Rozdział drugi: Pająki na martwej sieci
– Tato, czemu w Lux Aeternie nie ma skrzatów domowych?
James zamrugał i podniósł wzrok sponad swojej miski z gulaszem. Harry patrzył się na niego po drugiej stronie stołu intensywnie, marszcząc brwi.
– Ponieważ ich nie potrzebujemy – odpowiedział James, nabierając łyżką kolejną porcję gulaszu. – Pewnie zauważyłeś już, że nasze jedzenie się po prostu pojawia, tak samo jak w Hogwarcie, mimo, że nie mamy skrzatów domowych?
Harry spochmurniał.
– Powinienem był – powiedział przygnębionym głosem. Odchylił się na swoim krześle i rozejrzał się wokół jadalni Lux Aeterny. Z obu stron otaczały ich ogromne okna, co nie było takie niespotykane w tym domu; w tym przypadku ich zadaniem było wpuszczać wieczorne, letnie słońce. James zastanawiał się czasem, kto wpadł na błyskotliwy pomysł powieszenia luster pomiędzy oknami, tak żeby te odbijały wpadające światło. Myślał, że prawdopodobnie babcia Matylda. Zawsze szukała nowych sposobów na obwieszczenie wszystkim nowej, formalnej deklaracji rodziny wobec Światła, zarówno w symboliczny sposób, jak i przez swoje słowa i czyny. – Ale byłem skupiony na Connorze.
James rozejrzał się ukradkiem po sali, chociaż wiedział, że Connor wyszedł na zewnątrz, ćwiczyć zaklęcia pojedynkowe z Remusem. Być może to był najlepszy moment, żeby porozmawiać z Harrym o jego obsesji na punkcie brata, kiedy Connor nie miał szans ich usłyszeć.
– Dlaczego nie?
No to może za chwilę, kiedy uda mi się przekonać go do zejścia z tematu skrzatów domowych, obiecał sobie James, po czym skończył gulasz i odepchnął od siebie miskę. Momentalnie zniknęła. Harry spojrzał na miejsce, w którym była, po czym przerzucił wzrok na niego.
– Nie potrzebujemy ich – wyjaśnił James, odchylając się na krześle. – Dawno temu udało nam się dogadać z mieszkającymi w okolicy brązaczkami i to one zajęły miejsce naszych skrzatów.
Harry powoli pokręcił głową, a jego oczy nabrały szklanego poblasku, dzięki któremu James wiedział, że jego syn przeszukuje teraz swoje wspomnienia.
– Niewiele wiem o brązaczkach. Czemu się zgodziły dla nas pracować?
– Brązaczki żyją w koloniach – powiedział James, uśmiechając się lekko, kiedy uświadomił sobie, że brzmi jak jego babcia. Matylda Potter upierała się, że ich rodzina powinna być świetlista pod każdym możliwym względem i każdemu z radością opowiadała historię o tym, jak udało jej się zdobyć służących, którzy przyjęli swoją rolę z własnej woli. – Kolonia mieszkająca niedaleko Lux Aeterny została porwana pewnego dnia przez gobliny, wszyscy poza ich królem. Ten udał się do mojej babci – czyli twojej prababci…
– Wiem – powiedział Harry, a w jego głosie pojawiło się echo irytacji.
Nie lubi, kiedy się go traktuje, jakby był głupi, odnotował sobie James. Widzisz, Peter? Obserwuję go.
– Udał się do mojej babci z prośbą o pomoc – kontynuował gładko. – A ona nie tylko odzyskała jego kolonię, ale też rzuciła odpowiednie zaklęcia, żeby się upewnić, że nikt więcej nie zostanie porwany. W zamian za to, on zaoferował jej pomoc, a ona poprosiła go, żeby, z pomocą swojej kolonii, zajął się Lux Aeterną.
– Tak się właśnie zastanawiałem, czemu tu nigdy nie ma kurzu – powiedział Harry, patrząc po meblach, które lśniły delikatnym złoto–brązowym blaskiem drogiego drewna. James sam nie był pewien, co to jest za drewno, wiedział jednak, że ten gatunek wymarł dawno temu. – Raczej nie miałbyś czasu, żeby sprzątać, nawet w czasie miesięcy, kiedy się tu kryłeś.
James kiwnął głową.
– Brązaczki nie są takie, jak skrzaty domowe. Uwielbiają czystość, więc będą prać nasze ubrania, gotować nasze jedzenie, myć po nas naczynia i tak dalej, ale niespecjalnie przepadają za czarodziejami i z całą pewnością nie są uległe. – Skrzywił się i pomasował ledwie widoczną bliznę na swojej ręce. Próba złapania zajętego sprzątaniem brązaczka nie jest najmądrzejszym pomysłem dla żadnego dziecka, nawet jeśli to dziecko jest już na tyle duże, żeby mieć już własną różdżkę. – Dlatego pracują dla nas, ale trzymają się od nas z daleka i z wzajemnością.
– A Potterowie wypuścili swoje skrzaty? – podsumował Harry.
James kiwnął głową.
– Skąd w ogóle ci przyszedł do głowy ten temat?
Harry spojrzał na punkt ponad swoją głową, przypominając tym Jamesowi kuguchara, którego miał jak był mały.
– Widzę ich sieć – szepnął.
W tym momencie nawet James spojrzał na sufit, w miejsce, któremu, jak mu się wydawało, przyglądał się Harry, ale nie był w stanie niczego zobaczyć. Zmarszczył brwi.
– Co masz na myśli?
Harry nie odpowiedział. Kiedy James znowu się odwrócił w jego kierunku, Harry pocierał oczy i westchnął, opuszczając ręce.
– Widzę pęta magicznych stworzeń. Na przykład sieci, które przymusiły skrzaty do służby w tym domu, albo sieci w Zakazanym Lesie, które wiążą jednorożce, żeby te były mniej niebezpieczne w swoim pięknie, czy też te, które przywiązywały dementorów do Azkabanu. – Spojrzał na Jamesa. – Mówiłem ci o tym.
James powoli kiwnął głową. Przyszedł do Harry'ego, kiedy dostał pierwszy list od Ministerstwa z pretensją, że nie mają już żadnych skutecznych sposobów na utrzymanie więźniów w Azkabanie poza osłonami anty–aportacyjnymi i ludzkimi strażnikami. James póki co zbywał ich, zauważając, że z tego, co mu wiadomo, wyzwolenie dementorów i odesłanie ich do koszmarów nie było karalne. Departament przestrzegania praw czarodziejów zaczął przeszukiwać jakieś przestarzałe prawa, próbując znaleźć cokolwiek, o co mogliby oskarżyć Harry'ego.
Najnowszy list od nich był cokolwiek zagadkowy. Zapewniał Jamesa, że ministerstwo zostawi Harry'ego w spokoju przynajmniej do czasu, aż faktycznie nie znajdą czegoś porządnego, o co mogliby go oficjalnie oskarżyć i nie wypełnią wszystkich papierów w trzech kopiach. List nie był podpisany, ale Harry uśmiechnął się przelotnie, jak go przeczytał.
– Potrafię zobaczyć sieci, które kiedyś przywiązywały skrzaty domowe do tego domu, ale nie są w żaden sposób zajęte – powiedział Harry, machając ręką. – Po prostu... unoszą się w powietrzu. Nie umiem tego tak naprawdę opisać. Są porwane i poszarpane, lśnią złotem, jak jedwabne nitki. – Wzruszył ramionami. – Dlatego właśnie pomyślałem, że jakieś inne magiczne stworzenie musi po nas sprzątać.
Odwrócił się, żeby spojrzeć na swojego ojca i James ledwie powstrzymał się od wciągnięcia z zaskoczeniem powietrza. Oczy Harry'ego płonęły. James jeszcze nigdy go takim nie widział, w dodatku nie był w stanie w żaden sposób połączyć tego wyglądu z Lily. Wyglądało na to, że ta agresywna, zawzięta determinacja należała wyłącznie do Harry'ego.
– Czemu wszyscy nie mogą tego zrobić? – zapytał, z tonem w głosie, który mógł być gniewem, albo zwykłą pasją. – Czemu wszyscy nie mogą umówić się jakoś z zamieszkałą niedaleko nich kolonią brązaczków, zamiast zniewalać skrzaty domowe?
James zamrugał.
– Harry, skrzaty domowe nie są zniewolone. Powiedziałem ci już, brązaczki się bardzo od nich różnią. Skrzaty domowe z radością biorą na siebie swoje obowiązki...
– Rozmawiałem z jednym z nich – przerwał mu Harry. – Powiedział, że skrzaty domowe mają na sobie wiele sieci. Jedna z nich nie pozwala im się zbuntować.
James zmarszczył lekko brwi. Coś mu umykało. Musiało.
– Harry, powiedziałeś, że chcesz zostać vatesem.
Harry kiwnął głową, nie mrugając nawet. James skrzywił się. Od tak intensywnego spojrzenia pot był mu gotów wystąpić na czoło.
– Ale pierwszy raz słyszę, że już się nim stajesz – mówił dalej James. – Nie wiedziałem, że miewasz... no, że rozmawiasz ze skrzatami domowymi i uczysz się historii, która wykracza poza normalną historię czarodziejów. – Uwolnienie dementorów to jedno, oni zagrażali wszystkim i już dawno powinny były wrócić do koszmarów, ale czy on w ogóle zdaje sobie sprawę z tego, jak wiele rzeczy się zmieni, jeśli nagle uwolni domowe skrzaty?
– Staję się nim – powiedział Harry. – Była przepowiednia, tato, przepowiednia Connora, o której z nim rozmawiałeś.
James znowu kiwnął głową. Chciał zrozumieć jak najwięcej o tej nocy, kiedy jego chłopcy stawili czoła opętanemu przez Voldemorta Syriuszowi i niemal zginęli. Labirynt mu to pokazał, ale nie był w stanie powiedzieć mu, jak Harry czy Connor się wtedy czuli.
– Wydawało mi się, że przepowiednia dotyczyła tylko tej jednej nocy – powiedział.
Harry pokręcił głową, po czym wstał od stołu i zaczął chodzić po pokoju.
– Nie – szepnął. – Tam chodziło o pierwszą decyzję, jaką podejmę jako vates, decyzję, która zaważy na wszystkich innych. Zapytałem dementorów, czego ode mnie chcą. Powiedzieli mi. Odmówiłem ich pierwszej propozycji i zawarłem z nimi układ, który ostatecznie wysłał je do koszmarów. Ale czas najwyższy, żebym zaczął myśleć o innych magicznych stworzeniach. – Odwrócił się w stronę Jamesa. – Mam wrażenie, że już wcześniej powinienem był zacząć o tym myśleć, ale byłem za bardzo zajęty Connorem.
James pochylił się do przodu. Właśnie o tym chciałem z nim porozmawiać, ale zboczyliśmy z tematu. Harry ma tendencję do tego.
– To, że nie uczysz już swojego brata zaklęć pojedynkowych, wcale nie oznacza, że powinieneś się poświęcić jakiejś innej sprawie, Harry – powiedział. Tak, te słowa zabrzmiały jak należy. – Nie masz żadnego obowiązku, żeby myśleć już teraz o uwalnianiu magicznych stworzeń.
– To nie jest obowiązek – wymamrotał Harry. – Nie może być, bo to by było wbrew wszystkiemu, czym powinien być vates. To jest coś, co sam chcę zrobić.
– Dlaczego? – zapytał James. Harry wyjaśnił mu już, kim jest vates i jaką to odegrało rolę w uwolnieniu dementorów, ale nigdy nie wyjaśnił, czemu tak głęboko pragnie się poświęcić temu osobliwemu zadaniu. – Co ci tak bardzo przeszkadza w fakcie, że magiczne stworzenia są spętane?
– Samo to, że są – powiedział Harry, a jego twarz zadrżała wokół jego płonących oczu. – Byłem niewolnikiem i nie rozumiem, czemu ktokolwiek miałby tego jeszcze doświadczyć. – James czuł narastające brzęczenie magii jego syna, która dla niego zawsze pachniała morzem. – I nie odpowiedziałeś mi na pytanie. Czemu wszyscy nie mogą po prostu umówić się ze swoją kolonią brązaczków, zamiast zniewalać skrzaty domowe?
– Brązaczki nie żyją na terenie całej Brytanii – powiedział James. – Najwięcej ich jest właśnie w Northumberlandzie. Unikają miejsc, w których roi się od czarodziejów, jak Hogsmeade, czy Pokątna. Mam wrażenie, że nawet te, które są tutaj, były szczęśliwsze, kiedy nikogo nie było w domu. Harry, zrozum, proszę, że to nie będzie takie proste, nie możesz po prostu wymienić brązaczków za skrzaty.
Harry zaśmiał się. James się wzdrygnął. To nie był rodzaj śmiechu, który często słyszał ostatnimi czasy od swojego syna, zadowolony i wolny w towarzystwie Dracona, ani nawet ten przytłumiony, kiedy Harry przebywał wśród innych ludzi. Ten był dziki, zgorzkniały i skończył się prychnięciem.
– Już dawno temu zorientowałem się, że nic nie jest proste – wymamrotał Harry.
Pokręcił głową, kiedy James zaczął wstawać z niepokojem.
– Nic mi nie jest, naprawdę – powiedział cicho. – Jestem po prostu zmęczony. I martwię się tym. Nie powinienem, wiem. Powinienem zacząć myśleć o tym, jak to rozwiązać. Chyba spróbuję poszukać książki, która mogłaby mi podpowiedzieć, jak to zrobić. Dziękuję, że powiedziałeś mi o brązaczkach.
Wyszedł z jadalni. James wstał od stołu, marszcząc brwi i spojrzał na stół, z którego resztki posiłku zniknęły w mgnieniu oka.
Dopiero jak wchodził po schodach do swojego gabinetu, zorientował się, że Harry znowu go zwiódł od pytania o to, jak Harry spędza swój wolny czas i zamiast tego znowu poszedł się poświęcić temu, co postrzegał jako swoje obowiązki.
– Witaj, Hermiono.
Hermiona otrzepała kurz z kapelusza, wychodząc z kominka i kiwnęła do Harry'ego.
– To była najdziwniejsza podróż kominkiem, jakiej w życiu doświadczyłam – powiedziała. – Wiesz, że w waszym kominku jest coś, co człowieka zatrzymuje i najpierw dokładnie mu się przygląda, zanim pozwoli mu przejść? – To była brzydka twarz, która skupiła na niej swoje czerwone oczy. Hermiona zmarszczyła na nią brwi, próbując ustalić, czy to gargulec. Była strasznie zawiedziona, kiedy okazało się, że nie ma czasu jej zbadać, bo nagle poleciała dalej do przodu.
– Jest? – Harry wyglądał na zaskoczonego. – Nie podróżowałem tak odkąd się tu dostaliśmy, ale nawet wtedy tego nie zauważyłem.
Hermiona wzruszyła ramionami.
– Dla ciebie pewnie jest inaczej, bo jesteś Potterem. – Zaczęła przeszukiwać swoją torbę z książkami. – Powinieneś przeczytać historie, które ze sobą przyniosłam, Harry, twoja rodzina jest prawie we wszystkich. "Rozsądna dyskusja czarodziejów Światła", "Taktyki wojny Firestara", "Walka z mrocznymi panami dla początkujących"... myślę, że ci się spodobają. – Zerknęła w górę i zobaczyła, że Harry przygląda się jej z lekkim uśmiechem na ustach. – No co? – wypaliła, po czym zaczęła szybko poprawiać włosy. Wiedziała, że fiuknięcia rozczapierzały jej włosy we wszystkich kierunkach, ale niby jak miała je trzymać w porządku, kiedy kręciło nią od jednego kominka do drugiego i przy okazji zahaczała głową o ich dachy, przez co teraz cała była pokryta sadzą.
– Po prostu się za tobą stęskniłem, Hermiono, to wszystko – powiedział Harry, po czym podszedł do niej, żeby się przytulić. Hermiona przytuliła go z powrotem i rozejrzała się. Pokój, w którym została powitana, wyglądał na swego rodzaju bardzo szeroki przedsionek. Miał kilka arrasów na ścianach, ale tylko krzesła i nic, co by zachęcało kogokolwiek do pozostania tu na dłużej. – Connor jest na dole – dodał, ściągając jej spojrzenie na siebie.
Hermiona zamrugała.
– Nie tu, z tobą?
– Gra z Ronem w eksplodującego durnia – powiedział Harry, ruszając za nią, kiedy skierowała się do wyjścia. Hermionie przyszło do głowy, kiedy zatrzymała się na chwilę, żeby przyjrzeć się drzwiom, że właśnie tak sobie wyobrażała domy starych rodów. Na dębowych drzwiach było drobiazgowo wyrzeźbione stworzenie, które wyglądało jak coś pomiędzy gryfem a smokiem, przemykające między strumieniami światła. – Nie wiedział, że nas odwiedzisz – dodał Harry, odciągając wreszcie uwagę Hermiony od drzwi.
– Wydawało mi się, że to on mnie zaprosił – powiedziała.
– No... nie. To byłem ja. – Harry zawahał się, po czym podniósł ręce do góry. – Chciałem się z tobą zobaczyć i wiem, że byłaś zainteresowana Lux Aeterną – dokończył.
Hermiona zmarszczyła brwi i skrzyżowała ręce na piersi. Mam wrażenie, że najlepiej będzie pewne sprawy naprostować tu i teraz.
– Czy on jest jeszcze moim przyjacielem, Harry?
– Nie wiem – powiedział Harry, przeczesując ręką włosy. – Tak mi się wydaje, ale nie wiem, jak sprawy stały między wami pod koniec roku.
– Okropnie – powiedziała sucho Hermiona. Jej umysł podsunął jej wspomnienia z niezliczonych nocy w pokoju wspólnym Gryffindoru, podczas których Connor siedział pod jedną ścianą, ona pod przeciwległą, a Ron biegał między nimi z nieszczęśliwą miną. – Niby przeprosił, ale nigdy jak należy. I cały czas mamrotał o tobie.
– Przecież już wiesz, czemu – powiedział Harry błagalnie.
Hermiona ściągnęła usta.
– Harry, nie mogę mu tak łatwo tego przebaczyć – powiedziała. – Musiałam od niego wyciągać tę historię słowo po słowie.
– Przeszedł przez coś naprawdę koszmarnego – powiedział Harry.
– Ty też przeszedłeś przez coś naprawdę koszmarnego, ale jakoś nigdy mnie tak nie potraktowałeś – powiedziała Hermiona. Tupnęła nogą, kiedy Harry patrzył na nią z brakiem zrozumienia. Wiedziała, że Harry jest rozsądny, ale pod pewnymi względami był strasznie tępy. Wciąż lepszy od swojego brata, tak mimo wszystko. – Wciąż jestem zła, Harry. Miał wiele okazji, żeby się ze mną pogodzić i z żadnej nie skorzystał.
– No to może teraz spróbuje? – Harry zrobił z tego pytanie, zostawiając to jej decyzji.
Hermiona westchnęła. Właśnie dlatego wydawało się jej, że zaproszenie pochodziło od Connora, że to była wyciągnięta w jej stronę ręka, na którą tak długo czekała. Nie była pewna, jak się czuć z myślą, że Harry wszystko zaaranżował dla dobra swojego bliźniaka, jak zawsze.
Wreszcie uśmiechnęła się. W takim razie muszę po prostu wszystko zaaranżować tak, żeby Connor tym razem nie mógł polegać na Harrym.
– Porozmawiam z nim – zgodziła się. – Na osobności – dodała, zdmuchując z twarzy Harry'ego rosnący uśmiech.
– Ee, nie jestem pewien... – zaczął Harry.
Hermiona przymrużyła oczy. Zaczyna się posuwać za daleko.
– Harry Jamesie Potterze – powiedziała. – Twój brat jest niemal w twoim wieku. Jestem pewna, że powinien sobie z tym poradzić bez ciebie stojącego obok i trzymającego go za rękę na każdym kroku.
Harry momentalnie oblał się rumieńcem, ale ku zaskoczeniu Hermiony, nie zaczął na nią krzyczeć, ani się nie zaperzył.
– Draco też tak mówi – szepnął. – Że za często się za nim wstawiam, za często się wtrącam w jego sprawy. Wciąż to powtarza, raz za razem, już od kilku dni.
Hermiona zmarszczyła nos. Nie miała najmniejszej ochoty mieć cokolwiek wspólnego z Draconem Cholernym Malfoyem. Z drugiej jednak strony, ten nie nazwał jej "szlamą" nawet raz w ciągu kilku ostatnich miesięcy, jakie spędzili w Hogwarcie, przez co można było powiedzieć, że jest... w porządku. Wciąż był przeraźliwie aroganckim i obrzydliwym gnojkiem, ale w porządku.
– Tak, ja też tak myślę – powiedziała, pilnując, by jej głos był łagodny. – Pozwól mi z nim porozmawiać, Harry. Na osobności.
Harry kiwnął głową i otworzył drzwi.
Wyszli na balkon, który rozciągał się ponad rozległym holem. Hermionie aż dech zaparło z wrażenia. Nigdy nie sądziła, że kiedyś trafi w tak wspaniałe i piękne miejsce. Ściany nie zwijały się tak naprawdę wokół nich w spiralę, otaczając podłogę, ale układ boazerii sprawiał takie wrażenie. Gdzie by nie spojrzała, tam błyszczało złoto – nie prawdziwe złoto, ale odbicie słońca z chytrze pokładanych w pomieszczeniu luster. Wiatr poruszał delikatnie wiszącymi przy oknach dzwonkami, przez co powietrze przepełniała delikatna muzyka. Nie były zrobione ze srebra, jak się Hermionie w pierwszej chwili wydawało, ale z cienkich, metalowych rurek bursztynowego koloru. Przy podłodze ściany pokrywały muszelki poukładane w kształt skrzydeł.
W samym tego środku Ron i Connor grali w eksplodującego durnia, rycząc ze śmiechu.
Hermiona poczuła, jak serce jej rośnie na ich widok, chociaż zdawała sobie sprawę, że to przynajmniej po części był efekt poboczny piękna tego pokoju. Naprawdę cieszyła się, że Connor wyglądał lepiej niż w czasie tych kilku ostatnich, wyjątkowo nieszczęśliwych tygodni w szkole. Nawet z tak daleka mogła zobaczyć, że jego zarumieniona z radości twarz nabrała opalenizny z czasu przebytego na słońcu, a jego oczy błyszczą. Ron też wyglądał na zadowolonego, zupełnie jakby nie spędził każdej sekundy tamtych tygodni na odpędzaniu od Connora osób, które chciały się zapytać o to, co się tak naprawdę stało i w jakich okolicznościach Syriusz Black tak naprawdę umarł.
Ale i tak doprowadzali ją do szału.
Connor odwrócił się, pewnie kątem oka wyłapując ruch na balkonie, po czym zamarł na jej widok. Hermiona spojrzała na niego tak groźnie, jak tylko była w stanie.
Ron wstał, jak ją zobaczył.
Hermiona wywróciła oczami. Po incydencie z Syriuszem Blackiem Ron przez większość czasu zachowywał się, jakby miała zamiar skrzywdzić Connora – co oznaczało, że patrzył tak na nią za każdym razem, kiedy przebywał z nim po jego stronie pokoju wspólnego. Jeśli spędzili razem sporo czasu tego lata, to pewnie wyleciały mu już z głowy wszystkie tłumaczenia Hermiony, że ta naprawdę chce się tylko pogodzić z jego przyjacielem.
– Chyba powinniśmy do nich zejść – powiedział Harry, wykonując gest w stronę schodów. Hermiona ruszyła za nim. Ron zaciskał ręce w pięści, a jego twarz robiła się coraz bardziej czerwona. Connor tylko ją obserwował. Był blady, ale jego twarz wyglądała rezolutnie.
Harry zatrzymał się przed nimi i spojrzał Ronowi w oczy.
– Hermiona chce porozmawiać na osobności z Connorem – powiedział. – Powinniśmy im na to pozwolić.
– Skrzywdzi go – powiedział Ron, rzucając jej podejrzliwe spojrzenie. Hermiona powstrzymała się od wywróceniem oczami, ale niewiele brakowało. Upomniała się, że Ron po prostu jest lojalny i Connor pewnie naprawdę tego potrzebował tego lata. – On dopiero co zaczął dochodzić do siebie i...
– Ron, minęły już ponad dwa miesiące – powiedział Harry, tak cicho, że Hermiona była pewna, że jego brat nie usłyszał jego słów. – Jeśli jeszcze nie doszedł do siebie, to chyba czas zdrapać strupa.
Ron spojrzał na Harry'ego surowo, po czym obejrzał się na Connora. Hermiona też na niego spojrzała. Jego twarz jednak nie wyrażała niczego.
– To jak, stary? – zapytał Ron. – Chcesz z nią porozmawiać?
– Chyba powinienem – wymamrotał Connor.
– To nie jest odpowiedź... – zaczął Ron.
– Owszem, jest. – Harry wziął Rona pod ramię i odholował go do drzwi, oglądając się pod drodze na Hermionę. – Zobaczymy się, jak już się pogodzicie, Hermiono. Albo kiedy jedno z was wybiegnie stąd z wrzaskiem. – Uśmiechnął się do niej blado i odprowadził Rona na drugą stronę holu, po czym siłą wypchnął go za drzwi.
Kiedy już została sama z Connorem, Hermiona położyła ręce na biodrach.
– Nigdy tak naprawdę nie przyznałeś, że to, co zrobiłeś, było złe – powiedziała wyważonym tonem.
Connor niemrawo odwrócił jedną z kart eksplodującego durnia, którymi przed chwilą bawił się z Ronem, i podskoczył, kiedy ta wybuchła.
– Kiedy się przyznałem – powiedział. – Powiedziałem ci, co się stało. Przeprosiłem za to, co ci powiedziałem i za to, że ci tego jakoś nie wynagrodziłem, Hermiono. – Spojrzał na nią. – Czego jeszcze ode mnie chcesz?
– Chcę, żebyś mi obiecał, że to się już więcej nie powtórzy – powiedziała Hermiona. – I żebyś wreszcie się zaczął przy mnie normalnie zachowywać. Gdyby ci się naprawdę wydawało, że przeprosiłeś mnie jak należy, to byś się tak na mnie nie patrzył, kiedy schodziłam po schodach.
– Nie wierzę, że widziałaś moją minę z takiej odległości – zaprotestował Connor, wstając i odwracając się lekko od niej.
– Właśnie że widziałam – powiedziała Hermiona. – A teraz powiedz mi, czemu tak wyglądałeś.
Connor wziął głęboki oddech i złożył ręce przed sobą, zaciskając i rozluźniając różne mięśnie swoich ramion. Hermiona jeszcze nigdy nie widziała u niego tego gestu. Podejrzewała, że musiał się tego nauczyć dość niedawno, prawdopodobnie od Harry'ego.
– Wiem, że to lato się prędzej czy później skończy – szepnął. – Wiem, że w pewnej chwili będę musiał wrócić do Hogwartu i stawić wszystkim czoła. I wiem, że to nie będzie łatwe. Harry powiedział mi, jak szkoła mnie postrzegała pod koniec roku, kiedy jeszcze byłem za ślepy, żeby samemu to zauważyć. Ale... czy ja naprawdę muszę robić to już teraz, w środku lata? Patrzyłem tak na ciebie, Hermiono, po prostu dlatego, że naprawdę nie chcę z tobą rozmawiać.
Hermiona znowu zatupała nogą. Ewidentnie za bardzo przyzwyczaił się do polegania na innych ludziach i pozwalania im myśleć za siebie. Czas najwyższy z tym skończyć. Harry nie zawsze będzie w pobliżu, żeby mu pomóc. Ja też nie.
– W takim razie pomyśl o tym jak o ćwiczeniu – powiedziała. – Musisz teraz stawić czoła jednej osobie, a nie setkom. A jeśli jedna osoba cię przerasta, to znaczy, że potrzebujesz znacznie więcej ćwiczeń.
Connor powoli odwrócił się w jej kierunku.
– Ale to przecież było takie dla ciebie ważne – szepnął. – Naprawdę jesteś w stanie mi wybaczyć?
Hermiona prychnęła.
– Oczywiście, że tak. Wybaczyłam ci przecież to całe zamieszanie z przymuszeniem na drugim roku.
Zaskoczenie przemknęło przez twarz Connora.
– Wydawało mi się, że to mi wybaczyłaś, bo też ci się wydawało, że ten dar był czymś dobrym, że był częścią Światła.
Hermiona zagapiła się na niego przez moment.
– Oczywiście, że nie. Wciąż mi się wydaje, że to naprawdę paskudny dar, a "Historia Hogwartu" klasyfikuje go jako mroczny, podając za przykład Blacków, którzy potrafili go wykorzystywać w naprawdę koszmarny sposób. – Powstrzymała się od opowiedzenia mu o Orionie Blacku, który przymusił całe ciało pedagogiczne do dzikich tańców na środku Wielkiej Sali. Connor pewnie nie zrozumiałby porównania i pewnie nigdy nie słyszał o Orionie Blacku. – Ale pogodziłam się z tym i wybaczyłam ci.
Connor powoli kiwnął głową.
Hermiona przechyliła głowę na bok.
– Czy w ten sposób wybaczasz wszystko, co ci kiedykolwiek zrobiono? Myśląc, że to w jakiś sposób było częścią Światła?
Connor zaśmiał się, ale zrobił to za głośno.
– Naprawdę mam wrażenie, że tak właśnie robisz – powiedziała Hermiona. Kilka spraw, o których słyszała w przeciągu ostatnich tygodni, nagle nabrało sensu. – Byłeś w stanie wybaczyć Syriuszowi, bo umarł jak bohater. Byłeś w stanie wybaczyć Harry'emu, bo ten walczył, żeby cię uwolnić. I nie pojmujesz, jak ktokolwiek miałby ci wybaczyć, bo myślałeś o wszystkim, co do tej pory zrobiłeś, i w żaden sposób nie potrafisz sobie wytłumaczyć, jak to miałoby być częścią Światła.
– Odpuść, Hermiono – powiedział Connor, niespodziewanie surowo.
– Nie – powiedziała Hermiona. – Nie każdy postrzega świat tak jak ty, Connor. Naprawdę wybaczyłam ci przymuszenie mnie. I mogę ci wybaczyć to, jak mnie potraktowałeś, jeśli tylko zaczniesz rozmawiać ze mną o takich sprawach, jak na przykład o tym, że bałeś się, że będę miała dalej do ciebie o to żal, bez względu na to, jak długo byś mnie nie przepraszał. Nikt ci nigdy nie powiedział, że takie kwestie najlepiej omówić z drugą osobą?
– Syriusz powiedział, że nie powinienem – szepnął Connor – że to jest słabość, którą moi wrogowie mogliby wykorzystać przeciwko mnie.
– I to było przed, czy po tym, jak go opętał Sam Wiesz, Kto? – zapytała Hermiona.
– Nie wiem! – wypalił Connor z frustracją i Hermiona kichnęła. Jego magia podniosła się wokół niego, nie tak silna jak Harry'ego, ale mimo wszystko gęsta. – Nie wiem, czemu wierzyć, jak mu wybaczyć i czasami jestem na niego taki zły, że mi nawet nie powiedział, że był opętany.
Hermiona zamknęła oczy i pokręciła głową.
– Byłoby znacznie łatwiej, gdybyś mi po prostu o tym wszystkim powiedział.
Przez kilka chwil stali w ciszy, aż magia Connora nie zeszła z dramatycznego poziomu na normalny.
– Czyli wybaczysz mi? – zapytał niepewnie.
Hermiona przyjrzała mu się uważnie. W oczach lśniła mu nadzieja, jasna i wyzywająca, niczym oczy małego pieska, którego kiedyś mieli sąsiedzi Hermiony, który w ten sam sposób błagał o słodycze.
Problem w tym, że ten kundel ugryzł kiedyś Hermionę, kiedy jej ręka znalazła się za blisko jego pyska.
– Wybaczę ci, jeśli naprawdę postarasz się wybaczyć innym ludziom – powiedziała Hermiona. – I masz zacząć myśleć za siebie i uczyć się dla siebie. Wydaje mi się, że się tutaj po prostu ukryłeś. – Zawahała się przez chwilę, ale jednak spróbowała. – Czy ty w ogóle próbowałeś porozmawiać z Harrym o jego wersji tego, co się stało wtedy we Wrzeszczącej Chacie?
– Powiedział, że z jego strony jest już wszystko załatwione – powiedział Connor. – Że już nawet nie ma koszmarów. – W jego oczach błysnęła zazdrość o to.
– Och, Connor – powiedziała Hermiona, czując jednocześnie współczucie i irytację do niego. Potrafiła sobie wyobrazić, jak irytujące to musiało być, utknąć z takim bratem jak Harry, który ukrywał wszystko na swój temat. – Naprawdę nie sądzę. Harry byłby w stanie powiedzieć ci cokolwiek, byle tylko zaoszczędzić ci dalszego bólu. Porozmawiaj z nim, dobrze? A jak już wrócicie do szkoły, obserwuj go. Zobacz, jak wybacza ludziom. W ogóle nie potrzebuje ich postrzegać jako część Światła. Z pewnością będziesz mógł się od niego nauczyć wiele na temat tolerancji i współczucia.
– Ciągle tylko składam obietnice – powiedział Connor. – A potem ludzie mówią mi, że ich nie dopełniam, choćbym nie wiem jak się starał. – Wyglądał przez chwilę na równie zaciętego, co Harry, ale to szybko minęło. Odetchnął głęboko i po raz pierwszy od początku tej rozmowy, spojrzał jej w oczy. – Ale tym razem naprawdę spróbuję.
– Dobrze – powiedziała Hermiona, wyciągając rękę. – Przyjaciele?
Connor uścisnął mocno jej dłoń i potrząsnął nią.
– Dobrze – powtórzyła Hermiona, po czym odwróciła się w kierunku odległych drzwi na końcu holu. – Możemy iść, poinformować Harry'ego, że żadne z nas nie ma zamiaru wybiegać stąd z wrzaskiem.
Była naprawdę zadowolona, że mieli już to za sobą. Miała zamiar zapytać Harry'ego o historię tego domu i różnice między rytuałami Światła i Mroku. Książki, które znalazła na ten temat wyjątkowo skąpiły miejsca na te wyjaśnienia, zupełnie, jakby żadna ze stron nie uważała tego za coś godnego uwagi.
Może nawet pozwolą mi pożyczyć jakieś książki ze swojej biblioteki!
– A jak ty się trzymasz?
Harry zamrugał i odwrócił wzrok od widoku na trawnik Lux Aeterny, jaki rozciągał się za oknem. Spodziewał się, że będą stali z Ronem w ciszy przez całą rozmowę Hermiony i Connora. Ron generalnie raczej się do niego nie odzywał, poza niezręcznymi zagajeniami, których celem było włączenie go od czasu do czasu w rozmowy jego i Connora.
Ale teraz opierał się o ścianę i obserwował Harry'ego z tą miną szachisty, którą Harry już kiedyś u niego widział, kiedy ten powiedział mu o magii, jaką promieniował Harry i którą potrafili wyczuć inni czystokrwiści.
Harry wzruszył ramionami.
– W jakim kontekście masz to na myśli?
– Trzeba być tobą, żeby pytać o cholerny kontekst – wymamrotał Ron, ale nie wyglądał na zirytowanego. – Znaczy, masz jeszcze koszmary? Connor wygląda w porządku, ale co z tobą?
Harry zamrugał i uśmiechnął się lekko. Ron próbował wyrazić swoją troskę o niego. To było... ujmujące, choćby dlatego, że kompletnie różniło się od tego, jakby do tego podszedł Ślizgon. Draco by na niego naskoczył, zadając pytania i wygłaszając założenia, póki Harry nie poczułby, że powinien go pod pewnymi względami poprawić. Snape obserwowałby go w ciszy i potem nagle powiedziałby po prostu co i jak. A Ron po prostu zapytał, z twarzą powoli zalewającą się rumieńcem z zakłopotania, kiedy cisza się przewlekała, a Harry wciąż nie odpowiedział.
– Nic mi nie jest, naprawdę – powiedział Harry. – Nie mam już koszmarów o Syriuszu. – I to była prawda. Jego sny wciąż pozostawały roztrzaskaną, bełkoczącą masą scen, jaką były już całe lato, pełną cierni, połaci lodu i głosu mamroczącego o słońcu, o tym jak wschodzi i zachodzi, i o tym, jakie to ma znaczenie dla ziemi w czasie równonocy i przesileń. Harry zobaczył, jak wyraz twarzy Rona rozluźnia się lekko i uznał, że nie ma sensu wspominać o innych koszmarach, zwłaszcza kiedy sam ich do końca nie rozumiał. – Czemu pytasz?
Ron potarł dłonią twarz.
– No, jesteś naprawdę ważny dla Connora – wymamrotał. – A ja cię właściwie nie znam, do tego nie bardzo się dogadujemy. Pomyślałem, że powinienem zapytać.
Harry przechylił głowę.
– Czyli postrzegasz nas obu jako ludzi, którzy będą ważni dla Connora przez dłuższy czas?
– No, coś w tym stylu. – Ron brzmiał, jakby nie do końca to sobie poukładał w głowie, zanim się odezwał. Wyciągnął różdżkę. Harry momentalnie się wyprostował, ale Ron zdawał się tego nie zauważyć. – Chcesz chwilę potrenować? Tak dla zabicia czasu. Wiem, że nie jestem w stanie cię w żaden sposób skrzywdzić.
– W porządku – powiedział Harry, wyciągając własną różdżkę. Rzucił kilka zaklęć, które dostosowały ten pokój do pojedynków, włącznie z miękkimi matami na ziemi i zaklęciami tarczy na ścianach. Ron przyglądał mu się z podziwem. Harry zerknął na niego. – Chciałbyś nauczyć się czegoś konkretnego?
– Czegoś zawstydzającego – powiedział Ron. – Czegoś, czym mógłbym przyłożyć Fredowi i George'owi następnym razem, jak wywiną mi jakiś numer.
Zaintrygowany, Harry przyjrzał się Ronowi. Będzie musiał zobaczyć, jaki potężny właściwie jest Ron, żeby sprawdzić, czy jest w stanie opanować zaklęcie na tyle potężne, żeby to zdołało w ogóle sięgnąć bliźniaków. Bliźniacy byli bardzo dziwnymi, magicznymi geniuszami, którzy mieli pasywny talent odbijania większości zaklęć niskich rang. Ta zdolność manifestowała się zazwyczaj, kiedy ktoś ciskał w nich klątwą, która odbijała się zwykle gdzieś w bok, pozwalając Fredowi i George'owi się odgryźć. Harry wiedział, że bliźniacy byli jednymi z potężniejszych czarodziejów w szkole, zaraz po Hermionie, ale nic w sumie nie wiedział o magii Rona.
Zamrugał. Rany, ale dziwne.
– Co się stało? – zażądał Ron. – Czemu się tak na mnie patrzysz?
Harry pokręcił lekko głową.
– Masz blokadę na swojej magii – powiedział. – Pewien poziom, ponad który nie jest w stanie się wybić. Wygląda jak pokrywka na pudełku pełnym światła. – Przerwał magowidzenie i zerknął na Rona. – Wiesz może, co to jest?
Ron wyglądał, jakby podupadł na duchu.
– No – wymamrotał, szurając trampkiem po podłodze. – Jak miałem siedem lat, Bill cisnął we mnie klątwą i Charlie w tej samej chwili rzucił jakimś innym zaklęciem. W jakiś sposób się we mnie wymieszały i... zrobiły właśnie to. Magomedyczka, do której mama mnie zabrała, powiedziała, że z czasem powinno samo zniknąć, ale do tego czasu moja magia będzie zablokowana. Miałem nadzieję, że to już poszło w cholerę. Znaczy wiesz, minęło już siedem lat. – Podrapał się po karku. – Nie wiem, byłem strasznie zły, kiedy oba zaklęcia mnie uderzyły, medyczka powiedziała, że może się zaleczę, jeśli będę spokojny.
Harry uśmiechnął się.
– Obawiam się, że to tak nie działa.
– No, ja też – zgodził się z nim Ron, podnosząc różdżkę. – Chyba, że ty umiesz to wyleczyć? – Jego twarz i głos były pełne niepewnej nadziei.
Harry jeszcze raz przyjrzał się blokowi. Był zamknięty solidnie, to nie była żadna sieć, po prostu gładka pokrywa.
– Nie, wybacz.
Ron westchnął.
– No nic, w takim razie powiedz mi, czego możesz mnie nauczyć.
Harry pokazał mu klątwę Apis Occaeco, zaklęcie, którego ofiara czuła, jakby chmara niewidzialnych pszczół zaatakowała nagle jej magiczną rękę. Ron zaskrzeczał i upuścił różdżkę, ale zgodził się, że to dobra klątwa i po kilku uwagach Harry'ego niemal udało mu się opanować machnięcie nadgarstkiem.
Harry przyglądał się Ronowi, kiedy ten powtórzył z triumfem Apis, ale już mniej pewnie Occaeco. Nie było żadnych wątpliwości, że był dobrym przyjacielem dla Connora. W dodatku był świetlistym czarodziejem. Harry, po spędzeniu kilku tygodni w Lux Aeternie, już więcej rozumiał na ich temat.
A ja rozumiem więcej na temat własnej rodziny, chociaż o pewnych sprawach naprawdę nie chciałem wiedzieć.
Harry podskoczył. Ten głos nie należał do niego.
– Regulus? – szepnął. Ron zerknął na niego z zaciekawieniem.
Tak. Wydawało Ci się, że zniknąłem na dobre?
Przyszło mi to do głowy, przyznał Harry, mówiąc na głos:
– Nie, Ron. Musisz lekko podnieść głos przy drugiej sylabie Occaeco.
Dawno już cię nie słyszałem.
Próbowałem ustalić, gdzie ja właściwie, do cholery, jestem, i nawet nie przeproszę cię za przeklinanie, bo ciągle słyszę jak używasz gorszych słów. Ale nie udało mi się. Wiem tylko, że to miejsce jest strasznie małe i ciemne, a koszmarny ból, jaki przeżyłem w trakcie tortur Voldemorta, wciąż nie wrócił.
Czyli to samo, co zawsze.
No.
No nic, powiedziałem, że ci pomogę, więc to zrobię, obiecał mu Harry. Ja...
– Apis Occaeco!
Harry podskoczył, kiedy poczuł w lewej ręce dziesiątki ukłuć pszczół. Nie upuścił różdżki, bo ta była w jego prawej, ale kiwnął Ronowi głową i potrząsnął lewą dłonią, żeby pozbyć się bólu.
– Imponujące – powiedział.
– Dorwałem cię! – Ron wyglądał na naprawdę uradowanego swoim sukcesem, o krok od podskakiwania z radości.
Harry znowu kiwnął.
– Tak, dorwałeś.
I niech to będzie dla ciebie nauczką, Harry, upomniał się sam. Nigdy nie możesz pozwolić sobie tak się rozkojarzyć, nawet w czasie prywatnych rozmów prowadzonych w twojej własnej głowie. Ktoś mógłby się zakraść i zabić Connora w czasie takiej pogadanki.
– Jak fajnie – powiedział Ron. – Zobaczmy, czy uda mi się jeszcze raz. – Podniósł różdżkę.
W tej samej chwili jednak Connor i Hermiona zapukali i weszli do pokoju, więc Harry nie musiał pozwolić Ronowi na spróbowanie tego ponownie, ani przyznawać się, dlaczego podskoczył. Zauważył jednak, że Connor zerka na niego z niepokojem, więc rzucił mu uspokajający uśmiech. Zajęty był jednak słuchaniem Regulusa i próbami ustalenia, czy jest mu w stanie jakoś pomóc z bardzo ograniczonych opisów, jakie ten był w stanie mu podać.
No dobrze, zacznijmy od wielkości tego miejsca, powiedział wreszcie, bo z bólem, ani ciemnością chyba teraz ci w żaden sposób nie jestem w stanie pomóc.
W porządku, powiedział ponuro Regulus. Chciałbym znowu zobaczyć słońce.
Możesz je zobaczyć przez moje oczy.
To nie to samo.
Harry musiał się z nim pod tym względem zgodzić i zaczął wymieniać długą listę małych przestrzeni, w których Regulus mógł zostać upchnięty, podczas gdy Regulus starał się ustalić, czy ich opis pasował choć w połowie do jego więzienia. Harry w międzyczasie pokazał Hermionie bibliotekę, zjadł obiad i uniknął kolejnego niedorzecznego utyskiwania swojego ojca.
Wyglądało na to, że nikt nic nie zauważył. Harry był rad, że tak łatwo jest schować się ze wszystkim w swojej głowie.
Harry zamrugał. Nie był przyzwyczajony do budzących go w środku nocy sów, zwłaszcza takich, które dziobały go w policzek, by dostarczyć swoje listy. Usiadł powoli, przeciągnął się i machnął ręką, rzucając Lumos, żeby coś zobaczyć w ciemnościach.
Kto do ciebie pisze? zapytał wyzywająco Regulus.
Nie wiem, powiedział Harry, mrugając znowu, kiedy zobaczył, że na parapecie siedziały jeszcze dwie sowy. Trzy. Czego ode mnie chcą?
Dostarczyć listy.
Tyle wiem, zauważył Harry, odwiązując list z nóżki siedzącego na jego łóżku puchacza. Skoro już mam inne głosy w mojej głowie, to miło by było, gdyby myślały o rzeczach, o których sam bym nie pomyślał.
Regulus pociągnął nosem z wyższością i wycofał się.
Harry spojrzał na trzymany w rękach list i uśmiechnął się lekko, kiedy rozpoznał charakter pisma na kopercie. Otworzył ją i odczytał wiadomość.
Drogi panie Potter,
Pragnę do pana skierować prośbę o oficjalne spotkanie. Chciałabym się z panem spotkać z okazji pańskich urodzin i oczywiście, Draco chce się pojawić razem ze mną. Przyprowadzę również moją siostrę, Andromedę Black Tonks, i jej córkę, Nimfadorę Tonks. Obie są zainteresowane spotkaniem z panem, a Andromeda może wyrazić chęć przyłączenia się do sojuszu.
Oczekuję pańskiej sowy.
Narcyza Malfoy
Harry przygryzł na moment wargę, ale ostatecznie nie widział powodu, żeby się nie zgodzić. Draco i tak chciałby się z nim spotkać podczas jego urodzin, Narcyza była zawsze mile widziana, a Harry'ego naprawdę ciekawiło, co miałyby do powiedzenia siostra Narcyzy i jej córka. Napisał odpowiedź i posłał szczęśliwego puchacza z powrotem do domu.
Druga podleciała i Harry z pewnym zaskoczeniem zauważył, że to wcale nie była sowa; po prostu wcześniej wyszedł z takiego założenia, ponieważ było ciemno, a on jeszcze nie miał na nosie swoich okularów. To była mewa, która przyglądała mu się jeszcze bardziej bezczelnie niż dowolna sowa, kiedy ten odebrał wiadomość z jej błoniastej nogi. Następnie dziobnęła go w rękę – Harry nie sądził, żeby potrzebowała do tego jakiegoś specjalnego powodu. Może po prostu myślała, że ma dla niej jakieś jedzenie.
Wiadomość była napisana pokracznie, jakby osobnik, który ją napisał, nie był przyzwyczajony do trzymania pióra. Nie było na niej również pozdrowienia.
Słyszeliśmy pogłoski, że jesteś vatesem. Chcemy się z tobą spotkać i omówić naszą przyszłą wolność. Przemawiam w imieniu klasy goblinów z północy: Seadampin, Waterrune, Ternretten, Stonecantor.
Nasze mewy są znacznie mądrzejsze od waszych sów. Powiedz jej swoją odpowiedź, to ona nam ją przyniesie z powrotem.
Helcas Seadampin
Harry poczuł, jak powietrze łaskocze go w płucach. Czekał na tego rodzaju wezwanie i wyglądało na to, że wreszcie nadeszło. Spojrzał mewie w oczy.
– Powiedz Helcasowi Seadampinowi, że się pojawię, ale będę potrzebował informacji względem miejsca i czasu – powiedział.
Mewa rozpostarła skrzydła i niespodziewanie rozpadła się w rój białych światełek. Harry patrzył, jak te opadają na jego łóżko, niczego nie przypalając, bo gasły tuż nad powierzchnią pościeli, i przełknął ślinę. Nie wiedział, że gobliny dysponują tak imponującą magią.
Pokręcił lekko głową, po czym odwrócił się, żeby spojrzeć na trzecią sowę. Ta wyglądała raczej anemicznie i ledwie podniosła głowę, kiedy ją zawołał. Harry musiał do niej podejść, żeby odebrać od niej list.
Potter,
Samuel Taylor Coleridge pisał o albatrosach wiszących ludziom na szyjach. Tak naprawdę nie był mugolskim poetą, ale charłakiem. Czy wiedziałeś, że jego matka była czarownicą, która odrzuciła od siebie swoje dziedzictwo po tym, jak w wieku jedenastu lat złamano jej różdżkę za rzucenie zaklęcia niewybaczalnego? Rzuciła je na mugola i ten mugol zginął. A potem wyszła za mugola. Co za marnotrawstwo talentu, na wiele sposobów.
Harry zagapił się na pergamin. Co?
List się jednak na tym nie skończył.
Marynarze kładli albatrosa na karku antycznego zejmana, żeby ten mu ciążył, ponieważ kiedyś zastrzelił świętego ptaka i w ten sposób przeklął ich wszystkich, dlatego zawsze trzeba było mu przypominać o tym, co zrobił. Pozwól więc, że zostanę twoim albatrosem.
Pozdrawiam,
Evan Rosier
Harry syknął. To było imię śmierciożercy, który od wielu lat był uważany za martwego, zabitego w czasie jednej z bitew Pierwszej Wojny, w roku, w którym urodzili się z Connorem. Ale widział tego człowieka, całego i zdrowego w maju, tej nocy, kiedy zabił Rudolfa...
Z wypraktykowaną łatwością Harry przerwał tor myśli i przyjrzał się uważnie listowi. Czemu niby Evan Rosier miałby do niego pisać? I w dodatku bredzić o jakichś charłacznych poetach, albatrosach i wiedźmach, które zabiły mugoli?
Co więcej, zorientował się nagle, jakim cudem sowa, która niosła list od znanego śmierciożercy, przedostała się przez osłony otaczające Lux Aeternę? Przecież one nie powinny przepuścić czegokolwiek, czego kiedykolwiek dotknął śmierciożerca. Osłony poraziły Harry'ego lekko, kiedy sięgnął przez nie i dotknął ramienia Snape'a, kiedy ten próbował wejść do środka.
To była zagwozdka i to taka, która się w ogóle Harry'emu nie podobała.
– Brak odpowiedzi – powiedział sowie.
Sowa wydała z siebie głuchy pisk i spróbowała wzbić się w powietrze, ale opadła na dywan. Harry uklęknął przy niej i zobaczył jak jeden z jej pazurów się prostuje gwałtownie i powoli zamyka z powrotem.
Zdechła, zorientował się. Wygląda na to, że przerósł ją wysiłek związany z przebijaniem się przez osłony.
Ostrożnie się od niej odsunął, nie potrzebując nawet odbijających się echem w jego głowie słów Snape'a, że dotykanie martwego ptaka to zły pomysł. Miał tylko nadzieję, że brązaczki jakoś się pozbędą truchła. Napisze rano do Snape'a i powie mu o liście Rosiera. Snape był śmierciożercą, osobiście znał tego człowieka. Być może zrozumie, o co mu chodziło.
Z pewnym wysiłkiem, Harry zwrócił swoje myśli z powrotem w stronę goblinów i Tonksów. Poczuł przyjemne podniecenie.
Wreszcie będę miał coś do roboty.
