Te rozdziały się robią coraz dłuższe! Dlaczego?

Rozdział trzeci: Dziedzictwo Griphooka Fishbaggina

Harry,

Przekonaj swojego ojca do opuszczenia osłon.

Harry westchnął i pokręcił głową. Po prostu wiedział, że Snape zacznie się tak zachowywać, ale i tak wysłał mu o tym list, bo miał wrażenie, że jego opiekun powinien zdawać sobie sprawę z tego, że Rosier jest w stanie go w pewien sposób sięgnąć. Ale doprawdy, James uważnie przyjrzał się martwej sowie i chociaż mocno pobladł, to zapewnił Harry'ego, że Rosier użył odrobiny naprawdę starej, mrocznej magii, żeby ją przebić przez osłony i potem zabić. Magia zmusiła sowę do wypełnienia swojego zadania za wszelką cenę, przez co zużyła ona własną energię życiową. Dzięki temu przebiła się przez osłony, ale nie mogła potem zbyt długo żyć.

James wykonał przeciwzaklęcie i teraz już wszystko było w porządku; żadna inna zaczarowana w ten sposób sowa nie mogła już się przedostać przez osłony.

Harry bez problemu potrafił sobie wyobrazić Snape'a kipiącego ze złości, że to przecież nie wystarczy. Skoro osłony okazały się mieć jedną słabość, to przecież mogły mieć ich więcej. Powinien był przeczytać książki o osłonach, które dostał od Snape'a. Powinien był nauczyć się, jak zapobiegać podobnym atakom w przyszłości. Powinien w ogóle przestać otrzymywać sowy. Powinien opuścić Lux Aeternę, która ewidentnie była podatna na ataki, i zamieszkać ze Snape'em w Hogwarcie, do którego nie przedostanie się nic śmierciożerczego.

Harry nie mógł zrobić ostatnich dwóch, ale miał zamiar zabrać się za pierwsze dwa. Tak też napisał Snape'owi w liście, który wysłał w drogę Hedwigą zanim jeszcze słońce się do końca wyłoniło zza horyzontu. Stał przy oknie swojego pokoju, oprowadzając sowę wzrokiem i przygryzając wargę. Czasami myślał, że to dobrze, że razem z Connorem zajęli osobne pokoje – nie byłby w stanie reagować na wszystkie sowy z równą łatwością, gdyby wciąż spali w tym samym pomieszczeniu – ale w chwilach takich jak ta, żałował, że jego brata nie ma w pobliżu, choćby po to, żeby mógł teraz się po prostu do niego przytulić.

Wreszcie Harry pokręcił głową i odwrócił się w stronę drzwi do swojego pokoju.

To był dzień ich urodzin, a przynajmniej poranek. A Harry miał dzisiaj wielkie plany. Spotkanie z Malfoyami i Tonksami miało się odbyć tego ranka, a spotkanie z północnymi goblinami po południu.

Potem będzie miał dość czasu, żeby martwić się o przytulenia.


– Wszystkiego najlepszego, Harry, Connor!

Harry zamrugał inteligentnie. Nie spodziewał się, że jego ojciec postanowi im wręczyć prezenty już podczas śniadania. Ale wyglądało na to, że tak właśnie będzie, dwa podarunki leżały zawinięte w czerwony jedwab ze wzorem w złote wybuchy. Harry'emu wydawało się, że rozpoznaje materiał jako ten sam, którego użyli jako żagli na swoich statkach podczas przesilenia letniego.

James uśmiechnął się do niego szeroko. Harry zobaczył w jego oczach nadzieję i odpowiedział mu uśmiechem. Trochę mu w sumie współczuł. James się starał, naprawdę, żeby być dla nich dobrym ojcem. Po prostu nie radził sobie z tym najlepiej.

No nic, dawanie mu kolejnych szans to była niewielka cena do zapłacenia.

Connor już siedział przy stole, szczerząc się do niego ponad swoim urodzinowym śniadaniem, złożonym z kiełbasek, naleśników i czekoladowych żab.

– Tata powiedział, że mam na ciebie zaczekać z otwarciem prezentu – pożalił się Harry'emu żartobliwie.

Harry i do niego się uśmiechnął. Prawda była taka, że nie spał już od wielu godzin, najpierw napisał list do Snape'a, a potem czytał książki o osłonach, ale Connor nie miał jak o tym wiedzieć. W końcu już nie dzielili sypialni.

To było naprawdę dziwne, jak strasznie zdawało się to wytrącać Harry'ego z równowagi.

Po prostu przyzwyczaiłem się do dzielenia z kimś pokoju, pomyślał Harry, odrzucając od siebie te rozważania, po czym zajął swoje miejsce przy stole. Kątem oka wyłapał mgnienie małego, czarnego płaszcza, kiedy brązaczek przyniósł mu śniadanie. Nie próbował się mu jednak przyglądać. Przeprowadził własne dochodzenie w bibliotece Potterów i wszystko wskazywało na to, że brązaczki nie znosiły nadzorowania ich, ani nawet dziękowania za usługi. Układ, jaki zawarła z nimi Matylda Potter, był prawdziwym układem, szanowanym z obu stron; jego rodzina i brązaczki nie były sobie już niczego winne.

– No, jestem już. Otwieraj – powiedział, kiwając Connorowi głową.

Connor nie potrzebował więcej zachęty i rzucił się na swój prezent. Zagapił się, kiedy czerwony materiał opadł. Harry wyciągnął szyję, nie do końca widząc, co trzymał jego brat.

– O rany, tato – szepnął Connor, biorąc przedmiot ostrożnie do ręki i podnosząc go, żeby Harry mógł mu się przyjrzeć. – To naprawdę coś specjalnego.

Harry podniósł brwi. Faktycznie. James zdobył dla Connora różdżkę pojedynkowicza – zrobioną, oczywiście, z ostrokrzewu, jak jego właściwa różdżka, która była bazą dla tej. Różdżki pojedynkowicza można było użyć tylko w walce, albo podczas ćwiczeń zaklęć bitewnych, zarówno stosowanych w czasie formalnych pojedynków, jak i podczas regularnej wojny. W miarę używania przyzwyczajała się do czarodzieja i jego zaklęć. Gdyby Connor często rzucał Protego swoją różdżką pojedynkowicza, to różdżka przyzwyczaiła by się do zaklęcia tarczy i zaczęłaby ją rzucać już w połowie słowa, albo i niewerbalnie, na długo przed tym jak Connor byłby w stanie opanować taką finezję swoją zwykłą różdżką. To była honorowa broń i sposób na wygraną, dwa w jednym.

– Teraz otwórz swój, Harry – ponaglił go Connor, wyrywając się ze swojego podziwu.

Harry spojrzał z zaciekawieniem na swój prezent. Bez namysłu wyszedł z założenia, że James kupi im obu takie same prezenty, a przynajmniej podobne. Jemu jednak różdżka pojedynkowicza na nic by się nie przydała, nawet jeśli stanowiłaby ciekawą parę do jego cyprysowej. I tak już miał dość problemów, żeby w ogóle pamiętać o używaniu swojej zwykłej różdżki.

Odwinął materiał i zamrugał. Przez chwilę nie rozpoznawał przedmiotu, który leżał mu w ręku, ale potem coś zaskoczyło mu w głowie. Podniósł go i powoli obrócił. Był piękny, zrobiony z miedzi tak starej, że nabrała już zielonego poblasku, a jego igła wyglądała na srebrną. Litera N lśniła lekko, jakby napisana została napisana pyłem wróżek.

– Kompas? – zapytał.

James nie odpowiedział. Harry spojrzał na niego i zobaczył, że ten jest zupełnie poważny, nie tak dumny, jak wtedy, kiedy patrzył jak Connor przygląda się swojej różdżce pojedynkowicza, ale zaniepokojony.

– Kompas sojuszniczy, Harry – powiedział. – Wykrywa zarówno magiczną moc, jak i sympatię, którą darzą cię posiadający ją ludzie. Chciałbym cię prosić, żebyś zawsze go przy sobie nosił. Jak będziesz w niebezpieczeństwie, skieruje cię w stronę najbliższej osoby gotowej ci pomóc. Idź tam, gdzie ci pokazuje strzałka, a znajdziesz najkrótszą możliwą drogę. – Odetchnął głęboko i nerwowo. – Merlin jeden wie, że to ci się przyda.

Harry przełknął ślinę.

– To pochodzi ze skarbca Potterów, prawda? – zapytał, obracając kompas w palcach. Słyszał już o takich przedmiotach, ale to zawsze były pamiątki rodowe, a nie coś, co można by dostać tak po prostu na Pokątnej.

James kiwnął głowa.

– Podczas wojen Firestarów, pojawił się Lord. Wszystkim z początku wydawało się, że zostanie on Świetlistym Panem, ale ten zwrócił się ku mrocznej magii... a może nawet znalazł sposób połączenia i jednoczesnego wykorzystania magii Mroku i Światła, ale nikt nie miał odwagi nawet wziąć tego pod uwagę, bo to dopiero jest straszna myśl. – James utkwił wzrok gdzieś w ścianie za Harrym i Harry niemal zobaczył w nim młodego chłopca, drżącego lekko z podziwem, przyklękniętego przy fotelu, na którym siedział jego rodzic, a może dziadek, opowiadający mu tę historię. – Nasza przodkini, Helen Potter, stworzyła ten kompas i z niego korzystała. Raz przeprowadził ją bezpiecznie podczas trwającego trzy dni pościgu przez Northumberland, kiedy Lord Firestar pokrył całą okolicę zaklęciem antyaportacyjnym, który nie pozwalał również na użycie świstoklików. Znajdowała się wtedy o trzy dni drogi od najbliższego sojusznika, a musiała przez całą drogę biec. Ścigał ją osobiście. Naprawdę pragnął ją zabić. – James wrócił do siebie, a jego uśmiech był zarówno dumny, jak i smutny. – Widzicie, kiedyś byli zaręczeni. Kochała go bez pamięci. Nikt nie znał go tak jak ona. A to znaczyło, że tak długo jak żyła, ktoś mógłby ją wykorzystać i wyciągnąć z niej informacje o jego słabościach.

Harry zrobił sobie mentalną notatkę, żeby jednak przyjrzeć się bliżej książkom, które przywiozła mu Hermiona. Wyglądało na to, że jednak mogły się zapowiadać znacznie bardziej fascynująco niż mu się wydawało.

A James tak naprawdę nie był nieudolnym ojcem, po prostu niedoświadczonym.

Położył ostrożnie rękę na kompasie sojuszniczym.

– Będę go miał zawsze przy sobie, ojcze. Obiecuję.

James przyjrzał mu się uważnie, po czym uśmiechnął i kiwnął głową.

– Świetnie, Harry. – Zerknął na Connora. – Remus powiedział, że będzie na ciebie czekał na zewnątrz, jeśli chcesz się z nim pojedynkować. I tak już prawie skończyłeś śniadanie.

– Super! – Connor zeskoczył ze swojego krzesła. – Idę go znaleźć. – Złapał Harry'ego niespodziewanie i przytulił go mocno, niepomiernie go tym zaskakując. – A ty lepiej, żebyś naprawdę miał ten kompas zawsze przy sobie – szepnął mu do ucha. – Jesteś w niebezpieczeństwie.

Harry zamrugał i poklepał brata po plecach. Connor przecież już wcześniej zdawał sobie z tego sprawę, ale i tak miło było usłyszeć takie słowa.

– Dzięki, Connor.

Jego brat wymknął się z pokoju, a James wziął głęboki oddech.

– Najpierw zjedz śniadanie, Harry – powiedział, zanim Harry zdążył otworzyć usta.

Harry kiwnął głową i zabrał się za jedzenie, obserwując swojego ojca uważnie. James ewidentnie chciał mu o czymś powiedzieć.

– Zablokowałem to zaklęcie, które Rosier użył, żeby przebić sowę przez nasze osłony – powiedział James markotnie. – Ale to wcale nie oznacza, że nie spróbuje ponownie. Przeczytałem jego list i nie ma on dla mnie żadnego sensu. Zawsze był znany jako jeden z najinteligentniejszych śmierciożerców, nie mam pojęcia, co może mu teraz chodzić po głowie.

Spojrzał Harry'emu prosto w oczy.

– Ten list uświadomił mi w pełni, że ty naprawdę możesz w każdej chwili umrzeć. Nie jesteś bezpieczny, Harry, ani tu, w Lux Aeternie, ani nigdzie indziej.

Harry kiwnął głową.

– Już się z tym pogodziłem.

– Ale można podjąć kroki na celu zapewnienia ci pewnego stopnia bezpieczeństwa – powiedział James. Harry zwolnił nieco z pakowaniem sobie kolejnych kiełbasek do ust – ostatnio był niesamowicie głodny – i spojrzał z rezerwą na swojego ojca. Jego słowa miały niemal maniakalny wydźwięk, brzmiał trochę jak Snape. – Stąd kompas sojuszniczy. Stąd osłony. Chcę też, żebyś mi obiecał, że nie zrobisz nawet kroku poza osłonami, Harry.

Harry przymrużył oczy. Poinformował swojego ojca o tym, że tego ranka Narcyza Malfoy złoży im oficjalną wizytę i jeśli nie będzie w stanie ich odwiedzić tylko dlatego, że osłony jej nie przepuszczą, to będzie to oznaka wyjątkowo złych manier; może też zaszkodzić jego reputacji pośród innych czystokrwistych, z którymi już rozmawiała i którzy zastanawiają się nad przyłączeniem do niego. A północne gobliny powiedziały mu wprost, że nie mają zamiaru się spotykać z nim w pobliżu Lux Aeterny. Nie chciały podejść bliżej niż do tej plaży, na którą James zabrał Connora i Harry'ego na letnie przesilenie.

– Przecież muszę.

– Nie, wcale nie musisz – powiedział James. – Powiedz im, że jesteś gotów spotkać się z nimi w granicach osłon, ale nie poza nimi.

– Ale nie każdy będzie w stanie przez nie przejść – zauważył Harry, czując, jak powoli kończy mu się cierpliwość. Czy do jego ojca naprawdę nie docierało, że przecież musiał to zrobić? Nie z poczucia obowiązku, przynajmniej w kwestii pracy vatesa, ale chociażby przez wzgląd na jego moralne priorytety. Drażniło go to za każdym razem, kiedy zbyt długo próbował myśleć o czymkolwiek innym. Póki jego głównymi zajęciami podczas tego pobytu były trening Connora i pomoc w leczeniu go, Harry był jeszcze w stanie się skupić na czymś innym, ale teraz Connor trenował z Remusem, a po rozmowie z Hermioną, Connor odwrócił ich role w czasie rozmów i naciskał, że chce usłyszeć wersję Harry'ego z tamtej walki z Voldemortem we Wrzeszczącej Chacie. Dlatego też Harry myślał o byciu vatesem i nie–Lordem. – A ja muszę z nimi jakoś porozmawiać. Obrażę ich, jeśli tego nie zrobię.

– Przejdzie im – upierał się James.

– Tu nie chodzi o obrazę w sensie braku uprzejmości – powiedział Harry. – Urażę ich wolną wolę, albo ich honor. A ja naprawdę nie chcę nikogo obrażać, tato. Jeśli mamy wygrać tę wojnę, to potrzebujemy mieć po swojej stronie tak wielu czarodziejów jak to tylko możliwe. A gobliny... są spętane, wiem, że są, i chcę wysłuchać tego, co mają mi do powiedzenia.

James zamknął oczy.

– Wiem, że Lily wytrenowała cię na żołnierza – powiedział. – Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że zrobiła z ciebie też polityka.

Harry bez trudu wzniósł się ponad ból, który wciąż się pojawiał na wspomnienie imienia jego matki. Nic już dla niego nie znaczyła.

– Trening obejmował wszystko, co mogłoby się przydać – powiedział. – Polityka też będzie nam potrzebna do wygrania tej wojny. Wiedziałem o tym, odkąd miałem pięć lat, dlatego właśnie zacząłem się uczyć historii czystokrwistych rodów i ich tańców. Muszę ich potraktować z szacunkiem, tato. Wiesz przecież o tym.

James westchnął.

– W takim razie kompromis. Zabierzesz mnie ze sobą na każde spotkanie poza osłonami.

Harry skrzywił się.

– Możemy się spotkać razem z panią Malfoy, ale nie z goblinami. Były dość stanowcze pod względem tego, że mam się pojawić sam.

– To dlaczego w ogóle się zgodziłeś z nimi spotkać?

– Bo muszę – powiedział Harry. – Robią mi ogromny zaszczyt samym faktem, że ufają mi na tyle, żeby się ze mną spotkać, po tym, jak czarodzieje ich spętali.

James się spiął i przez dłuższą chwilę siedział w bezruchu. Wreszcie kiwnął głową.

– Niech będzie. Ale na spotkanie z goblinami weźmiesz ze sobą świstoklik.

– W porządku. – Harry i tak miał zamiar o niego poprosić. Był w stanie się aportować w nagłych sytuacjach, ale to nie było miłe doświadczenie i nie miał ochoty znowu tego doświadczać.

– W takim razie chodźmy się spotkać z Malfoyami – powiedział James, wstając. Następnie uśmiechnął się blado i usiadł z powrotem. – Jak tylko skończysz śniadanie, oczywiście.

Harry rzucił się na swoje naleśniki.


Harry patrzył, jak cztery kształty pojawiły się w punkcie aportacyjnym i poczuł, że osłony Lux Aeterny zareagowały na nich momentalnie, mimo, że znajdowali się poza ich zasięgiem, jakby były gotowe sięgnąć w ich kierunku i ocenić mroczną magię, która pojawiła się razem z ich gośćmi. Harry poczuł ich syk i trzask i podejrzewał, że zjeżyły się na Narcyzę Malfoy. Dobrze, że postanowili się spotkać właśnie tutaj, na rozłożystym trawniku, rozciągającym się tuż obok rzeki w kolorze malachitu, zamiast wystawiać cierpliwość domu na próbę.

Narcyza puściła Dracona, który wyglądał nieco niemrawo po łączonej aportacji, ale i tak podbiegł do Harry'ego i uściskał go mocno.

– Wszystkiego najlepszego, Harry! – zaskrzeczał.

Harry uśmiechnął się i przytulił go. Ulżyło mu, kiedy nie zobaczył nigdzie żadnej ostentacyjnej paczki.

– Masz dla mnie jakiś prezent, Draco? – zapytał, drocząc się z nim i odstępując na krok, żeby rozejrzeć się ostentacyjnie. Poczuł, jak James przestępuje obok niego nerwowo z nogi na nogę, ale go zignorował. Kompas sojuszniczy leżał bezpiecznie w jego kieszeni. Jego ojciec musiał przecież zdawać sobie sprawę z tego, że dar Dracona w żaden sposób nie mógłby się z nim równać.

Draco wyszczerzył się do niego i wrócił w podskokach do matki. Narcyza zdjęła zaklęcie kameleona na czymś, co unosiło się obok niej, ujawniając miotłę. Draco złapał ją i przyciągnął za sobą do Harry'ego.

Och nie – powiedział Harry.

Och tak – powiedział maniakalnie Draco. – To nowa Błyskawica. Wszystkiego najlepszego, Harry. – Wyglądał na zadowolonego z siebie.

Harry niechętnie przyjrzał się miotle. Musiał przyznać, że była wspaniała; delikatny pomruk otaczającej ją magii już go o tym poinformował. Cała sytuacja jednak naprawdę wprawiała go w zakłopotanie. To był strasznie drogi prezent. Draco wcale nie musiał mu go kupować. Harry uwielbiał latać, tak, ale nie miał świra na punkcie quidditcha jak Connor.

Draco najwyraźniej przewidział całą cichą rozmowę, jaką Harry ze sobą przeprowadził w głowie.

– Naprawdę chciałem ją dla ciebie kupić – powiedział. – Jest twoja. I jest tak zaczarowana, że nikt inny nie będzie mógł na niej latać.

Draco! – powiedział Harry, tak zaskoczony, że musiał przerwać swój tor zakłopotanych myśli. – To naprawdę zły pomysł! A co, jeśli znajdziemy się w niebezpieczeństwie i ktoś inny będzie musiał z niej skorzystać? Albo jak będę musiał przewieźć na niej kogoś rannego?

Draco wywrócił oczami.

– Czy ty nie możesz przestać myśleć o wojnie przynajmniej na dziesięć sekund, Harry? – mruknął z irytacją, po czym założył ręce na piersi. Harry przez chwilę rozważył, po czym odrzucił pomysł poinformowania go, że jak to robi, to wygląda jak Hermiona. – Kupiłem ci to, żebyś mógł się nią bawić i żebyś miał coś tylko dla siebie. Przy okazji, nie, zaklęcia nie znikną z czasem – dodał, niszcząc kolejną nadzieję Harry'ego.

To fajna miotła, powiedział nagle Regulus z tyłu jego umysłu. Weź ją, na litość Merlina.

Wydawało mi się, że cię tu nie ma, prychnął na niego Harry, po czym wyciągnął rękę przed siebie, żeby odebrać miotłę. Jak tylko jej dotknął, ta wydała z siebie dźwięk, który brzmiał dziwnie podobnie do mruczenia, po czym w pełni opadła na jego dłoń.

– Dziękuję, Draco – powiedział na głos. – Nie byłem niewdzięczny, przepraszam, jeśli odniosłeś takie wrażenie. Po prostu mnie... zaskoczyłeś.

Naprawdę ci się wydawało, że przegapiłbym spotkanie z moim kuzynostwem? zanucił Regulus. A to jest naprawdę dobra miotła. Nie robili takich za moich czasów. Przeleć się na niej, na litość Merlina.

Harry przyjrzał się uradowanej twarzy Dracona i westchnął. Mam zamiar. Po prostu... ja nie... Pokręcił głową, nie pewien, jak wyrazić, czemu tak bardzo ten prezent wprawiał go w zakłopotanie.

– Harry.

Harry z wdzięcznością odwrócił się i spojrzał Narcyzie w oczy, po czym pochylił głowę. W tej chwili perspektywa pilnowania, żeby jego ojciec i Narcyza byli przy sobie przynajmniej cywilizowani, wydawała się znacznie ciekawsza od zmagania się z uczuciami, które się w nim pojawiły na widok prezentu Dracona.

– Pani Malfoy – powiedział. – Czy mogę pani przedstawić mojego ojca, Jamesa Pottera?

– Już kiedyś zostaliśmy sobie oficjalnie przedstawieni, ale to było dawno temu – powiedziała Narcyza, podchodząc bliżej. Wyciągnęła elegancką, białą dłoń. Jej twarz była wcieleniem czystokrwistej czarownicy, spokojna i bez wyrazu. – Nie jestem pewna, czy twój ojciec mnie pamięta.

– Pamiętam – powiedział James. Harry odwrócił szybko głowę i z zaskoczeniem spojrzał na swojego ojca. Jeszcze nigdy nie słyszał go takim spiętym i ograniczonym, jakby w tańcu. Złapał dłoń Narcyzy. – Miała wtedy pani na sobie piękną suknię.

W kąciku ust Narcyzy zatańczył delikatny uśmiech.

– Czarodziej Światła do szpiku kości – wymamrotała. – Szczery do bólu. Podejrzewam, że nic nie wspomni pan o mojej uprzejmości, czy też jej braku, jaki okazałam panu tamtej nocy?

James podniósł tylko brwi, ale nic nie odpowiedział.

Narcyza odstąpiła od niego o krok, pochylając lekko głowę w jego kierunku, po czym odwróciła się w stronę Harry'ego.

– Harry, pozwolisz, że przedstawię ci moją siostrę, Andromedę Black Tonks, i jej córkę, Nimfadorę Tonks, która dopiero co ukończyła swój trening w programie aurorów?

Harry odwrócił się w stronę dwóch czarownic, które czekały na punkcie aportacyjnym, a jego zmysły wyostrzyły się z niepokojem. Czyżby ministerstwo chciało przez Nimfadorę poznać jego tajemnicę? A co, jeśli to był Zakon Feniksa?

Pierwsze oględziny Nimfadory go cokolwiek uspokoiły. Miała na sobie szaty, czarne ze srebrną lamówką, którą czarownica czystej krwi założyłaby na oficjalne spotkanie, ale jej włosy były fioletowe ze srebrnymi końcówkami, oślepiająco jasne. Ruszyła ochoczo w jego kierunku, po czym potknęła się o krawędź własnej szaty. Szybko jednak się poderwała z powrotem na nogi, nawet na chwilę nie tracąc swojego uśmiechu, po czym uścisnęła jego dłoń.

– Mów mi Tonks, Harry – powiedziała. – Wszyscy tak mnie nazywają. Nie znoszę Nimfadory. Nie potrafię sobie wyobrazić, dlaczego ktoś miałby tak nazwać swoje dziecko – dodała, zerkając ze złością na swoją matkę, która podchodziła do nich powoli.

Harry poczuł, jak uśmiech pojawia mu się na ustach. No, skoro ona może być nieformalna, to ja też.

– Niech zgadnę – powiedział. – Metamorfomag? Chyba, że masz słabość do mugolskich farb do włosów.

– Trafiłeś za pierwszym razem! – powiedziała radośnie Tonks i w ramach demonstracji sprawiła, że jej nos zrobił się długi i garbaty, przez co jej twarz przez chwilę w alarmujący sposób upodobniła się do snape'owej. – Już od miesięcy chciałam się z tobą spotkać. Czy wiesz, że tylko dzięki tobie moja matka wymieniła ze swoją siostrą listy, w których pierwszy raz od wielu lat nie wyzywały się od kurew?

– Wystarczy, Nimfadoro – powiedziała Andromeda, zatrzymując się za jej lewym ramieniem. – To słowo jest wyjątkowo niestosowne. Czasami byłyśmy wobec siebie chłodne i zdystansowane, ale nigdy nie... zrobiłybyśmy tego, co właśnie powiedziałaś. – Kiwnęła spokojnie Harry'emu. Miała ciemne włosy i oczy. Harry'emu przyszło na myśl, że wyglądała zupełnie jak jej starsza siostra, Bellatrix Lestrange, ale bez tego całego szaleństwa błyszczącego w jej oczach i postawie. – Gratulacje, panie Potter. Słyszałam, o tym, co zrobił pan dla... pewnego elementu, który bez pańskiej pomocy nie zdołałby znaleźć ognia.

Harry zamrugał. Odnosiła się do pogrzebu Syriusza. Z jakiegoś powodu wydawało mu się, że Narcyza nie wspomniałaby o tym swojej siostrze.

– Pani Tonks – powiedział, wyciągając do niej rękę, której nie trzymała Tonks. – To prawdziwa przyjemność panią spotkać.

– W rzeczy samej – mruknęła Andromeda, ignorując jego rękę. – Wydaje mi się, że to dość oczywiste, że nie przeszkadzają mi mugolaki, skoro wyszłam za jednego z nich i nie używam też zbyt wiele mrocznej magii. Ostatnimi jednak czasy mój niepokój względem Dumbledore'a nieustannie rośnie. Ucieszyła mnie wieść, że jest pan gotów reprezentować trzecią stronę w tej wojnie, taką, do której mogłabym się przyłączyć bez obaw, że nagle odkryję, że rządzi mną Lord, który w każdej chwili może się obrócić przeciwko mnie. – Jej oczy były szeroko otwarte, chłodne i patrzyły wprost w jego. – Moja siostra tak pana opisała i ufam jej pod tym względem.

Harry ponownie się uśmiechnął. Andromeda była równie cięta co Narcyza, ale nie bawiła się subtelnymi tańcami, co czasami było odświeżające, niczym uderzenie zimnej bryzy na twarzy.

– Mam nadzieję, że będę godnym jej przedstawicielem – powiedział. – Jeszcze do niedawna Chłopiec, Który Przeżył stał jednoznacznie po stronie Dumbledore'a, ale mój brat nabiera już szerszej perspektywy.

– Nie mam na myśli Chłopca, Który Przeżył, ale pana – powiedziała Andromeda, naciskając ostatnie słowo mocniej, niż to było tak naprawdę potrzebne. – To pan zaimponował mojej siostrze i jej synowi.

Harry zerknął z ukosa na Narcyzę i Dracona. Nie wtrącali się w formalne zapoznanie się, bo tego wymagały dobre maniery, ale Narcyza uśmiechała się lekko. Draco z kolei wyglądał, jakby chciał go wyzwać, jakby chciał przypomnieć Harry'emu o ich rozmowie w czerwcu, kiedy Draco po raz pierwszy powiedział mu, że będzie musiał zostać przywódcą.

– To prawda – powiedział. – Ale z całą pewnością nie mam zamiaru walczyć przeciw mojemu bratu.

– O tym też nic nie mówiłam – powiedziała Andromeda. – Connor Potter mnie nie interesuje, przynajmniej dopóki nie zrobi czegoś bardziej interesującego niż pokonanie Mrocznego Pana jako niemowlę.

Draco otworzył usta i Harry po prostu wiedział, że ma zamiar powiedzieć coś wyjątkowo niefortunnego, na przykład prawdę na temat przepowiedni. Szybko zainterweniował.

– Pani Tonks, Tonks, oto mój ojciec, James Potter.

– Już się kiedyś spotkaliśmy – powiedziała Andromeda, wyglądając przez moment, jakby wcale nie wspominała tego najlepiej, ale wyciągnęła rękę. James ucałował ją z absolutną precyzją.

Tonks nie powtórzyła gestu. Jej oczy otworzyły się szerzej z podziwu.

Ten James Potter? – wypaliła. – Ten James Potter, który schwytał Lestrange'ów? Ten James Potter, który kiedyś przez całą noc ochraniał czternaście mugolskich rodzin przed Czarną Plagą? To naprawdę pan? – Wyglądała, jakby zaraz miała zacząć śpiewać. – Jakoś do tej pory nie zaskoczyło mi to w głowie! To prawdziwa przyjemność pana poznać! – Wyciągnęła rękę w sposób, który wyraźnie wskazywał, że oczekiwała uścisku, a nie ucałowania knykci. – Dopiero co skończyłam mój trening aurora, jest pan jednym z moich bohaterów.

James wyglądał na strasznie zakłopotanego, ściskając jej dłoń. Harry miał wrażenie, że to przez wspomnienie o Lestrange'ach.

– Dziękuję – powiedział. – Syriusz o tobie wspominał. Żałował, że nie widywał cię częściej.

Tonks uśmiechnęła się do niego.

– Tylko on nie nazywał mnie Nimfadorą, kiedy byłam mała – powiedziała. – Nawet w listach. No, lubiłam go. Proszę przyjąć moje kondolencje.

James zamrugał.

– To chyba ja powinienem je składać, panno Tonks.

Tonks pokręciła głową.

– Lubiłam go, ale tak naprawdę nie znałam go najlepiej – powiedziała. – Był pańskim najlepszym przyjacielem. Przykro mi, że pan go stracił.

James musiał odwrócić od niej wzrok. Harry zamrugał. Tonks radziła sobie lepiej od niego w takiej sytuacji, nawet pomimo nawiązania do Syriusza. Miał nadzieję, że to oznaka, że ich relacje idą w dobrym kierunku.

Potem spojrzał na Narcyzę, która wyglądała cokolwiek powściągliwie, i na Andromedę, której twarz była po prostu bez wyrazu, i westchnął. To nie będzie takie proste.

Nie miał jednak najmniejszego zamiaru poddawać się zarówno pod względem swojego ojca, jak swojego najlepszego przyjaciela i jego rodziny. Im wcześniej obie strony przyjmą to do wiadomości, tym lepiej.

– Panie Potter?

Harry spojrzał znowu na Andromedę, rad, że ta zagaiła do niego. Miał nadzieję, że cokolwiek, o co miała zamiar go poprosić, odwróci uwagę wszystkich od wiszącej w powietrzu konfrontacji, która zdawała się być nieunikniona przy Potterach i Malfoyach stojących tuż obok siebie.

– Czy może pan pokazać mi swoją magię? – zapytała Andromeda. – Opuścić wszystkie swoje tarcze i pokazać mi pełnię swojej siły? Słyszałam, że pańskie pokazy mocy bywały dość imponujące, ale nigdy nie miałam okazji osobiście ich doświadczyć.

Harry odczytał ukrytą w jej głosie wiadomość. Chciała mu zaufać, ale nie miała żadnego konkretnego powodu, by to zrobić, i nie będzie miała, póki nie zobaczy jakiegoś dowodu na świadectwo jego mocy. Narcyza go do tej pory obserwowała i o wszystkim jej powiedziała, ale chciała też zobaczyć to na własne oczy.

Harry kiwnął głową, po czym zamknął oczy i opuścił swoje tarcze.

Poczuł, jak jego magia nadyma się wokół niego i wypływa, śpiewając, na trawnik Lux Aeterny. Miał nad nią znacznie lepszą kontrolę niż wtedy, kiedy po raz pierwszy wypuścił ją podczas meczu quidditcha w listopadzie, albo wtedy, w sowiarni, podczas równonocy wiosennej. Mógł jej rozkazać wznieść się wokół niego i unosić, bez oszałamiania kogokolwiek, ale też nie pozwalając nikomu, kto go obserwował, wątpić w jej głębię.

Otworzył oczy. Widział świat przez rozmytą mgiełkę złoto–białego światła, co go nie zaskoczyło, ponieważ w tej chwili był relatywnie spokojny. Był jednak zaskoczony minami otaczających go ludzi.

Draco uśmiechał się z wyższością. Narcyza wyglądała, jakby nie było jej daleko do tego samego. James miał na twarzy mieszankę dumy i obawy, która powoli przechylała się bardziej w stronę niepokoju.

Tonks wyciągnęła przed siebie rękę, jakby była w stanie wyczuć wiszącą w powietrzu siłę, po czym uśmiechnęła się szeroko do Harry'ego.

Ale jaja – powiedziała.

Andromeda powoli zamknęła oczy. Harry nie miał pojęcia, co jej mogło chodzić po głowie, kiedy tak stała w bezruchu, najwyraźniej po prostu chłonąc magię.

Wreszcie otworzyła oczy.

– To wystarczy – szepnęła. – To więcej niż wystarczy. Jeśli uda ci się uniknąć zostania Lordem, to będziesz najwspanialszym czarodziejem, jaki stąpał po tym świecie od ponad trzydziestu pokoleń.

Harry zamrugał, zastanawiając się, czemu wybrała taką akurat liczbę pokoleń, po czym przypomniał sobie, że jego magia już za długo przebywała poza tarczami. Twarze Tonks i Dracona zaczynały nabierać rozmarzonego wyrazu. Już dość miał kłopotów, kiedy jego magia wyciekała czasem ponad jego tarczami i zmieniała otaczających go ludzi bez jego wiedzy. Jej efekt, kiedy była w pełni wypuszczona na wolność, przypominał rezultat jednego z lepszych eliksirów leczniczych.

Delikatnie zamknął swoją moc z powrotem, po czym spojrzał Andromedzie w oczy.

– Chcę pokonać Voldemorta, uwolnić magiczne stworzenia i pomóc tym, którzy zechcą ze mną usiąść, żeby omówić swoje problemy – powiedział. – Na pewno nie chcę... no, stać się Lordem, ani zrobić czegokolwiek, co zrobił Dumbledore.

– Taka moc to zawsze będzie wielka pokusa – szepnęła Andromeda. Brzmiała, jakby była przebywającym w kościele wierzącym. – Zwłaszcza przymuszenie, jakie jej towarzyszy. Już wielu Lordów padło jej ofiarą w przeszłości, Panów, którzy mogli być wspaniali.

– Mam nadzieję uniknąć tej pułapki – powiedział Harry. – Chcę zostać vatesem, nie wiem, czy zna pani to słowo. Robię, co w mojej mocy, żeby kontrolować zarówno moją magię, jak i podświadome skłonności do przymuszania. Nie wiem, czy mi się uda, ale na pewno będę próbował.

Andromeda się uśmiechnęła.

– Tak – powiedziała. – Wierzę, że będziesz. Z chęcią zostanę twoim formalnym sojusznikiem. – Po czym dodała, nie odwracając od Harry'ego wzroku: – Przestań się uśmiechać, Narcyzo.

Harry sam się lekko uśmiechnął, po czym odwrócił się w stronę swojego ojca. James przyglądał mu się w osobliwy sposób.

Mam nadzieję, że to oznacza, że uznał, że jednak spotkanie z goblinami nie będzie dla mnie specjalnie niebezpieczne, pomyślał Harry. No i dogaduje się jakoś z Malfoyami i Tonksami. Nie idzie tak źle.

To prawda, zgodził się z nim wesoło Regulus z tyłu jego głowy. Kto by pomyślał, że moje kuzynki mogą być oszałamiającymi przykładami zdrowego rozsądku, jeśli tylko tego chcą? Zarówno w kwestii mioteł, jak i doboru sojuszników?


Harry poczuł różnicę jak tylko puścił go wir świstoklika. Rozejrzał się, ale tak, to była ta sama plaża, z której puszczali swoje małe statki, po prostu to już było późne lato i miejsca nie otaczała już łagodna magia przesilenia. Tym razem wyglądało ono naprawdę dziko i Harry czuł, jak magia zieje w stronę plaży z każdym uderzeniem fal.

Co więcej, w powietrzu unosił się też ostry rodzaj mocy, nie rodzaju czarodziejskiego. Harry pociągnął nosem raz i drugi, po czym spojrzał przed siebie.

Daleko przed nim płonęło białe ognisko, takiego samego koloru co światełka, które opadały z piór mewich posłańców za każdym razem, kiedy te go odwiedzały. Harry odetchnął głęboko i ruszył przed siebie. "Praktyczna historia goblinów z północy" podała mu wiele sprzecznych informacji względem tego, co powinno się nosić podczas spotkania z północnymi klanami, w dodatku podejrzewał, że i tak żaden z wymienionych strojów nie pasował do odwiedzającego goblinów vatesa, więc ubrał po prostu podkoszulek i spodnie.

Kiedy podszedł bliżej, biały płomień rozdzielił się na cztery, centralny ogień wystrzelił na boki, rozpalając ogniska pośród kamieni. Harry wciąż nie wiedział, co rozpaliło ten ogień, ani czym ten się żywił. Rzecz jasna, skrzaty domowe i centaury też miały swoją unikalną magię.

Spomiędzy ognisk, a może zza nich, albo gdzieś wokół nich, wyszły gobliny. Każde z ognisk miało przy sobie czterech goblinów. Harry'emu przyszło do głowy, że to pewnie każdy z klanów Seadampin, Waterrune, Ternretten i Stonecantor przysłał po czterech przedstawicieli. Nie wiedział, jak odróżnić klany między sobą, dlatego zatrzymał się przed ogniskiem w tej samej odległości i zaczekał.

Jeden z goblinów podszedł do niego z grupy stojącej przy najbliższym mu ognisku.

– Harry James Potter? – Jego głos był skrzekliwy, chrapliwy, paskudniejszy i bardziej szorstki od głosów goblinów, które Harry słyszał na Pokątnej, kiedy kupował swoje przybory szkolne.

Harry pochylił głowę.

– Jestem Helcas Seadampin.

Harry kiwnął głową, spodziewając się tego. Pozostałe gobliny trzymały się z daleka i wyglądało na to, że "Praktyczna historia goblinów z północy" miała rację przynajmniej pod jednym względem – kiedy wiele klanów zawierało sojusz i miało zamiar porozmawiać z kimś z zewnątrz, w pewnej chwili wybierali oni spośród siebie najsilniejszego z nich, żeby ten przemawiał w ich imieniu. Griphook Fishbaggin, autor książki, spekulował, że ten podział przypominał mu coś w rodzaju tego, co następuje między Lordami i zwykłymi czarodziejami.

Harry podejrzewał, że było dokładnie na odwrót, ale prawdy dowie się dopiero za kilka minut.

– Jakiś cichy jesteś, jak na czarodzieja i vatesa – powiedział Helcas, mrużąc podejrzliwie oczy.

– Nie chcę was w żaden sposób urazić – powiedział Harry. – W moich książkach niewiele było na temat waszego ludu i nie wiem nic o waszej etykiecie.

Helcas ma naprawdę dziki śmiech, pomyślał. Z morza mewy zaskrzeczały w odpowiedzi.

– Upewniliśmy się, że czarodzieje nie będą w stanie nas zrozumieć z książek – powiedział. – Dzięki temu muszą przyjść osobiście, jeśli chcą coś z nami załatwić. Raz jeden zaufaliśmy czarodziejowi, pozwoliliśmy mu zapisać prawdę, a ten i tak wiele poprzekręcał.

– Griphook Fishbaggin – szepnął Harry.

– Tak. – Helcas przechylił głowę. – Adoptowaliśmy go, a on pod koniec okazał się być tchórzem i zdrajcą. Czemu chciałeś się z nami spotkać?

Helcas odsunął się lekko od ognia i Harry wreszcie mógł mu się przyjrzeć bez fioletowych powidoków, od których już go bolały oczy. Helcas był wyższy od goblinów z południa, których spotykał do tej pory, a jego skóra była szara niczym woda. Jego ręce kończyły się zakrzywionymi, ciemnymi pazurami i choć Harry zerknął na nie tylko raz i przelotnie, miał wrażenie, że Helcas ma po sześć palców u każdej dłoni. Jego twarz składała się głównie z jego wypełnionej kłami paszczy. Harry był zaskoczony, że Helcas tak dobrze mówi po angielsku, kiedy te wszystkie ostre zębiska naciskały mu na język.

Uważaj na siebie, szepnął nagle Regulus.

Harry nabrał wiele doświadczenia w ciągu kilku ostatnich dni w ukrywaniu swojego zaskoczenia, ilekroć w jego głowie nagle pojawiał się głos, a także w powstrzymywaniu się od kiwnięcia czy pokręcenia głową. Będę, szepnął z powrotem i skupił się na goblinie.

– Ponieważ niedawno zdałem sobie sprawę z istnienia sieci pętających wszystkie magiczne stworzenia – powiedział. – A mam wrażenie, że wszyscy powinni być tak wolni, jak to tylko możliwe.

Helcas zaśmiał się cicho.

– Czarodzieje już nam kiedyś opowiadali takie banialuki.

Harry powstrzymał wzruszenie ramion.

– Nie jestem tymi czarodziejami – powiedział.

Helcas przez dłuższą chwilę przyglądał mu się w milczeniu.

– Griphook Fishbaggin to był tchórz i zdrajca – powiedział wreszcie. – Przyjęliśmy go pośród siebie i pokazaliśmy mu prawdę, a on z nią uciekł. Powiedział, że się mylimy i napisał książkę, w której jesteśmy biednymi niewolnikami, szukającymi przywódcy, by zacząć naszą rebelię. Czy wiesz, gdzie się pomylił?

Harry kiwnął głową. Po ponownym przeczytaniu "Praktycznej historii goblinów z północy" nabrał do niej pewnego dystansu. Ostatecznie to właśnie była książka, dzięki której Connor nabrał przekonania, że jego dar przymuszenia jest czymś dobrym, bo przeczytał w niej, że gobliny najwyraźniej czekają na przywódcę, który ich będzie w stanie przymusić.

– Ktoś, kto otwiera wrota to nie przywódca – powiedział. – Tylko dlatego, że czarodziej czuł się niezręcznie wobec tego, co mu pokazaliście, wcale nie znaczyło, że go okłamaliście.

– Już cię lubię bardziej od niego – powiedział Helcas. Nagle zrobił kilka kroków przed siebie, zamknął jedną ze szponiastych dłoni wokół lewego nadgarstka Harry'ego i ścisnął.

Harry zaczął oddychać tak, jak go kiedyś nauczyła matka, uciekając przed bólem, przetaczając się pod nim, kiedy nie mógł go uniknąć, pozwalając mu się znaleźć, ale nie przytłoczyć. Uścisk rósł na sile, aż Harry nabrał przekonania, że zaraz mu pękną kości, ale jeśli tak się stanie, to cóż, trudno, przecież zawsze mógł się wyleczyć, albo tutaj, albo w Lux Aeternie. Nie miał najmniejszego zamiaru zaatakować goblinów.

– Czemu się nie bronisz? – szepnął Helcas. – Jak mamy poprosić o pomoc kogoś, kto nie będzie sam siebie bronił?

– Jak uznam, że chcesz mnie zabić – szepnął z powrotem Harry, starając się ze wszystkich sił nie opaść na kolana – to uderzę.

Helcas znowu zaśmiał się jak mewa, dziko, blisko i oszałamiająco głośno, po czym puścił jego nadgarstek. Harry masował go, kiedy krew napływała mu z powrotem do dłoni. Nie widział żadnego powodu, żeby udawać, że to nie bolało. Bolało i, tak samo jak wrzask podczas tortur, przyjęcie tego do wiadomości sprawiło, że ból nieco zelżał. Jego życie znaczyło dla niego więcej, niż jego duma.

– Cierpliwość – powiedział Helcas. – Szczerość. To dobre zalety. Ale vates potrzebuje też innych. – Odwrócił się i uderzył swoimi pazurami o siebie w skomplikowanym rytmie, którego Harry nie był w stanie śledzić. Jeden z pozostałych goblinów podbiegł do nich pośpiesznie, przynosząc glinianą butelkę.

Helcas wziął ją od niego, po czym odwrócił się do Harry'ego i spojrzał mu w oczy.

– Pozostali słuchają się mnie, bo wiem, co należy zrobić – powiedział. – Możemy cię poprosić, żebyś spojrzał, ale żaden człowiek nie jest w stanie patrzeć oczami goblina, o ile sami mu ich nie damy. – Wyciągnął butelkę w jego kierunku. Harry usłyszał dochodzący z niej plusk i wiedział, że musi być pełna jakiegoś płynu.

Harry podniósł brwi. Jeśli pozostałe testy dotyczyły cierpliwości i szczerości, to ten pewnie wystawiał na próbę jego odwagę.

I głupotę, warknął Regulus. Nie podoba mi się to. Nie ufam goblinom i nie ufam tej plaży. Coś jest z nią nie tak.

Oczywiście, że tak, odpowiedział mu Harry, przyjmując butelkę. W powietrzu unosi się magia goblinów.

To nie wszystko.

Ale Regulus nie powiedział już nic więcej, najwyraźniej nie wiedząc jak wyjaśnić, co mu jeszcze tutaj przeszkadzało, więc Harry powąchał eliksir. Rozpoznał w nim zapach alg morskich, ale nic poza tym. Eliksir był gęsty, zielony, koloru rzeki, która płynęła niedaleko Lux Aeterny, ale kiedy się jej przyglądał, zmieniła kolor i zrobiła się szarobrązowa.

Kolory Northumberlandu, pomyślał Harry, przykładając butelkę do ust i podnosząc ją. Kolory hrabstwa, w którym urodził się mój ojciec. Nie zrobią mi krzywdy.

Ciecz wywróciła się mu w żołądku, a potem Harry zakaszlał z zaskoczeniem. Sam eliksir wydawał się mu zimny, ale czuł, jak jego przełykiem pełznie w górę płonąca linia.

Podniósł wzrok i zobaczył jak ten sam płomień pożera powietrze przed nim. Białe płomienie były wszędzie wokół niego, nie tylko pośród skał, które poukładały klany goblinów. Właściwie, to te wydawały się najbledsze, bo cały świat zdawał się płonąć. Harry widział, jak biały płomień pochłania powietrze i odsłania przed nim inny świat, ukryty pod powierzchnią jego własnego, zupełnie jak wtedy, kiedy podróżował z Fawkesem.

Ten się mienił jako rozległe, puste miejsce powietrza ponad nimi i, pod stopami Harry'ego, nieskończona ilość kamieni, ziemi i metalu. Harry zamrugał. Odwrócił głowę w stronę morza i zorientował się, że widzi pulsujące w niej prądy, żyły soli, ciepła i zimna, dzięki którym tak bardzo różniło się od ziemi.

– A teraz – szepnął Helcas, łapiąc go za ramię – odwróć się i spójrz za siebie.

Harry tak zrobił i aż musiał się cofnąć o krok. Bez trudu był teraz w stanie zobaczyć sieci goblinów, rozległą i paskudną rzecz, sieć starego i zjadliwego pająka, rozciągającą się na południe. Spojrzał wzdłuż niej i zobaczył, że jest uczepiona do jednego, konkretnego, obrzydliwego punktu, z którego potem szło kolejne połączenie, łączące je z innymi miejscami, pojedyncze góry brudu pośród czystości. Harry zadrżał z obrzydzenia.

– Czym one są? – szepnął.

– To paliki naszej sieci – szepnął Helcas z powrotem, trzymając usta tuż obok ucha Harry'ego. – Kołki, które trzymają nas w miejscu, a wbite są w głąb samej słodkiej ziemi, przez co nie jesteśmy w stanie sami się uwolnić. To rudymenty.

Wtedy Harry zrozumiał. Najbliższą fontanną gnoju była Lux Aeterna.

– Dlaczego was spętali? – zapytał cicho.

– A czemu niby czarodzieje spętali dowolne magiczne stworzenie? – Głos Helcasa przepełniała starość, irytacja i zmęczenie. – Bo chcieli czegoś od nas. Bo bali się, że zrobimy im krzywdę. Bo nie chcieli usłyszeć prawdy. W naszym przypadku chcieli, żebyśmy pracowali w kopalniach. Ale to nie wszystko. Powiedzieliśmy im, jak zaczęli budować te swoje rudymenty, co to zrobi z ziemią, na której one stoją. Zapadają się w nią tak głęboko, że przebijają grunt. Ziemia nie może się ruszać i zmieniać wokół nich, tak jakby to robiła w naturalnym biegu rzeczy. – Helcas kiwnął głową w stronę plaży, chociaż Harry zauważył to tylko kątem oka. Czarny, dymiący wulkan Lux Aeterny, który widział z tej perspektywy, wciąż ściągał na siebie większość jego uwagi. – Gdyby wszystko było tak, jak powinno, to morze już dawno pożarłoby tę plażę, ląd, na którym stoi Lux Aeterna by zatonął, a wzgórza wyrosłyby w innych miejscach.

Harry chciał zamknąć oczy, ukryć twarz w dłoniach, odwrócić się. Nie zrobił tego.

– Czyli jedynym sposobem na uwolnienie was jest zniszczenie rudymentów? – zapytał.

– Tak – powiedział Helcas. – Wszystkich. Jeśli choć jeden zostanie, to nas zniewoli i nie da ci podnieść sieci.

– Zdajesz sobie chyba sprawę – powiedział Harry, zaskoczony, że jego głos brzmi tak sucho – że to nie jest najlepszy pomysł, prosić Pottera, jednego z dziedziców najbliższego rudymentu, żeby zniszczył własny dom?

– Nienajlepszy pomysł, to prawda – powiedział Helcas. – W tej chwili? Niemożliwe. Ale jesteś vatesem. Teraz mamy nadzieję, tak jak wcześniej nie mieliśmy nic. Nie śpiesz się, vatesie. Ale tak, prędzej czy później będziemy oczekiwać od ciebie, że zniszczysz rudymenty. Twoje ideały są potężniejsze od świata czarodziejów.

Harry spróbował ogarnąć, jak wiele starych domostw będzie musiał zniszczyć, jak wiele czystokrwistych rodzin tym rozzłości, po czym pokręcił głową. To było za wiele, by rozważać to wszystko od razu.

Nie miał jednak zamiaru przed tym uciekać. Nie miał zamiaru się odwrócić.

– Rozumiem – powiedział i zamrugał. Białe płomienie znowu zaczęły pożerać świat, tłumiąc mu widok ziemi, morza i gór gnoju. Zaczekał, aż jego wzrok wrócił do normy, po czym odstąpił na krok od Helcasa i odwrócił się w jego kierunku, żeby na niego spojrzeć.

Helcas przyglądał mu się intensywnie. Harry zauważył, że jego oczy są żółto–zielone, niczym martwe algi.

– Cierpliwość, szczerość, odwaga – powiedział. – Pozostaje jedna.

Odwrócił się i zrobił gest w kierunku jednego z ognisk, które płonęło za nim, trochę po lewej. Harry nie wiedział, który to był klan, ale jeden z jego członków wyszedł do przodu i rzucił Helcasowi jakiś mały przedmiot. Helcas ważył go przez chwilę w dłoni, po czym odwrócił się i podał go Harry'emu.

Harry zobaczył mały, kolczasty kamyk, wyglądający jak gwiazdka, z jednym kolcem z góry i z dołu. Spojrzał na Helcasa.

– No więc?

– Powiedz nam, co możesz z tym zrobić – powiedział Helcas.

Harry zmarszczył brwi i przyjrzał się kamykowi.

– Mógłbym go rzucić za siebie, gdyby ktoś mnie ścigał, z nadzieją, że ukłuje kogoś w stopę – powiedział. – Dobrze by się też sprawdziło przeciw podkutym koniom – no, nie dobrze, ale i tak by je spowolniło. Mógłbym cisnąć nim w czyjąś głowę i rozproszyć ich w ten sposób, jak nie zranić. Mógłbym przytrzymać go w ręku i ukłuć przeciwnika w oko.

Podrzucił kamyk i zauważył, że ten zalśnił w powietrzu. Przyszło mu do głowy, że to prawdopodobnie dzięki cienkim żyłkom srebra, które zauważył, kiedy kamień wylądował mu z powrotem w dłoni.

– Mógłbym użyć tego jako sygnału, rzucając nim w stronę słońca, gdyby przyjaciel był gdzieś w pobliżu. Mógłbym go użyć w jakiejś grze; jest dobrze wyważony, nada się do zabawy. Mógłbym go użyć jako bazy do kilku eliksirów, ale musiałbym wiedzieć, czy czarny kamień jest bazaltem, onyksem, czy czymś jeszcze innym. – Skrzywił się. Jego nauka w temacie kamieni nie szła tak gładko jak miał nadzieję, ale z drugiej strony, jego uwaga była podzielona na wiele innych tematów, które chciał jak najszybciej przyswoić. Nie miał zdolności Hermiony do efektywnej nauki. – Mógłbym tego użyć jako gestu przyjaźni...

Podskoczył, kiedy Helcas nagle zabrał mu kamień z dłoni. Harry spojrzał na niego z zaciekawieniem.

– Czy coś się stało?

– Wymieniłeś osiem zastosowań – powiedział Helcas, chowając kamień w dłoni i zaciskając na nim palce. Harry się skrzywił, ale albo kolce nie przebyły skóry goblina w sposób, w jaki przebiłaby Harry'ego, albo ten nie miał zamiaru okazywać bólu. – Dwa na każdy klan. Ostatni test był sprawdzeniem inteligencji.

Spojrzał surowo na Harry'ego.

– Będziemy tutaj, vatesie, kiedy wreszcie poczujesz potrzebę nakierowania nas na ścieżkę wolności. Wyślemy ci wiadomości przez każdy sztorm niebezpieczeństwa. Będziemy zawsze z tobą szczerzy. I potrafimy wymyślić sprytne plany, na które inni by nie wpadli.

Harry podejrzewał, że to była odpowiedź na każdy z testów, jakie właśnie przeszedł. Kiwnął głową.

– Domyślam się, że to oznacza koniec naszego spotkania?

– Jak tylko wyjaśnisz nam, czemu przyprowadziłeś ze sobą więcej czarodziejów – powiedział Helcas.

– Nie przyprowadziłem. – Myśli Harry'ego momentalnie przeskoczyły do peleryny–niewidki Connora i poczuł ukłucie niepokoju. Czyżby poszedł za mną ktoś niewidoczny?

– W takim razie wyjaśnij to – powiedział Helcas i kiwnął w kierunku czegoś za Harrym. Harry odwrócił się.

Za nim stały cztery postacie owinięte w czerń.

Śmierciożercy! zawył mu nagle w głowie Regulus. Czuję ich połączenie z Voldemortem.

W tej samej chwili Harry usłyszał dziki, dobrze mu znany śmiech i poczuł, jak świstoklik w jego kieszeni zaczyna płonąć. Bez namysłu sięgnął po niego, cisnął nim w bok i patrzył jak ten błyszczy przez moment w powietrzu, a potem staje w płomieniach. Zaklęcia anty–aportacyjne zaskoczyły, zatrzymując go w miejscu niczym muchę w bursztynie.

A potem gobliny odskoczyły na boki, pierwsza klątwa Bellatrix Lestrange poleciała w jego kierunku, więc porzucił wszelkie rozważania i skupił się na walce.