Rozdział czwarty: Walki na słowa
Harry poczuł, że w ramieniu mu chrupnęło, kiedy uderzył nim w piasek, unikając pierwszej klątwy Bellatrix. Czuł, jak serce tętni mu w uszach, słyszał jak dyszy i poczuł jak ból przeszywa go wzdłuż boków, co mogło być pozostałością po sińcach, które pozostawił po sobie rytuał sprawiedliwości Voldemorta, a przynajmniej po tych, które się jeszcze nie zaleczyły.
Czuł to wszystko, ale skupiał się na świecie mentalnym, interpretując ruchy śmierciożerców i repertuar zaklęć, którymi prawdopodobnie w niego cisną w tej sytuacji, a także na szybkim mamrotaniu Regulusa.
Rabastan – to musi być on, poznaję go po ruchach – ma słaby lewy bok. Tam celuj. Ten na końcu to Mulciber. Uważaj na jego Imperiusa.
To wiedziałem, powiedział Harry i usłyszał, jak Bellatrix rzuca przewidywalne Crucio.
Oczywiście, że tak, pomyślał Harry, wznosząc zaklęcie tarczy wokół siebie, nie tracąc nawet czasu na nabranie tchu, by powiedzieć inkantację. Lubiła krzywdzić ludzi, a on zabił zarówno jej męża, jak i jej Lorda. Wcale nie był zaskoczony, że chciała się na nim zemścić.
Mimo to naprawdę chciał się dowiedzieć, jak go znalazła.
Ale kiedy się nad tym zastanowił, gdy niewybaczalne odbiło się od jego tarczy i w jego kierunku poleciała klątwa Mulcibera, szybko zrozumiał. Istniał tylko jeden możliwy kandydat, który mógłby im posłużyć za wskazówkę. Na prośbę Andromedy uwolnił swoją magię i to pewnie rozjaśniło niebo niczym drugie słońce, dla każdego, kto by tego wypatrywał.
A niech to Merlin weźmie, pomyślał z rezygnacją. To było niebezpieczne. Chociaż nie wiem, jak mógłbym jej odmówić, nie obrażając jej przy okazji, kiedy poprosiła mnie tak bezpośrednio...
Jego zaklęcie tarczy rozpadło się na kawałki pod ciągłym naporem klątw ciskanych przez śmierciożercę najdalej wysuniętego na prawo i Harry zmusił się do skupienia z powrotem na walce. Miał spore szanse przeżycia tego, ale nie wtedy, kiedy rozprasza się marudzeniem we własnej głowie.
Kto to? zapytał Regulusa, rzucając zaklęcie paraliżujące na tego, kogo Regulus zidentyfikował jako Rabastana. Mężczyzna zesztywniał i opadł na bok, ale Mulciber już zawracał, żeby go ożywić.
Rosier, powiedział bezbarwnie Regulus.
W następnej chwili Rosier odrzucił swój kaptur do tyłu i potwierdził zdanie Regulusa. To był ten sam ciemnooki, przystojny, uśmiechnięty mężczyzna, którego Harry zobaczył przez moment, tej nocy, kiedy zabił Rudolfa. Wbijał wzrok w Harry'ego i powiedział kilka słów, głosem niespodziewanie głośnym w nagłej przerwie w rzucaniu zaklęć. Harry usłyszał go nawet ponad biciem swojego serca.
– Jak nudno byłoby przerwać, skończyć z tym raz a dobrze – powiedział – Nie wypolerowanym dać zardzewieć, nie pozwolić im lśnić w użyciu! Zupełnie jakby musiały oddychać, żeby żyć. – Podniósł różdżkę i rzucił w Harry'ego niebieską klątwą, której Harry nie rozpoznał. Przyzwał w pełni swoją magię, uznając, że nie ma co się z nią już kryć, przechwycił klątwę w powietrzu i odbił ją z powrotem w Rosiera. Śmierciożerca bez problemu zrobił unik, a jego głos tylko nabrał pewności siebie. – Życie ułożone w stos na życiu tak niewiele znaczy, a mnie tak niewiele już zostało.
– Zamknij się, Evan – wypaliła Bellatrix Lestrange, po czym odwróciła się i warknęła na Harry'ego. Jej długie, czarne włosy latały swobodnie wokół jej twarzy. – Umrzesz tutaj, dzieciątko – powiedziała niespodziewanie konwersacyjnym tonem. – Mam nadzieję, że lubisz ziemniaki. Przed śmiercią każę ci je obrać, a potem odetnę ci palce i podam ci gulasz z ziemniakami i twoimi ugotowanymi palcami, obdartymi z mięsa do kości.
Harry zadrżał wbrew sobie i uznał, że równie dobrze może coś zrobić z tym całym czasem, jaki jego przeciwnicy mu dają, wciągając go w pogawędkę. Wyciągnął rękę w kierunku prawej strony Rabastana i wymamrotał, na tyle głośno, by mogli go usłyszeć:
– Incendio.
Ogień zaczął płonąć pod stopami Rabastana, zmuszając go do odskoczenia w lewo. Harry wycelował w jego żebra.
Dobry wybór, powiedział ochoczo Regulus.
– Reducto! – wypalił Harry i Rabastanem miotnęło do tyłu. Zakręcił się i opadł na ziemię, jęcząc i zipiąc. Nad trawą poniósł się trzask jego żeber.
– Och, zapłacisz mi za to, dzieciątko – szepnęła Bellatrix i tym razem nie było nawet słowa ostrzeżenia, zanim nie posłała w niego kolejnego Cruciatusa. Harry opadł plackiem na ziemię. Nie ośmielił się dać się jej trafić.
– W tobie nie ma za grosz pogoni za przygodą, Bellatrix – powiedział Rosier, jakby kontynuował rozmowę, której nie skończyli i wskazał różdżką delikatnie obok Harry'ego. – Ale każda godzina ratowana jest przed tą nieskończoną ciszą czymś większym, co przynosi coś nowego. – Wystrzelił klątwę.
W pierwszej chwili Harry nie potrafił zrozumieć, czemu ta miała go minąć. A potem przypomniał sobie o goblinach, którzy wciąż stali w bezruchu i ciszy i najwyraźniej wciąż nie uciekli.
Skoczył w bok, zachodząc zaklęciu drogę.
– Haurio!
Jadeitowo zielona tarcza wypłynęła z jego dłoni i wypiła zaklęcie. Magia przypomniała Harry'emu, że zawsze mógłby, gdyby tylko chciał, wchłonąć to zaklęcie, przyłączyć magię Rosiera do swojej własnej. Zrzucił z siebie tę pokusę. Albo przełknie tę moc i wchłonie ją w pełni w trakcie walki, albo będzie miotał wkoło surową i nieskoordynowaną magią, a do tej pory nie miał z tym dobrych doświadczeń.
Poczuł zamieszanie za swoimi plecami. Wbił wzrok przed siebie, ale nałożył dodatkową osłonę zaklęcia tarczy zaraz ponad swoją skórą. Jeśli Helcas był po stronie śmierciożerców, to Harry już nic na to nie mógł poradzić.
Jednakże, Helcas powiedział:
– Stanął w naszej obronie. Gralashigan!
Burza białych, lśniących kształtów śmignęła, mijając Harry'ego i Mulciber zawył. Harry obrócił się w jego kierunku i zobaczył, jak ten ciągnie za dwie mlecznobiałe strzały, jedna z nich była wbita w jego ramię, a druga w kark. Rosier i Bellatrix byli na tyle szybcy, że wznieśli tarcze na czas, żeby się przed nimi ochronić, a Rabastan wciąż leżał w bezruchu na ziemi.
Harry uśmiechnął się lekko. Wyglądało na to, że gobliny nie były po niczyjej stronie w wojnie czarodziejów, o ile ci czarodzieje nie walczyli za nich.
Rosier odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się. Z tak bliska wyglądał na jeszcze bardziej szalonego, niż się Harry'emu do tej pory wydawało, oczy mu lśniły, a jego głos szeptał słowa wiersza, którego Harry wciąż nie rozpoznawał.
– Śmierć zamyka wszystko: ale coś się czai tu, pod koniec – powiedział, kłaniając się Harry'emu i wykonując obszerny gest różdżką – może jeszcze zdołamy zrobić coś szlachetnego, godnego ludzi, którzy dotrzymywali kroku Bogu. – Jego głos opadł do bardziej normalnego tonu. – Myślę, że jesteśmy już bardzo bliscy kroczenia razem z bogiem. Accendo intra cruore!
Harry poczuł, że zaklęcie zaczyna się pod jego tarczami, a to było coś, co nie powinno być możliwe. Chwilę potem zawył, kiedy jego krew zaczęła mu wrzeć w żyłach. Słyszał, jak mu się mięso gotuje pod skórą, rozpalając się do czerwoności i spalając na węgiel, a przynajmniej tak mu się wydawało.
Skup się, Harry! krzyczał na niego Regulus. Uwolnij tę swoją zdolność do pożerania magii i zwróć ją przeciw sobie! Dasz sobie radę! Pożryj to zaklęcie! Wchłoń je, spraw, żeby się zrobiło nieszkodliwe!
Harry zmusił się do posłuchania go. Słowa Regulusa miały sporo sensu. Posłucha go. Musiał. Zmusił swój oddech do uspokojenia się i przetoczył wokół bólu, już mniejsza z tym, że to było najgorsze, co kiedykolwiek czuł, mniejsza z tym, że miał wrażenie, że wątroba i serce zajmują mu się żywym ogniem. Musiał to zrobić, to musiało zostać zrobione, już to robił...
I po chwili było po wszystkim. Harry czuł, jak ogień wycofuje się, kiedy jego zdolność żarłocznie połknęła klatwę, która powoli rozprzestrzeniała się po jego ciele. Wibrujący ból pozostał, a on sam chciał tylko opaść na ziemię i zapłakać, ale teraz mógł przynajmniej racjonalnie myśleć i czuć.
Skupił wzrok na Rosierze, który przechylił głowę na bok, wydając się wcale nie zaskoczony tym, że Harry to przeżył.
– Tennyson – wyjaśnił, kiedy zobaczył wbity w siebie wzrok Harry'ego. – Jego ojciec był czarodziejem. Prawdziwy ojciec, znaczy się. Jego matka nigdy nikomu nie wspomniała o pewnym człowieku, którego kiedyś zaprosiła do siebie do łóżka, ale znalazłem list, w którym błagała swojego "demonicznego kochanka" o powrót. Nigdy nie cytowałbym słów zwykłego mugola, oczywiście.
Harry'emu nawet nie chciało się na to odpowiadać. Wykonał lekki gest i wokół niego wąż jego zdolności otworzył szeroko swoją paszczę.
Mulciber zawył jak mała dziewczynka, prawdopodobnie dlatego, że Harry pewnie połknął również jego zaklęcia lecznicze, którymi próbował wypchnąć strzały. A potem Harry poczuł, jak jego magia żywi się ochoczo magią samych śmierciożerców, przeżuwając ją i połykając ją, przesyłając ją Harry'emu niczym ogromny syfon.
Tym razem Harry był lepiej przygotowany na nagły napływ niesłychanej siły, która go nagle wypełniła i wiedział też, jak chce jej użyć. Skupił się mocno, a za Rosierem i Bellatrix pojawiły się lśniące, niebieskie ściany. Nie pozwolą im stąd uciec, bez względu na to jak by nie próbowali, nawet aportacją czy świstoklikiem.
W odpowiedzi Bellatrix wyciągnęła coś ze swojej szaty i rzuciła nim na ziemię, tuż przed tym jak niebieska ściana owinęła się wokół niej, kompletnie ograniczając jej ruchy. Harry zauważył znajomy, czarny błysk.
– Atakuj – szepnęła Bellatrix. – Jestem krwi Blacków, atakuj.
Stworzenie, stonoga z segmentowanym ciałem, zaczęło pełznąć w stronę Harry'ego, mijając po drodze jego niebieską ścianę, jakby ta nie istniała. Harry skupił na niej swoją zdolność, żeby pozbawić ją magii, ale jego magia obmyła tylko stworzenie, nic mu nie robiąc.
Nikt, kto nie jest z domu Blacków, nie jest w stanie ich tknąć, warknął Regulus, w żaden sposób. Ale ja będę w stanie coś na to poradzić. Jak ona śmie kraść nasze rodzinne skarby, kiedy nie jest prawowitym dziedzicem? Otwórz usta, Harry.
Harry mu ufał, więc to zrobił, po czym przemówił nie swoim głosem.
– Stój, jako że jestem dziedzicem Blacków.
Stonoga się zatrzymała. Harry patrzył, jak jej ciało się chwieje w miejscu, mrugając od czasu do czasu, bo jego własne było przepełnione mocą. Postanowił zająć czymś tą całą magię i zbudował wokół goblinów tarczę, tak po prostu, żeby się upewnić, że Mulciber i Rabastan, jak już dojdą do siebie, nie będą w stanie ich zranić.
– Nie – szepnęła Bellatrix. – To niemożliwe. Atakuj, ty przeklęte cholerstwo!
– Raczej nie sądzę – powiedział Regulus tym samym uprzejmym, pewnym siebie głosem, brzmiąc znacznie spokojniej niż przed chwilą, kiedy wrzeszczał w głowie Harry'ego. – Toujous pur zachowane.
Stonoga niespodziewanie dokonała samozniszczenia, tak jak wcześniej świstoklik Harry'ego, wywracając się na plecy i rozrywając się na strzępy. Harry zamrugał, patrząc na pozostałe szczątki, po czym podniósł głowę i spojrzał Bellatrix w oczy.
– Kim ty jesteś? – szepnęła.
– Kimś, kto nie był tak martwy, jak ci się zdawało, Bellatrix – powiedział Regulus ustami Harry'ego. To naprawdę dziwne uczucie, pomyślał Harry, ale wtedy napłynęło do niego jeszcze więcej magii, więc skupił się na przesłaniu jej do tarcz, chroniących gobliny. – I widzę teraz, że się chowałaś w jednej z posiadłości mojej rodziny. Nic dziwnego, że aurorzy nie byli w stanie cię znaleźć. Mam zamiar to teraz naprawić. Może jeszcze nie odzyskałem swojego ciała, ale mam swój głos, moją wolę i wciąż jestem prawowitym dziedzicem Blacków. Od tej chwili wszystkie drzwi, które nasze domy otwierały przed tobą przez wzgląd na twoją krew, będą zamknięte przed tobą i wszystkimi, którzy z tobą podróżują.
Bellatrix wydała z siebie długi, zawodzący skowyt. Harry zauważył ruch kątem oka i odwrócił się płynnie.
Rabastan wił się powoli na ziemi. Położył rękę na swoim lewym ramieniu, prawdopodobnie zaraz nad Mrocznym Znakiem i szepnął coś, czego Harry nie usłyszał.
Harry poczuł, jak jego zdolność zaczyna zasysać jakąś gęstą, parszywą magię, równie zboczoną jak ta, której Voldemort używał we Wrzeszczącej Chacie. Instynktownie z powrotem owinął swoją zdolność wokół siebie, nie chcąc połknąć nawet odrobiny tej obrzydliwej mocy, którą zaczynał promieniować Rabastan.
W jednej chwili zaklęcia anty–aportacyjne, które rzucili śmierciożercy, zniknęły, a ich tarcze i klatki, kiedy Harry nie mógł ich ciągle karmić nową magią, bo sam już niczego nie zasysał, zaczęły zanikać. Harry zrobił krok w tył i przygotował się do walki.
Ale Bellatrix potrafiła zrozumieć, kiedy została pokonana i aportowała się stamtąd. Mulciber i Rabastan zniknęli zaraz po niej. Rosier został jeszcze przez chwilę, uśmiechając się lekko do Harry'ego.
– Będziesz musiał sobie w miarę szybko znaleźć medyka – powiedział. – Moje Accendo intra cruore... – Harry się spiął, ale zaklęcie się nie zaczęło – ...pozostawia po sobie liczne obrażenia wewnętrzne. Wiesz, znałem ludzi w świętym Mungo, którzy oszaleli, próbując je odwrócić. – Przechylił głowę na bok i zacmokał językiem. – A może to byli ludzie, którzy oszaleli, próbując uciec od bólu? Nigdy nie pamiętam.
A potem zniknął.
Harry opadł na kolana, dysząc ciężko. Poczuł, jak Regulus wycofuje się znowu na tył jego głowy, najwyraźniej rozglądając się za czymś niewidocznym dla Harry'ego.
Miał rację, wymamrotał po chwili Regulus. I czuję jak nadciąga ktoś jeszcze powiązany z Voldemortem.
Harry spróbował podźwignąć się na nogi, ale kolana się pod nim ugięły i opadł z powrotem na piasek. Jego ciałem trzęsło od nagłego przetrawienia takiej ilości magii, a on sam czuł pierwsze ukłucie powracającego bólu, jak pierwszą falę nadchodzącego przypływu. Przed chwilą ktoś mu ugotował żyły od środka. Nie miał pojęcia, jak wiele uczynił tym szkód, albo co trzeba było zrobić, żeby to odwrócić, ani nawet, jak wiele agonii nadchodzi.
Szponiasta dłoń złapała go za łokieć. Harry spojrzał w górę przeszklonymi już oczami i zobaczył Helcasa.
– Teraz jesteśmy twoimi sojusznikami – powiedział Helcas. – Oficjalnie. Obroniłeś nas. Niewielu czarodziejów by to zrobiło, nawet tych, którzy zwali sami siebie vatesami. – Spojrzał nagle ponad głową Harry'ego. – Ochronimy cię przed tymi, którzy mogą chcieć cię skrzywdzić, nawet przed nim.
Harry odwrócił głowę z obawą, żeby zobaczyć, kto nadchodzi. Tak, ból stale rósł, ale jeszcze przez chwilę będzie musiał pozostać przytomny i poczytalny.
Nie potrzebował jednak swojego zwykłego sprytu, żeby rozpoznać biegnącą na złamanie karku plażą postać. Snape.
Wezwał go pewnie wybuch mocy Harry'ego, albo cokolwiek, co Rabastan zrobił z Mrocznym Znakiem. Harry zamknął oczy i westchnął. Naprawdę był rad, że Snape tu jest. Skupił się na nie traceniu przytomności, żeby mógł powiedzieć Snape'owi, co się stało.
Snape zatrzymał się obok niego z lekkim poślizgiem, zdając się nawet nie zauważać goblinów. Helcas wykonał gest.
– To przyjaciel – szepnął Harry i goblin zamarł.
– Harry!
W tym głosie było tak wiele emocji, że Harry nie był w stanie powiedzieć, która w nim dominowała. Zmusił się do otwarcia oczu i spojrzał spokojnie na Snape'a.
– Rosier rzucił na mnie Accendo intra cruore – powiedział, po czym ból go pochwycił i zaciągnął pod wodę. Harry poczuł, jak spada poprzez ciemność, a towarzyszyły mu dźwięki, które mogły być zarówno krzykami mew, jak i śmiechem goblinów.
Zwykle Snape spojrzałby pogardliwie na gobliny. Potrząsnąłby Harrym, budząc go i żądając więcej informacji na temat tego, co zrobił mu Rosier. Pewnie nawet wściekłby się o to, że Harry jest tutaj sam, bez nikogo, kto mógłby go ochronić.
Zrobiłby pewnie to wszystko, gdyby nie usłyszał nazwy zaklęcia, od którego ucierpiał Harry i zaraz potem nie zobaczył znanego widoku czarnych śladów już rozprzestrzeniających się pod skórą Harry'ego.
Snape przycisnął mocno Harry'ego do siebie i zamknął oczy. Pozwolił, by jego desperacja wzrosła, razem z jego bólem i determinacją, po czym wykorzystał je, by przywołać ze wspomnień miejsce, którego nie odwiedził od miesięcy.
Aportował się razem z Harrym i poczuł, jak świat wokół ściska go nieprzyjemnie i przechodzą go dreszcze, jak zawsze podczas łączonej aportacji. Czy przynajmniej niesionej, pomyślał Snape, lądując ciężko na podłodze w swojej pracowni na Krańcu Spinnera.
Położył Harry'ego na kamiennej ławie, której zwykle używał dla eliksirów, które potrzebowały płaskiej powierzchni, po czym podszedł do półek. Miał tutaj eliksiry, które mogły zwalczyć klątwę płonącej krwi, eliksiry, których nie miał w Hogwarcie i bardzo wątpił, żeby ktoś je miał w świętym Mungu. Był w stanie uratować Harry'emu życie. Tylko musiał się z tym śpieszyć.
Stworzył z tych myśli żeliwne kolce, po czym wbił je w rozdygotaną, rozwrzeszczaną, przerażoną masę swojej paniki, przytrzymując ją w miejscu. Ręce mu się nie trzęsły, kiedy znalazł odpowiednią mieszankę eliksirów i wlał je do zlewki. Precyzyjnie i dokładnie ruszał trzonkiem w moździerzu, miażdżąc niewielką ilość fiołkowych płatków, a potem tę miazgę dorzucił do mieszanki eliksirów. Nie porwał zlewki i nie biegł, rozlewając wszędzie miksturę; odwrócił się tak statecznie, że jego szaty tylko lekko się wydęły, po czym podszedł do Harry'ego.
Otworzył szczęki Harry'ego i wlał mu miksturę do gardła. Niemal momentalnie zobaczył jak czarne ślady zaczynają się wycofywać z jego żył. Harry zadrżał lekko, po czym westchnął i się rozluźnił.
Snape transmutował kociołek w krzesło, ustawił je przy ławie i usiadł na nim ciężko.
Dopiero wtedy pozwolił sobie ukryć twarz w dłoniach i zacząć się trząść, z uczuć, bólu, furii i paniki, bo tak niewiele brakowało. Harry by tam zginął, gdyby go tam nie było – być może pożyłby jeszcze kilka dni, a może tylko kilka minut. Klątwa płonącej krwi powodowała koszmarne obrażenia wewnętrzne, a długość jej pobytu w organizmie była zależna od tego, jak bardzo rzucający zaklęcie chciał skrzywdzić swoją ofiarę, a Snape nie miał pojęcia, co Rosierowi mogło w tej chwili chodzić po głowie.
Evan Rosier. Żałuję, że dementorów nie ma już w Azkabanie, choćby po to, by zamknąć tam kogoś takiego jak on.
Przez ostatnich czternaście lat Snape myślał, że Rosier był martwy i chociaż ten człowiek zginął zanim Snape oficjalnie porzucił swoją lojalność wobec Voldemorta, to i tak dobrze mu się żyło z tą świadomością. W Rosierze było coś dzikiego, coś, czemu nie można było ufać nawet bardziej niż bezdusznemu sadyzmowi Bellatrix, coś, co sprawiało, że w jednej chwili był cywilizowany, a w następnej pragnął bólu i śmierci. Wynalazł klątwę płonącej krwi i używał jej, często w ten sposób, że jego ofiary jeszcze przez wiele dni czuły, jak ich krew powoli się w nich gotuje. Snape nie sądził, żeby czternaście lat pobytu w Azkabanie jakkolwiek mu pomogło.
A Harry stawił mu czoła sam – sam. To, że miał przy sobie gobliny, nie miało żadnego znaczenia; gobliny zwykle nie walczyły po stronie czarodziejów. A z ułożenia ciała chłopca łatwo można było wywnioskować, że to on je chronił, a nie na odwrót.
Snape też bez trudu potrafił odgadnąć, w jaki sposób śmierciożercy znaleźli Harry'ego. On też wyczuł tego ranka podnoszący się sygnał, syrenią pieśń magii dzikiej, kuszącej i pociągającej, i po chwili zorientował się, że ta dochodzi ze strony Lux Aeterny. Musiał zwalczyć wtedy pokusę aportowania się tam i porwania Harry'ego.
Po południu wyczuł kolejny wybuch magii, a jego Mroczny Znak zapiekł go w ten sam sposób, w jaki kiedyś zwykł, kiedy jeden ze śmierciożerców używał "daru" Voldemorta, by splugawić całą magię w okolicy, więc bez chwili wahania aportował się w stronę obu zewów.
Gdyby tego nie zrobił, Harry już by nie żył.
Snape powoli opuścił ręce i sprawdził stan Harry'ego. Chłopiec odwinął się z ciasnego kłębka, w jaki się zwinął w drodze tutaj. Czarne ślady zniknęły z jego dłoni i prawej ręki, a z lewej już się w większości wycofały. Snape znał te objawy. Klątwa znikała. Kilka razy musiał już użyć tej mieszanki na przeklętych przez Rosiera śmierciożercach, których Mroczny Pan chciał żywymi, i efekt pozostał ten sam.
Harry będzie żył.
Ale tak niewiele brakowało.
Snape pozwolił wreszcie swojej furii się obudzić. To nie była dzika emocja, którą czuł, kiedy myślał, że Harry wciąż jest w niebezpieczeństwie. To była znajoma wściekłość, kojarzona z Jamesem Potterem i Syriuszem Blackiem, zimna, mroczna nienawiść, która wypełniała żyły Snape'a niczym zimna wersja Accendo intra cruore.
James Potter nie umie się nim zająć. Wypuścił swojego syna na spotkanie z goblinami, samego, po tym jak ten wypuścił swoją magię na wolność poza osłonami.
Czy jemu w ogóle nie zależy na Harrym?
Pewnie jeszcze mu się wydaje, że pozwolę mu zabrać Harry'ego z powrotem.
Snape uznał, że powinien się skontaktować z mężczyzną w miarę szybko. Zapewnić go, że Harry'emu nic nie jest i że nie został porwany przez śmierciożerców. Rzecz jasna, trzeba będzie też przy okazji wysłać list do Dracona.
Z drugiej jednak strony, śmierciożercy mogą obserwować Kraniec Spinnera, czekając na przechwycenie dowolnych sów. Snape nie miał jak tego sprawdzić. Nie było go tu od zeszłego lata i zwykle nie pojawiał się tutaj, o ile nie potrzebował jakichś szczególnych eliksirów. Powinien czym prędzej wrócić z powrotem za bezpieczne osłony Hogwartu. Śmierciożercy zdawali sobie sprawę z jego powiązań ze Światłem i polowali na niego.
A listy mogą zaczekać, póki Harry nie będzie bezpieczny, postanowił i wziął śpiącego chłopca na ręce. Tym razem czuł się niemal spokojnie, aportując się z nim do Hogsmeade. Mógł sobie pozwolić na wylądowanie zaraz za osłonami anty–aportacyjnymi i wejść do środka, nie bojąc się, że Harry umrze po drodze.
Nie był jednak spokojny, bo jego furia wciąż czekała zaraz pod powierzchnią.
Tylko ja jestem w stanie go ochronić jak należy. Od początku to wiedziałem, ale i tak pozwoliłem mu wyjechać. Nie tym razem.
I nie obchodzi mnie, czy ktokolwiek ma coś do powiedzenia na ten temat.
Harry rozbudził się powoli. Wiedział, że nie jest w domu, zarówno przez wzgląd na otaczającą go magię, jak i dlatego, że jego własna pościel inaczej się wokół niego owijała. Zamrugał i potarł twarz, odkrywając, że nie ma na nosie okularów. Szybkie zerknięcie pozwoliło mu zlokalizować je na stojącym obok łóżka stoliku, a grube mury podpowiedziały mu, że znajduje się w Hogwarcie.
Szczątki wspomnień zalały go ciemnością, bólem i profesorem Snape'em klęczącym nad nim...
– Czujesz się lepiej, Harry?
Profesor Snape wszedł do pokoju, po czym podszedł do niego, niczym wielka, czarna wersja mew z northumberlandzkiego wybrzeża. Harry kiwnął mu niepewnie głową; z tej odległości nie był w stanie za dobrze odczytać jego wyrazu twarzy.
– Tak, proszę pana, dziękuję, chociaż wciąż jestem osłabiony – powiedział. Zawahał się, po czym dodał: – Prawdopodobnie uratował mi pan życie.
Snape zamarł na moment i Harry zastanawiał się, jakie emocje poruszyły się w nim na dźwięk tych słów, jak bliski był śmierci.
– W rzeczy samej – powiedział wreszcie Snape, niemal neutralnym głosem. – A ty przebywasz teraz w prywatnym pokoju, który umeblowałem dla twojej wygody, połączonym z moim przez magiczne drzwi. Łazienka jest po twojej prawej, a za tymi drzwiami jest biblioteczka, wypełniona już książkami, za które możesz się zabrać jak tylko poczujesz się lepiej. – Snape podszedł na tyle blisko, że Harry był w stanie wreszcie zobaczyć wyraz jego twarzy. – Jestem pewien, że oszalałbyś tutaj, jakbym ci nie zostawił czegokolwiek do roboty.
Harry kiwnął głową.
– Tak, proszę pana.
Czuł się niezręcznie. Coś było nie tak. Był pewien, że Snape wejdzie, wrzeszcząc o niekompetencji rodziców jako takich, zwłaszcza niejakiego Jamesa Pottera, że jego ojciec nie nadaje się do zajmowania się własnymi synami, że Harry byłby równie bezpieczny, gdyby nim się zajmował Fenrir Greyback i że wygląda na to, że zarówno Remusowi Lupinowi, jak i jego bratu, nie można było ufać, że przynajmniej oni będą rozsądni. Zamiast tego, Snape obserwował go intensywnym, ale nie rozjuszonym spojrzeniem i wyglądał, jakby oczekiwał, że to Harry zacznie się wściekać.
Harry wreszcie odchrząknął.
– Czy goblinom nic się nie stało, proszę pana?
– Nie – powiedział Snape. – Z tego, co widziałem, żadnemu z nich nic nie było. Przyznam jednak, że moim priorytetem w tamtej chwili nie były ranne gobliny.
Ach, pierwsza sugestia ostrego głosu. Harry rozluźnił się na jej dźwięk. Wolał mieć do czynienia ze złym, i przez to znajomym, Snape'em, niż z tym spokojnym, obcym człowiekiem, który mu wszedł do pokoju.
– Czyli pewnie nic się im nie stało – powiedział. – Wlałem trochę własnej magii w tarcze, które ich chroniły. – Znowu zamilkł, a Snape znowu tylko stał i patrzył. Harry zaczął skubać palcami pościel. Zacznie wreszcie krzyczeć, czy nie?
Nagle uderzyła go nowa myśl. A może coś koszmarnego stało się komuś innemu i nie chce mi o tym powiedzieć?
Spojrzał na Snape'a ze strachem, a ten momentalnie podszedł do niego i usiadł na krześle obok łóżka.
– Co się stało, Harry?
– A co z Jamesem, Connorem i Remusem? – szepnął Harry. – Czy... czy coś się stało Lux Aeternie? Czy śmierciożercy ich dorwali? – Jego umysł przeskoczył do ludzi, którzy nawet nie widzieli wcześniej Rosiera czy Bellatrix. – A co z Draconem? Narcyzą? Innymi Ślizgonami? Ja...
Snape złapał jego nadgarstek i zacisnął na nim dłoń na tyle mocno, że Harry nie był w stanie już dalej bawić się kocem, ani podrapać się po bliźnie, co jego w połowie podniesiona ręka miała zamiar zrobić.
– Nic się nikomu nie stało, Harry – powiedział. – Nikomu poza śmierciożercami, którzy niewątpliwie sobie na to zasłużyli, i tobą. I właśnie dlatego zostaniesz teraz ze mną do końca wakacji.
Harry odetchnął z ulgą, a potem jego umysł dogonił uszy.
To dlatego jest taki spokojny, zorientował się, przyglądając się znowu Snape'owi. Zachowuje się, jakby już wszystko było postanowione.
Ale, oczywiście, nie było. Harry miał zamiar o to walczyć. Co go wytrąciło z równowagi, to nie była maska Snape'a – sam pewnie też by próbował wyglądać na opanowanego, gdyby Voldemort powrócił – ale to, jak szczera się ona wydawała, jakby naprawdę myślał, że Harry nie znajdzie na to żadnego kontrargumentu.
– Muszę powiadomić Jamesa i mojego brata o tym, co się stało – powiedział wyważonym tonem.
– Już to zrobiłem – powiedział Snape. – Draco i Narcyzę też poinformowałem. Dyrektor też zdaje sobie sprawę z tego, że tu jesteś i zgodził się, żebyś został tu przez resztę wakacji – nie będzie wchodził nam w drogę. Wie, że to nienajlepszy pomysł.
Harry westchnął.
– Nie chciałem tego mówić wprost – powiedział. – Zostanę z panem przez kilka dni, żeby się upewnić, że efekty klątwy zniknęły na dobre, ale potem wrócę do Lux Aeterny.
Snape odchylił się na krześle, puszczając nadgarstek Harry'ego.
– Harry – powiedział – zdajesz się być pod wrażeniem, że jeśli cię stąd wypuszczę, to po powrocie do domu nie spróbujesz się w jakiś sposób zabić.
– Przecież nie zrobiłem tego specjalnie – wypalił Harry, czując jak puszczają mu nerwy. Zobaczył, że Snape się krzywi i w miarę możliwości uspokoił swoją magię. – Wiem już, że przyzwałem śmierciożerców, bo opuściłem tarcze z mojej magii. To się już więcej nie powtórzy. I nie muszę już więcej wychodzić poza obręb osłon, żeby się znowu zobaczyć z goblinami. Mogą mi wysyłać wiadomości przez osłony. Naprawdę chciałem w pierwszej chwili uciec, ale ktoś, pewnie Bellatrix, w pierwszej kolejności rzuciła zaklęcie, które zniszczyło mój świstoklik. No i skąd miałem wiedzieć, że Rosier użyje takiego zaklęcia? Nigdy nawet o nim nie słyszałem.
– To wszystko nie ma znaczenia – powiedział Snape, nie poruszony, niczym spetryfikowane drzewo. – Twój ojciec wykazał się bezgraniczną bezmyślnością, pozwalając ci wyjść poza osłony, kiedy miałeś przy sobie tylko świstoklik do ochrony.
– Miałem też kompas sojuszniczy – powiedział Harry. – W kieszeni szaty.
Snape uśmiechnął się szyderczo.
– Na wiele ci się przydał, kiedy musiałeś się zmierzyć z bezpośrednim atakiem.
– Gobliny pomogły...
– To nie ma znaczenia. – Snape pochylił się gwałtownie do przodu. – Nie wracasz do Lux Aeterny do końca wakacji, Harry, ani nawet na święta, czy inne przerwy, jeśli będę miał pod tym względem cokolwiek do powiedzenia. Już wcześniej się o ciebie martwiłem. Moje obawy wzrosły po liście Rosiera. Ten atak... – Pokręcił głową. – Żądam, żebyś został tutaj, zarówno przez wzgląd na dobro twoje, jak i moje. Twoja nieobecność niszczy moją zdolność do skupienia się na pożytecznej pracy. Koniec tego.
Harry skrzywił się na niego. Problem w tym, że naprawdę nie potrafił sobie wyobrazić nikogo innego, kto potrafiłby się nim zaopiekować tak, jak to jest w stanie zrobić Snape. Ciężko było odwrócić jego uwagę i uniknąć jego pytań, ciężej niż większości ludzi i teraz, jak się bał o życie Harry'ego, to będzie jeszcze ciężej. Nałoży na Harry'ego ograniczenia i będzie wymagał ich przestrzegania. Nie miał innych dzieci, którymi powinien się zajmować, w taki sposób, w jaki James miał Connora. Był potężnym czarodziejem i nie zawaha się użyć mrocznej magii w obronie Harry'ego, a już dowiódł, że potrafi doprowadzić Harry'ego z powrotem do zdrowia z pomocą swoich eliksirów.
Właśnie dlatego Harry chciał wrócić do domu. Nie chciał ograniczeń, nie, jeśli miał osiągnąć to, co sobie zaplanował na to lato. Chciał przebywać w pobliżu Connora, żeby go zachęcić do samodzielnego myślenia; Remus nie był w stanie zrobić zbyt wiele, tak samo jak James. Harry musiał się też zacząć przyzwyczajać do chronienia samego siebie i warzenia własnych eliksirów, czym zajmował się, póki ta pomarańczowa breja nie wybuchła mu w twarz w jego polowym laboratorium.
Snape ciągle będzie próbował wejść między niego, a niebezpieczeństwo. Nie dotarło do niego to, co James już pojął, że Harry był w niebezpieczeństwie tak czy inaczej, bez względu na wszystko.
Może to właśnie powinienem mu wyjaśnić, pomyślał nagle Harry i kiwnął głową. Wiedział, jak uparty potrafi być Snape, jak niechętnie dostrzegał rzeczywistość, jeśli ta nie zgadzała się z jego własną percepcją. Być może powinien być teraz nieco bezpośredni i powiedzieć mu o tym wprost, zmusić go do przemyślenia tego.
– Przecież i tak mogę zginąć – powiedział spokojnie Snape'owi. – Nie może mnie pan owinąć w watę, a niebezpieczeństwa znajdą drogę przez osłony Hogwartu, o ile będą dość zdeterminowane. Równie dobrze może mnie pan wysłać w miejsce, w którym będę użyteczny. Rozumiem, że panu na mnie zależy, wiem o tym, ale czasem najlepszym, co opiekun może zrobić dla swojego wychowanka, to odsunąć się i pozwolić mu na popełnienie własnych błędów.
Snape wciąż był zdecydowanie zbyt spokojny, ale Harry zauważył, że jego palce zaczęły pocierać krawędź koca i wiedział, że pod tą maską musi się znajdować choć trochę furii.
– Błędy to jedno – powiedział. – A ja z przyjemnością będę cię dalej uczył eliksirów i magii obronnej, Harry, tak żebyś następnym razem, jak spotkasz swoich wrogów, miał większe szanse na przeżycie. Jest wielka różnica między tym, a pozostawieniem cię na śmierć.
– James nie pozostawił mnie na śmierć... – zaczął się wykłócać Harry.
– A jednak niemal zginąłeś. – Snape wyciągnął rękę i złapał lewy nadgarstek Harry'ego, w tym samym miejscu, w którym Helcas go trzymał, po czym ścisnął nieprzyjemnie. Harry się skrzywił. Snape poluźnił uścisk, ale nie puścił jego ręki. Patrzył mu się tylko w oczy z zajadłą intensywnością. – A jeśli jesteś w takim niebezpieczeństwie, jak twierdzisz, to chyba powinieneś być w miejscu i razem z człowiekiem, przy którym masz jak największe szanse przeżycia. Tym człowiekiem nie jest James. Chyba, że się ze mną nie zgadzasz? – dodał z tym lekkim pomrukiem w głosie, który przypomniał Harry'emu o tym, jak brzmiał, ilekroć szykował się na ucznia, który miał odrobić szlaban.
– Nie – powiedział Harry. – Ale pan nie rozumie. Ja po prostu chcę być razem z moim bratem i ojcem.
– Dlaczego? – zapytał Snape.
Harry syknął na niego.
– Nie popełniłem żadnej zbrodni – powiedział beznamiętnie Snape. Wciąż nie puścił nadgarstka Harry'ego i wciąż się od niego nie odsunął. – Zadałem ci proste pytanie. Odpowiedz na nie.
Harry pochylił głowę. Nienawidził tego. Nie potrafił wymyślić żadnego tematu, którym byłby w stanie odwrócić uwagę Snape'a, a nawet gdyby był w stanie, to pewnie na niewiele by mu się to zdało, bo Snape był legilimentą i potrafił wyczuć kłamstwa.
A w międzyczasie cała ta uwaga była skupiona. Na nim.
Nie podobało mu się to. Resztki jego treningu, rezultat jego miłości do Connora, fakt, że to był Snape – nie, nie to ostatnie, czułby się tak, gdyby ktokolwiek tak na niego patrzył, czuł się tak nawet, kiedy Draco to robił – naprawdę mu się to nie podobało. Nie lubił, jak się na niego gapiono, zerkano i mówiono o nim rozmarzonym głosem. Przynajmniej plotki były lepsze od spojrzeń, bo jeśli ich nie usłyszał, to mógł udawać, że te nie istnieją. Ale spojrzeniom nie mógł uciec i wiedział, że ktoś się na niego patrzy, ocenia go, podczas gdy wszystko, czego Harry przez cały czas pragnął, to było schować się do cieni.
To był kolejny powód, przez który uważał, że nie nadawał się na przywódcę, bez względu na to, co Draco o tym myślał. Radził sobie z formalnymi spotkaniami. Ale jak niby miałby stanąć przed armią, albo zebraniem czarodziejów, oczekujących od niego jakiejś porywającej przemowy i nie czuć przerażenia, kiedy przeszyje go tak wiele spojrzeń na raz? To była scena Connora, albo scena, której Connor będzie mistrzem po odpowiednim treningu, ale na pewno nie Harry'ego.
Ktoś inny może sobie wziąć tę całą uwagę, pomyślał, spinając ramiona i pochylając głowę jeszcze niżej, kiedy czuł, przez cały czas, jak ściskająca jego nadgarstek dłoń Snape'a trzyma go przy rzeczywistości niczym kotwica. Wiem, że to się zdarza. Nie przeszkadza mi to. Ale to nie dla mnie. Nie w ten sposób. Przestań na mnie patrzeć.
– Odpowiedz – szepnął Snape i Harry uznał niechętnie, że chyba jednak będzie musiał na to odpowiedzieć, bo może to będzie oznaczało, że Snape wreszcie przestanie się na niego patrzeć.
Oblizał usta.
– Ja... myślę, że powinienem znowu spróbować stworzyć z nimi rodzinę – szepnął. – Chcę się pogodzić z Jamesem. Chcę dać mu szansę. Chcę się upewnić, że Connor ma wszystko to, czego potrzebuje i że rany, które zadała mu śmierć Syriusza, leczą się jak należy. On naprawdę potrzebuje dużo uwagi, wie pan? Potrzebuje...
– Nie mówimy o twoim bracie – powiedział Snape. – Mówimy o tobie.
Harry odkrył, że wciąż nie jest w stanie spojrzeć w górę i opuścił z powrotem głowę. Miał nadzieję, że wspomnienie o Connorze nakłoni Snape'a do tyrady o jego bracie. To najwyraźniej nie podziałało. Czuł się obnażony, nagi.
– Ja... cały czas mam wrażenie, że nie mam z nimi za wiele wspólnego, zwłaszcza teraz, kiedy wiem, że James naprawdę chce się ze mną pogodzić, a Remus trenuje Connora – szepnął. – Więc próbuję się uczyć. Ale samemu jest mi ciężko i nie mogę się uspokoić, myślę ciągle o wszystkich innych rzeczach, którymi powinienem się zajmować, planuję, jak to całe godzenie się z moją rodziną powinno wyglądać, zamiast pozwolić temu nastąpić naturalnie, bo jeśli do tego dopuszczę, to wszystko się tylko znowu rozpadnie na kawałki.
– Czyli tak naprawdę nie chcesz z nimi zostać – podsumował bez problemu Snape. – A przynajmniej nie jest to twój główny cel. Czujesz jednak, że powinieneś tego chcieć.
Harry kiwnął głową, patrząc na swoje dłonie. Sam doszedł do tych wniosków wcześniej w tym tygodniu, kiedy zastanawiał się, czemu jego głowa jest pełna niespokojnych myśli, kiedy próbował się skupić na wszystkim, co miał tego dnia do zrobienia, zamiast spokojnego, rezolutnego postanowienia, które zwykle go obejmowało, kiedy miał w głowie listę zadań. Tak wieloma sprawami mógłby się zająć efektywniej, gdyby tylko był w Hogwarcie, albo w rezydencji Malfoyów. Zamiast tego był zamknięty w Lux Aeternie, odcięty od ludzi, którzy go najlepiej rozumieli, wśród osłon, które ograniczały mu pole do manewru, przy bracie, który zdawał sobie radzić zupełnie spokojnie bez niego i ojcem, który wciąż go nie rozumiał, jeszcze nie. Poradziłby sobie z tym, gdyby miał spędzić tam kilka tygodni. Ale nie całe lato.
Ale co, jeśli oni cię tam będą potrzebowali przez całe lato? Co, jeśli będą cię tam chcieli przez całe lato?
Snape nagle puścił jego dłoń i oparł się na krześle.
– Chcę, żebyś tu został – powiedział Harry'emu. – Ty chcesz tu zostać. Dlatego też tu zostaniesz. – Odetchnął i w tym geście było tylko echo nerwowości, lekkie drżenie, które zdawało się zahaczać o jego zęby i język. – Nie będę się... sprzeciwiał... jeśli twój brat i twój ojciec będą chcieli cię tu odwiedzić, tak długo, jak te wizyty będą nadzorowane przeze mnie.
Harry poderwał głowę tak szybko, że go kark zabolał, i zagapił się na niego.
– Ale na początku wakacji powiedział pan, że pan sobie tego nie życzy – powiedział. – Powiedział pan, że nie pozwoliłby pan im na wizytę.
– Zaszły pewne zmiany – powiedział Snape, podnosząc brwi, jakby Harry powinien był sam się domyślić, że zmieni zdanie, kiedy nigdy wcześniej tego nie robił. – W tym konkretnym przypadku zostałem pozbawiony twojego towarzystwa na niemal dwa miesiące i odkryłem, że komunikacja z tobą za pomocą listów mi nie wystarcza. Jeśli chcesz tutaj zostać i chcesz, żeby twój ojciec i brat mieli możliwość odwiedzania cię, to nie widzę powodu, dla którego nie miałbyś dostać obu.
Harry zagapił się na niego, czekając na haczyk. Twarz Snape'a pozostała bez wyrazu, ale Harry jeszcze nigdy nie widział jej takiej otwartej.
– Ja... naprawdę? – zapytał Harry, testując. – Nie zmieni pan potem zdania i zakaże pan im wizyt?
Snape powoli pokręcił głową.
– Przysięgam ci na Merlina, że nie, Harry – powiedział. – Oczywiście, będę nadzorował te wizyty i ograniczał ich długość, do tego będą zależne od uprzejmości zarówno Potterów, jak i mojej. Ale znaczysz dla mnie więcej, niż ta stara nienawiść.
Harry wiedział, że jego twarz płonie od rumieńca i musiał zwalczyć w sobie pokusę rozpłakania się. Postanowił, że to był dzień uśmiechu. Pozwolił Snape'owi zobaczyć swój szeroki uśmiech, zamiast pochylać głowę, żeby go schować.
– Dziękuję – powiedział cicho. – W takim razie tego właśnie chcę.
– I to właśnie otrzymasz, Harry – powiedział Snape, wstając. – Podejrzewam, że teraz będziesz chciał coś zjeść, a potem dostaniesz kolejny eliksir.
Harry opadł z powrotem na poduszki i przymknął oczy, słuchając jak Snape wychodzi z pokoju. Spędził kilka minut, zanim Snape wrócił z jedzeniem, próbując ogarnąć tumult emocji, które go przepełniły.
Nie wymyślił jednak niczego bardziej elokwentnego ponad, O rany, ale fajnie.
Snape patrzył jeszcze na Harry'ego przez chwilę z progu, po czym odwrócił się, żeby pójść po tackę. Wyraz twarzy Harry'ego był wart jego obietnicy, tak jak mu się wydawało, że będzie, kiedy ją składał. Postawił sobie ciężkie wyzwanie, ale był zdeterminowany się go podjąć. Może to zawsze uznać za rywalizację z Jamesem Potterem. Był niemal pewien, że ten człowiek pęknie i zacznie być niegrzeczny na długo przed nim.
No i to nie tak, że to permanentna sytuacja, powiedział sobie, zerkając na stos znanych już mu książek, a potem na pergamin i pióro, gotowe na jego następny list. Tylko do czasu, kiedy znajdę lepsze rozwiązanie, a James, Lily i Albus zapłacą wreszcie za swoje zbrodnie.
