NOTKA WSTĘPNA: Przedstawiam wam najnowszy rozdział. Mam nadzieję, że się spisałam : )


Naprawianie szkód


Tom wrócił zaledwie kilka godzin później, kierowany priorytetową sprawą, jaką było bezpieczeństwo Harry'ego, który nie doszedł jeszcze do siebie po przeżyciu próby morderstwa oraz pracował ponad własne siły, bez najmniejszej chwili wytchnienia. Będąc w dużej odległości od barier, jakimi obłożone było ich mieszkanie, Tom nie potrafił dokładnie określić, w jakim jest on stanie. Miał jedynie świadomość tego, że wciąż żyje. Gdy przekroczył próg domu, zmieniała się ona w radar, który nie tylko mówił mu, gdzie przebywa Harry, ale także, jak się czuje. Wiedział więc, że jest w swoim pokoju i nie leży, czekając na śmierć. Znając szczegóły jego życia, nigdy nie podejrzewał go o skłonności autodestrukcyjne; to nie było w jego stylu. Ta pocieszająca myśl wystarczała, żeby Tom trochę się zrelaksował.

Oczywiście, ulgę miał wręcz wypisaną na twarzy, co tylko go drażniło i irytowało. W konsekwencji wrócił równie wyprowadzony z równowagi, co wyszedł.

Niezadowolony, wpadł do swojego pokoju.

Około pięciu minut później, za drzwiami swojej samotni wyczuł obecność Harry'ego. Nie czekając, aż mężczyzna zapuka, machnął ręką, otwierając je tym samym w sposób bezróżdżkowy. Gryfon wyglądał na zaskoczonego.

– Um, no cześć? – Harry w momencie musiał zrozumieć, jak głupio zabrzmiał, bo szybko się poprawił. – Przyszedłem z tobą porozmawiać, bardziej cywilizowanie. Mniej hm, oskarżycielsko. Nie chcę wszystkiego pogarszać. Wystarczy już jedna kłótnia w stylu hej-wchodzimy-na-wojenną-ścieżkę-ale-to-już.

Było coś satysfakcjonującego w widoku skruszonego i skłonnego do przeprosin Harry'ego.

Tom przewrócił oczami, przesunął się i poklepał miejsce obok siebie na łóżku. Harry podjął słuszną decyzję i przyjął to zaproszenie, choć w rzeczywistości oznaczało ono siedzenie koło aktywnego wulkanu, gotowego wybuchnąć w każdej chwili.

Doceniał to poświęcenie.

Tom odmówił rozpoczęcia dyskusji, więc Harry wziął to na siebie. Uważnie dobierał słowa. Rozsądnie. Zanim się to jednak stało, obaj bez słowa gapili się przed siebie.

– Ech. Po naszej ostatniej sprzeczce… – zaczął Gryfon, nerwowo skubiąc materiał swoich jeansów.

– Masz na myśli tę sprzeczkę, w której groziłeś sabotowaniem naszej wspólnej pracy z ostatnich dziesięciu lat i poświęceniem siebie, żeby mnie zniszczyć?

– No właśnie tę – zażartował niezręcznie Harry, na co Tom rzucił mu gniewne spojrzenie. Został jednak zignorowany. – Nie chciałbym, żebyś odebrał to źle. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się ciebie zobaczyć w przeciągu kilku następnych dni.

– Tej sprzeczki, podczas której użyłem pewnego triku, żeby wymusić twoją lojalność, co koniec końców stanowiło początek naszej małej wojenki?

– Tak. Coś w tym stylu. – Uśmiechnął się Harry. – Cieszę się, że wróciłeś do domu. Ja… Czy zaakceptowałbyś moje przeprosiny, gdybym powiedział, że jest mi naprawdę przykro, że cię tak skrzywdziłem?

Tom pokręcił głową.

– Krzywda została już wyrządzona. Przepraszaj tylko wtedy, kiedy rezygnujesz z obstawiania przy swoim.

Harry nie odpowiedział od razu i odwrócił wzrok. Tom westchnął cicho, czując, jak jego ramiona rozluźniają się, a napięcie opuszcza ciało.

– Och, uspokój się, Harry. Ledwo co jestem wściekły – powiedział, na co jego narzeczony parsknął z niedowierzaniem. Tom mimowolnie się uśmiechnął. – Szokujące, zdaję sobie z tego sprawę. To niewiarygodne, jak bardzo dojrzałem od czasu naszych szkolnych lat.

– Och, naprawdę?

– Mhm. Poza tym, po prawdzie, to twoje groźby nie są żadnym nowym zagrożeniem. Odkąd się spotkaliśmy, dzierżyliśmy klucze do wzajemnej destrukcji. Choć jest to niezaprzeczalny fakt, przyznaję, że czasem zdarza mi się o tym zapomnieć – wyznał.

– Mimo to mogłem rozegrać tę sprawę w mniej konfrontacyjny sposób.

– Nie zgadzam się z tobą. – Uśmiechnął się Tom. – Zastosowanie groźby nieprzyjemnej przyszłości przed zaoferowaniem znaczenie przyjemniejszego rozwiązania – klasyczny przykład wymuszenia. Dobrze to rozegrałeś. Jesteś pojętnym uczniem.

– Cóż, jesteś świetnym nauczycielem. – Harry przewrócił oczami, nie zaprzątając sobie głowy sileniem się na sarkazm.

Tom odwrócił się, żeby ukryć uśmiech, którego, pomimo najszczerszych chęci, nie potrafił stłumić.

Harry przez chwilę wiercił się w miejscu, po to, żeby ostatecznie przysunąć się bliżej narzeczonego. Tom obserwował go, pozwalając, żeby ten obraz wyrył się w jego pamięci, neutralizując ostatnie gniewne iskierki. Niekiedy trudno było mu uwierzyć, że Gryfon jest zarówno jego nemezis, jak i najbliższym sojusznikiem, stworzonym własnoręcznie przez samo Przeznaczenie. Kiedy się nad tym dłużej zastanowić, logicznym płynącym z tego stwierdzenia wnioskiem może być to, że każda z mocnych cech Harry'ego mogła być zgubą dla Toma. Był to jeden z powodów, dla których ten mężczyzna był dla niego interesującym i fascynującym partnerem.

Harry położył dłoń na kocu między nimi. Tom wziął ją w swoją i patrzył, jak Gryfon się uśmiecha, po czym przesuwa kciukiem po jej grzbiecie. Wraz z upływem czasu pieszczota stała się przyjemniejsza. Harry prześledził strukturę jego skóry i zbadał mikroskopijne niedoskonałości. Ślizgon obserwował ten niespieszny masaż, ciesząc się taką drobnostką. Już dawno nie było między nimi takiej delikatności.

– Czy to pyłek? – spytał Harry, chwytając mankiet jego koszuli i przyglądając mu się uważniej. – Nie miałeś go na sobie, kiedy wyszedłeś.

Ach.

– Najprawdopodobniej pobrudziłem się na cmentarzu – odpowiedział.

Mężczyzna zmarszczył brwi i wrócił do głaskania jego dłoni.

– Masz na myśli oczywiście ten konkretny cmentarz.

– Być może.

– Być może to ten cmentarz w Little Hangleton – drążył.

– Kto wie.

– I co tam robiłeś? Kruszyłeś nagrobki?

Tom nie odpowiedział.

– Naprawdę? – Harry uniósł brwi. – Zburzyłeś wszystkie?

– Zostawiłem to miejsce w takim samym stanie, w jakim je zastałem, kochanie.

– Hm. Czyli ile razy dokładnie zniszczyłeś ten cmentarz?

– …sześć.

Harry parsknął śmiechem, a później spróbował zatuszować ten nietakt poważną miną. Tom przyglądał się zmianie jego ekspresji.

Podczas ich ostatniej kłótni był pewien moment. Przez jedną, krótką sekundę Harry patrzył na niego gniewnie, wyzywająco i pięknie, grożąc, że zakończy ich związek, a każdy nerw w ciele Toma wręcz krzyczał, że czas podjąć działanie – natychmiast zmieść swojego partnera z powierzchni ziemi. Harry mu ufał i nie spodziewałby się nawet, że jedno ultimatum może zakończyć się morderstwem.

Tom uciekł. Aportował się z miejsca w miejsce, zanim zdecydował się na Little Hangleton. Tam, z daleka od Harry'ego, mógł bezpiecznie wyładować swoją wściekłość. Było to miejsce, gdzie mały, pochopny impuls nie spowodowałby nieodwracalnych zmian.

Raz za razem w jego umyśle przewijała się twarz jego narzeczonego; od nastoletniej po tą dorosłą. Nigdy więcej. Nigdy więcej nie pozwoli narazić mu się na niebezpieczeństwo, tylko dlatego, że nie był w stanie się kontrolować. Powinien umieć wyrażać swoje negatywne emocje w konstruktywny sposób. Powinien. Stać go na to. Harry zasługiwał na więcej.

Gryfon po kolei ucałował każdy z jego kłykci, a potem strzepał mu rękawy szaty, usuwając pozostałości po kurzu.

Tom nie potrafił się powstrzymać.

Ostrożnie podniósł dłoń, dotknął nią szczęki Harry'ego i odwrócił w swoją stronę, żeby spojrzeć mu prosto w oczy. Potem szybko go pocałował. Harry sapnął z zaskoczenia, ale gdy Tom chciał się odsunąć, przyciągnął go z powrotem. Uśmiechnąłby się, gdyby było to możliwe, ale zadowolił się ponowną bliskością. Niespiesznie, drugą ręką objął szyję kochanka.

Pocałunek skończył się o wiele za wcześnie. Harry zarumienił się i z uśmiechem na twarzy wznowił swój delikatny masaż. Kontynuował go, nawet gdy Tom rozsiadł się na łóżku tak, by było im wygodniej.

– Czy naprawdę uważasz, że mi przeszkadzasz? – spytał zielonooki czarodziej, nie spuszczając wzroku z ich złączonych dłoni.

Tom nie znał odpowiedzi na to pytanie. Nie wiedział, czego tak właściwie chce. Myśl, że Harry może uważać go za odrażającego, nie była przyjemna.

Kochanek westchnął cicho, wyczuwając jego wahanie.

– Pamiętasz może Nomi Solas? To, jak się z nią spotkaliśmy?

Oczywiście. Byłby kiepskim politykiem, gdyby zapominał o „społecznych filarach".

– To spotkanie, na którym uświadomiłem sobie, że nie zawsze skupiasz się na swoich marzeniach? – Harry uniósł wyzywająco brew.

– Co przez to rozumiesz? – spytał Tom.

– Poświęciłeś całe popołudnie na wyobrażanie sobie różnych wariantów jej brutalnej śmierci – wyjaśnił Gryfon.

Serce Toma zabiło mocniej. Po chwili się uspokoił. Nie ma potrzeby denerwowania się. Harry wciąż pieścił jego dłoń.

– Wbicie trzymanego w ręce pióra w jej szyję. Uduszenie. Połamanie kości. Wszystko pięknie, ale te wyobrażenia były tylko tłem dla sceny, która się wtedy rozgrywała. Nieugięcie kontynuowałeś rozmowę z nią i zachęcałeś do dalszego działania w użyteczny sposób. W tym samym czasie zabijałeś ją w myślach raz za razem, zachowując się tak przy tym naturalnie, jakbyś zastanawiał się nad tym, co zjemy na kolację.

Och, tak. Tom doskonale to pamiętał. Taki tok myślenia nie był powodowany jakimiś konkretnymi szczegółami – w Nomi Solas było po prostu coś, co budziło do życia mordercze intencje. Tak jak ujął to Harry, działała tylko jego wyobraźnia.

– Zauważyłeś nawet to? – mruknął.

Mężczyzna pokiwał głową.

– Nie wydaje mi się, żebyś zdawał sobie sprawę, jak wtedy wyglądałeś. Nawet nie próbowałeś zamaskować swojego zachowania.

– Cóż za przerażający brak samokontroli.

– Daj spokój. Wiesz, że nie to chciałem ci wytknąć – stwierdził Harry, szturchając go w bok. – Po prostu… miałeś rację, kiedy powiedziałeś mi, że nigdy nie ukrywałeś tego, kim jesteś; żadnej składowej swojej osobowości. Nie kryłeś swojej morderczej, sadystycznej czy bezwzględnie ambitnej strony. Nie tuszowałeś nawet tej, która mnie uwielbiała. Nawet gdybyś to robił, i tak bym cię kochał.

Tom zmienił pozycję. Nie chcąc spłoszyć Harry'ego, ostrożnie usiadł za nim, po czym objął go od tyłu w pasie. Narzeczony wtulił się w niego i złapał za ramię, przyciągając go jeszcze bliżej.

– Nie podoba mi się idea utrzymywania między nami dystansu – wyszeptał ledwie słyszalnie Ślizgon. Wyznanie, tak otwarte i prawdziwie szczere, zakłopotało go. Oparł więc czoło o ramię Harry'ego, chcąc ukryć się choć trochę.

– Ano. To nie jest zabawne – usłyszał odpowiedź. Nie mogąc się powstrzymać, prychnął. „Nie jest zabawne", co za niedopowiedzenie.

Gryfon powiercił się przez moment, tylko po to, żeby niezgrabnie objąć ręce Toma. Siedzieli tak przez kilka minut, a potem Harry westchnął i powiedział:

– Jest już późno. Powinienem się położyć.

Tom niechętnie go puścił i odprowadził do drzwi. Zanim mężczyzna czmychnął, skradł mu jeszcze jeden pocałunek. Wychodząc, miał na twarzy uśmiech.


Harry czuł, że wszystko jest na dobrej drodze.

Kłótnia i zażegnanie jej było koniecznością – w końcu ruszyli naprzód. Przestali już udawać, że wszystko jest w porządku, co z kolei sprawiało, że ich stosunki przestały być takie napięte. W końcu ponownie zaczęli spędzać ze sobą czas, zamiast ignorować się nawzajem. Jakby na to nie spojrzeć, rozwiązali drobne problemy, więc mogli cieszyć się swoim towarzystwem.

Tom go kokietował. Byli w podobnej sytuacji, co na samym początku oficjalnego związku – po tym, jak pocałowali się po raz pierwszy. Komplementy, muśnięcia warg, pobudzające myśli i nieustanne flirtowanie sprawiły, że Harry chodził pobudzony i napalony jak cholera.

Najgorsze była świadomość tego, że Tom kokietował go powściągliwie. Przed kłótnią w niczym nie przypominali wstrzemięźliwej, zawstydzonej, skromnej pary; wręcz przeciwnie – byli absolutnie bezwstydni i lubieżni. Oczywiście, nie liczył tych kilku razy, kiedy musieli się powstrzymywać.

Pożądliwe myśli przesyłane przez mentalne połączenie, dzielenie się szczegółami seksualnych fantazji, regularne kochanie się, a nawet subtelne drażnienie podczas oficjalnych ministerialnych spotkań, na których powinni być w pełni skupieni na pracy i zmuszanie drugiej osoby do złamania się jako pierwszej – tego pragnął Harry.

Chciał powrotu do normalności.

Dużą przeszkodę stanowił nawał pracy. Czas poprzedzający Boże Narodzenie zawsze był jednym z najgorszych. Do mieszkania wracali o późnych godzinach i byli na tyle zmęczeni, że jedyne, na czym się skupiali, to odgrzanie obiadu i padnięcie na łóżko.

Dwudziesty pierwszy grudnia jest znaczącą datą. Stanowi czas magicznej odnowy i odrodzenia, wzmacnia magię i rzucane zaklęcia, co czyni go doskonałym czasem na dawanie i otrzymywanie wszelakiej maści błogosławieństw. Przesilenie zimowe uznawane jest także za polityczne i finansowe zakończenie danego roku, zatem tygodnie go poprzedzające są jednymi z najbardziej zabieganych. Każdy bierze po nim urlop wypoczynkowy, toteż Ministerstwo świeci pustkami – pracują tylko ci, którzy rzeczywiście są niezbędni. Dzięki temu dni po rytuale zimy zawsze były – dosłownie – najdłuższym i najbardziej leniwym czasem wypoczynkowym zarówno dla Toma, jak i Harry'ego.

Z rana w ogóle się nie widzieli – nawet nie wypili razem kawy. Obydwaj byli zajęci sprawami szczególnej wagi zostawionymi na sam koniec. W porze lunchu także nie udało im się usiąść spokojnie na kilka chwil. Widzieli się przelotnie, a Tom i tak zdążył pouczyć go, żeby zjadł porządny obiad zamiast małej przekąski. Do samego wieczora byli zagrzebani w papierkowej robocie. A potem przyszedł czas na Ministerialny Bal.

Pomimo wysiłku ponad siły i szybkiego tempa pracy, Harry i tak się spóźnił. Całe szczęście, że przewidzieli taką możliwość i wcześniej ustalili, że na miejsce dotrą osobno. Czasu wolnego starczyło mu tylko na szybkie przebranie się w domu.

Tegoroczne przyjęcie odbywało się w Altair House, przepięknym dworze, który został niedawno nabyty przez Blacków. Podłogi pokrywało błyszczące czarne drewno, a ściany polerowany kamień i marmur – wszystko było pozłacane drobnym kryształem. W jakiś dziwny sposób nie dawało to wrażenia krzykliwości, choć do określenia tego miejsca zwyczajnym domem, wiele brakowało. Bardziej pasowało słowo „muzeum".

Harry zdołał się wślizgnąć, nie robiąc przy tym większego zamieszania. Znalazł też chwilę na bliższe przyjrzenie się wystrojowi. Kolorami przewodnimi był szary i srebrny, mieniące się w świetle. Co dziwne, nie dawało to wrażenia chłodu i zimna. Tom otworzył już bal a goście rozdzielili się na drobniejsze grupki. Wszystko wskazywało na to, że oficjalne tańce jeszcze się nie zaczęły. W pobliżu parkietu czaiło się kilka zainteresowanych par. Na końcu sali ustawione były stoły bankietowe. Sala prezentowała się nienagannie.

Gdzieś w pobliżu wyczuł obecność swojego narzeczonego i wysłał poprzez połączenie umysłów impuls, że w końcu przybył. Potwierdzenie otrzymania informacji przyszło w ułamku sekundy.

Harry szybko wtopił się w tłum. Przyjęcie niczym szczególnym się nie wyróżniało – przypominało wszystkie inne. Tematów do rozmów było mnóstwo: począwszy od tych, które starał się ignorować, przez te, które słuchał jednym uchem, a wypuszczał drugim, aż po te, które rzeczywiście były interesujące. Nie zabrakło anegdotek na temat życia osobistego i wyssanych z palca plotek. Kilka z nich Harry zakodował w pamięci – być może będą przydatne w przyszłości.

Kilkoro inwestorów pogratulowało mu ostatniego sukcesu – w końcu udało im się przepchnąć projekt bezpłatnej nauki dla dzieci poniżej jedenastego roku życia. Nauka będzie obejmowała podstawowe umiejętności takie jak pisanie i czytanie, liczenie oraz rozszerzone, do których zaliczyć można podstawy języka łacińskiego, rozwój sprawności fizycznej, szkolenia z zakresu muzyki i sztuki. Po głębszym namyśle dodano do projektu jeszcze jedną grupę wiekową: młodych dorosłych, którzy chcą dalej ogólnie się kształcić.

By odsapnąć, przeniósł się na skraj parkietu. Udawał, że słucha jak Philmoneous Toade papla na mało istotny temat. Mężczyzna sprawiał wrażenie egocentrycznego i miał tendencję powtarzania jednego i tego samego, co rusz powracając do początku swojej historii. Harry uparcie szukał sposobu, żeby opuścić tę konwersację, nie urażając go przy tym. Niespodziewanie zostali rozdzieli przez dwie tańczące pary. Choć przerwa od rozmowy będzie trwała tylko moment, był im za to niesamowicie wdzięczny. Zwłaszcza że znów miał środek parkietu na widoku. Zamrugał, oniemiały.

Tom.

Merlinie, był przepiękny! Wyglądał wspaniale!

Uroda narzeczonego prawie że powaliła go na kolana. Lodowe oświetlenie zdecydowanie mu służyło. Tom uśmiechał się do swoich rozmówców, którzy wyglądali, jakby byli gotowi mu jeść z ręki. Harry, nawet będąc praktycznie po drugiej stronie sali, z ledwością mógł złapać oddech.

W pewnym momencie ekspresja Toma uległa zmianie. Mężczyzna ogarnął wzrokiem miejsce, w którym stał Harry, po czym skupił się bezpośrednio na nim. Zamrugał i jego uśmiech lekko się załamał. Potem przełknął ślinę i zwilżył wargi. Merlinie, czy on zawsze był taki przystojny? Dlaczego był tak daleko? Dlaczego nie był na wyciągnięcie ręki?

Marszcząc brwi, przypomniał sobie, że jego rozmowa z Toade'em wciąż się nie skończyła, więc obrócił się do niego i przybrał uprzejmą, zainteresowaną minę. Kiwnął głową i zaczął desperacko przeczesywać pamięć, by zorientować się, o czym w ogóle mówili. Jakim cudem z tematu niedoboru ogonów jaszczurek czerwonych zeszli na temat Pucharu Świata w Quidditchu? Całe szczęście, że Toade nie dostrzegł jego rozproszenia i zdezorientowania.

Kilka minut później doszedł do wniosku, że brak skupienia jest tak właściwie w pełni jego winą. Rozluźnił więc swoje mentalne tarcze, zapominając, że tym samym bardziej otworzył połączenie umysłów z Tomem. Przekonał się o tym po sekundzie, kiedy to usłyszał, jak narzeczony wywołuje jego imię. Mruczał je tak cicho i seksownie, że Harry'emu aż stanęły włoski na karku. Nie dało się tego zignorować.

Mimowolnie odszukał wzrokiem jego sylwetkę. Mężczyzna rozmawiał teraz z inną grupką gości, choć wciąż stał na skraju parkietu. Na twarzy miał przyklejony czarujący uśmiech, ale Harry wiedział, że on też nie potrafi się skoncentrować – mentalne połączenie działało we dwie strony; Tom słyszał wszystkie jego brudne myśli. Jakby rzucając mu wyzwanie, Ślizgon spojrzał mu prosto w oczy. Harry uniósł wyzywająco brew i zastanowił się, czy aby na pewno dobrym pomysłem będzie drażnienie w ten sposób narzeczonego.

Takie kokietowanie było zabawne, ale też i nieodpowiednie. Uczestnictwo w Ministerialnym Balu było ważnym elementem pracy, nawet jeśli miał on charakter społeczny. Była to doskonała okazja do kultywowania wsparcia politycznego i zbierania datków. Należało więc być skupionym i przystępnym zarazem. Swoim zachowaniem Harry kontrastował z nieskomplikowaną elegancją i wyrafinowaniem Toma.

Mimo to odważył się nieco otworzyć ich połączenie. Przez tę szczelinę wyłapał okazjonalne iskierki pożądania, płynące od narzeczonego, jak i mógł wysłać swoje własne.

Godzinę później stracił Ślizgona z oczu. W tym samym momencie poczuł jego silną, zaciskającą się na ramieniu dłoń.

– Przepraszam bardzo, ale czy mógłbym wam przeszkodzić? Nie miałem okazji na rozmowę z przyszłym mężem przez cały wieczór – powiedział Tom, sugestywnie przesuwając dłoń po jego klatce piersiowej, żeby w ostateczności złapać go za rękę. Harry uśmiechnął się do niego.

– Och, oczywiście, Ministrze Riddle! – prawie że wykrzyknęła czarownica, z którą akurat Gryfon gawędził. Zatrzepotała rzęsami – w jej opinii – zalotnie, rzucając Tomowi pełne uwielbienia spojrzenie. Harry prychnął cicho. Przed momentem flirtowała z nim; jak widać, skacze z kwiatka na kwiatek. – Jeśli będzie mnie pan potrzebował, myślę, że znajdę trochę… wolnego czasu.

Zostali sami.

– Witaj, kochanie – mruknął Tom, całując wierzch jego dłoni. – Dobrze się bawisz?

– Zbyt dużo czarodziejów, za mało czasu – westchnął Harry.

– To istotny element naszej pracy.

– Fundamentalny, jak mówi mój narzeczony.

Tom uśmiechnął się zadziornie i przyciągnął go bliżej.

– Brzmi na mądrego faceta.

– No, ma swoje przebłyski, ale zazwyczaj jest dupkiem.

– Zastanawiam się, czy mój narzeczony cieszyłby się towarzystwem twojego?

– Myślę, że bardzo by się polubili. – Uśmiechnął się Harry.

– Wydaje mi się, że obaj się gdzieś zapodziali. Pozwól, że wykorzystam ten moment ich nieuwagi. Czy mogę prosić cię do tańca?

– Z największą przyjemnością, skarbie – odpowiedział Gryfon, po czym nieumiejętnie zatrzepotał rzęsami. Wargi Toma zadrżały, a przez ich mentalne połączenie przebiegła radość i coś, co mogłoby być odebrane jako śmiech.

Dał się poprowadzić Ślizgonowi na parkiet i właśnie wtedy muzyka się zmieniła. Harry znał ten utwór. „The Oak and Holly", tradycyjny taniec przesilenia zimowego, podobny do salsy, pełen obrotów i zmian prowadzenia. W miarę trwania tańca para zbliża się do siebie tak, że pod koniec wręcz ociera się o siebie. „The Oak and Holly" jest bardzo popularna wśród par, które chciały być ze sobą blisko, bez wzbudzania niepotrzebnych kontrowersji czy większego skandalu.

Była to też jedna z ulubionych piosenek Harry'ego.

– Przekupiłeś zespół? – spytał, mrużąc podejrzliwie oczy i przyjmując odpowiednią postawę. Stali teraz ramię w ramię, skierowani w dwie różne strony. Prawe dłonie mieli podniesione tak, że stykały się jedynie opuszkami palców. Pary wokół nich robiły dokładnie to samo, co oni.

Ruszyli, gdy rozbrzmiała się pierwsza nuta.

– To bal z okazji przesilenia zimowego. Połowa granych dzisiaj melodii odpowiada tej porze roku – odpowiedział z uśmiechem na twarzy Tom.

W pełni zsynchronizowani wykonali jeden obrót i zmienili dłonie.

– Losowa zbieżność z naszym tańcem jest mało prawdopodobna, Riddle.

Kolejny obrót. Muzyka przyspieszyła.

– Cóż za podejrzliwość, Potter.

Harry zaśmiał się cicho i zaczęli wokół siebie krążyć.

Przy użyciu już dwóch rąk zaczęli wykonywać coraz to bardziej skomplikowane figury. Tempo rosło z każdą sekundą, a mimo to żaden z nich nie pozostawał w tyle.

To było ekscytujące przeżycie; tańczenie z narzeczonym. Tom znał każdy krok i wykonywał go perfekcyjnie. Harry, przez wiele miesięcy, uczył się i trenował ciało razem z nim. Nie chciał się zbłaźnić na politycznych imprezach, na których taniec był podstawą dobrej zabawy. Teraz już ruszali się intuicyjnie. Gdy wykonywał obrót, wiedział, że partner będzie obok niego i że położy mu rękę na plecach. Tom także nie bał się od niego oddalić i wyciągnąć na ślepo ręki – wiedział, że jego palce dotkną drugich palców. Współpraca idealna.

Obydwaj nie potrafili złapać tchu, ale mimo to Harry zaśmiał się głośno, gdy uśmiechnięty od ucha do ucha Tom złapał go za biodra i podrzucił lekko do góry.

Nawet na chwilę nie przestali tańczyć.

Powietrze wokół nich gęstniało, magiczne sygnatury lgnęły do siebie, a myśli były przepuszczane przez mentalne połączenie. Gryfon nie mógł powstrzymać ledwo zauważalnego drżenia, tych doznać było zbyt wiele. Sposób, w jaki magia Toma napierała na jego własną, można było uznać za wręcz prowokujący, nieprzyzwoity.

Gdy zagrano walca, mężczyzna przyciągnął go do siebie. Razem kołysali się w spokojnym rytmie, ciesząc się z możliwości złapania oddechu.

Merlinie, z bliska Tom był jeszcze przystojniejszy.

– Podobają ci się szaty? – Uśmiechnął się Ślizgon.

Harry uniósł jedną brew i skupił się na wzorze kołnierzyka partnera.

– Materiał był już wystarczająco ładny na sklepowej wystawie. Uszyty na miarę strój wygląda na tobie olśniewająco – stwierdził sugestywnie, mocniej ściskając ramię Toma. Poprzez mentalne połączenie przepłynęło gwałtowne pożądanie ze strony jego narzeczonego. – Widzę, że też ci się podobam – dodał, patrząc mu prosto w oczy.

Szaty mieli wykonane z tego samego materiału. Były komplementarne.

– Wyglądasz grzesznie – wymruczał Tom. – Sprawiasz wrażenie kusiciela, który przyszedł na ten bal z zamiarem skolekcjonowania jak największej ilości serc.

– Grzesznie? Więc te szaty nie są odpowiednie dla tak oficjalnych uroczystości. – Uśmiechnął się Harry.

– Och, zdecydowanie. – Riddle zmierzył go od stóp go głów, po czym skupił wzrok na jego ustach. – Tylko osoba bez smaku i poczucia estetyki dałaby radę utrzymać swoją koncentrację na temacie rozmowy, będąc z tobą w jednym pokoju, i to tak ubranym. – Objął go w pasie.

Tom wyszeptał te słowa, muskając ustami wargi Harry'ego. Oszałamiające. Gryfon zadrżał, czując płynący po kręgosłupie przyjemny prąd.

Muzyka ponownie przyspieszyła.

Ślizgon zamrugał, zdziwiony. Najprawdopodobniej nie mógł uwierzyć, że powiedział na głos tak szczery komplement.

– Za niedługo północ – szepnął Harry.

– Najwidoczniej.

– Myślisz, że damy radę się stąd wymknąć niezauważeni?

– Świętujemy przesilenie zimowe, kochanie. Zabawa będzie trwała aż do białego rana, doskonale zdajesz sobie z tego sprawę – zaśmiał się Tom. – Nasze obowiązki względem balu skończyły się w momencie, w którym na niego dotarłeś. Nie musimy już nic więcej tutaj robić.

Harry przygryzł wargę i omiótł salę wzrokiem. Tańczące pary były skupione tylko i wyłącznie na sobie, część czarodziejów piła i rozmawiała; nikt nie patrzył nawet w ich stronę. Każdy był zajęty sobą.

– Spadamy – wyrzucił z siebie, łapiąc dłoń narzeczonego w żelazny uścisk. Potem zaczął się przepychać przed tłum, ciągnąc go za sobą. Tom nie silił się na spokojny krok, po chwili obaj prawie że biegli.

Aportowali się po sekundzie, gdy znaleźli się za zamkniętymi drzwiami sali.


W mieszkaniu magia Harry'ego cisnęła Toma na ścianę. Nie zdążył nawet zarejestrować bólu, kiedy narzeczony wplótł mu ręce we włosy i zawłaszczył jego wargi.

WRESZCIE!

Przyciągnął go bliżej, pogłębiając pocałunek. Harry cicho jęknął. Ich magia trzaskała wokół, mieszając się; była przepełniona pożądaniem. Obaj znieśli bariery otaczające ich umysły, całkowicie otwierając się na partnera. Żądza była niewyobrażalna.

Nawet przez jedwabny materiał szaty, czuł gorąco bijącego od ciała narzeczonego. Pod palcami czuł napięte do granic możliwości mięśnie i nie był szczególnie zaskoczony, gdy pchany namiętnością Harry, spróbował się na niego wspiąć.

Uśmiechnął się w przerwie pomiędzy pocałunkami. Przez sekundę miał ochotę złapać mężczyznę za tyłek i pozwolić objąć się nogami w pasie, ale zrezygnował z tego pomysłu. Jeśli miał być szczery, to bardziej podobało mu się to, co Harry chciał teraz osiągnąć. Używając połączenia umysłów, przesłał mu te myśli.

Został za nie nagrodzony ugryzieniem w język.

– Jesteś po prostu nieprawdopodobnie wysoki, ty draniu.

Tom zaśmiał się i zaatakował szyję kochanka. Ten odchylił do tyłu głowę, dając mu szersze pole do popisu.

– Zawsze się nade mną znęcasz – syknął z fałszywym zmartwieniem Harry. Potem sapnął z przyjemności i oblizał wargi. Szyja była jednym z jego wrażliwszych punktów.

– Irytowanie cię jest przezabawne, kochanie – odpowiedział ze świadomością przegranej z własnym pragnieniem. Nie wahając się ani sekundy dłużej, gwałtownie złapał czarodzieja za pośladki i podrzucił go do góry. Harry wskoczył na niego i Tom zmienił pozycję, wykonując obrót tak, że teraz on przyciskał partnera do ściany. Ten uśmiechnął się zawadiacko i niemal zmiażdżył mu biodra udami. Żaden z nich nie krył podniecenia – Tom czuł napierającego na swój brzuch twardego penisa kochanka.

– No właśnie widzę jak bardzo!

– Pomyślałem, że docenisz ten gest.

Znowu posiadł usta Harry'ego, choć tym razem bardziej zaangażował język. Merlinie, smakował wybornie.

Szarpnął biodrami do przodu, powodując tarcie, na co Gryfon sapnął i zaczął się wić w jego ramionach. Magia trzaskała wokół.

W pewnym momencie Harry odciągnął jego głowę za włosy, przerywając pocałunek. Uśmiechnął się i wykorzystał ten moment, żeby uważniej przyjrzeć się tej rozkosznej twarzy.

Określenia „grzeszna" i „prowokacyjna" były wielkim niedopowiedzeniem. Kiedy zobaczył Harry'ego, wchodzącego na salę balową, wystarczyło kilka sekund gapienia się na niego, żeby oszaleć. W tych cudnie skrojonych, idealnie dopasowanych do jego ciała szatach, wyglądał niczym młody, promieniujący władzą i mocą bóg. Kolory szat okazały się perfekcyjne, a wdzięk, jaki mężczyzna roztaczał, tylko potęgował te wszystkie wrażenia. Harry, z drugiej strony, w ogóle tego nie zauważał. Nigdy nie widzi wrażenia, jakie wywołuje. Ludzie co rusz na niego patrzyli, gdy zwracał na siebie uwagę uśmiechem lub chichotem; byli zwabiani przez ten urok, to niewiarygodne piękno. Tom zawsze był dobrym obserwatorem – ludzie rzeczywiście garnęli się do Harry'ego. Uczucie, jakim go darzyli, w niczym nie przypominało tej płytkiej afekcji, którą okazywali jemu.

Czy miało to jakieś znaczenie? Odpowiedź jest prosta – żadnego. Harry należał tylko i wyłącznie do niego. Czy Gryfon powinien w ogóle dbać o to, czy jest czyimś obiektem westchnień? Absolutnie nie. Miał przecież Toma. Tylko on mógł widzieć, jak Harry ciężko dyszy i desperacko próbuje wywalczyć sobie prawo do seksualnej dominacji. Tylko on mógł być obiektem jego pragnienia…

Po kręgosłupie przeszedł mu dreszcz. Powietrze wokół nich zgęstniało.

Skąd się wzięła ta przestrzeń między nimi…?

– Proszę cię, Tom! Potrzebuję cię!

Czy właśnie zostało wypowiedziane na głos to, o czym myślał? To zdanie nie obyło się bez echa – towarzyszyła mu desperacka nuta, a potem uczucie upadania. Niespodziewanie otoczyła ich wszechobecna miękkość. Tom odsunął się od narzeczonego na odległość kilku centymetrów i spojrzał mu prosto w oczy.

– Aportowałeś nas wprost do mojego łóżka? – spytał.

– Nie? – Harry rozejrzał się wokół i oblizał usta. – A może?

Och, to było takie podobne do Harry'ego. I prawdziwie absurdalne. Kto jeszcze byłby w stanie dokonać czegoś takiego przez przypadek, nie zdając sobie z tego sprawy? Tom roześmiał się i pochylił się, żeby zawłaszczyć sobie wargi kochanka.

Wszystko potoczyło się tak szybko. Pasowali do siebie, wzajemnie się uzupełniali. Jedwabne szaty z wisienki na torcie stały się tylko zbędną przeszkodą; ciężej było się z nich wyplątać niż z normalnego stroju. Harry szarpnął za kołnierzyk Toma i warknął gniewnie. Nie potrafił odpiąć zapięcia. W obecnej sytuacji nie było to wcale takie dziwne, też miał z tym problem. Żaden z nich nie miał tym razem szczęścia.

– Guziki…

– Pozbądź się ich!

– Jaki niecierpliwy…

– A ty niby nie?

– Fakt. – Szaty zniknęły. – Lepiej? – dodał, całując obojczyk narzeczonego.

– O wiele – westchnął Harry i usiadł na nim okrakiem. Wygłodniałym wzrokiem omiótł jego ciało i zaczął błądzić po nim dłońmi. Na twarzy miał wypisany głód. – Te szaty i tak zachowamy na później.

– Och, zdecydowanie.

– Jasna cholera! Jeszcze raz!

Tom uśmiechnął się drapieżnie i przesunął kciukiem po wrażliwej główce członka mężczyzny. Harry szarpnął biodrami, głośno jęknął i przyciągnął go do kolejnego pocałunku. Ślizgon poddał mu się, po czym syknął z przyjemności, czując przesuwające się po jego ramionach paznokcie.

– Chcę cię w środku – wyszeptał Harry.

– Czyżbyś czytał mi w myślach? – spytał, na co narzeczony zachichotał.

Merlinie, tak bardzo go uwielbiał.

Machnięciem ręki przywołał leżący na stoliku nocnym lubrykant, atakując szyję kochanka. Chciał zostawić na niej niezliczoną ilość śladów. Harry drżał pod wpływem dotyku. Jego przyjemność można było porównać do miniaturowego słońca w umyśle Toma.

Gdy zaczął drażnić małą dziurkę, przez twarz Gryfona przebiegł grymas bólu. Był on prawie niezauważalny – nie umknął bystrym oczom Toma, który bardzo uważnie studiował jego mimikę. Mentalne połączenie też ułatwiało sprawę.

– Jesteś taki ciasny. – Przerwał na moment.

Harry wzruszył ramionami.

– Minęły trzy miesiące.

Tom uniósł brew i oparł brodę o biodro kochanka. Potem delikatnie potarł dziurkę, zataczając wokół niej kółeczka. Trzeba było rozluźnić napięte mięśnie.

– Owszem, odkąd ostatni raz się pieprzyliśmy. Z góry założyłem, że masturbowałeś się chociaż raz na jakiś czas.

– No tak. Ale nie używałem palców. – Harry wpatrywał się w sufit, a jego policzki były zarumienione. – Wolę, kiedy ty to robisz. Ciężko mi znaleźć odpowiedni kąt.

Tom uśmiechnął się, po czym zwiększył nacisk na dziurkę, powodując tym samym, że jego kochanek sapnął i zakołysał zmysłowo biodrami. Czarodziej był już na tyle rozluźniony, że Tom wsunął w niego pierwszy palec.

– Wciąż masz ochotę na seks? Czy wolisz, żebym doprowadził cię do orgazmu w ten sposób? – wymruczał, szukając prostaty. Drugą ręką ponownie podrażnił czubek sterczącego przed twarzą penisa. Harry wierzgnął i głośno jęknął. – Mnie zadowoli każde rozwiązanie – dodał.

Och, tak. Nie skłamał. Na samą myśl oglądania przyjemności narzeczonego po kręgosłupie przebiegał mu dreszcz. Uwielbiał, jak Harry wił się pod wpływem jego dotyku, jak miął prześcieradło, jak nie potrafił myśleć o niczym innym, tylko o Tomie, jak pragnął tylko jego – więcej i więcej. WIĘCEJ. Nic innego nie potrafiło go oczarować, jak właśnie to.

Gryfon cicho westchnął, gdy Tom dodał kolejny palec i rozciągał go już dwoma. Nie czekał długo na ruch ze strony partnera – już po chwili poczuł na policzku jego dłoń. Potem wplątała się we włosy.

– Mamy dwa tygodnie wolnego. Palce można zostawić na inny dzień – powiedział Harry i pociągnął Riddle'a za włosy, przyciągając go do pocałunku. – Wejdź we mnie.

– Wedle życzenia – odpowiedział i po raz ostatni pchnął palcami. Potem ustawił się w odpowiedniej pozycji i patrzył, jak jego kochanek przełyka nerwowo ślinę.

Harry był ciasny, nawet po rozciągnięciu i nawilżeniu. Mimo oczywistego dyskomfortu popędzał Toma, odmawiając odczekania chwili i złapania oddechu. Będąc w nim po same jądra, złapał więc jego penisa i zaczął mu trzepać. Nie zabrakło także doznań fizycznych przesyłanych przy pomocy połączenia. Ciepło, tarcie i wszechogarniająca rozkosz sprawiały, że krew szumiała mu w uszach.

Harry westchnął ponownie, gdy w końcu całkowicie się odprężył. Oczy miał zasnute mgiełką pożądania, gdy przyciągnął go do pocałunku. Tom nie pozostał bierny – oddawał je aż do momentu, w którym jego partner nie potrafił złapać tchu.

– Zacznij się w końcu ruszać albo przewrócę cię na plecy, przywiążę za nadgarstki do zagłówka i będę się tobą bawił – warknął sfrustrowany Harry.

– Och, to miała być groźba? – Spełnił prośbę.

Mieli dużo praktyki. Umawiali się już ponad trzy lata i większość tego czasu spędzili na szukaniu sposobów na urozmaicenie seksu. Obaj byli młodzi, zdrowi i wytrzymali – synchronizacja nie stanowiła dla nich żadnego problemu. Spędzili niezliczoną ilość godzin na doszlifowaniu umiejętności i eksperymentowaniu, wydłużaniu przyjemności i seksie tantrycznym*.

Ale przecież minęły aż trzy miesiące!

Dzielił ich jeden cholerny krok od orgazmu!

Gdyby w grę wchodziła tylko i wyłącznie strona fizyczna, Tom wytrzymałby dłużej. Oczywiście, Harry wyglądał przepięknie, gdy wił się pod nim, a dźwięki, które z siebie wydawał, były absolutnie nieprzyzwoite – to łechtało mu ego. Zęby kochanka na jego skórze, zadrapania na plecach i wszystkie te ślady przynależności do siebie były świadectwem ich uczucia; to doprowadzało Toma do czystego szaleństwa.

Nie szczytowałby tak szybko, gdyby narzeczony nie zdecydował się na mentalną projekcję swoich doznań. Przy otwartym połączeniu umysłów, wszystko to zostało spotęgowane. Tom miał wrażenie, że przechodzi po nim prąd elektryczny. Oczywiście, nie pozostał mu dłużny.

Spełnienie osiągnęli bardzo szybko.


Tom opadł na poduszki obok Harry'ego. Powoli się uspokajał. Kochanek rzucił mu uważne spojrzenie i przysunął się bliżej, po to, by przylgnąć do jego boku. Splątał ich nogi razem i objął go w pasie. Nie chciał pozwolić, żeby ta słodka chwila się skończyła. Ich magia wciąż buzowała, a połączenie było wciąż otwarte – nie zrobili nic, żeby zmienić ten stan rzeczy.

Tom patrzył na niego z niemożliwą do rozczytania miną, podczas gdy Harry miał wszystkie emocje wypisane na twarzy. Ostatnie pozostałości po orgazmie w umyśle Ślizgona zostały zastąpione przez wybuchową mieszankę uczuć: radość, tęsknotę, ulgę, frustrację, złość i satysfakcję. Jeszcze nigdy nie czuł się tak przytłoczony.

Harry uśmiechnął się nieśmiało i złożył na jego ustach delikatny pocałunek. Tom oddał go, ale nie zaangażował się zbytnio.

– Trochę niezręcznie po tak długim czasie, prawda? – westchnął Gryfon.

– Nie, dlaczego? Uprawialiśmy już wcześniej seks.

– Nie w takich okolicznościach.

– Ponad połowa naszych kłótni kończy się w łóżku, Harry – prychnął Tom. – Jak również często kłócimy się podczas samego seksu.

Mężczyzna wyszczerzył się, ale ten uśmiech nie trwał długo; szybko oklapł. Nie chciał wracać do tego okropnego utrzymywania dystansu. Nie chciał, żeby Tom od niego uciekł. Nie chciał także znowu się z tym całym bagnem zmagać.

Najwyraźniej narzeczony również tak myślał, ponieważ objął go mocniej.

– Nie puszczę cię – wyszeptał.

– Nie chcę, żebyś nawet rozważał taką opcję – odpowiedział Harry. – Nie zamierzam od ciebie odejść. Ani teraz, ani w przyszłości. Bez względu na to, o co się kłócimy. Dobrze o tym wiesz. Jasna cholera, tak właściwie, to przez większość czasu nasze sprzeczki sprawiają mi przyjemność. To niezła zabawa. Tacy właśnie jesteśmy.

Tom uśmiechnął się złośliwie, ale w jego oczach nie było widać rozbawienia.

– Nie tym razem.

– Nie tym razem – zgodził się Harry. – Po prostu… dlaczego to ja muszę… dlaczego znalezienie rozwiązania naszego problemu leży w mojej gestii? To ty mnie skrzywdziłeś. To ty powinieneś stanąć na uszach i coś wymyślić, znaleźć jakiś kompromis. Nie chcę tak łatwo ci wybaczać. Nie chcę też, żebyśmy to rozeszło się po kościach. Tobie nawet nie jest przykro z powodu tego, co się wydarzyło. Obaj wiemy, że gdybyś miał kolejną okazję, zrobiłbyś dokładnie to samo.

– Nie musisz się tak złościć – powiedział Tom, palcami pieszcząc policzek zielonookiego czarodzieja. – Nie postąpiłbym tak samo, jeśli byś mnie zdradził.

– Łżesz. – Harry złapał tę dłoń i złożył na jej wierzchu delikatny pocałunek. Potem dotarło do niego, jak Toma ucieszył ten drobny gest. – Wyszedłbyś z siebie, żeby zrobić to po swojemu. Zachowywałbyś się tak, jakbym coś ci zawdzięczał. Próbowałbyś zatuszować sprawę, a jakby ją odkrył, udawałbyś wielce zaskoczonego.

– Być może.

Harry, dzięki połączeniu, wyczuł fascynację i ciekawość Ślizgona, który mentalnie na niego naciskał. Wyglądało na to, że Tom był bardzo zdeterminowany, żeby wyciągnąć z tego nieszczęścia konkretne wnioski. Chciał wiedzieć, co Harry czuł, gdy uświadomił sobie o śmierci niedoszłego zabójcy oraz kiedy zdecydowali się na utrzymywanie dystansu. To było dobre – niosło za sobą przesłanie, że Tomowi rzeczywiście zależało i nie pozostawał bierny. Ich magia przeplatała się ze sobą, biorąc udział w tych powolnych, leniwych pieszczotach.

– Ciężko jest powstrzymać się od gniewu – kontynuował Potter. – Wkładam w to wiele wysiłku i nie dostaję za to żadnej prawdziwej nagrody. To wykańcza mnie i odbija się na nas obu. Nie chcę chować urazy. Nie chcę, żebyśmy byli nieszczęśliwi. Było między nami naprawdę dobrze i, na bogów, mamy dopiero dwadzieścia sześć lat! Mamy przed sobą całe stulecia!

– Nawet więcej – wtrącił się Tom.

– Owszem, dzięki tobie – odpowiedział Harry, wbijając w niego zirytowane spojrzenie. – Powinieneś przestać wspominać o horkruksach, gdy jestem na ciebie zły.

– Wybacz.

– Nawet nie silisz się na szczerość.

– Kontynuuj o naszej świetlanej przyszłości. Brzmiałeś naprawdę poetycko. Podobało mi się to.

– Czasem jesteś takim kutasem! Zastanawiam się, dlaczego w ogóle mi na tobie zależy!

Tom nie odpowiedział. Zamiast tego, przymknął oczy, wyglądając, jakby rozkoszował się tymi słowami. Co więcej, dzięki połączeniu umysłów, Harry był w stanie wyczuć jego wielkie zadowolenie. Stwierdzenie, że jest kochany, sprawiło mu niewiarygodną przyjemność.

Nie chcąc pozostać dłużnym, Gryfon wysłał narzeczonemu obraz jeżącego się kota.

Tom drgnął, po czym otworzył oczy i uśmiechnął się szeroko. Właśnie tego chciał Harry; obaj tego pragnęli. Swobody, głębokiej więzi, poczucia bliskości, drażnienia się – NORMALNOŚCI.

– Możemy być dla siebie tacy dobrzy. Pomożesz mi w tym, bo sam nie podołam. To nie jest coś, czego może dokonać tylko jedna osoba. Potrzebuję cię. Raz za razem próbowałem przez to przebrnąć, rozmyślałem na ten temat i główkowałem, ale i tak zawsze wracałem do punktu wyjścia – że nie mogę ci zaufać, że nie zrobisz tego ponownie. To z kolei wyciągało na wierzch coraz to więcej wątpliwości. Czy w ogóle mogę ci zaufać? Czy jesteś w stanie dać mi pewność, że, nawet jak pojawi się kolejny zamachowiec, nie popełnisz tego samego błędu? Rozumiesz? Potrzebuję dowodu. Muszę wiedzieć, że następnym razem się powstrzymasz. Potrzebuję gwarancji.

Twarz Toma przybrała nieczytelny wyraz, a jego oczy skupiły się na Harrym. Cisza stała się niezręczna. Słowa zawisły w powietrzu.


Tom zamarł w miejscu, gdy przetrawił prośbę narzeczonego. Nawet będąc świadomym, że padną podobne słowa, w pierwszym odruchu chciał się tego wyprzeć.

Przez te wszystkie lata, odkąd się spotkali, dał Harry'emu dużą władzę nad sobą, niezależnie od tego, czy mężczyzna o tym wiedział, czy też nie. Dobrowolne związanie sobie rąk było wręcz absurdalne. Czy to, że wybrał rolę polityka, a nie dyktatora, nie było wystarczające? Z pewnością rządy twardej ręki bardziej odpowiadałyby jego naturze, jak i byłyby one przyjemniejsze niż to, co osiągnął teraz. Zamiast tej drogi wybrał Harry'ego. Podzielił się z nim swoją prywatnością, pozwolił mu poznać swoje najskrytsze myśli, w tym wiele osobistych lęków i dyskomfortów. Poświęcił dla jego dobra nawet kawałek własnej duszy, czyniąc żywym horkruksem. Opcja nieożywionego obiektu była o wiele bezpieczniejsza, więc zaryzykował. Nigdy wcześniej nie zrobił czegoś takiego!

Jakim prawem Harry prosił go o powstrzymanie się od zabijania? Harry był człowiekiem, który nie odważyłby się nawet odebrać komuś życia w chwili zagrożenia własnego, a tym samym stawiał się w gorszej sytuacji niż Tom. Jakby na to nie patrzeć współczucie, które Gryfon żywił nawet dla swoich wrogów, było wręcz legendarne. Na całe szczęście, Tom był jego przeciwieństwem w tej kwestii – był bezwzględny. Wszyscy nieprzyjaciele doskonale wiedzieli, że z największą przyjemnością skróciłby ich o głowę, i właśnie dlatego zawsze odwoływali się do kręgosłupa moralnego Harry'ego.

Takie przyczepiły się do niego myśli. Potem oczy zasnuła mu czerwień, serce przyspieszyło, a wściekłość całkowicie wyrzuciła je z głowy. Gdy wziął głęboki oddech, uświadomił sobie, że nigdy nie doszedłby do tego, co ma teraz, gdyby kierował się swoimi pierwotnymi instynktami. Nigdy nie byłby na tej pozycji społecznej, gdyby kierowała nim złość. To była droga, którą wybrał Voldemort. Głupota! Tom był ponad nią.

Skupił się więc na tym, co tak naprawdę przeszkadzało Harry'ego. Nie była to śmierć tej kobiety – to wiedział na pewno. Chodziło o zupełnie co innego. Jego narzeczonego najbardziej bolał fakt, że Tom ponownie rozlał krew i pobrudził sobie nią ręce. Harry postrzegał ten czyn jako zdradę i to sprawiało mu cierpienie. Byli zespołem. Drużyną. Dawno temu wypracowali sposoby karania przestępców i obaj wiedzieli, że gdyby Gryfon nie był nieprzytomny, z pewnością zainterweniowałby i powstrzymałby go przed torturowaniem i zabiciem tej suki.

Teraz żądał obietnicy, by znowu móc mu zaufać; że nie zabije ponownie, jak tylko się rozdzielą. To właśnie stanowiło drzazgę w ich palcu przez te ostatnie trzy miesiące. Gdy zawisło nad nimi to morderstwo, Harry chciał większej pewności co do kolejnego takiego incydentu. Werbalnej i wyraźnej. Chciał wrócić do tego, co między nimi było, żyć pełną piersią, a nie tylko wegetować, tuszując prawdziwe uczucia.

Prośba była podstawna. Pod wieloma względami. Byli przecież zupełnie różnymi ludźmi. Światopoglądowe różnice i to, co uważali za „normalne" i „rozsądne" było przecież nieraz źródłem wielu ich kłótni, począwszy od ich pierwszego spotkania.

Idealistyczna wizja Harry'ego dotycząca ich wspólnej przyszłości była bardzo pociągająca i emocjonalna. Och, gdy już dojdą do prawdziwego porozumienia, wytknie mu to jeszcze nie raz. Ostatnie dziesięć lat było znacznie bardziej satysfakcjonujące niż jakiekolwiek przyszłe plany, które Tom wysnuł w czasie, zanim się poznali. Harry był chodzącym wyzwaniem, frustrującym i orzeźwiającym. Manipulacyjnym. Jego poczucie moralności i siła były urzekające. Sprawiały, że Tom marzył o splamieniu go, rozbiciu na kawałeczki i złożeniu go w całość. Nieustannie. Chciał tego ideału przypominającego świecącą lampkę ostrzegawczą, chciał podejmować rzucane mu wyzwania. Nie przeszkadzało mu to, że umysł Harry'ego jest jedną wielką niezbadaną niewiadomą.

Narzeczony wniósł do jego życia tyle przyjemności – i nie chodziło tutaj o fizyczny, seksualny akcent ich związku. Harry był najlepszym możliwym przeciwnikiem, najlepszym partnerem, jakiego w ogóle mógł sobie wyobrazić. Tom nie mógł marzyć o większej komplementarności i współpracy. Potter był jedyny w swoim rodzaju. Przez stulecia szukałby drugiego takiego człowieka, jak on – i poniósłby porażkę…

Och, tak. Harry był odurzający.

Z opóźnieniem zdał sobie sprawę, że nie udzielił odpowiedzi na zadane mu pytanie. Milczał od ponad minuty. Partner przez cały ten czas uważnie go obserwował, skupiając się na emocjach. Zapewne się martwił. Tom pochylił się więc i złożył na jego ustach szybki pocałunek, po czym splótł palce ich dłoni.

– Możesz mi zaufać – powiedział, dając kochankowi gwarancję, jeszcze zanim zorientował się, że wydał z siebie jakieś dźwięki. Nie kontrolował własnego języka.

– Na pewno? – spytał sceptycznie Harry, unosząc do góry brew.

Tom rozumiał jego niepokój. Sam był zaskoczony własnymi słowami. Mimo to czuł, że postąpił dobrze. Biorąc pod uwagę temperament narzeczonego, intuicyjne podejście do sprawy było odpowiednim rozwiązaniem. Sprawdzało się o wiele lepiej niż dobrze przemyślana logika. Tom pragnął Harry'ego. Pragnął tego, co udało im się osiągnąć przez te dziesięć lat. Mieli przecież przed sobą kolejne dziesięciolecia…

– Na pewno – potwierdził. – Mogę nawet złożyć ci przysięgę. Jeśli chcesz, to możemy się umówić, że ty będziesz osobą decyzyjną, jakby przyszło co do czego. Ty zadecydujesz, czy wróg zasługuje na życie, czy nie – dodał, ponieważ nie było tak, że co chwilę Tom kogoś zabijał. Takie wpadki były drobnymi epizodami w ich życiu. Z tego też powodu był gotów na takie poświęcenie – wiedział, że żeby znowu uczynić Harry'ego swoim, musi dać mu nad sobą pewną kontrolę.

Gryfon zamrugał zdziwiony. Jego oczy były szeroko otwarte i dziwnie błyszczące.

– Zrobiłbyś to?

– Oczywiście.

– Dobrze wiesz, że po prostu powiedziałbym ci, żebyś dał sobie spokój. I musiałbyś to zrobić, usłuchać mojej decyzji. Och, no właśnie. Nie zgadzam się także na to, żebyś wysługiwał się swoimi poplecznikami lub uciekał się do udziału osób trzecich.

Tom westchnął i przewrócił oczami.

– Tak, wziąłem to pod uwagę już wcześniej. Propozycja przysięgi wciąż jest ważna. Co więcej, wytknę ci luki w twoim rozumowaniu, gdy przyjdzie co do czego. Zastrzegam sobie prawo do gwałtownej reakcji, która – moim zdaniem – nie będzie żadną przesadą. W sytuacjach bojowych i zagrożenia życia będę używał siły – wytłumaczył. Równie dobrze może w ten sposób rozegrać swoje karty. Harry najprawdopodobniej własnoręcznie by go udusił, gdyby próbował obejść jakoś przysięgę, lub uciekłby, mając tego dość.

Gryfon prychnął i pochylił głowę, kryjąc uśmiech i szkliste oczy. Nadzieja Harry'ego, którą Tom odczuwał dzięki więzi, rozchodziła się po jego ciele.

Tak. Podjął dobrą decyzję.

– Płaczesz? – spytał Tom, także się uśmiechając.

– Nie! Zamknij się!

– Płaczesz – powtórzył z naciskiem. – Popatrz, tutaj. Właśnie to ludzi nazywają łzami…

– Drań! – zaśmiał się Harry, przytulając się mocniej do klatki piersiowej Toma, który nie czekał już na nic – także go objął. Mężczyzna powiercił się przed moment, po czym poddał się całkowicie. Jego ramiona wciąż drżały a emocje wypełniały ich połączenie.

Czarodziej uspokoił się dopiero po kilku minutach. Gdy podniósł się na łokciach, Tom wstrzymał oddech. Policzki Harry'ego były zarumienione a różowe usta wilgotne. Merlinie, wyglądał wspaniale. Idealnie.

Zawłaszczył jego wargi i wplótł dłonie w rozczochrane włosy. Byli wygłodniali dotyku. Ich pocałunki były mokre, namiętne, pełne zębów i języków.

Gdy odsunęli się od siebie, żeby zaczerpnąć oddechu, Tom wykorzystał chwilę nieuwagi partnera i usiadł na nim okrakiem.

W ich umysłach wciąż rządziła żądza. Ich magie znowu się zderzyły i zaczęły przenikać.

Riddle zadrżał.

– Pragnę cię – wyszeptał.

– Tak? – Uśmiechnął się Harry. – W takim razie nadróbmy zaległości.


* Seks tantryczny – część azjatyckiej filozofii – tantry – będącej mieszaniną różnych nurtów myślowych. Koncepcja wywodzi się z hinduistycznych Indii, a w późniejszym czasie trafiła do Tybetu, gdzie wpłynął na nią buddyzm. Tantra to w nic innego jak "narzędzie do rozciągania świadomości". Podczas stosunku para staje się jednością. Ważne jest nawiązywanie kontaktu wzrokowego, skupianie się na zmysłach i emocjach partnera. Kluczem jest brak jakiegokolwiek pośpiechu. Bardzo często seks tantryczny opisywany jest jako przedłużająca się gra wstępna, choć nie jest to prawda