Poemat, który Rosier przytacza tym razem, to "The Woods of Westermain" George'a Mereditha.

Rozdział piąty: Rosierowi to ty nie ufaj za grosz

Harry przeciągnął się ostrożnie, zarówno ciałem jak i magią. Wiedział, co się stanie, ponieważ stało się już wiele razy w jego pokojach, ale chciał to poczuć jeszcze raz.

Jego magia napotkała wyłącznie ciszę i spokój. Nikogo innego nie było z nim w tych pokojach. Nie było nikogo, o kogo miałby się martwić, albo komu miałby pomóc, nikogo do chronienia, nikogo kto by czegoś od niego potrzebował. Leżał na grubym dywanie, który delikatnie uginał mu się pod łopatkami i sprawiał, że mógł wygodnie czytać wielką księgę o eliksirach uspokajających – wciąż nie chciał uwierzyć, że nie da się ich w jakiś sposób poprawić – mimo, że ta leżała mu na piersi. Pokoje tkwiły w bezruchu.

Nigdy nie osiągnął tego rodzaju bezruchu w Lux Aeternie. Tam zawsze był czegoś świadomy. Może to była kwestia Connora, Jamesa, czy Remusa, albo jednego z licznych magicznych artefaktów w tym domu. Cokolwiek tam czuł, sprawiało, że nie był w stanie się odprężyć.

Tutaj mógł.

Harry przekręcił głowę na bok na swojej poduszce i zamknął oczy. Wiedział, że zaraz za ścianą znajduje się laboratorium Snape'a, w których próbuje on dopracować do perfekcji jeden ze swoich prywatnych projektów, w których nie pozwolił sobie pomóc. Wiedział, że Draco odwiedzi ich za kilka godzin. Wiedział, że jutro wyruszą razem, zobaczyć mistrzostwa świata w quidditchu i wtedy znowu zobaczy się ze swoją rodziną.

Ale póki co mógł się zrelaksować.

Jeśli nikogo nie było w jego pobliżu, to nie musiał się martwić o chronienie kogokolwiek.

Harry odetchnął lekko. Nie chciał tego zrobić, bo wciąż miał okulary na nosie i ciężką książkę opartą na piersi, ale i tak to zrobił. Jego oddech się wyrównał, a on sam osunął się w sen, ledwie pamiętając, żeby położyć sobie książkę na torsie, by ta nie osunęła się na podłogę i nie obudziła go łupnięciem.


Snape wszedł do biblioteki Harry'ego z zamiarem zapytania go, czy chce popracować nad swoim eliksirem kameleona – teraz przynajmniej wiedział, że nie powinien mieszać łusek smokolwa i włosów demimozy, co w rzeczy samej robił – ale zamarł, widząc, że ten śpi. Jego twarz była wygładzona, a jego blizna, z której grzywka się odsunęła, chociaż raz nie lśniła jasną czerwienią, ani nie krwawiła, jak to już robiła wiele razy odkąd Harry z nim zamieszkał.

Snape zdawał sobie sprawę z tego, że powinien prawdopodobnie obudzić Harry'ego i przekonać go, że łóżko znacznie bardziej się nada do snu niż dywan. W ostateczności powinien przynajmniej poprawić sobie głowę na poduszce, bo teraz zsuwała się z niej pod dziwnym kątem i kark go będzie bolał, jak się obudzi.

Nie miał serca.

Cicho, zanim sama obecność jego magii zdołała obudzić Harry'ego, wycofał się rakiem z biblioteki i zamknął za sobą drzwi. Następnie ruszył w stronę kominka. Miał zamiar fiuknąć do rezydencji Malfoyów i powiedzieć Draconowi, by ten odłożył swoją wizytę o przynajmniej jeszcze godzinę.

Cieszyła go świadomość, że to naprawdę były najszczęśliwsze wakacje w życiu Harry'ego. Widział, jak twarz jego wychowanka w miarę pobytu tutaj robi się coraz spokojniejsza, a ich dziwny taniec opieki nad nim zaczął się robić coraz łatwiejszy, w miarę jak się zaczęli do niego przykładać. Harry jednak potrafił przestrzegać ograniczeń, tak długo jak Snape wytłumaczył mu dokładnie, dlaczego musiały one nastąpić, a jeśli Snape czasem musiał odwołać się do szantażu emocjonalnego, żeby zmusić go do zwolnienia tempa i odpoczynku, to im dłużej ze sobą mieszkali, tym mniej musiał stosować tę zagrywkę. Harry śmiał się z nadopiekuńczości Dracona, marszczył brwi ze złością na eliksiry i omawiał magiczne teorie z akademicką pasją, przy okazji trafnie wymieniając, do czego jeszcze dane zaklęcia mogłyby kiedyś potencjalnie zostać użyte.

Snape żałował, że nie potrafi zapomnieć o klątwie, która sprawiła, że Harry w ogóle spędził wakacje w ten sposób, a nie inny, fakt, że ich koniec musiał nadejść już jutro, że Harry powinien spędzać w takim spokoju każde wakacje, jeśli tylko tego chciał, że Harry miał zaledwie czternaście lat, a już był żołnierzem.

Pokręcił głową i fiuknął. Musiał stawić czoła rzeczywistości, a takie momenty jak ta godzina snu, którą teraz miał zamiar podarować Harry'emu były tylko tym, momentami ciepła rozrzuconymi w okrutnym świecie, który nie miał wybaczenia dla takich chwil.

W tej chwili miał zamiar jedną z nich zachować przy życiu.


Harry zamrugał i odetchnął nerwowo, kiedy świstoklik, niewielka moneta podawana sobie z rąk do rąk w Trzech Miotłach, wreszcie go puścił. Odsunął się nadciągającym kolejnym czarodziejom i czarownicom z drogi; większość mieszkańców Hogsmeade wybierała się na mistrzostwa świata w quidditchu i wielu z nich postanowiło się udać do pubu Madam Rosmerty po swoje świstokliki.

Snape momentalnie złapał go za ramię i pomógł złapać równowagę, po czym rozejrzał się wokół z lekkim, pełnym pogardy skrzywieniem ust, do którego Harry już się zdążył przyzwyczaić.

– Pożałowania godne – mruknął. – Żadnej ochrony.

Harry wywrócił oczami. Powietrze wokół nich aż lśniło od zaklęć ochronnych, których było więcej niż mieli prawo oczekiwać, biorąc pod uwagę, że wydarzenie miało miejsce pod gołym niebem i fakt, że ludzie będą musieli być w stanie wchodzić i wychodzić według woli.

Otaczająca ich trawa była tak gęsta, że Harry czuł jak ta amortyzuje jego kroki, kiedy szli, a głosy czarodziejów i czarownic były nieprzerwane i głośne, zmieszane z płaczem dzieci. Harry widział rodziny, które rozpoznawał i te, których nie, niektórzy rodzice nosili na barana młodsze pociechy, jakby to miałoby im pomóc w obejrzeniu meczu, który jeszcze nie miał miejsca. Zobaczył, jak młoda czarownica cierpliwie odczarowuje zęby małej dziewczynki z niebieskich z powrotem na białe, podczas gdy jej nieco starszy brat stał tuż obok i wyglądał absolutnie niewinnie, jakby nie miał pojęcia, jaka magia mogłaby zrobić coś takiego. Harry, wyczulony na nastroje dorosłych, pokręcił głową, kiedy zobaczył, jak na twarzy czarownicy pojawia się zacięty wyraz. Zaraz ukaże chłopaka, bez względu na jego protesty.

Odwrócił się, przyglądając się rzędom namiotów, niektóre z nich wywiesiły jakieś absurdalne flagi, które teraz łopotały na wietrze. Były na nich herby, symbole ministerstwa, czy biznesów z Pokątnej, a czasami nawet po prostu obrazek nagrody, którą ktoś z tego namiotu kiedyś zdobył.

Harry zamrugał i przechylił głowę na bok, przyglądając się im jeszcze raz. Więcej herbów, niż się spodziewałem, pomyślał powoli. Niektórych z nich nawet nie rozpoznaję. Ludzie wykopują stare i nic nie znaczące symbole, z których nie mają już prawa być dumni.

Po co?

Odpowiedź nadeszła niemal od razu. Te symbole reprezentowały pomniejsze czystokrwiste rodziny, które popadły już w takie zapomnienie, że jedyne, co ich tak naprawdę dzieliło od dowolnego innego czarodzieja, był ich status krwi. Mieli taki sam status społeczny i bogactwa, co przeciętny mugolak i w ich rodzinie nigdy nie urodził się Lord, ani jakiś wynalazca nadzwyczajnych zaklęć. Czystokrwiste rodziny takie jak Malfoyowie czy Blackowie, które zdołały zachować prestiż, pieniądze, domy i reputację, były cokolwiek rzadkie.

A mimo to te pomniejsze rodziny postanowiły wyciągnąć te herby, o które do tej pory martwiła się prawdopodobnie wyłącznie zwariowana ciotka Mildred i wywiesić je na flagach.

To deklaracja lojalności, pomyślał Harry, którego umysł momentalnie przestawił się na tańce, ignorując zirytowaną młodą czarownicę. Te rodziny za wszelką cenę chciały powiadomić wszystkich, że tak, są czystej krwi, dzięki wielkie za troskę. Może nie mają niczego, czym mogliby się popisać, ale cholera jasna, będą się z tym obnosić.

Czemu chcą, żeby nikt nie miał wątpliwości, że są czystej krwi?

Jedyna możliwa odpowiedź: przez wzgląd na to, co mogłoby im się stać, gdyby komuś przyszło do głowy, że nie są.

Harry odetchnął ostrożnie. Spojrzał w górę i zobaczył, że Snape mu się przygląda, a po jego wzroku wyraźnie było widać, że już wie, że coś jest nie tak. Snape podniósł lekko brwi, pytając go bez słów, a Harry kiwnął w stronę flag. Snape zerknął na nie i zrozumienie, co go tak zaniepokoiło zajęło mu tylko trochę dłużej niż Harry'emu. Oczywiście, że tak. Snape nie wychował się pośród symboli czystokrwistych, nie domyśliłby się od razu, które z nich łatwo rozpoznać, a które nie.

A potem Snape zaskoczył go, myśląc o czymś, co Harry'emu nie przyszło do głowy.

– Nie odstępuj ode mnie nawet na krok – szepnął Snape, kiedy ruszyli wzdłuż namiotów do miejsca, w którym mieli się spotkać z Malfoyami. – Nawet na krok, Harry, rozumiesz mnie? Aportujemy się stąd z powrotem do Hogsmeade na pierwszą oznakę kłopotów. Nie będziemy się bawić świstoklikami. Po prostu zabiorę cię ze sobą w łączonej aportacji. I trzymaj swoją magię w obrębie tarcz.

Harry zamrugał na Snape'a, po czym zacisnął usta. Tak, rozumiał. "Prorok Codzienny", dzięki Ricie Skeeter, zaraportował o jego wybuchu magii w czasie meczu quidditcha i wprowadził w ruch plotki na jego temat, łącznie z tym, że był wężousty i w jakiś sposób powiązany z atakami na uczniów w czasie jego drugiego roku. Wielu ludzi już o nim usłyszało, nawet jeśli znali go tylko z plotek i generalnej idei tego, że jest potężny. Najlepiej będzie trzymać wzrok wbity w ziemię i schować jego magię tak bardzo jak to możliwe.

W miarę jak szli, widział wyraźnie, że to nie do końca działa. Kilku ludzi drgnęło i podniosło głowy, kiedy ich mijali, a wokół nich zaczęły się roznosić szepty. Harry nie odważył się na nich spojrzeć i skupił się na pilnowaniu swojego oddechu, kiedy poczuł, że zaczyna panikować na myśl, że tak wielu czarodziejów i czarownic się mu przygląda. Da sobie radę. Naprawdę. To nie było aż takie trudne.

Wcale.

– Harry! Pojawiłeś się!

Harry zdołał podnieść głowę i uśmiechnąć się, kiedy wreszcie podeszli do eleganckiego, lodowato niebieskiego pawilonu, który rozbili Malfoyowie. Draco podskoczył do niego i przytulił mocno. Harry też go objął, rozbawiony. Widzieli się zaledwie wczoraj, ale Draco zachowywał się, jakby każda okoliczność, kiedy go nie było w pobliżu, to była tylko zachęta, by coś odebrało mu Harry'ego.

– Panie Potter.

Harry szybko puścił Dracona i odstąpił od niego, momentalnie otaczając się magią. Nie zauważył stojącego za Draconem Lucjusza.

Bezmyślny błąd, skarcił się, patrząc ojcowi Dracona w oczy. Ile razy można ci powtarzać, że musisz być zawsze świadomy swojego otoczenia, Harry? To już drugi raz w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, kiedy ktoś cię tak zaskoczył.

Lucjusz Malfoy wyglądał na dobrą sprawę tak samo, jak wtedy, kiedy Harry widział go ostatnim razem, w święta Bożego Narodzenia, z wyjątkiem braku czerwonego śladu dłoni na policzku. Opierał się na lasce, która miała rączkę w kształcie głowy żmii i nosił na sobie szaty w kolorze letniego nieba, oznaka świętowania. Harry nie był w stanie nie zauważyć, że jego szaty były tylko lekko jaśniejsze od ich namiotu. Oczy Lucjusza były spokojne, a jego twarz opanowana, jak zawsze.

– Panie Potter – powtórzył Lucjusz. – Kiedy usłyszałem, że będę miał dzisiaj spotkać się z panem osobiście, uznałem to za dobrą okazję podarowania panu mojego daru na letnie przesilenie. Proszę mi wybaczyć, że robię to tak późno, z racji tego, że następna wymiana nastąpi za niecały miesiąc, ale uważałem, że powinienem się bardzo porządnie zastanowić nad odpowiedzią. – Uśmiechnął się, co rozciągnęło jego usta w dziwnych kierunkach, po czym sięgnął w kierunku swojej szaty.

Nagle przymrużył oczy i spojrzał ponad ramieniem Harry'ego.

– Obiecuję ci, że go nie przeklnę, Severusie – powiedział.

Harry zerknął w górę. Snape miał wyciągniętą różdżkę i celował nią w Lucjusza. Nie ruszył się i nie opuścił różdżki nawet wtedy, kiedy Harry na niego syknął.

– Ostatnim razem, kiedy cię widziałem w pobliżu mojego wychowanka, Lucjuszu – szepnął – narobiłeś w jego umyśle takich szkód, że odwrócenie ich zajęło nam całe miesiące. Wybacz mi, jeśli ciężko mi przychodzi wybaczenie ci tego.

Harry zastanowił się z irytacją, czy Snape zachowuje uraz wobec wszystkiego we wszechświecie. Sięgnął w górę i mocno pociągnął za rękę swojego mentora, póki Snape wreszcie na niego nie zerknął. Harry spojrzał mu w oczy.

– Ostatnim razem, kiedy ja się z nim spotkałem – powiedział – dał mi dar sojuszu, który obnażył przede mną jego kark. Poza tym, pan Malfoy w niebezpośredni sposób przyczynił się do mojego zerwania stosunków z moją matką. Nie pojechałbym do domu na święta, gdyby nie on, a to by znaczyło, że nigdy bym się nie odwołał do rytuału sprawiedliwości.

Snape wyglądał, jakby ten argument wcale go nie przekonywał. Harry pokręcił głową.

– To jest taniec sojuszu, proszę pana. Nie może się pan wtrącać w taniec sojuszu.

Odwrócił się z powrotem do Lucjusza, zauważając z zadowoleniem, że Draco odsunął się na bok i przez cały czas tylko przyglądał się wszystkiemu w milczeniu. Wyglądało na to, że wreszcie wziął sobie do serca naukę zwyczajów i rytuałów czystokrwistych. Przerywanie wymiany podarunków oznaczało złe, koszmarne maniery, zwłaszcza w tak późnej fazie tańca sojuszu. Prawda była taka, że Snape i Draco doznawali ogromnego zaszczytu w ogóle będąc świadkiem wymiany. Harry uznał, że zwracanie Snape'owi na to uwagi jest bez sensu, bo ten nie jest szczególnie wrażliwy na honor. Harry podniósł podbródek.

– Powiedział pan, że ma pan dla mnie prezent – przypomniał Lucjuszowi, nie spuszczając z niego oczu.

Lucjusz uśmiechnął się do niego lekko i chłodno. Harry odpowiedział uśmiechem. Dobrze się bawił, tańcząc tak z Lucjuszem. Byli sojusznikami i minie jeszcze wiele czasu, jeśli to kiedykolwiek nastąpi, nim zostaną przyjaciółmi. To oznaczało, że musieli się posługiwać tańcami, których fundamentem były rytuały i tradycje, a to oznaczało, że nikt nie będzie zwracał uwagi na Harry'ego i jego nagle zmieniające się emocjonalne przywiązanie. To było skomplikowane, tak, ale to był ten rodzaj skomplikowania, który nieprędko się zmieni.

– W rzeczy samej, panie Potter – odpowiedział Lucjusz i wyciągnął dar ze swojej szaty, powoli, jakby w reakcji obronnej na warkot Snape'a. Harry spodziewał się zobaczyć złożony arkusz pergaminu, na którym byłaby lista ambicji i nadziei Lucjusza, odpowiedź na to, co sam mu wysłał w czerwcu, więc zamrugał, kiedy Lucjusz wyciągnął w jego kierunku delikatny, srebrny łańcuszek z czymś niebieskim jako wisiorkiem. Harry przyjął dar i przyjrzał mu się uważnie.

Kamień był przejrzysty, lekko niebieski, choć jego kolor zdawał się pochodzić spod powierzchni szlifu, a nie z jego serca, przez co lśniłby jak diament, do tego jego odcień był niemal ten sam, co szat Lucjusza...

Oczywiście, pomyślał Harry.

...i był kształtu jajka. Kiedy Harry pociągnął za łańcuszek, wisiorek zabuczał lekko i można było wyczuć jego magię, choć była to magia stara i słaba. Spojrzał na Lucjusza i cierpliwie zaczekał na wyjaśnienie.

– Pochodzi z rodzinnego skarbca Malfoyów – powiedział spokojnie Lucjusz. – Dar ochrony i obrony, niegdyś przekazywana z pokolenia na pokolenie. Większość swojej mocy zużył, chroniąc mojego ojca przed klątwą Cruciatusa, kiedy ten miał czternaście lat. Od tamtego czasu trzymaliśmy go głównie przez wzgląd na sentyment, niż na cokolwiek innego. – Podniósł brew. – Oraz, oczywiście, wspomnienie o tym, jak zajadliwi Malfoyowie potrafią być, kiedy chronią jednego ze swoich.

Harry momentalnie pojął. Lucjusz postanowił skomplementować dar letniego przesilenia Harry'ego, a nie odpowiedzieć na niego tym samym. Podczas gdy Harry wysłał dar, który wyglądał w przyszłość, Lucjusz podarował mu coś, co wyglądało w przeszłość.

Coś, co przywiązywało mocniej Harry'ego nie tylko do Lucjusza, ale do Lucjusza Malfoya

Harry zastanawiał się, czy mężczyzna oczekiwał jakiejś reakcji. Czegokolwiek nie wypatrywał w Harrym, najwyraźniej nie spodziewał się po nim po prostu podniesienia łańcuszka i założenia go sobie na szyję.

– Czyli przyjmuje pan dar, panie Potter? – zapytał Lucjusz.

– Oczywiście, panie Malfoy – powiedział Harry. – Szkoda by było tego nie zrobić, kiedy już tak długo ze sobą tańczyliśmy.

– Harry.

Harry odwrócił się z ulgą, kiedy Narcyza wyszła z pawilonu, wdzięczny za jej obecność, która sprawiała, że już nie musiał dłużej udawać, że czuje się komfortowo w sytuacji, w której wcale tak się nie czuł. Ufał jej, że zdoła pośredniczyć między nim i swoim mężem. Ona też miała na sobie świąteczne szaty w kolorze nieba, ale jej twarz była znacznie spokojniejsza, a jej wzrok był uważny, ale łagodny.

– Pani Malfoy – powiedział Harry, po czym pocałował rękę, którą wyciągnęła w jego stronę. – Ufam, że dobrze się pani miewa? Wiem, że pisaliśmy do siebie, ale nie widziałem pani od ponad miesiąca, a o pewnych sprawach nierozsądnie jest wspominać w listach.

Usta Narcyzy drgnęły, a ona sama kiwnęła głową.

– W rzeczy samej, Harry. Dość powiedzieć, że muszę się dobrze miewać, jako że jeszcze nigdy nie ćwiczyłam tak intensywnie jak teraz. Moje nogi się już pode mną uginają od tych wszystkich tańców.

Harry poczuł, jak Draco obejmuje jego ramię.

– Naprawdę musicie to teraz omawiać? – szepnął mu do ucha jego przyjaciel. – Nie możemy po prostu pójść i kupić przed grą omnikularów?

Harry poklepał go po ręce, po czym zwrócił się do Narcyzy.

– Mam nadzieję, że wciąż pani znajdzie w sobie siły, by tańczyć dalej?

– Tak myślę – powiedziała z namysłem. – Ostatecznie, kiedy ktoś jest już zmęczony walcem, zawsze może się przerzucić na pawana.

Harry kiwnął głową.

– Kiedy będzie pani gotowa, by przestać tańczyć, pani Malfoy, jeśli kiedykolwiek pani będzie gotowa, to proszę po prostu dać mi znać.

Narcyza zamrugała raz, drugi i trzeci.

– Myślę, że póki żyję, póty zawsze będę w stanie znaleźć w sobie siły – powiedziała.

Harry przymrużył oczy i przyjrzał się jej. W gruncie rzeczy właśnie powiedziała mu, że będzie dalej próbowała przekonać innych czarodziejów i czarownice na jego stronę, nawet w chwili, w której Harry zaoferował jej, że może jej już odpuścić jej dług. Oczywiście, wciąż ją napędzała motywacja by chronić Dracona i to mógł być jeden z powodów, przez który nie mogła przestać wystawiać się na niebezpieczeństwo. Harry miał jednak wrażenie, że istniały mniej ryzykowne sposoby, którymi mogła zapewnić Draconowi bezpieczeństwo.

No cóż. Skoro sama chce się narażać i robi to z własnej woli, to nie mnie się w to wtrącać. Harry pochylił głowę.

– Skoro tak pani mówi, pani Malfoy.

– Tak mówię – powiedziała Narcyza, po czym uśmiechnęła się do Dracona. – Idźcie, kupcie sobie omnikulary, Harry, zanim mój syn cię przewróci, próbując cię do tego nakłonić. Severusie, jak zwykle miło cię widzieć. – Wyciągnęła dłoń Snape'owi do pocałowania, po czym wróciła z powrotem do namiotu. Lucjusz pozostał na zewnątrz, odprowadzając ich wzrokiem, kiedy szli – no, Draco szedł, ciągnąc Harry'ego za sobą – ze Snape'em niemal depczącym im po piętach.

– Nareszcie! – powiedział Draco. – Od wieków rozmawiali już o tym darze sojuszu, Harry. Wiem, że ten taniec jest ważny, ale chyba czasami zapominają, że ty wciąż masz tylko czternaście lat i masz pełne prawo do zabawy.

Harry tylko wzruszył ramionami i nie odpowiedział. Owszem, przyjechał tutaj, żeby się dobrze bawić, ale też po to, żeby się spotkać z Connorem i Jamesem, o ile ci będą w stanie ich znaleźć tym potężnym tłoku. Nie chciał tracić teraz czasu na kolejne łagodne tłumaczenie Draconowi, że jemu wciąż ciężko przychodzi swoboda i dobra zabawa, i że naprawdę nie chce, żeby Draco się wykończył, próbując go tego, całkiem bezsensownie, nauczyć.

– No dobra, to gdzie mają tu stoisko z omnikularami? – Draco wyciągnął szyję. – Można by pomyśleć, że wystawiliby jakąś widoczną z oddali flagę, ale nieee...

– Harry!

Harry odwrócił się z uśmiechem, przynajmniej na tyle, na ile zdołał w objęciu Dracona, który wciąż nie puścił jego ramienia. Nie słyszał głosu swojego brata już od miesiąca i teraz z przyjemnością go powitał. Connor biegł w jego kierunku, jego grzywka podskakiwała od czasu do czasu, ujawniając jego bliznę, a za nim nadchodziła cała masa rudych ludzi, którzy mogli być wyłącznie Weasleyami. Harry rozejrzał się za Jamesem, ale nie zauważył go w pobliżu.

Harry spróbował się uwolnić z uścisku Dracona, żeby złapać Connora pod koniec jego biegu w tym rodzaju powitania, na jakie najwyraźniej miał nadzieję jego brat, ale Draco nie ruszył swojej ręki, tylko ją mocniej zacisnął i pisnął z protestem, kiedy Harry znowu pociągnął. Harry wywrócił oczy i wyciągnął wolną rękę. Connor zamrugał na niego, po czym złapał jego dłoń i zaczął nią energicznie potrząsać.

– Harry! – zawołał znowu. – Jak się trzymasz? Kupiłeś już sobie omnikulary? Jak myślisz, kto wygra, Bułgaria czy Irlandia? Wiem, że Bułgaria ma Wiktora Kruma, ale wydaje mi się, że Irlandczycy lepiej ze sobą współpracują jako drużyna...

Harry spróbował odpowiedzieć na jego pytania, ale wtedy Weasleyowie ich otoczyli i musiał przerwać, żeby ich powitać. Jak do tej pory spotkał tylko raz Artura Weasleya i to spotkanie skończyło się bójką między nim i Lucjuszem. Harry spojrzał teraz na niego ostrożnie, ale jeśli Artur pamiętał o tym incydencie, który miał miejsce ponad dwa lata temu, to nie pozwalał, by to wpływało na sposób, w jaki zareagował na widok Harry'ego.

– Harry – powiedział, kiwając mu głową. – Ron powiedział nam, że dochodzisz do siebie po ataku w lipcu?

– Tak, panie Weasley, dziękuję – powiedział Harry, odprężając się nieco.

– Tak słyszeliśmy o tym – powiedziała pani Weasley, krzątając się obok swojego męża. – Ty moje biedne maleństwo! – Wyglądała, jakby miała zamiar go przytulić, więc nadeszła kłopotliwa chwila, kiedy Harry czuł się jak przeciągana lina, ponieważ Draco nie miał zamiaru go puścić nawet na chwilę i od chwili, w której dołączyli do nich Weasleyowie, robił się tylko coraz bardziej nerwowy. Ostatecznie pani Weasley po prostu się do niego uśmiechnęła. – Śmierciożercy to najgorsi ludzie, jakich znam – dodała.

Harry spojrzał jej w oczy. Były łagodne, ale Harry nie zdziwił się, kiedy za sympatią zobaczył ukryty żal. Ostatecznie śmierciożercy zabili jej braci, nawet jeśli musiało się ich rzucić pięciu na raz.

Lucjusz Malfoy był jednym z tej piątki.

Harry westchnął. Czasami czuł się, jakby szedł przez świat pełen sprzeczności i każda z nich była gotowa przyłożyć mu w każdej chwili w twarz.

– Już całkowicie wyzdrowiałem, pani Weasley, dziękuję – powiedział, oglądając się na Snape'a. Znalazł profesora stojącego nieco na uboczu, jakby nie chciał się czymś zarazić. – Profesor Snape uratował mi życie. Gdyby nie jego eliksiry, zginąłbym od klątwy płonącej krwi. – Snape podniósł brwi, jakby chciał powiedzieć, że to spore niedomówienie.

– Czyli Evan Rosier naprawdę żyje – szepnęła pani Weasley. – Miałam nadzieję, że to była tylko plotka. Wygląda na to, że jednak nie.

Harry zamrugał na Snape'a i odwrócił głowę z powrotem.

– Tak, żyje – powiedział. – Nałożył na siebie urok i upodobnił się do innego śmierciożercy, przez cały swój pobyt w Azkabanie udawał, że nim jest. Przykro mi, że dowiedziała się pani o tym w ten sposób.

Pani Weasley westchnęła.

– Cóż, pozostaje nam mieć nadzieję, że aurorzy niebawem złapią śmierciożerców i znajdą jakiś sposób na uwięzienie ich, teraz, kiedy dementorzy zniknęli. – Pokręciła głową i zdołała momentalnie wyskoczyć ze smutku. – Rona, oczywiście, znasz – dodała, kiedy do Connora dołączył Ron – i Ginny. – Wskazała na swoją córkę, która zatrzymała się obok niej i zdawała się tylko czekać, aż jej matka skończy. Ginny wywróciła oczami na Harry'ego, jakby chciała powiedzieć, że tak, znają się przecież, widzieli się przecież kilka miesięcy temu, czy przedstawianie ich nie jest trochę bezsensowne? Harry uśmiechnął się do niej szeroko, podczas gdy pani Weasley mówiła dalej, nie zdając sobie sprawy z ich bezgłośnej wymiany. – A tu są... – Zamilkła raptownie i zmarszczyła na Artura brwi. – Gdzie są bliźniacy?

Przez twarz Artura przemknął cień paniki, kiedy się odwrócił, rozglądając po trawie za nimi.

– Przecież byli tutaj, kiedy ostatnim razem patrzyłem...

– Tutaj, tato! Tutaj, mamo!

Fred i George podbiegli do nich, uśmiechając się szeroko, jakby byli wyjątkowo zadowoleni z siebie. Ich kieszenie były wydęte i coś w nich brzęczało. Harry zastanawiał się leniwie, czy dać im znać, że te monety prawdopodobnie jednak nie były zrobione z prawdziwego złota. Jeśli Irlandia miała brać udział w mistrzostwach, to Harry by się zdziwił, gdyby okolica nie roiła się od leprechaunów, które rozsiewałyby wokół siebie straszne ilości fałszywego złota.

– Właśnie dokonaliśmy... – zaczął jeden z bliźniaków, prawdopodobnie Fred.

– Wyjątkowo dochodowego zakładu – dokończył drugi, prawdopodobnie George, klepiąc się po kieszeniach szaty.

– Co ja wam mówiłam o zakładach?! – powiedziała pani Weasley, podnosząc lekko głos. – Co wy sobie wyobrażacie? Jaki wy przykład dajecie Ronowi i Ginny? Wydaje wam się...

Draco pociągnął mocno Harry'ego za bark, który zdołał wepchnąć kompletnie pod swoje lewe ramię.

– No chodź – powiedział jękliwym głosem. – Chcę omnikulary. – Widząc złowrogie łypnięcia, jakimi Draco obdarzał Weasleyów, Harry uznał, że chyba faktycznie najwyższa pora, żeby się odłączyli od towarzystwa.

– Harry – powiedział ktoś jeszcze, zanim zdążyli się ruszyć.

Harry odwrócił się powoli. James wyszedł zza grona Weasleyów, niezauważony i stał tylko, przyglądając mu się. Zdawał się ignorować zarówno rosnącą złość Molly Weasley, jak i przeciągłe, gniewne spojrzenie, jakie posyłał mu Snape. Jego oczy były skupione wyłącznie na jego synu.

Wszystko będzie dobrze, powiedział sobie stanowczo Harry. Widziałeś listy, jakie wysłał Snape'owi. Wiesz, że nie był wtedy gotowy na ponowne założenie z tobą rodziny, ale z drugiej strony, ty też nie byłeś. Nie zniszczyłeś waszych relacji, znikając. Tak było lepiej.

To nie uspokoiło poczucia winy, które wywróciło mu bebechy w chwili, w której zobaczył w oczach Jamesa coś bliskiego desperacji.

– Hej, tato – powiedział cicho. – Jak ci minęły wakacje?

– Były cichsze i mniej ekscytujące bez ciebie – powiedział James, rzucając mu przelotny uśmiech, który zniknął w chwili, w której się pojawił. – Samotne. Tęskniliśmy za tobą z Connorem.

Harry spróbował zrobić krok przed siebie i odkrył, że ramiona Dracona opadły mu na biodra i trzymały go solidnie. Odwrócił się i łypnął na niego ze złością. Draco zamrugał raz i drugi, po czym go puścił.

Harry zdołał podejść i objąć swojego ojca, chociaż czuł się koszmarnie niezręcznie, jakby przytulał kogoś obcego, kto mógł, ale nie musiał, podnieść go i porwać gdzieś. Harry zamknął oczy i odetchnął nerwowo, próbując odsunąć od siebie całe swoje zniecierpliwienie i złość. Nie masz o co się na niego złościć. Nie zrobił nic złego. Nie, nie powinien był wypuszczać cię poza osłony, kiedy miałeś przy sobie zaledwie świstoklik, Snape ma pod tym względem rację, ale przecież skąd mieliście wiedzieć, że coś się stanie? No właśnie. To dlaczego teraz się trzęsiesz jak osika i jesteś taki nerwowy?

Harry nie wiedział, przez co czuł się jeszcze bardziej niezręcznie, przytulając Jamesa, a potem odstępując od niego i uśmiechając się. Wiedział, że uśmiech nie sięgnął jego oczu. Nie był pewien, co na to poradzić.

Zerknął na Connora i zobaczył, że jego brat przygląda im się ze współczuciem. Connor złapał Rona za ramię i szepnął mu coś do ucha, po czym ich dwójka zabrała Ginny ze sobą, przemknęli się obok rodziców Weasley i odeszli gdzieś. Pani Weasley, wciąż zaabsorbowana wrzeszczeniem na coraz bardziej pokornych bliźniaków, nie zauważyła tego. Artur ruszył za swoimi młodszymi dziećmi z wyrazem ulgi na twarzy.

Harry westchnął. To było zarówno dobre, jak i nie do końca dobre posunięcie. To pozostawiło go sam na sam z Draconem, Snape'em i Jamesem. Pozostawiało też Jamesa z Harrym, Draconem i Snape'em.

Jakby czekając na mniejszą widownię, James wreszcie przemówił.

– Czy naprawdę postanowiłeś zostać ze Snape'em, Harry? – zapytał, nie kłopocząc się nawet zerknięciem na Snape'a. – Czy może cię zmusił?

Harry zamrugał na niego, zaskoczony jego tonem i kwestią, od której zaczął swoje przesłuchanie, po czym usłyszał śmiech Snape'a, paskudny dźwięk z głębi jego gardła.

– Zupełnie, jakbym był w stanie zmusić Harry'ego do czegokolwiek, na co nie ma ochoty, Potter – powiedział.

– Jest potężny – wypalił James. – Ale to nie znaczy, że jest nie do poskromienia. A ja cię znam, Snape. Lubisz manipulować ludźmi. Próbowałeś zmanipulować Harrym, wysyłając mu te listy w lipcu. Byłbym więc wdzięczny, gdybyś trzymał ten swój nochal z dala od spraw, które dotyczą tylko mnie i mojego syna...

– To nie jest tylko twój syn – powiedział Snape głosem ostrym niczym krzyk, choć dużo niższym tonem. – Nigdy nie był po prostu twoim synem. Z własnej woli go zignorowałeś, Potter, przez co stał się moim wychowankiem. – Na jego twarzy pojawił się wyraz, którego Harry wcześniej tam nie widział, dziwnie skupiony i intensywny. To nie była mordercza furia, którą niemal zabił Syriusza na boisku quidditcha w listopadzie zeszłego roku, ale coś głębszego i mroczniejszego, coś, co przerażało Harry'ego. – Gdybyś stawił czoła prawdzie zanim nie wybuchła ci ona w twarz, to może miałbyś jakieś prawa teraz do Harry'ego. Ale prawda jest taka, że masz tylko to, co on postanowi ci podarować.

– Niech cię Merlin weźmie, Smarkerusie – wrzasnął James, nagle tracąc nad sobą kontrolę. – Dobrze wiesz, czemu nie...

Nagle zamknął usta i zagapił się na Harry'ego, mrugając. Harry zobaczył, jak Snape się krzywi i chwilę potem dotyka głowy. Pociągnął nosem. Żałował, że jego wyrywająca się spod kontroli moc przyprawiła Snape'a o ból głowy, ale na dobrą sprawę go to nie obchodziło. Zachowywali się dziecinnie i on nie miał zamiaru tego dłużej znosić. Żeby jego opiekun i ojciec walczyli ze sobą o niego? Niedorzeczne. Miał wielkie szczęście, że ich w ogóle miał, i dobrze sobie zdawał z tego sprawę.

– Zamknijcie się, proszę was – powiedział, po czym zamilkł, kiedy obaj zagapili się na niego w ciszy. – No, przynajmniej tyle. – Poczuł, jak głowy obracają się w jego kierunku i zdawał sobie sprawę z tego, że Weasleyowie drapią się między łopatkami, wyczuwając jego moc, ale musiał to powiedzieć, zanim schowa swoją moc z powrotem. – Nie życzę sobie, żebyście więcej się nawzajem obrażali w mojej obecności. Wiem, że nie mam żadnej kontroli nad tym, co piszecie do siebie w listach, ale to co innego. To miał być wypad, w czasie którego jeszcze przed szkołą miałem się zobaczyć z Connorem i Jamesem. Nie wyzywaj go – wybuchnął, zwracając się w stronę swojego ojca. – Tak, zostałem z nim z własnej woli i tak, byłem tam szczęśliwy. Wiem, że nie rozumiesz, co mnie z nim łączy, ale to głównie dlatego, że większość z naszej więzi utworzyła się w czasie twojej nieobecności. Oczywiście, że tego za chuja nie zrozumiesz. – Poczuł, jak ręka dotyka jego ramienia i instynktownie się pochylił w jej stronę. To był Draco, nie Snape, a Draco przesunął się wtedy, kiedy on się odwrócił w stronę Snape'a, więc Harry pozwolił mu stać zaraz za sobą.

– A James to mój ojciec – powiedział Harry Snape'owi, patrząc mu w oczy i nie wzdrygając się nawet, kiedy zobaczył w nich zimną furię. On też potrafił być wściekły, jeśli Snape tego właśnie chciał, to trawa powoli zaczęła zamarzać Harry'emu pod stopami. Przynajmniej nie była to dramatyczna reakcja, jaką byłaby w zeszłym roku, zanim nauczył się, jak opanowywać swoją furię. – Wiem, że uważa pan, że nie powinienem mieć z nim nic wspólnego, ale ja naprawdę tego chcę. A przez pana to wszystko jest znacznie trudniejsze. Nie musi takie być. To pan z dumą uważa się za tego, kto lepiej rozumie tę sytuację. To pan powiedział mi, że znaczę dla pana więcej, niż ta stara nienawiść. Więc proszę już przestać. – Nie zdołał powstrzymać pokrzywdzonego, zdradzonego tonu z ostatnich słów. Ręka na jego ramieniu pociągnęła go i Harry oparł się o Dracona, nie odrywając wzroku od twarzy Snape'a.

Snape przyglądał mu się niezgłębionym wzrokiem, po czym kiwnął głową i spojrzał na Jamesa.

– Zawieszenie broni, Potter? – zapytał. – Będziemy uznawać wzajemne istnienie tylko, kiedy to będzie niezbędne dla dobra Harry'ego i przez resztę czasu się ignorować.

James oddychał szybko i miał zarumienioną twarz, ale w miarę jak Harry na niego patrzył, zdawał się powoli opanowywać. Kiwnął sztywno głową.

– W porządku.

Harry westchnął i wepchnął swoją magię z powrotem za tarcze. Poczuł, jak Draco oddycha głęboko i uśmiechnął się, kiedy ten szepnął mu do ucha.

– Czy możemy wreszcie się rozejrzeć za omnikularami? Proszę?

Harry odwrócił się i poszedł razem z nim, ścieżką, którą wcześniej ruszyli Ron, Ginny i Connor. Za sobą usłyszał, jak Molly Weasley nabiera tchu i zaczyna krzyczeć na Jamesa i Snape'a.

– Jak żyję nie widziałam czegoś tak kompromitującego...

– Jeśli pani pozwoli – powiedział Snape, spiętym głosem – mój wychowanek nie powinien się oddalać bez opieki dorosłego.

– Z przyjemnością mu ją zapewnię, Severusie – powiedział Artur Weasley, wychodząc nagle zza jednego z namiotów. – Mogę pokazać chłopcom, gdzie kupią flagi i wszystko, czego będą potrzebowali w czasie meczu.

Draco wyglądał na zdegustowanego sugestią, jakoby miał go nadzorować dorosły Weasley, ale Harry wtrącił się płynnie:

– Znakomity pomysł, panie Weasley. Dziękujemy.

Ruszył za nim, a za sobą usłyszał, jak głos Molly przybiera na sile.

Zdziecinnieliście do reszty, no doprawdy! A kiedy ten dzielny, słodki chłopiec musi się zachowywać przy was jak dorosły, to naprawdę wydaje mi się, że coś jest nie w porządku...

Harry nie czuł żadnego współczucia dla Snape'a i jeszcze mniej dla Jamesa. Obaj faktycznie zachowywali się jak dzieci, a Molly Weasley była matką. Znała się na ochrzanianiu dzieci na tyle dobrze, że bliźniaki nabierali przy niej pokory. To znaczyło, że była idealną osobą do poradzenia sobie z tą konkretną sytuacją.

– Wszystko w porządku? – szepnął Draco, przeczesując Harry'emu włosy.

Harry westchnął i tym razem zdołał się pozbyć reszty nerwów.

– Tak. Chodźmy lepiej.


– To był zwrot Wrońskiego.

– To nie był zwrot Wrońskiego – sprzeciwił się Harry, dostosowując swoje omnikulary, żeby nie stracić z oczu Wiktora Kruma, kiedy bułgarski szukający po raz kolejny skręcił w pogoni za zniczem. – Za szybko wyciągnął po nurkowaniu. W ten sposób można poznać, że po prostu próbował tylko zmylić przeciwnika, a to oznacza, że to nie było zwrot Wrońskiego. Zwrot ma zadziałać.

– Ale przecież zadziałał – zaprotestował Connor, wskazując na szukającego Irlandii, który krążył za Krumem niczym okaleczona sroka. – Widzisz?

– Nie w ten sposób – powiedział Harry, po czym odsunął omnikulary od twarzy, żeby spojrzeć wyraźniej na swojego brata. – Spróbował, tak, ale to nie to samo co wykonanie czegoś z powodzeniem. O czym sam dobrze wiesz – dodał. Connor spróbował wykonać zwrot Wrońskiego w pierwszym tygodniu wakacji i szybko złamał sobie rękę. Na szczęście James znał się na medycznej magii na tyle dobrze, że go wyleczył.

Connor spojrzał na niego, urażony.

– Wiesz, to naprawdę jest najlepszy szukający w Europie – powiedział.

– Jeśli wykona zwrot Wrońskiego jak należy, to się z tobą zgodzę. – Harry pociągnął nosem, po czym nałożył sobie okulary z powrotem na nos.

Póki co mecz mijał w spokoju. Draco chciał usiąść w loży Malfoyów. Connor chciał usiąść razem z Weasleyami. Harry zaproponował kompromis, znajdując wolne miejsca w rzędzie znajdującym się w niewielkiej odległości od loży. Wystarczyło się obejrzeć, a mogli zobaczyć Lucjusza i Narcyzę. Draco usiadł na końcu rzędu, bo nie chciał, jak to wyjęczał Harry'emu cicho, "żeby któryś z tych plugawych Weasleyów go dotknął". Harry przyłożył mu za to w ramię.

Mecz miał miejsce ponad ogromnym boiskiem quidditcha, który rozciągał się pod nimi, w wyłożonej magiczną trawą dolinie, której brzegi zostały transmutowane w siedzenia. Harry aprobował taki układ. Byli w stanie zobaczyć całą akcję bez wyginania karków, a dzięki omnikularom zawsze można było odegrać całą sytuację i przyjrzeć się wszystkim szczegółom, jeśli coś pozostawało pod jakimś względem niejednoznaczne. Póki co Krum grał po prostu znakomicie, ale reszta drużyny Bułgarii była zanadto przyzwyczajona do polegania na nim i ledwie się ruszali w powietrzu. Irlandzka drużyna co i rusz wykradała im kafla i zbierała punkty.

Ryk widowni ściągnął uwagę Harry'ego z powrotem na grę i podniósł swoje omnikulary. Zobaczył, jak Krum nurkuje, całym ciałem pochylony nad swoją miotłą, z ręką wyciągniętą przed siebie, jakby starał się złapać uciekający mu znicz. Szukający Irlandii leciał zaraz za nim, desperacko starając się go dogonić i w bardzo wyraźny sposób zdawał sobie sprawę z tego, że nie będzie w stanie.

Harry poczuł, jak usta rozciąga mu lekki uśmiech.

To jest zwrot Wrońskiego! – usłyszał obok siebie krzyk Connora.

Nie do końca, pomyślał Harry, patrząc jak Krum nagle poprawia kąt lotu i leci prosto w kierunku znicza, który przez cały ten czas unosił się tuż nad powierzchnią boiska. Wyciągnął rękę i zręcznie złapał go w powietrzu.

Wszystkim, łącznie z Lynchem, szukającym Irlandii, zajęło dłuższą chwilę pojęcie tego, co się właśnie stało, tak strasznie rozproszyło ich uwagę nurkowanie Kruma. A potem rozległ się ryk radości, który tylko wzrósł na sile, kiedy irlandzka drużyna została ogłoszona zwycięską, mimo, że to Krum złapał znicz, ponieważ zdołali zebrać więcej punktów dzięki kaflowi. Harry pokręcił głową i położył sobie omnikulary na kolanach.

– Chyba ktoś ci powinien wreszcie pokazać, jak ten zwód wygląda – powiedział Connorowi. – Ja mogę, na przykład.

– Zamknij się – powiedział Connor i popchnął go tak mocno, że Harry niemal wpadł na Dracona. Harry roześmiał się i usiadł z powrotem prosto, chociaż ręka Dracona, która obejmowała jego ramiona, nie pozwoliła mu się zbyt daleko od niego odsunąć. Harry poczuł jak Snape poprawia się nerwowo na krześle za nimi, ale go zignorował. Jego mentor musiał się wreszcie nauczyć, jak wygląda różnica między bójką, a zwykłą, braterską przepychanką i jeśli jeszcze jej nie znał, to czas najwyższy, żeby się jej nauczył. – Przecież i tak by ci nie wyszedł.

– Właśnie że tak – upierał się Harry.

– Dobra, to pokażesz mi, jak wrócimy do szkoły – powiedział Connor.

– Żaden...

Kurwa!

Ten głos nie należał do niego, ale tylko tyle ostrzeżenia Harry dostał, zanim scena, jasna od szat krążących wokół boiska Irlandczyków, kiedy ci świętowali swoje zwycięstwo, nagle gwałtownie pociemniała w eksplozji złowrogiej zieleni. W tej samej chwili blizna Harry'ego zajęła się ogniem, przez co on sam zwinął się na krześle z ręką przyciśniętą do czoła. Usłyszał krzyk Dracona, ale nie był pewien, czy to był rezultat tego, jak się poruszył, czy też tego, że wyglądał, jakby coś mu się stało.

Harry poderwał głowę i wbił wzrok w źródło zielonego światła. Wiedział już, co tam zobaczy, ale świadomość tego to jedna rzecz, a zupełnie inną było zobaczenie potężnego Mrocznego Znaku wiszącego ponad boiskiem. Zewsząd zaczęły ich dochodzić krzyki, które powoli przechodziły z zaskoczenia w panikę.

Wzmocniony głos, zbyt zniekształcony przez ogólne zamieszanie, żeby Harry mógł go od razu rozpoznać, rozległ się nad boiskiem.

– No to może teraz pora zabawić się jak należy, co? Adflo ventum dirum!

Całe miejsce pociemniało jeszcze bardziej. Harry poczuł, jak wiatr zaczyna wokół niego krążyć, czuł tańczącą w nim magię, której źródło było na środku boiska. Poczuł, jak coś wysysa mu powietrze z płuc, jakby nałożono potężny nacisk na jego pierś i podczas gdy starał się nabrać tchu, usłyszał jak w uszach mu dzwoni narastająca desperacja.

A potem zaklęcie sprawiło, że powietrze trzasnęło potężnie i nagle ich wszystkich zalało.

A Harry poczuł płynący z nim strach.

Zaatakował umysły wszystkich wokół niego, przez co wszędzie wokół zaczęły się wrzaski paniki. Panika szybko przeszła w terror i w niektórych przypadkach w furię, a w innych w bezmyślne burczenie i warkot, który tylko zwierzęta mogłyby z siebie wydać. Harry poczuł, jakby z oddali, że zaklęcie usiłuje się też dostać do jego myśli, żeby je przechylić w stronę strachu i złości.

Nie pozwolił mu na to. Wzniósł swoje tarcze oklumencyjne, opierając się agresywnie i poczuł jak wiatr uderza w nie, po czym wycofuje się, zupełnie jak przymuszenie Connora kiedyś to zrobiło. Snape warczał za nim, jednostajny dźwięk bez słów, ale nie bezmyślny. Harry był pewien, że ten oparł się klątwie w ten sam sposób.

Draco z drugiej strony miotał się obok niego, wyraźnie rozdarty między wyciągnięciem swojej różdżki i przeklęciem kogoś i ucieczką w panice. Harry złapał jego nadgarstki, spojrzał mu w oczy i z całą mocą pomyślał Ventus. Poczuł, jak jego własny czysty wiatr wylatuje z jego oczu i wbija do umysłu Dracona, chwytając i unieszkodliwiając klątwę. Draco wciągnął głośno powietrze, po czym opadł na niego.

– Co się stało? – szepnął.

– Klątwa chorego wiatru – powiedział Harry, rozglądając się wokół boiska. Widział ludzi, którzy rzucali się na siebie, deptali po innych, próbując uciec, rzucali własne różdżki, kiedy zaklęcie zdołało ich przekonać, że to węże albo trujące pnącza, czy coś równie koszmarnego. Connor i Weasleyowie już zdążyli się ulotnić. – Słyszałem o nim, ale nie sądziłem, że to będzie tak źle wyglądało. – Skrzywił się i obejrzał na Snape'a. – Da pan radę ochronić siebie i Draco, podczas gdy ja spróbuję sobie z tym poradzić?

– Harry – warknął Snape, patrząc na niego tak wściekle, że wyglądał jak pół–człowiek – moim priorytetem jest twoje bezpieczeństwo i ty dobrze o tym wiesz. – Wyciągnął rękę w jego kierunku, jakby chciał go złapać za ramię i nie pozwolić mu się ruszyć. – Tu są śmierciożercy. Musimy cię stąd zabrać.

Tylko jeden, szepnął Regulus w głowie Harry'ego. Tylko ten jeden. Mogę go wyczuć. Rosier. Czeka na ciebie. Zachodnia strona boiska.

– Regulus twierdzi, że jest tylko jeden – powiedział Harry Snape'owi, odwracając głowę. Faktycznie, zobaczył postać w ciemnych szatach, stojącą w bezruchu na zachodnim brzegu w dole. Harry musiał krzyczeć, żeby mogli go usłyszeć, ale nawet na chwilę nie odwrócił wzroku od tej samotnej postaci. – Rosier. Poradzę sobie z nim.

Snape pokręcił głową, rozglądając się bez ustanku po boisku.

– Nie – powiedział. – Nie, Harry.

Harry uśmiechnął się do niego blado.

– Wie pan przecież, że tylko ja jestem w stanie to wszystko powstrzymać – powiedział, po czym wbił magię w swoje kończyny i wyrwał się z objęć Dracona i Snape'a. Usłyszał ich krzyk. Niespecjalnie się nim przejął. Już zbierał swoją magię, żeby się aportować, nie odrywając od Rosiera wzroku. Musiał się aportować, nie miał szans się do niego przedrzeć przez spanikowane tłumy. Jedyne, czego naprawdę się bał, to że śmierciożerca mu ucieknie.

Nie ruszy się stamtąd, szepnął mu Regulus. Widziałem już go takim. Jak już się tobą zainteresuje, to nie ucieknie, o ile nie pokażesz mu jak należy, że jesteś od niego potężniejszy. Minęło już dość czasu od waszego spotkania na plaży, nie sądzę, żeby wciąż w to wierzył.

Nie no, serio? zapytał sarkastycznie Harry, słysząc jak Snape zaczyna inkantację zaklęcia paraliżującego całe ciało. Skoncentrował się, a świat wokół niego nagle się ścisnął i ponownie go wypluł, jakby po raz kolejny się urodził, lądując z trzaskiem na zachodnim brzegu boiska.

Pusta przestrzeń otaczająca postać w ciemnych szatach rozszerzyła się, żeby go objąć. Postać odrzuciła swój kaptur do tyłu i spod niej ukazała się uśmiechnięta twarz Rosiera.

– No – powiedział zadowolony. – Teraz nikt nam już nie przeszkodzi. Accendo...

Harry już układał swoją magię przed sobą, by ta wyglądała niczym ostrze, które popchnął w stronę piersi Rosiera. Przyszło mu to do głowy, kiedy czytał książki Snape'a o bezróżdżkowej magii. Rosier będzie musiał się przed tym osłonić, albo przebije mu serce.

Rosier nagle się skrzywił, wciągnął ze świstem powietrze i wykonał niewerbalne zaklęcie, które powstrzymało atak Harry'ego. Spojrzał na Harry'ego, a w jego oczach pojawiła się odrobina szacunku, kiedy kiwnął mu głową.

– Naprawdę imponujące, Harry. "Wejdźcie do zaklętej puszczy, wy, którzy się ośmielicie". Ale zapomniałem, że te ostrzeżenia o ciemności mogą dotyczyć również mnie. Jesteś mrocznym czarodziejem, prawda? – Machał różdżką w te i z powrotem, a z jej końcówki sypały się iskry, które, z tego, co Harry wiedział, mogły nie mieć znaczenia, ale też mogły być początkiem klątwy.

Harry nie powiedział nic. Miał Rosiera na oku, ale sięgał też po własną siłę i gromadził ją tuż przy swojej klatce piersiowej. Zaklęcie, które miał zamiar użyć, było niezwykle proste, ale musiało być rzucone z ogromną siłą. Musiał się upewnić, że wszystko sobie dobrze zbalansuje, chroniąc się przy okazji przed czymkolwiek, co Rosier mógłby spróbować w niego rzucić.

Rosier tylko podniósł brew i to było całe ostrzeżenie, jaki Harry dostał, zanim zaczął się zwijać w konwulsjach pod Crucio.

– Zawsze powtarzam Bellatrix, że nie ma w niej żadnej pogoni za przygodą, kiedy tego używa – zagaił Rosier, którego głos dochodził gdzieś spoza bólu. – Ale czasem stare metody są najlepsze, nie zgodzisz się? A skoro jej tutaj z nami dzisiaj nie ma, to pomyślałem, że powinienem to zrobić, choćby przez wzgląd na sentyment. – Jego ton opadł, co wyraźnie sugerowało, że wrócił do recytacji jakiegoś wiersza. – "Żadnego śladu po złym czarnoksięstwie, poza może śladami kogoś, kto uciekł stamtąd, stawiając długie kroki i wbijając z przerażenia pięty głęboko w mech." Wszyscy już biegają z przerażeniem, a kiedy powtórzę zaklęcie, to zrobi się jeszcze ciekawiej.

Harry zgrzytnął zębami i przetoczył się pod bólem, ponad nim, nie pozwalając sobie panikować, kiedy przypomniał sobie jak Crucio na jego pierwszym roku połamało mu żebra, nie potrzebując zdesperowanych szeptów Regulusa, który starał się go uspokoić, nie pozwalając sobie myśleć o czymkolwiek innym jak opieraniu się bólowi i rzuceniu zaklęcia na widownię...

Finite Incantatem! zawył bezgłośnie, ale ze wszystkim, co miał w sobie.

Usłyszał jak dochodzące ich wrzaski powoli zmieniają ton. Klątwa chorego wiatru zniknęła. Ludzie znowu mogli normalnie oddychać. Jak wszystko dobrze pójdzie, to za kilka minut wszyscy dojdą do siebie.

W międzyczasie zalał go ból, ponieważ nie chroniła go już determinacja, za którą mógł się przed nim schować.

Harry zawył i wrzeszczał i pozwolił agonii wyrazić się w każdy możliwy sposób. Milczenie w czasie tortur nie miało sensu. I tak wyciągną z ciebie jakiś dźwięk, prędzej czy później, w ten, czy w inny sposób, a życie było ważniejsze od dumy. Harry skupił się na zbieraniu w sobie magii. To nie było takie trudne. Ciężej byłoby myśleć o czymkolwiek innym poza druzgocącym, szarpiącym bólem w jego piersi.

– Nudne to – powiedział Rosier głośno i wesoło.

Klątwa zniknęła zanim Harry zdążył cokolwiek z nią zrobić. Leżał przez chwilę na ziemi, dysząc ciężko.

Poderwał głowę, kiedy zobaczył lecące w swoją stronę zaklęcie spalające, które zablokował za pomocą Protego i zmusił się, żeby wstać i stawić czoła Rosierowi, który tańczył przy brzegu koła z oczami otwartymi szeroko i uradowaną twarzą.

– Jak na dziecko, jesteś silny – powiedział. – Jak na Ślizgona, masz tendencję do poświęcania się. Ten twój zwyczaj do poświęcania się cię prędzej, czy później zabije, Harry, zwłaszcza, że Mroczny Pan powraca. – Spojrzał ciepło na Mroczny Znak, który wcześniej rzucił. Harry wiedział, że mógłby się odwrócić i też zobaczyć jak ten unosi się w powietrzu, czaszka i wąż.

Harry nie odpowiedział. Pomyślał Incendio i płaszcz Rosiera zajął się ogniem. Rosier zawirował i zrzucił go z ramion, po czym wirował dalej. Harry'emu przyszło do głowy, że teraz przynajmniej mają jakieś światło dla kontrastu z zielonym horrorem Mrocznego Znaku.

– Znajdą się tacy, którzy powiedzą ci, że oczywiście, że Światło zatriumfuje, bo zawsze tak robiło, ale w przeszłości zdarzali się już Mroczni Panowie, którzy wygrywali. Myślę, że jeden z nich może wygrać, jeśli naprawdę zabijesz mojego Lorda, Harry. Ostatecznie, jesteś strasznie do niego podobny.

Petrificus Totalus.

Zaklęcie paraliżujące nie złapało Rosiera, który już miał wzniesioną przeciw niemu tarczę. Miał zrelaksowaną twarz, kiedy przyglądał się Harry'emu z rozwagą, po czym nagle uśmiechnął się szeroko i zrobił kilka ruchów różdżką.

Adsulto cordis! – wymamrotał.

Harry zablokował zaklęcie zawału tarczą i odpowiedział niewerbalną Tarantallegrą, która zmusiła Rosiera do tańcowania przez chwilę, póki ten nie rozproszył zaklęcia. Roześmiał się wtedy, a jego twarz była otwarta od szczerego rozbawienia, kiedy spojrzał Harry'emu w oczy.

– Uważaj na Moody'ego – powiedział.

Harry zagapił się na niego.

– Co? – zapytał, pomimo swojego postanowienia, żeby się nigdy więcej nie odzywać do swojego wroga.

Rosier kiwnął mu głową, puszczając mu oczko.

– "Wejdźcie do zaklętej puszczy, wy, którzy się ośmielicie" – szepnął, po czym zawirował, żeby rzucić zaklęcie na widownię. – Cremo!

Intensywny ogień, który wzbił się w niebo z widowni i loży zniszczył dość domów i bezpiecznych kryjówek w czasie Pierwszej Wojny, że Harry czuł się przymuszony jak najszybciej się nim zająć i chociaż ugasił płomienie w kilka sekund, szkoda już się stała. Kiedy Harry odwrócił się z powrotem, Rosier już się zdążył aportować.

Odetchnął chrapliwie i zwrócił się do Regulusa.

Czy on tak zawsze ma?

Rosier nie ma czegoś, co by robił "zawsze" powiedział Regulus, głosem ponurym i złym. Jego ruchy są kompletnie nieprzewidywalne, Harry. A to ostrzeżenie, jeśli można tak to nazwać? Co to w ogóle miało być? Alastor Moody to szanowany auror. Nie zdradziłby cię śmierciożercom. Mam wrażenie, że po prostu chciał cię zniechęcić do zaufania mu.

Harry pokręcił głową i zamknął oczy.

Wiesz może, czemu się dzisiaj tutaj pojawił?

Wydaje mi się, że po prostu po to, żeby przestraszyć ludzi. Taki był przynajmniej cel Mrocznego Znaku i klątwy chorego wiatru. Ale też chyba po to, żeby cię sprawdzić. Nie wiem, po co. To przecież nie tak, że porzuci Mrocznego Pana, żeby się do ciebie przyłączyć i to nie tak, że w ogóle chcesz go mieć po swojej stronie.

Harry prychnął.

To fakt.

Spojrzał w dół i zobaczył, że ręka mu się trzęsie. Cholera by to, znowu ktoś rzucił na niego Crucio i chociaż, obiektywnie rzecz biorąc, nie mogło to trwać dłużej jak tylko kilka sekund, po prostu wiedział, że Snape znowu będzie strasznie nierozsądny pod względem tego wszystkiego i zacznie naciskać na kolejne ograniczenia.

Czy wyczuwasz Snape'a gdzieś w tym tłumie? zapytał Regulusa, otrzepując włosy. Łaził mu po nich jakiś robak, który odleciał po jednym pacnięciu. Harry zamknął oczy. Czuł, jak wszystko w nim powoli zaczyna się trząść, jak zwykle po tego rodzaju bólu i szoku, ale nie chciał się kłaść, czy mdleć. Potem będzie miał na to czas, kiedy już się upewni, że nikomu, a przynajmniej ludziom, na którym mu zależy, nic się nie stało.

Jest zaraz za tobą, powiedział Regulus, brzmiąc na lekko rozbawionego. Przełazi przez barierkę. Harry?

– Tak? – Harry zamrugał i pokręcił głową. Mroczki mu latały przed oczami. Cholerny Rosier.

Znajdź mnie czym prędzej i wrzuć mnie z powrotem do mojego ciała, powiedział Regulus. Mogę ci doradzać, ale to dość oczywiste, że potrzebujesz tak wielu ludzi do ochrony jak to tylko możliwe, a wolałbym walczyć własnym ciałem.

Harry zaczął mu odpowiadać, ale Snape złapał go wtedy za ramiona, odwrócił go w swoją stronę i aportował się z nim. Harry zamrugał i zadrżał, po czym znowu zamrugał, kiedy zobaczył, że stoją na obrzeżach Hogsmeade. Spojrzał na Snape'a ze zmęczonym niezrozumieniem.

– Ale co z Draco i...

– Panu Malfoyowi nic nie jest – powiedział Snape, łapiąc go za nadgarstek. – Upewniłem się, że znalazł się pod opieką swoich rodziców, zanim wyruszyłem, żeby cię znaleźć. – Jego wzrok, wbity w oczy Harry'ego, był mroczny i wściekły. – Na początku sierpnia obiecałeś mi, że jeśli kiedykolwiek jeszcze znajdziesz się w pobliżu Rosiera, to nie będziesz go szukał.

Harry zamrugał. Faktycznie, złożył tę obietnicę i to bez problemu, bo w tamtej chwili nie potrafił sobie wyobrazić sytuacji, w której po raz kolejny znalazłby się w pobliżu Rosiera, a już na pewno nie sądził, że to nastąpi tak szybko.

– Przepraszam... – zaczął.

– Jestem strasznie zły na ciebie, że się mnie nie posłuchałeś, Harry.

Harry zadrżał. Jego głos był zimny i mroczny, obiecywał całe mnóstwo paskudnych rzeczy.

– Ee... Przykro mi?

– Bo i powinno. – Snape pochylił się, sprowadzając ich twarze na równy poziom. – Do początku roku szkolnego pozostaniesz na terenie Hogwartu, jedynym wyjątkiem będą absolutnie niezbędne wyprawy, w trakcie których będę ci nieustannie towarzyszył. Draco nie będzie wolno odwiedzić cię aż do rozpoczęcia szkoły. Będę też od ciebie wymagał, żebyś uwarzył mi tak wiele eliksirów na czyraki jak to możliwe przed pierwszym września.

– Ale eliksiry na czyraki są nudne – zaprotestował Harry, zanim zdążył się powstrzymać.

– Dokładnie – powiedział Snape, po czym zawahał się, przyglądając mu się uważnie. – Czym cię uderzył?

Harry skrzywił się.

Cruciem.

– Szlaban na pierwszy tydzień szkoły za to, że nie poinformowałeś mnie o tym od razu – powiedział spokojnie Snape. – A teraz proszę za mną, panie Potter. Mam u siebie eliksiry, które odwrócą efekty klątwy Cruciatusa, o czym pan dobrze wie. – Ruszył w stronę Hogwartu, nie poluźniając swojego uścisku na nadgarstku Harry'ego nawet na moment. Harry spuścił głowę i poszedł za nim, wzdychając, ilekroć potykał się o ukryte w trawie zagłębienia.

Zdawał sobie sprawę z tego, że złość Snape'a była spowodowana strachem. Wiedział, że złapał obietnicę. Ale co innego mu wtedy pozostało? Przecież tylko on mógł rozwiać klątwę chorego wiatru.

Ale mogłeś to zrobić bez konfrontacji z Rosierem, burknął na niego Regulus.

Przecież to ty mi powiedziałeś, że Rosier na mnie czeka! krzyknął Harry, po prostu nie wierząc w tę całą niesprawiedliwość. Musiałem się nim zająć!

Nie, wcale nie musiałeś, nie zgodził się z nim Regulus. Gdybym wiedział, że zrobisz coś takiego, to bym ci nie powiedział, gdzie jest. Co ten pojedynek z nim właściwie osiągnął, Harry? Kompletnie nic. Mogłeś rozproszyć zaklęcie i nie ucierpieć.

Ale wtedy mógłby skrzywdzić kogoś innego, zaprotestował Harry.

A zamiast tego skrzywdził ciebie, warknął Regulus. Tak, Harry, co za genialne rozwiązanie. Przestań bezsensownie ryzykować życiem. Harry poczuł intensywną ciszę w swojej głowie, która zwykle oznaczała, że Regulus sobie poszedł gdzie indziej.

Taka sama cisza zapadła, kiedy dotarli do swoich pokojów w Hogwarcie, Snape podał Harry'emu jego eliksiry, po czym ten poszedł spać. Harry leżał przez jakiś czas w łóżku z założonymi pod głową rękami, przyglądając się płomieniom i zastanawiając, czy Connorowi, Jamesowi i Weasleyom nic się nie stało.

Wiedział, że nie może teraz zapytać o to Snape'a. Jego opiekun nie będzie chciał o tym rozmawiać i pewnie kary się pogorszą.

Harry westchnął i zamknął oczy. Cholera jasna, przecież on tylko chciał pomóc i chociaż miał wrażenie, że wszyscy ludzie wokół niego przesadzają, to może jednak powinien być nieco ostrożniejszy.

Problem w tym, że nie wiedział jak.

Odpłynął w niespokojny, pełen przerw sen.


Kiedy trzecia próba nalania sobie wina się nie powiodła, Snape obrócił się i cisnął pucharem w kominek. Rozbił się z głośnym, satysfakcjonującym trzaskiem, a on warknął, rad, że wcześniej otoczył swoje pokoje osłonami uciszającymi.

Usiadł w swoim ulubionym fotelu i wbił wzrok w płomienie.

Czy Harry nigdy nie przestanie pakować się w kłopoty? Naprawdę nie było, jak go przed tym wszystkim ochronić?

Snape zamknął oczy. Uderzyć w źródło problemu. To właśnie muszę zrobić. Kary tu nie pomogą; nie sądzę, żeby cokolwiek, czego bym nie powiedział, oddziaływało na Harry'ego na dłuższą metę, o ile nie grożę mu wycofaniem się z legalnej opieki nad nim, a tego nie mogę zrobić, nie teraz. Po tym wszystkim i tak by mi już nie uwierzył.

Nie, muszę zmienić jego podejście do wszystkiego, zwłaszcza to jego postrzeganie siebie jako broni i poświęcenia, przez co uważa, że powinien bez przerwy ryzykować życiem. Nie myśli w ogóle o niebezpieczeństwie, na które się porywa. Och, martwi się o tym, co my myślimy, Draco i ja, i nie chce nam sprawiać bólu, ale w tym przypadku, jak zważył nasze samopoczucie, a na drugiej szali postawił przerażenie tłumu, to jak się upewnił, że jesteśmy bezpieczni i Rosier się nami nie interesuje, to nie widział żadnego powodu, dla którego nie powinien się pchać w niebezpieczeństwo, żeby je powstrzymać.

Czyli to kolejny projekt na ten rok.

Ach, Harry. Jesteś najbardziej skomplikowanym człowiekiem, jakiego znam.

Szelest skrzydeł sprawił, że Snape zamrugał i spojrzał w górę. Sowa znalazła drogę w jego osłonach, którą zostawił specjalnie dla sów, które przynosiły mu pergaminy, które nie miały na sobie żadnych nałożonych zaklęć, i wylądowała na jego stole, czekając. Snape westchnął i poszedł po jakąś przekąskę dla niej.

Serce zabiło mu szybciej, kiedy zobaczył, że sowa przyniosła mu list, na którym widniała pieczęć ministerstwa. Rozerwał kopertę i wyjął pergamin ze środka.

24 sierpnia, 1994

Drogi profesorze Snape,

Zauważyliśmy, że pański wychowanek, Harry Potter, jest wężousty. Domyślamy się, że w grę weszła zwykła ignorancja, ale wobec nowego edyktu ministerstwa (6.7.3.) dotyczącego kontroli magicznych talentów, pan Potter powinien się stawić w ministerstwie i zarejestrować się jako posiadacz mrocznej zdolności. Robimy to przez wzgląd na bezpieczeństwo wszystkich mieszkańców czarodziejskiego świata i jestem pewna, że zrozumie pan, jak rozsądna jest nasza prośba. proszę przyprowadzić pana Pottera do ministerstwa nie później niż w trakcie pierwszego tygodnia roku szkolnego w Hogwarcie. Bez rejestracji pan Potter nie będzie w stanie brać udziału w zajęciach razem ze świetlistymi uczniami.

Z poważaniem,

Dolores Umbridge,

Specjalna asystentka ministra magii

Snape upuścił list i wyciągnął różdżkę, momentalnie stwarzając kilka lekkich, drewnianych figur. Chwilę później klątwa zniszczyła jedną z nich, spopielając ją z taką agresją, że jej zwęglone kawału uderzyły o ścianę.

Ponieważ to była ewidentnie noc do niszczenia różnych rzeczy, Snape ostatecznie zrównał z ziemią kilka tuzinów takich figur, zanim mógł zaufać sobie na tyle, żeby wreszcie odłożyć różdżkę i pójść spać.