odpowiedział, ale do niego podszedł. Harry stłumił cisnący mu się na usta uśmiech.

Idąc do małego ołtarzyka, wyczarował strumień wody i skierował go do małej, kamiennej misy, stojącej mniej więcej pośrodku. Chwilę później zadrżał, gdy magia Toma dołączyła do jego własnej, oczyszczając strumień.

Mężczyźni stanęli naprzeciwko siebie i Harry jeszcze nigdy nie był tak bardzo wdzięczny, że ten element ceremonii nie wymaga użycia słów. Już stanie tak blisko Toma było niesamowicie przytłaczające. W jednym momencie, idealnie zsynchronizowani, obaj sięgnęli po bliźniacze athame**, po czym zanurzyli je w wodzie. Potem, przy pomocy niewerbalnego prostego zaklęcia, umieścili je na płasko przy skórze szyi.

Harry zamknął oczy i wziął głęboki oddech. Athem Toma był straszliwie zimny, przez co drżał nawet wtedy, kiedy już całkowicie się rozluźnił. Obnażanie gardła przed tępym ostrzem w tej ceremonii miało symbolizować zaufanie, jakim obdarzali się nawzajem, gdyż nawet taki sztylet mógł okazać się śmiertelny z tej odległości. Tradycyjnie ostrze nigdy nie dotykało skóry – przy pomocy magii unosiło się przed gardłem, ale jego inne ułożenie nie zmieniało symboliki – okazania zaufania.

Dla Harry'ego i Toma, którzy dosłownie dzierżyli moc niszczenia się nawzajem, miało to też inne, drugie znaczenie.

Otwierając oczy, Gryfon przycisnął ostrze do skóry swojego narzeczonego, zostawiając na niej wodny ślad. Ten zrobił dokładnie to samo. Właśnie symbolicznie wygnali zło. Następnie wytarli sobie nawzajem szyję wierzchem dłoni. Magia oczyszczenia zaczęła krążyć wokół nich, przenikając ich skórę aż do kości. Harry miał wrażenie, że jest zamoczony w czymś ciepłym i lepkim. Bariery ochronne wróciły na swoje miejsce dopiero po dłuższej chwili. O to właśnie chodziło w oczyszczeniu – o wzmocnienie protekcji.

Gdyby to była większa uroczystość, odprawiliby dopiero jedną czwartą całości. Obaj czarodzieje nie przejmowali się jednak tradycyjnym ciągiem dalszym – nie przyjęli tej tradycji. Zamiast tego umieścili przedmioty nasączone energią w każdym rogu ołtarza: Na północnym położona została pojedyncza igła szpiczaka, na wschodnim skrzydełko chochlika kornwalijskiego, na południowym pióro feniksa, a na zachodnim odłamek syreniej skały. Pośrodku wszystkich czterech elementów znajdowała się ceremonialna runa.

Woda w misie zaczęła gwałtownie wirować, tworząc niewielki cyklon. Niespodziewanie zmienił on swój stan i kolor – był teraz wirem czystej nieokiełznanej magii. Używając swojego athemu, Harry poprowadził magiczne światło w stronę szklanego pryzmatu, gdzie magia roztrzaskała się, tworząc kilka osobnych różnokolorowych stróżek. Poniekąd przypominało to tęczę.

Różnobarwna poświata wypełniła cały salon. Po minucie kolory zaczęły przybierać intensywniejsze odcienie, a tworzące się przez nie cienie wesoło brykały na ścianach. Po kolejnej minucie pokój był wypełniony purpurą. Pomarańczowy odblask odbijał się jedynie od znajdujących się w nim krawędzi przedmiotów.

Przyszedł czas na zapalenie świec i wypowiedzenie pierwszych słów w całej ceremonii.

Harry wziął do ręki świecę i przelał na nią swoją magię z athemu, dzięki czemu knot się zapalił. Tom zrobił dokładnie to samo.

– Zapalam tę świecę, żeby zmarli wiedzieli, że wciąż są w naszej pamięci. Zapalam tę świecę dla wszystkich, których straciliśmy – wspólnie wypowiedzieli słowa błogosławieństwa.

Następną część Harry powiedział sam, ponieważ Tom nie posiadał żadnych bliskich zmarłych, których chciał uhonorować.

– Zapalam tę świecę dla moich rodziców, Jamesa i Lily Potterów. Zapalam tę świecę dla mojego przyjaciela, Artura Weasleya. Wciąż jesteście bliscy mojemu sercu.

Płomienie zaczęły dziko tańczyć. Żaden z mężczyzn się nawet nie wzdrygnął, widząc ten widok; zbyt byli do niego przyzwyczajeni. Zamiast tego obaj postawili świeczki na ołtarzu, po obu stronach misy.

Ceremonia dobiegła końca. Dziwaczne ścienne cienie rozproszyły się w momencie, w którym płomienie zaczęły przygasać. Wraz z nadejściem światu cała nagromadzona magia rozproszy się i wszystko wróci do normy.

Tę noc Harry i Tom zazwyczaj spędzali razem w łóżku, wspominając i dzieląc się wrażeniami.

Teraz jednak usiedli na kanapie, gdzie Gryfon rzucił swojemu partnerowi najsubtelniejsze spojrzenie, na jakie tylko było go stać. Panująca między nimi cisza szybko stała się niezręczna, choć Harry miał wrażenie, że tylko on czuje się tak niekomfortowo. Tom wyglądał jak żywe uosobienie gracji i wdzięku, jakby nic nie było w stanie go krępować. Nie wiercił się ani nie tłamsił nerwowo swojej szaty.

– Widziałem, że dzisiejszego wieczoru udało ci się nawiązać kilka ciekawych znajomości – powiedział Harry, wpatrując się w świeczki.

– Zgadza się. Dzisiejszy wieczór uznałbym za całkiem udany. Z wyjątkiem tych idiotów przebranych za grupę goblinów – odpowiedział Tom.

– Merlinie, prawie ich wywaliłem.

– Zdobylibyśmy tym przychylność Gristlefanga. Wciąż zadziwia mnie, jak wielu czarodziejów może działać w tak nieuprzejmy sposób wobec ludzi odpowiedzialnych za ich gospodarkę.

Harry prychnął, po czym wyszczerzył zęby.

Nie trwało to długo. Pomiędzy nimi ponownie zapadła cisza, ale tym razem Gryfon bardziej otwarcie przyjrzał się swojemu narzeczonemu. Tom bez cienia skrępowania odwzajemnił jego spojrzenie, zupełnie niewzruszony.

– Chcesz czegoś? – zapytał po chwili milczenia Riddle.

Harry pragnął naprawdę wiele. Towarzystwa Toma, jego uwagi, swobodnego dotyku. Chciał z samego rana budzić się, leżąc w tym samym łóżku i móc przytulić się do niego w nocy. Pragnął, żeby jego narzeczony nie zabił niewinnego człowieka.

– O czym teraz czytasz? – spytał zamiast tego.

Tom zamrugał i delikatnie się uśmiechnął, zupełnie jakby pytanie Harry'ego bardzo go zdziwiło.

– Aktualnie o ruinach Azur, starożytnego miasta, które było zamieszkiwane głównie przez potomków nagów***. Mieszkańcy posługiwali się naturalną wężomową, więc trudno jest przetłumaczyć ich runy i piktogramy wypisane na ich ścianach. Niedawno znalazł się jakiś tłumacz i zdaje się robić niewielkie postępy.

– Och?

– Cóż, wiele artefaktów odzyskanych z ruin było dużymi kamieniami i rzeźbami w kształcie penisa, które naukowcy nazwali „ikonami płodności". – Tom uśmiechnął się szerzej i niewerbalnie przywołał do siebie książkę, po czym przewertował kartki w poszukiwaniu rysunku.

Harry przysnął się bliżej, żeby się przyjrzeć.

– Dildo.

– Ano.

– Zdecydowanie kamienne dildo…

– Też tak uważam. I jak się okazało, tak też twierdzą skrypty na ścianach.

– Niemożliwe!

– To prawda! Spójrz na następną stronę.

– Niemożliwe! Piktografy faktycznie to potwierdzają. Źródło seksualnej przyjemności.

– Doprawdy. Cały artykuł bardzo poważnie podchodzi do ich formy i nazwy, zupełnie jakby nie było to oczywiste, patrząc na ich wygląd. Czarodzieje są zbyt pruderyjni.

Harry roześmiał się głośno. Tom także uśmiechnął się i zaczął opowiadać mu o kolejnym przeczytanym przez siebie ciekawym artykule, sprawiając tym samym, że zainteresowany Gryfon pochylił się ku niemu jeszcze bardziej.

Godzinę później Harry zasnął, bardziej wsłuchany w dźwięk głosu swojego partnera niż w sens wypowiadanych przez niego słów. Pozwolił też swoim myślom swobodnie błądzić. W pewnym momencie zmienili nawet pozycję – z siedzącej na leżącą. Tom wyciągnął się wygodnie, a Harry znalazł swoje miejsce na jego piersi. Bicie serca Ślizgona i ciepło jego ciała sprawiło, że Gryfon niemal od razu zatopił się w poduszkach. Jedna z rąk narzeczonego znalazła się na jego karku i zaczęła uciskać napięte po pracowitym wieczorze mięśnie. Harry westchnął z przyjemności, po czym wtulił się w niego bardziej.

– Śpisz już? – zapytał miękko Tom.

Gryfon potrzebował dłużej chwili, żeby przeanalizować sens tego pytania. Zbyt pochłonęły go własne myśli.

– Nie, c'ty. Mów dalej – wymamrotał.

Tom spełnił jego prośbę.

Następnego ranka Harry obudził się zupełnie sam w swoim własnym łóżku. Szare poranne światło rozproszyło ostatnie, samotne cienie Samhain, niemal szydząc z jego prozaiczności. Mężczyzna miał wrażenie, że ostatnia noc była tylko marzeniem sennym, nigdy się nie wydarzyła; że wcale nie spał najspokojniejszym od tygodni snem oraz że wcale nie leżał na piersi narzeczonego.

To było naprawdę cudowne. Szkoda, że ranek sprawił, że musiał wrócić do rzeczywistości.

Westchnął ciężko i – ignorując ćmiący ból głowy, kiedy spróbował wstać – zauważył leżącą na swoim biurku książkę. Kopia najnowszego egzemplarza Arcane'a Physicka, w którym tak zaczytywał się Tom, wraz z zakładką między stronami. Harry otworzył lekturę i jego oczom ukazał się artykuł na temat ruin Azur. Obok tytułu była też własnoręcznie napisana notatka: „Zdecydowanie dildo".

Nie mogąc się powstrzymać, wyszczerzył zęby.


Gdy Harry wszedł z rana do kuchni, Tom już siedział przy stole. Jak zwykle, Gryfon błądził w poszukiwaniu kawy, dając narzeczonemu tym samym pole do dyskretnej obserwacji. Harry wyglądał na równie oszołomionego i niewyspanego jak zwykle przed uzupełnieniem zapasów kofeiny. Z ciężkimi, na wpółprzymkniętymi oczami siedział przy stole, niemrawo mrugając wpatrzony w swój kubek. Czekał, aż napój wystarczająco wystygnie, żeby móc się napić, nie parząc sobie przy tym języka. W przeciwieństwie do poprzednich trzech tygodni, w końcu zajął miejsce przy stole, a nie uciekł z powrotem do swojego pokoju, biorąc kawę do ręki.

Po tym, jak wypił pół kubka, spojrzał na niego z sennym grymasem na twarzy.

– No co? – burknął, brzmiąc na niezadowolonego z powodu tego, jak wygląda.

Tom uśmiechnął się.

– Jesteś taki uroczy o poranku, kochanie – odpowiedział niewinnie.

Harry rzucił mu wściekłe spojrzenie, po czym wrócił do swojej kawy.

Tom pozwolił sobie na odłożenie gazety i otwarte przyglądanie się swojemu partnerowi, kiedy ten ostentacyjnie próbował go ignorować. Z łatwością mógł przyznać, że Harry był bardziej wypoczęty niż w ostatnim czasie, nawet biorąc pod uwagę małego kaca. Najwyraźniej ich wczorajszy wspólnie spędzony czas dobrze na niego podziałał. Jego nastrój też się poprawił, więc nie było na co narzekać.

Ostatnia noc była… miła. Ciężko było mu to przyznać, ale tęsknił za dotykiem drugiej osoby, choć prawdą było, że do dotyku Harry'ego już dawno się przyzwyczaił. Minęły – w sensie dosłownym – lata, odkąd miał taką „przerwę" od kontaktu fizycznego. Dotyk, który nie był mu obcy, niósł za sobą pocieszenie, uspokojenie i przyjemność. Nagłe odcięcie się od tego sprawiło, że Tom poczuł się zirytowany i rozdrażniony.

Gorsze jednak okazało się odcięcie od umysłu Harry'ego. Jeszcze zanim stworzyli horkruksy, mieli swoją empatyczną więź, dzięki której łatwiej było odbierać co poniektóre bardziej prywatne myśli i odczucia. Jedynie solidne bariery oklumencyjne chroniły ich umysły przed dezorientacją i gwarantowały odrębność. Takie przejście z największej intymności do praktycznie niczego…

Wczorajsze delikatne muśnięcie ich umysłów przypominało wypicie dużego łyku zimnej wody, mając spieczone, suche gardło. Tom niemal oszalał, pragnąc więcej tego kontaktu, pragnąc czegokolwiek więcej ze strony Harry'ego. Ból, radość i cierpienie – tylko to otrzymał, ale i to było dobre. Nikt nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wielkim wysiłkiem było dla niego trzymanie się z dala od narzeczonego na balu i jak ciężko było mu odsunąć się po ich aportacji do mieszkania.

Nie spodziewał się, że to Harry pierwszy wyciągnie ku niemu rękę.

To był dobry znak. Harry najwyraźniej, tak samo jak i on, był coraz to bardziej sfrustrowany utrzymującym się między nimi dystansem. Co więcej, ich krótkie dotychczasowe interakcje wyraźnie świadczyły o tym, że nie był zainteresowany podtrzymywaniem tego dystansu, zwłaszcza teraz, gdy został on naruszony. Byłby otwarty na ponowne zbliżenie się do siebie.

Najlepiej będzie zacząć to małymi kroczkami. Tom najchętniej wymusiłby zmianę, zamiast dawać Harry'emu czas na przemyślenie wszystkiego i poskładanie elementów w jedną całość, ale zbyt duży nacisk mógłby się źle skończyć. Znając życie, jego narzeczony wycofałby się jeszcze bardziej i ze złością brnąłby dalej w strefę niepotrzebnego dyskomfortu. Na całe szczęście dla ich wspólnej przyszłości, Tom był ekspertem w dwóch dziedzinach: subtelnych negocjacjach oraz w życiu z Harrym Potterem.

Może ten ostateczny termin na pogodzenie się Gryfona ze swoimi uczuciami był zupełnie niepotrzebny. Być może nawet udałoby im się dojść do porozumienia jeszcze przed świętami.


Okazało się, że zabójca wysłany za Tomem był przysłowiowym ślepym zaułkiem. Mężczyzna miał w pamięci jedną wielką dziurę – nie pamiętał, w jaki sposób nieprzyjaciel pojawił się w jego życiu, ani kiedy wydał mu rozkaz. Wychodzi na to, że w pewnym momencie po prostu poczuł przymus rzucenia w kąt swojej codziennie wykonywanej pracy i śledzenia Ministra.

Ta pustka w głowie była co najmniej interesująca. Na czarodzieja na pewno nie rzucono Obliviate, ponieważ to zaklęcie zostawiłoby po sobie ślad. Nie cierpiał także z powodu jakiegoś niestwierdzonego do tej pory urazu głowy. Manipulacja jego pamięcią okazała się po prostu fenomenalna – wszystko wskazywało na to, że wspomnienia zlecenia zabójstwa najzwyczajniej w świecie nie istniały.

Harry podejrzewał, że prawdziwy wróg użył rohypnolu**** żeby znarkotyzować umysł mężczyzny, a potem zdecydował się na wykorzystanie jakiegoś środka przymusu (być może również mugolskiego), żeby osiągnąć swój cel. Niestety, zanim ta teoria została przeanalizowana i sprawdzona przez magomedyków, oraz zanim Tom i Harry rzeczywiście doszli do względnego porozumienia w sprawie wspólnej współpracy nad tą sprawą, wszystkie pozostałości po podejrzanej substancji całkowicie zniknęły z organizmu swojej ofiary.

Niedoszły zabójca, przebywający obecnie w areszcie, twierdził, że prawie nie pamięta całego ataku oraz nie potrafił przedstawić żadnego konkretnego powodu, dla którego Tom miałby zginąć. Luka w pamięci skutkowała jeszcze jedno: brak dowodów na teorię o mugolskim specyfiku nie będzie żadnym argumentem na rozprawie sądowej, tak więc mężczyznę czeka najprawdopodobniej Azkaban. Co gorsza, żadna sprawa śledząca dotycząca rzeczywistego napastnika nie zostanie wszczęta.

Nie było innych tropów.

Harry czuł się przez to bardzo niepewnie. Wszystko wskazywało na to, że wróg wiedział o nich wystarczająco dużo, by wykorzystać do próby zamachu jedną z nielicznych chwil, kiedy byli oddzielnie. Zapewne miał także dostęp do ich prywatnych terminarzy, ale te z kolei nie są szczególnie trudne do zdobycia, zwłaszcza jak ma się odpowiednie wpływy i pieniądze. Wrogiem tak naprawdę może być każdy, od bliskiego współpracownika, przez politycznego rywala, aż po samego Dumbledore'a, bez względu na to, iż ten wciąż odsiadywał swój wyrok.

Nieprzyjaciel osiągnął zapewne jeden ze swoich pomniejszych celów: sprawił, że stali się podatniejsi na zranienia. Tom nalegał, żeby bardziej się pilnowali w miejscach publicznych. Poza w pełni bezpiecznym i obłożonym najróżniejszymi zaklęciami mieszkaniem trzymali się blisko siebie, do tego stopnia, że żaden z nich nie musiał podnosić głosu, żeby zakomunikować coś drugiemu głośniej. Przez większość czasu także nie spuszczali z siebie wzroku, co wcale nie pomogło im rozwiązać prywatnego problemu ani rozładować wiszącego w powietrzu napięcia.

Wciąż nie doszli ze sobą do porozumienia i żaden z nich nie miał ochoty zaczynać tego tematu pierwszy. Harry chcąc nie chcąc, musiał zachowywać się przyjaźnie wobec Toma. Musiał. Od tego zależało ich bezpieczeństwo, a o jedności całego kraju już nie wspominając.

Jasna cholera, to było takie bolesne. Tom zawsze był obok, na wyciągnięcie ręki, uśmiechając się; był kimś, kogo Harry jednocześnie nienawidził i pragnął. Z jednej strony wciąż był zszokowany tym, że jego partner posunął się do morderstwa, i to aż tak brutalnego, a z drugiej od zawsze był świadomy do czego jest on zdolny.

Czy Tom w ogóle kiedykolwiek się zmienił? Czy ich bliskość i związek powstrzymała go od stania się Voldemortem? Czy nie stanie się nim jutro? Może i było to prawdopodobne, ale z początku. Teraz, gdy minęła już niemal dekada, Tom nie był tym samym człowiekiem, co w szkole. Nie był tak cyniczny jak wtedy, nie był tak niezadowolony z życia. Z Harrym było tak samo – dorósł, przestał być dzieckiem.

Czy to wszystko naprawdę było jedną wielką mistyfikacją? Kłamstwem? Czy może Tom po prostu zaczął w końcu pokazywać swoją destruktywną stronę? Czy popełnił jeszcze jakieś zbrodnie, o których Harry'emu nie powiedział? Ile litrów krwi ma na swoich rękach?

Czy będzie mógł zaufać Tomowi ponownie…?

Samhain tylko wszystko pogorszyło. Harry cierpiał, a Tom od czasu do czasu szturchał go, próbując popchnąć do przodu; chciał wymazać wspomnienie zbrodni z jego głowy. Chciał, żeby Harry skupił się na tym, co dzieje się teraz, a nie rozpamiętywał przeszłość. Mając dość czekania na jego reakcję, Tom testował granice jego temperamentu, naśladując ich wcześniejsze zachowanie. Ślizgon pierwszy rzucił mu wyzwanie, obrażając go, tak jak dotąd to robił, podczas ich słownych utarczek. Chciał zmusić go do zwyczajowej odpowiedzi na werbalny atak.

Początkowo Harry dał się na to nabrać. Reagował tak, jak od niego oczekiwano. Rzucał Tomowi twarde spojrzenia, podchodził do niego w dwóch krokach, napierał na niego. Oczy Riddle'a błyszczały z radości, podczas gdy on ze wszystkich sił walczył, żeby się nie uśmiechnąć. Odgrywali swoje role i Harry marzył nawet, żeby zamknąć Tomowi usta pocałunkiem. Marzył, żeby ich magia iskrzyła się wokół.

A potem wrócił do rzeczywistości i jedynym, co czuł, był przeszywający chłód. Momentalnie przypominał sobie krzyki torturowanej Lindsey Phillips i zakrwawione dłonie Toma. Było mu z tym tak źle. Odskakiwał wtedy od narzeczonego, zwiększając odległość między nimi.

Tom nie sprzeciwiał się temu. Nie dało się znaleźć odpowiednich słów, jak bardzo stoi im to kością w gardle, jakim to morderstwo było wielkim błędem. Ostatnim, co wtedy wyłapywał, była zabarwiona frustracją troska. Potem Tom blokował mentalne połączenie.

Jeszcze gorzej było, gdy Ślizgon rzeczywiście był miły. Składały się na to naprawdę drobnostki. Tom pozwalał mu korzystać z kubka do kawy, który podobał im się obu i o który zawsze toczyli wojny; kupił mu książkę, na którą zawsze miał chrapkę, ale niewielka ilość czasu uniemożliwiała mu jej zakup; kupił wiszący szklany żyrandol, wiedząc, że podobało mu się światło przez niego przechodzące; postawił na stole przy śniadaniu wazon z wyżlinami*****.

Każdy z tych gestów był uroczy i powodował, że na ustach Harry'ego mimowolnie pojawiał się uśmiech, choć radość nie trwała długo. Jakkolwiek dobre prezenty by to nie były, ciężko było postrzegać je inaczej niż próbę przekupstwa. Upominki miały skłonić go do wybaczenia Tomowi i ominąć aspekt rozwiązywania problemów.

Harry znał swojego narzeczonego dłużej niż dziesięć lat. Znał go zbyt dobrze, jak własną kieszeń. Doskonale wiedział, że Tom postrzegał prezenty jako jedną z form manipulacji, drogę do osiągnięcia zamierzonego celu. Ślizgon potrafił być zdumiewająco rozważny, dając dokładnie to, czego się pragnęło. Nigdy jednak nie był altruistą – nie działał z czystych pobudek serca. Te upominki nie miały na celu nic innego, jak uszczęśliwienie Harry'ego, ale zostały wręczone na dniach, gdzie to szczęście było właśnie celem nadrzędnym. Od niego zależało powodzenie się planów Toma.

Harry nie wiedział, jak powinien się dalej zachowywać. Nie mógł ot, tak wybaczyć narzeczonemu, nawet jeśli bardzo tego chciał. Tom zamordował kogoś z powodu zemsty. Wybaczenie mu w zasadzie będzie równoznaczne z przyznaniem, że taka zbrodnia nie ma większego znaczenia i że można go udobruchać odpowiednimi środkami. Nie chciał, żeby jego mężczyzna wierzył w coś takiego. To zostawiłoby mu otwartą furtkę do dalszych amoralnych działań. Harry musiał być zdecydowany.

Co powinien zrobić? Kochał Toma. Była to żarliwa, obsesyjna miłość, pielęgnowana przez wiele, wiele lat i umacniana wspólnie pokonanymi trudnościami. Znał narzeczonego lepiej niż kogokolwiek innego – i z wzajemnością. Żyli razem. Pracowali razem. Dzielili ze sobą nawet cząstkę duszy, na litość boską! I wcale nie było tak, że Harry nie potrafił odczepić się od Toma. Sam tego pomysł był okropny. Nawet obecny dystans sprawiał, że czuł się nieszczęśliwy.

Mimo to nadal nie potrafił ot, tak wybaczyć narzeczonemu. Nie pozwoli mu także odejść. Jakie opcje mu pozostały? Kurczowe trzymanie się swojej złości i obrzydzenia popełnionym przez prawie małżonka czynem, co równało się pozostaniu w tym szambie i skakaniem nerwowo wokół siebie oraz znoszeniem urażonego nagłym odsunięciem się Toma? Siedzenie na tyłku i czekanie aż wspomnienie w cudownie magiczny sposób zniknie; czekanie aż za kolejne dziesięć lat historia się powtórzy?

Potrzebował opinii osób trzecich.

I tak właśnie znalazł się w mieszkaniu Rona i Hermiony, opowiadając im wydarzenia minionego miesiąca. Przyjaciele uważnie wysłuchali wszystkiego, co leżało mu na sercu: od próby zabójstwa, przez ratowanie jego życia, aż po odkrycie, że niedoszła morderczyni nie żyje. Opisał też „smoczą ospę" i dzień, w którym postanowił wrócić do domu.

Oczywiście, zatrzymał dla siebie kilka nieprzyjemniejszych szczegółów. Ron i Hermiona wcale nie musieli znać wszystkich krwawych detali i rodzajów tortur. Harry był pewien, że żadne z nich nie będzie cieszyło się na myśl o ponownym spotkaniu z Tomem po usłyszeniu ich. Nie musieli sobie przypominać, że Ślizgon lubi zadawać ból. Zdecydowanie wolał o tym nie mówić głośno.

Jego plan nie zadziałał do końca tak, jakby sobie tego życzył.

– Rzuć go! – naciskał Ron, prawie wylewając herbatę z kubka.

– Ron!

– Mówię serio, Mionka! Harry spotyka się z – dosłownie – mordercą! No weź, stary! Czy przypadkiem nie zerwałeś ze Stacy, bo była wredna dla skrzatów domowych? Związek z Riddle'em jest o wiele gorszy!

Harry westchnął.

– Poniekąd się z tobą zgadzam, kochanie. Sam wiesz, jakie mam podejście do kary śmierci, ale ta kobieta prawie zabiła Harry'ego! – zaprotestowała Hermiona.

– Mimo to zabicie jej nie było słuszne! Riddle powinien ją zatrzymać, a potem wezwać na miejsce Aurorów!

– Wcale nie twierdzę, że postąpił słusznie. Mówię, że potrafię go zrozumieć. Jego reakcja jest dość powszechna w obliczu takiej sytuacji. Wielu ludzi używa nadmiernej siły podczas obrony ukochanych osób.

– Hermiono – wtrącił się Harry. – Tom wcale mnie nie bronił. Zabił tę kobitę dzień po tym, jak znalazł mnie na wpół żywego. Byłem już opatrzony i połatany. Mój stan był stabilny. Tom nawet ją gdzieś przeniósł, żeby nikt mu nie przeszkodził w robocie.

– Widzisz? – spytał Ron, gestykulując żwawo dłonią. – Facet jest psychopatą!

– Nie jest. – Harry zmarszczył brwi.

– Większość morderstw w całym kraju, zarówno magicznych, jak i mugolskich, jest motywowana emocjonalnym zamętem związanym z bliską rodziną i przyjaciółmi. Zemstą. Zdradą. Nawet szansą na lepsze życie ukochanych. To całkowicie zrozumiałe, że Tom czuł, że musi zabić tego niedoszłego zabójcę. Jakby na to nie spojrzeć, ta kobieta bardzo cię skrzywdziła, Harry – powiedziała Hermiona, po czym dolała sobie herbaty. – I wiem, że nie podoba ci się określenie „psychopata", ale Tom bardzo dobrze wpisuje się we wszystkie jego cechy.

– To nijak mi pomaga – mruknął markotnie, także uzupełniając swoją filiżankę. – Nie rzucę go, Ron, ale nie czuję się także w nastroju, żeby mu wybaczyć. Jestem między młotem a kowadłem.

– Nie wydaje mi się, żeby w tym wypadku istniało jakieś proste rozwiązanie, Harry. A omawiałeś to w ogóle z Tomem?

– Hm, nie za bardzo. A przynajmniej nie od momentu, w którym zgarnął mnie z Grimmauld Place.

– Cóż, możesz zacząć właśnie od tego – zaproponowała Hermiona.

Harry skrzywił się i spojrzał w bok. Debatowanie nad tym z Tomem nie będzie szczególnie przyjemne. Tak właściwie, to może jeszcze tylko bardziej zaszkodzić ich związkowi.

– Być może będziemy potrzebowali kilku dni przerwy od siebie, jeśli się za to wezmę.

– Zawsze jesteś tu mile widziany – powiedział miękko Ron, kładąc mu dłoń na ramieniu w pocieszającym geście.

– Dziękuję wam – odpowiedział Harry. – Chyba czas zmierzyć się z rzeczywistością. Życzcie mi szczęścia.


Tom oderwał pióro od kartki, gdy usłyszał charakterystyczny dźwięk sieci Fiuu, oznajmiający przybycie kogoś. W ułamku sekundy rozpoznał magię Harry'ego i zmarszczył brwi, odchylając się na krześle. Coś było nie tak.

– Harry?

Kroki mężczyzny słyszalne były coraz bliżej i w końcu stanął on w drzwiach. Tom uniósł lekko kąciki ust. Jego partner nie odwzajemnił uśmiechu. Jego magia wyciszyła się do tego stopnia, że ciężko było ją wyczuć.

– Jak Ron i Hermiona? Rozumiem, że wszystko u nich w porządku.

– Owszem. Wypiliśmy razem herbatę.

Tom wstał i podszedł do niego z boku. Harry wyglądał dobrze, choć był trochę okopcony od ognia. Czarodziej nie wzdrygnął się, gdy Ślizgon starł mu czarną smugę z policzka. Co gorsza, nie zbliżył się do niego, nie doceniając drobnej pieszczoty, a wyraz jego twarzy pozostał pusty.

– Chcesz, żebym zgadywał, co jest nie tak?

– A wziąłbyś to na poważnie?

– Do tematu twojego szczęścia zawsze podchodzę na poważnie.

Harry skrzywił się i wyciągnął ku Tomowi rękę. Potem splątał ich palce razem.

– Musimy pogadać – powiedział, prowadząc go do salonu.

– Zabrzmiało groźnie.

Gryfon zmrużył oczy, po czym odwrócił się w jego kierunku. Stali teraz twarzą w twarz.

– Musisz przestać dawać mi prezenty – powiedział stanowczo Harry, mocniej ściskając jego dłoń. Próbował wywrzeć na niego nacisk.

Tom uniósł jedną brew.

– Zawsze obdarowywałem cię upominkami.

– Jednak nie tyloma w tak krótkim okresie czasu.

– Upominki są drobnostkami. W ten sposób pokazuję ci moje uczucia. Dlaczego miałbym przestać? – wycedził Tom, odpędzając od siebie pierwsze oznaki irytacji.

– Nie mogę już ich przyjmować. W ogóle nie powinienem był tego robić. Od samego początku. Prezenty dały mylne wrażenie. – Harry puścił jego dłoń i odsunął się.

– Jakie? Że jesteśmy szczęśliwie zaręczeni? – warknął Tom.

– Właśnie! Wcale nie jesteśmy tacy szczęśliwi! Skaczemy wokół problemu, udając, że to pryszcz. Cóż, to nieprawda! Nie jest między nami dobrze! Nie jesteśmy tacy, jacy powinniśmy być.

– I to oczywiście wyłącznie moja wina? Przez ponad dwa miesiące udawałeś, że jesteś szczęśliwy. Cieszyło cię to, że mogłeś udawać, że nasza mała sprzeczka nie miała nawet miejsca!

– Och, a ty nie? Przez ten szmat czasu, jaki cię znam, nigdy nie widziałem, żebyś unikał problemu i trudnych tematów! A teraz? Nie piśniesz ani słowa, gdy przychodzi co do czego!

– Chciałeś czasu. Chciałeś ode mnie odetchnąć. Dałem ci to, czego chciałeś.

– Wcale, że nie! Próbowałeś mnie przekupić, żebym zapomniał o twoim „błędzie"!

Tom uśmiechnął się szeroko, po czym zrobił krok do przodu, górując nad Harrym, zdobywając przewagę. Jak można było z łatwością przewidzieć, mężczyzna nie cofnął się, ani nawet nie drgnął, gdy Tom naruszył jego osobistą przestrzeń. Jedyne co zrobił, to rzucił mu wściekłe spojrzenie.

– Daj spokój, kochanie. Oczywiście, że chciałem cię przekupić. Jesteś o wiele prostszy w obyciu, kiedy jesteś w dobrym nastroju – powiedział, dotykając dłonią policzka mężczyzny. – I bądźmy uczciwi. Ty wykonałeś pierwszy krok.

– Odpieprz się – warknął Harry, odtrącając jego rękę. – Unikasz tematu.

– Przekupstwa czy morderstwa?

– Jasna cholera. Dlaczego ja cię w ogóle lubię? – prychnął Gryfon, mierzwiąc sobie włosy. – Zabiłeś człowieka! Próbujesz sprawić, bym poczuł się winny niewybaczenia ci tej zbrodni. Kurwa!

– Nigdy nie ukrywałem przed tobą tego, kim jestem.

– Cóż, jest duża różnica między byciem do czegoś zdolnym, a rzeczywistym zrobieniem tego.

– Doskonale wiesz, że to nie był mój pierwszy raz – odpowiedział Tom, chwytając narzeczonego mocno za ramię. – Torturowałem i zabijałem już wcześniej. Przekupywałem i wymuszałem rzeczy na innych. To wszystko miało miejsce w ciągu pierwszych dwóch lat naszej znajomości. Wiedziałeś, kim jestem na długo przed tym, zanim poznałem twoje prawdziwe imię! Nie zachowuj się tak, jakbyś był zaskoczony moim charakterem!

– Nie jesteś mordercą! – warknął Harry.

Tom jednym ruchem przygwoździł czarodzieja do ściany, łapiąc go za gardło.

– Nie jestem Voldemortem, ale to nie zmienia faktu, że z całą pewnością jestem mordercą – powiedział, pochylając się niżej i wzmacniając uścisk ręki na szyi kochanka. Zaciskał dłoń do momentu, w którym Harry miałby problem z oddychaniem. Mimo to Gryfon wciąż patrzył na niego bez lęku, zupełnie jakby nie był pod wrażeniem podejmowanych przez niego działań. – Sadyzm jest wpisany w moją naturę. Chcę ranić i nawet zabijać innych. Wiesz to, a jednak zachowujesz się tak, jakby była to dla ciebie nowość, jakaś wielka niesłychana rewelacja. Czy myślałeś dotąd, że mnie zmieniłeś? Że udało ci się mnie „naprawić"?

Harry nie odpowiedział.

– Tak było, prawda? Myślałeś, że byłem dobrym człowiekiem, skoro takiego grałem. Myślałeś, że poskromiłeś potwora i udało ci się wyprowadzić mnie na prostą. – Mocniej zacisnął dłoń. – Mógłbym skręcić ci kark w ciągu sekundy i sprawiłoby mi to dużą przyje…

– Skończyłeś? – przerwał mu Harry, brzmiąc na co najmniej znudzonego.

– Bezczelność!

– Próbujesz obrócić kota ogonem i zrzucić to na mnie, tylko dlatego, że jesteś sfrustrowany tym, że twój łapówkarski plan nie zadziałał. – Magia Harry'ego zawrzała. Tom miał wrażenie, że po skórze mężczyzny biegnie prąd. Mrugnął i cofnął się – to wystarczyło. Harry momentalnie wykorzystał zdobytą przewagę i oderwał od swojej szyi jego dłoń, blokując mu ruchy. W następnej sekundzie już znajdował się po drugiej stronie pokoju. – Odmawiam odsunięcia tego wszystkiego na bok. Przestań się rzucać – nie grożę ci zdradą. Przestań miotać się jak rozwydrzony psidwak.

Harry wydawał się zupełnie niewzruszony spojrzeniem Toma. To było niezmiernie irytujące, zwłaszcza że Tom patrzył na niego tak, że sam Minister Francji by już dawno uciekał, gdzie pieprz rośnie.

Dlaczego Harry zawsze musiał być tak skomplikowany?

– Prawie cię zabiła!

– I co z tego? Nie to jest teraz ważne!

– Och, kochanie. Twój stosunek do samego siebie i twoje obniżone poczucie wartości sprawiają, że moje działania są po prostu konieczne! – Tom uśmiechnął się szyderczo.

Harry roześmiał się. Był to dziwny, złowrogo brzmiący śmiech; drażniący uszy. Trwał zaledwie kilka sekund, ale wywarł wrażenie. Kiedy mężczyzna go stłumił, spojrzał dziko na Toma.

– Nadal upierasz się przy swojej żałosnej argumentacji? Zamierzasz wyjaśnić krok po kroku, dlaczego torturowałeś i zabiłeś niewinną, niezdolną do obrony kobietę?

– Musisz przyznać, kochanie, że gdybyś lepiej się bronił…

– Yhym. Nic z tego – ponownie mu przerwał Harry. – Nie możesz zrzucić tego na mnie. Jeśli ta podwójnie przeklęta sztuczka ci się uda, to znaczy, że do jasnej cholery, w ogóle się mną nie przejmujesz.

Tom prychnął.

– Nie bądź śmieszny, kochanie.

– Och, tak. Prawda. Nie szanujesz tylko moich podstawowych wartości i przekonań.

– Harry…

– Zamknij się. Wychodzi na to, że widzisz mnie tylko jako karykaturę. Pełna wersja mnie, która widzi popełnione przez ciebie morderstwo jako zwyczajną zemstę i która nie adoruje cię jako cudownego bohatera, który dostrzegł moje najskrytsze pragnienia, i która nie ucieka od ukrytego w tobie mroku, nie zadowala cię.

– Nieprawda.

– Aby na pewno? Nie słuchasz mnie, gdy robię ci kazania. Powtarzałem ci już z tysiąc razy, że chcę, żebyś zabijał. Nie chcę, żebyś torturował. Za każdym razem zgadzasz się z moim osądem, bo – spójrzmy prawdzie w oczy – z nas dwóch, to ja jestem tym, który kieruje się normalnymi zasadami moralnymi. Tak się przed laty umawialiśmy, prawda? Kiedy u ciebie do głosu dojdą bezwzględne ambicje i wyrachowanie lub gdy posuniesz się stanowczo za daleko, ja cię powstrzymam – powiedział zdecydowanie Harry.

– Masz do siebie zbyt wielki kredyt zaufania. Owszem, czasem ignoruję konwencje społeczne, ale nie oznacza to, że nie jestem ich świadomy. Gdyby tak właśnie było, nie osiągnąłbym tak wielkiego sukcesu w polityce.

– A więc przyznajesz się. Wiedziałeś, że postępujesz źle.

– I zrobiłbym to ponownie, jeśli ktoś ośmieliłby się ciebie tknąć – zadeklarował Tom.

– Jeśli się na to zdecydujesz, pokonam cię i wtrącę do Azkabanu. – Spojrzenie Harry'ego było podejrzanie jasne i przejrzyste, choć przez moment wahał się, czy powinien to powiedzieć. W jego głosie słychać też było rozpaczliwą nutę.

Ślizgon zamarł i zamrugał tępo.

– Słucham?

– Obnażę przed światem i udowodnię wszystkie przekręty, jakich się dotąd dopuściłeś. Zniszczę cię politycznie. Mogę cię zapewnić, że staniesz przed sądem i zostaniesz skazany. – Głos Harry'ego stawał się twardszy z każdym wypowiedzianym przez niego słowem.

– Nie jesteś poważny.

– Jestem śmiertelnie poważny.

– Też zostałbyś skazany.

– Jeśli będzie to konieczne.

– Uwolniłbym się.

– Zapewne tak – powiedział smutno Harry. Potem zaśmiał się cicho. – Ale już nigdy nie bylibyśmy tacy jak teraz.

Tom czuł chłód. Kręciło mu się w głowie i ledwo hamował wybuch swojej magii. Jego samokontrola wisiała na włosku.

Gryfon zrobił krok do przodu, podchodząc do niego z uniesioną dłonią. Wyglądał, jakby oswajał właśnie jakieś dzikie zwierzę. Uniknął kontaktu fizycznego, rozkoszując się bolesnym grymasem, który przemknął przez twarz Harry'ego.

– Zdradziłbyś mnie? Wszystko to, co udało nam się razem stworzyć? Tak po prostu byś to odrzucił? Przez nią? – Z ledwością wypowiedział te słowa. – Byłeś bliski śmierci. Prawie cię zamordowała, a ty pozwoliłbyś rozpaść się naszemu związkowi dla jej dobra?

Mężczyzna uniósł jedną brew i zrobił kolejny krok.

– Nie – zaprzeczył Harry. – Skończyłbym ten związek ze względu na ciebie. Bo wciąż mnie nie słuchasz. Łatwiej ci udawać, że to ja jestem problemem, kiedy w rzeczywistości o ciebie. O twoją impulsywność, sadyzm i niecierpliwość. Nie podoba ci się moja reakcja, więc próbujesz udowodnić, że jestem zbyt miękki, zbyt wrażliwy. Próbowałeś nawet zmienić śmierć tej kobiety w prezent dla mnie, choć wiedziałeś, że nigdy bym go nie zaakceptował.

Tom nie potrafił znaleźć odpowiednich słów, żeby mu odpowiedzieć. Harry wciąż wpatrywał się w niego, jego oczy wyrażały tylko i wyłącznie głęboki smutek, zaś usta wykrzywione były w uśmiechu, zupełnie jakby jego wypowiedź była wielką rewelacją, którą przekazał mu, jednocześnie patrząc na niego z góry. Przypominał męczennika, który gotowy był do ponownego przywitania Toma po zdradzie bez podniesienia głosu, bądź postawienia ultimatum. Harry traktował go jak nieposłuszne dziecko.

– Pieprz się, bohaterze – warknął. – Nie ukrywałem przed tobą ani jednego aspektu mojej osobowości. Jeżeli mój charakter tak bardzo ci przeszkadza, nie powinieneś ze mną być. Idź i pobaw się ze swoimi gryfońskimi przyjaciółmi.

Powiedziawszy to, Tom deportował się.

Harry z szaleńczo bijącym w piersi sercem gapił się w miejsce, w którym jeszcze przed momentem stał Tom. Po kręgosłupie przebiegł mu nieprzyjemny dreszcz, powodując tym samym, że jego ramiona zaczęły się trząść. Ignorując to, odwrócił się na pięcie i pomaszerował do swojego pokoju. Standardowo zamknął drzwi i zabezpieczył całe pomieszczenie.

Ta sprzeczka mogła tylko wszystko pogorszyć.

Westchnął, po czym opadł ciężko na łóżko i oparł twarz na splecionych dłoniach.

Zdecydowanie mogło im pójść lepiej. Co, do diabła, sobie myślał, wyzywając Toma w ten sposób? Jego narzeczony nigdy nie odebrałby nawet takiego doboru słów jako faktycznej groźby…

Jeśli przyjdzie co do czego, osiągnie tylko połowiczny sukces. Próba aresztowania Toma z pewnością zniszczyłaby resztki ich, już i tak wiszącego na włosku, zaufania. Co więcej, ta krzywda niosłaby za sobą nieodwracalne konsekwencje. Znając Ślizgona, ten wziąłby to za wypowiedzenie wojny, a to z kolei odegrałoby się na wszystkich. Nikt nie uszedłby nietknięty.

Z drugiej zaś strony, Tom na pewno zrozumiał awersję Harry'ego do zabijania. To takie frustrujące, że nic, co powiedział lub zrobił, aż do tego momentu nie wystarczyło.

Przygryzł niepewnie wargę i rozejrzał się po pokoju, szukając dobrego rozpraszacza. Czekających do przejrzenia papierzysk zawsze było nadmiar.


* Ulica Pionowa (z ang. Horizont Alley) – tłumaczenie własne; czarodziejska ulica położona w Londynie. Krzyżuje się z ulicą Pokątną i przecina ulicę Śmiertelnego Nokturnu z Carkitt Market

** Athame – sztylet o dwustronnym (obosiecznym) ostrzu. Służy do kreślenia magicznych znaków, sterowania energią uwalnianą w czasie rytuałów i zaklęć. To właśnie ostrze athame – zwane niekiedy nożem czarownicy – przekierowuje skoncentrowaną wiązkę duchowej energii człowieka na cel, umożliwiając jego osiągnięcie, czyli rzucenie zaklęcia, przyzwanie mocy, podjęcie decyzji. Nóż wymaga od właściciela cierpliwości i uważności, a także przypomina, że podczas podejmowania decyzji nie wolno dać się ponieść emocjom. Najlepiej jeśli ma czarną rękojeść, ponieważ ten kolor pochłania moc, dzięki temu odrobina energii właściciela będzie magazynowana w sztylecie. Nóż utożsamiany jest z elementem ognia, stroną południową a falliczny kształt każe go łączyć z aspektem męskim, z Bogiem. Warto od czasu do czasu odkładać athame na zioła (najlepiej na świeże liście), dzięki czemu sztylet się oczyści, a zioła zostaną lekko naładowane energią. Zamoczenie athame w kielichu reprezentuje zjednoczenie pierwiastka męskiego i żeńskiego

*** Nagi – w mitologii hinduskiej są to wężokształtne bóstwa wodne, choć potrafią także przyjmować ludzką postać. Nagów reprezentowano zwykle z górną częścią ludzką, a dolną wężową, bądź z wężami wychodzącymi z ramion lub pasa. W tradycji buddyjskiej uważane są za szczodre i hojne, ale często niebezpieczne i złośliwe istoty będące wierzchowcami bogów. W kulcie hinduistycznym węże symbolizują nieśmiertelność, moc regeneracji i reinkarnacji. Modlitwy do nich kierują kobiety pragnące płodności i potomstwa

**** Rohypnol – lek wydawany na receptę w formie tabletek. Działa tłumiąco na niektóre centra w mózgu, co powoduje rozluźnienie mięśni, rozładowanie napięcia i zmniejszenie lęku. Działa także uspokajająco i nasennie – stosowany jest w przypadłościach związanych z zaburzeniem snu. Rohypnol uzależnia, przez co jego wycofywanie powinno następować stopniowo. Pozwala to na uniknięcie objawów abstynencji. Może również upośledzać sprawność psychofizyczną. Do możliwych środków ubocznych zaliczyć można m. in. zawroty i ból głowy, zaburzenia pamięci, depresję oddechu, alergiczne reakcje skórne, agresję i rozdrażnienie oraz halucynacje

***** Wyżlin (inaczej: lwia paszcza) – roślina ozdobna, jednoroczna, o silnie rozkrzewiających się łodygach. Kwiaty może mieć w kolorze żółtym, pomarańczowym, czerwonym, białym, niebieskim lub ciemnoróżowym. Kwitnie od czerwca do października