No i jedziemy, kolejny rozdział z nawarstwieniem wątków.

Rozdział szósty: Ministerstwo rośnie w siłę

– Proszę. Wypij to.

Harry zamrugał sennie, ale zdołał przyjąć fiolkę, którą Snape wyciągnął w jego kierunku. Przełknął znajdujący się w niej eliksir i zamrugał znowu, kiedy wywar zdawał się zniszczyć wszelkie pajęcze sieci zaspania z jego umysłu. Przyjrzał się fiolce z podziwem. Eliksir smakował właściwie tak samo jak zwykła dawka rozbudzacza, ale rezultaty były znacznie bardziej dramatyczne.

– Co to było?

– Coś, dzięki czemu będzie ci się łatwiej myślało – powiedział Snape. Z ostrego spojrzenia w jego oczach, Harry domyślił się, że też sam już wziął swoją dawkę. – Potrzebuję, żebyś był rozbudzony i gotowy. Wybieramy się do ministerstwa.

Harry zagapił się na niego.

– I to ma być absolutnie niezbędna wyprawa?

Snape podniósł brwi i Harry odwrócił wzrok, rumieniąc się.

– Przepraszam, proszę pana – powiedział, po czym zauważył, że Snape trzymał w ręku złożoną gazetę. Wskazał na nią. – Czy stąd się dowiem, czemu?

– Poniekąd – powiedział Snape. – Gdybyś był mniej znany, to mógłbym spróbować łapówek, czy innych sposobów na przerzucenie cię pod radarem ministerstwa, które nalega na zarejestrowanie cię, ale już nie teraz. – Rzucił Harry'emu zniesmaczone spojrzenie i podał mu "Proroka Codziennego".

Harry podniósł go i zamrugał, widząc fotografię na pierwszej stronie. Był na niej unoszący się nad boiskiem quidditcha Mroczny Znak, co go wcale nie zaskoczyło, ale znajdowały się na nim również dwie niewyraźne postacie, które rozpoznał jako siebie i Rosiera w trakcie pojedynku. Zanim oderwał od nich wzrok, mniejsza postać upadła na ziemię.

– Kto zrobił to zdjęcie? – szepnął. – Kto zdołał podejść na tyle blisko, żeby je zrobić?

Zrozumiał, w pewnym sensie, kiedy spojrzał wreszcie na nagłówek i podpis.

MŁODY BOHATER POKONUJE ŚMIERCIOŻERCĘ

Autor: Rita Skeeter

Harry jęknął i ukrył twarz w dłoniach.

– Och nie.

– Och tak – powiedział Snape, brzmiąc niemal jak Draco, kiedy ten kupił Harry'emu jego Błyskawicę. – Historia też jest zaskakująco szczegółowa. – Obszedł łóżko i dźgnął palcem w środkową kolumnę pod zdjęciem. Niechętnie, Harry sięgnął po swoje okulary, nałożył je na nos i przyjrzał się reportażowi.

...Kiedy aurorzy przybyli na miejsce, odkryli, że klątwa chorego wiatru, użyta z ogromnym sukcesem przez tajemniczego śmierciożercę na widowni mistrzostw, już została rozproszona.

Nie wiemy, kto to właściwie zrobił – powiedział Kingsley Shacklebolt, starszy auror ministerstwa. – Wiemy jednak, że każdy ślad po klątwie został zniszczony zanim się jeszcze pojawiliśmy. Wygląda na to, że ktoś użył Finite Incantatem, ale musiał to zrobić ktoś naprawdę potężny.

Pośród aurorów pojawiły się pogłoski, jakoby miał to zrobić Harry Potter, chłopiec, który walczył ze śmierciożercą na boisku.

Znaczy, to po prostu ma sens – powiedziała aurorka, która podała swoje imię po prostu jako Tonks. – Pojawia się niesamowicie potężny chłopiec, walczy z niesamowicie potężnym śmierciożercą, a potem zmusza potężnego śmierciożercę do ucieczki. Jak dla mnie mógł rozproszyć to zaklęcie, gdyby tylko chciał.

Źródła, które nie życzyły sobie zostać ujawnione, potwierdzają, że klątwa chorego wiatru została w rzeczy samej rozwiana podczas walki Harry'ego Pottera ze śmierciożercą.

Harry westchnął i odłożył gazetę, chociaż ostatni akapit go zastanowił. Większość ludzi była wtedy pod efektem klątwy chorego wiatru, byli tak oszołomieni i rozkojarzeni, że nie powinni być w stanie określić, kiedy dokładnie klątwa została zdjęta.

– Domyślam się, że wie już o tym większość czarodziejskiego świata?

Snape kiwnął głową, zaciskając usta.

– Powtarza również informacje, do których odwołała się w zeszłym roku – na przykład fakt o tym, że jesteś wężousty. Wielu ludzi uważa to już teraz za fakt, a przynajmniej tak im się wydaje, a teraz przypomniała o tym jeszcze większej ich ilości. – Wyciągnął wymięty list z kieszeni i podał go Harry'emu.

Harry przeczytał go i westchnął.

– Czyli teraz już muszę się zarejestrować, ponieważ wszyscy i ich siostra wiedzą, że jestem wężousty – mruknął.

Snape po raz kolejny kiwnął głową.

– Jeśli będziemy mieli szczęście, to wystarczy po prostu, że podpiszesz formularz potwierdzający, że posiadasz ten dar. Mimo wszystko, sugerowałbym, żebyśmy się zaczęli zbierać już teraz, zanim ktoś narobi szumu wokół tego, że "młody bohater" jest mrocznym czarodziejem, który nie słucha poleceń ministerstwa.

Harry przytaknął, po czym zorientował się, że z całego tego zaskoczenia zapomniał zapytać o Connora, Weasleyów i Jamesa. Snape rozproszył go kompletnie tym eliksirem i gazetą, więc to było zrozumiałe, ale i tak miał poczucie winy, że nie zapytał o to wcześniej.

– Proszę pana? Czy wszystkim udało się wrócić bezpiecznie do domów?

– Nastąpiło kilka ofiar w tłumie wskutek zadeptania – powiedział cicho Snape. – Nie było pośród nich nikogo, kogo znasz.

Harry zdawał sobie sprawę z tego, że Snape starał się przekazać mu tę informację tak łagodnie jak tylko był w stanie, ale i tak się skrzywił. Gdyby nie poleciał popisywać się swoim pojedynkiem z Rosierem, to pewnie by szybciej rozproszył klątwę chorego wiatru i nikt by nie zginął, a co więcej, Skeeter nie miałaby swojej głupiej historii do "Proroka". Pochylił głowę.

– Harry.

Drgnął. Z jakiegoś powodu był przekonany, że Snape już wyszedł z pokoju. Naprawdę musisz z tym skończyć, upomniał się i spojrzał na swojego opiekuna.

– Tak?

– To nie była twoja wina – powiedział Snape, naciskając na każde słowo, jak wtedy, kiedy przekazywał im instrukcje względem warzenia eliksirów w czasie zajęć. – Nie jesteś w stanie wszystkich uratować. Nie musisz się za nikogo poświęcać. Zapamiętaj to.

Patrzył Harry'emu w oczy, póki ten nie kiwnął głową, po czym wyszedł z pokoju, rzucając przez ramię:

– Przygotuj się do wizyty w ministerstwie. Zjedz jakieś śniadanie. Będę wiedział, jeśli nic nie zjesz.

Harry wyszedł z łóżka i przeciągnął się. Zamarł, kiedy poczuł lekkie ograniczenie w swoich ruchach, po czym poklepał się po włosach, zastanawiając się, czy może kolejny robak mu się w nich nie zaplątał.

Niczego jednak w nich nie znalazł i po chwili wrażenie zniknęło. Harry wzruszył ramionami. Pewnie po prostu źle się ułożyłem w czasie snu.


Harry trzymał się blisko Snape'a. Wiedział, że to niedorzeczne, ale nigdy jeszcze nie był w tak zatłoczonym miejscu jak ta część Londynu i było to nieco przytłaczające uczucie. Pokątna była znacznie spokojniejsza. Tutaj ludzie zdawali się być dosłownie wszędzie, nawet w kątach, gdzie jego oczy nie spodziewały się ich dostrzec, a wielu z nich krzyczało, śmiało się, przebiegało przez ulice, podrzucało sobie coś nawzajem, albo po prostu do góry, jakby nie mieli żadnych zmartwień. To był bezchmurny, słoneczny dzień, prawdopodobnie ostatni taki w sierpniu, więc wszyscy chcieli się nim nacieszyć tak bardzo, jak to było możliwe. Harry mógłby się temu przyglądać z uśmiechem, gdyby to było opisane w książce, czy w jakimś artykule w gazecie.

Ale, zastanawiał się, wzdrygając, kiedy butelka przeleciała mu nad głową, czy oni naprawdę muszą to robić z takim entuzjazmem?

– Jesteśmy na miejscu.

Harry zamrugał. Od kilku ostatnich minut szedł ze spuszczoną głową i nie zauważył, kiedy skręcili w ulicę, która była nieco cichsza, choć znacznie brudniejsza od innych. Minęli ścianę, na której ktoś narysował drobiazgowy wzór spirali w kolorach zieleni i czerwieni, a ktoś inny narysował w poprzek niej niebieską rękę, która wyglądała, jakby chciała zedrzeć malunek. CHWAŁA DŁONI, głosił napis pod spodem, zrobiony tą samą, niebieską farbą.

Harry zadrżał. Na swój sposób, to miejsce było równie obce i niebezpieczne co Zakazany Las. W lesie przynajmniej wiedział, że jeśli spotka coś niebezpiecznego, to będzie mógł się obronić za pomocą magii. Nie był pewien, co najlepiej podziała na mugoli, ale zdawał sobie sprawę z tego, że nie wolno mu użyć przy nich magii.

Snape wszedł do wysokiego, ale niewielkiego pudła, wciągając Harry'ego ze sobą do środka. Przed nimi wisiało urządzenie, które Harry poniekąd rozpoznał jako podobne do tego z mugolskich książek z obrazkami, które ich matka pozwalała czasem czytać Connorowi. To był telefon. Snape, wyglądając na wyjątkowo zniesmaczonego, wyciągnął rękę w jego kierunku i nacisnął na nim pięć przycisków, w sekwencji zbyt szybkiej, żeby Harry zdołał ją wyłapać. Postanowił potem zapytać o nią Snape'a.

– Witamy w ministerstwie magii. Proszę podać swoje imię i powód wizyty.

Harry przymrużył oczy. Zobaczył ledwie widoczne, lśniące ślady zaklęcia, które przekazywało uprzejmy głos czarownicy z punktu w powietrzu. Nurkowało w telefonie i zjeżdżało w dół, w głąb ziemi. Harry podniósł brwi. Ach, czyli ministerstwo naprawdę znajduje się pod powierzchnią?

– Severus Snape i Harry Potter – powiedział Snape ostro, ale wyraźnie. Jego zniesmaczenie tą całą szaradą było wypisane na całej jego twarzy. – Przybyliśmy, żeby zarejestrować Harry'ego Pottera jako wężoustego.

Nastąpił cichy, wibrujący dźwięk i na dłoń Snape'a wypadły dwie srebrne odznaki. Przyjrzał im się, znalazł Harry'ego i mu ją podał, po czym przypiął własną do swoich szat. Harry zrobił to samo, naśladując go.

Budka telefoniczna drgnęła i zaczęła zjeżdżać w dół, zaskakując tym Harry'ego, ale jego szok byłby znacznie większy, gdyby wcześniej nie ustalił, że biuro znajduje się pod ziemią. Przejażdżka nie trwała długo i ponieważ w Snape'ie ewidentnie się gotowało, Harry postanowił się w ogóle nie odzywać. Pierwsza osoba, do której Snape będzie musiał się odezwać, zostanie zalana jadowitą krytyką, jakby ta nie była subtelnie ukryta.

Drzwi budki otworzyły się i Harry zamrugał. Rozciągająca się przed nimi sala była olbrzymia i zalana światłem. Wzdłuż obu ścian znajdowało się więcej kominków, niż komukolwiek to kiedykolwiek powinno być potrzebne, a sufit był, z jakiegoś powodu, niebieski ze złotymi symbolami. Harry skrzywił się na ten widok. Nie potrafił sobie przypomnieć dowolnej czystokrwistej rodziny, która używałaby tych dwóch kolorów w tak jasnych i krzykliwych odcieniach i teraz już rozumiał, dlaczego.

– Tędy, Harry.

Snape ruszył przed siebie z determinacją, najwyraźniej mając zamiar przejść na drugą stronę sali, zostawiając Harry'ego za sobą. Harry poszedł za nim, ale zatrzymał się, kiedy zobaczył fontannę na środku pokoju.

Była zrobiona ze złota. To był pierwszy problem; Harry nie widział powodu, który wymagałby tak wielkich ilości złota do użycia w jakimkolwiek celu, więc to go uderzyło jako ostentacyjne. Drugim problemem były posągi, z jakich ona się składała. Czarodziej, czarownica, goblin (w dość oczywisty sposób południowy, nie północny), skrzat domowy i centaur stali w pozie, która pewnie miała przedstawiać braterstwo, czy przyjaźń. Co Harry zauważył przede wszystkim, to to, że skrzat, goblin i centaur patrzyli na ludzi, jakby mieli zaraz paść im u stóp i zacząć się przed nimi płaszczyć.

Odetchnął głęboko, rozluźniając oczy, po czym zachwiał się i przesłonił ręką oczy. Pokój rozjaśnił się niczym słońce. Z fontanną były połączone przynajmniej trzy sieci, tak jasne, że Harry wiedział, że muszą być potężne. Musiał ostrożnie znaleźć swoją drogę pośród promieniujących linii, ale wydawało mu się, że zdołał rozróżnić wśród nich niebieską sieć, złotą i taką, która wyglądała zarówno na złotą, jak i jasno–pomarańczową, niczym niebo o świcie.

– Harry? Harry!

Harry wrócił do siebie i nawet zdołał odsunąć się w czas, żeby uniknąć wyciągniętej w jego kierunku ręki Snape'a. Kiwnął do niego.

– Nic mi nie jest – szepnął i wykonał gest w stronę fontanny. – Po prostu nie bardzo podoba mi się to coś.

– Nazywają ją Fontanną Magicznych Pobratymców. – Snape powiedział to, uśmiechając się z kpiną, ale Harry odniósł wrażenie, że to przyszło mu automatycznie. Przyglądał się Harry'emu uważnie, jakby starał się ustalić, czy może jednak nie powinien go zabrać z ministerstwa.

Harry zakrztusił się gorzkim śmiechem, który próbował mu się wyrwać z gardła.

– Tak, wcale nie to nie dziwi.

Rzucił fontannie ostatnie spojrzenie, po czym pokręcił głową i ruszył za Snape'em. Pozwolił sieciowidzeniu zniknąć na jakiś czas. W tej chwili nie był w stanie nic na nie poradzić, a ministerstwo niewątpliwie miało jakieś alarmy, gotowe się uruchomić, jeśli ktoś by dotknął sieci, albo użył dość magii, by je zniszczyć. Byliby nienormalni, gdyby nie zainstalowali czegoś takiego po tym, jak uwolnił dementorów.

Pokój kończył się parą złotych wrót, przed którymi, za niewielkim stanowiskiem, stał czarodziej, wyglądający na wybitnie znudzonego. Kiwnął im na powitanie i przywdział uśmiech, który nie wyglądał naturalnie na jego twarzy.

– Pozdrawiam was i witam w ministerstwie magii! Nazywam się Eryk. Pozwólcie, że zarejestruję dla was wasze różdżki. – Wyciągnął rękę nad swoim stanowiskiem.

– Ja, ee, nie mam przy sobie swojej różdżki – powiedział Harry.

Usłyszał syk Snape'a.

Co?

– No bo tak szybko się zbieraliśmy dzisiaj rano, że jakoś mi wypadło z głowy – powiedział mu Harry. I to była prawda. Nieczęsto już używał swojej cyprysowej różdżki, chociaż zwykle ją miał przy sobie. W tej chwili leżała w szufladzie jego szafki nocnej. Wzruszył ramionami na strażnika. – Przepraszam. Czy mogę mimo wszystko odwiedzić ministerstwo?

Eryk zachichotał.

– Oczywiście, synu. Tylko pamiętaj, żebyś nosił swoją różdżkę przy sobie! – pogroził Harry'emu palcem. – Inaczej ktoś porwie takiego małego czarodzieja, jak ty!

– Dobrze, proszę pana – powiedział Harry, zastanawiając się, czemu ministerstwo zatrudnia kogoś, kto mówił takie rzeczy dzień po ataku śmierciożercy. – Dziękuję panu. – Kiwnął Erykowi głową i pozwolił się Snape'owi eskortować przez wrota, ignorując syknięcie jego mentora, "Później o tym porozmawiamy". Najważniejszą częścią tego zdania było "później".

Eryk zawołał za nimi.

– Och! Proszę pana! Zapomniałem wam powiedzieć, gdzie macie się udać.

Snape odwrócił się, ledwie trzymając nerwy na wodzy.

– Wyszedłem z założenia – powiedział – tak jak każdy by wyszedł, że wybieramy się na drugie piętro, ponieważ tam znajduje się departament przestrzegania praw czarodziejów.

Eryk nagle wyglądał, jakby się skurczył w sobie.

– Ee. – Spojrzał przez chwilę na swoje ręce, po czym pokręcił głową. – Nie – powiedział, a następne słowa wymówił tak szybko, że Harry prawie go nie zrozumiał. – Czwarte piętro, proszę pana.

Harry poczuł, że stojący obok niego Snape kompletnie zamarł. Nawet jego ręka, leżąca na ramieniu Harry'ego, nie drgnęła. Stał tam tylko, po czym powiedział, ledwo słyszalnym głosem:

– Co?

– Tak, proszę pana – powiedział Eryk, uciekając ze strachu w paplaninę. – Też pomyślałem, że to dość niezwykłe, ale powiedzieli, że, no że to jest oficjalne i ja powiedziałem, że oczywiście, że poinformuję gości takich jak, no jak pan, proszę pana i oni powiedzieli, że to ma sens i z jednej strony muszę się z nimi zgodzić, bo to jasne, że nie chcemy, żeby mroczni czarodzieje biegali po okolicy, używając swoich zdolności, znaczy, to nie znaczy, że ten chłopak jest mroczny, oczywiście, przeczytałem historię w "Proroku", myślę, że wczoraj zrobił naprawdę wiele dobrego, myślę...

– Chodź, Harry – powiedział Snape, głosem czystym niczym diament. – Idziemy na czwarte piętro, do departamentu regulacji i kontroli magicznych stworzeń. – Jego ręka tym razem się zacisnęła i niemal zaciągnął Harry'ego za sobą do wind.

Harry po chwili złapał równowagę i potrząsnął ramieniem, uwalniając się z uchwytu Snape'a.

– Dlaczego jest pan taki zły? – zapytał cicho.

Snape odwrócił się w jego kierunku.

– Uważają cię za magiczne stworzenie – syknął.

– Nie – zauważył Harry. – Nie sądzę, żeby mnie tak postrzegali, a na pewno nie na takim samym poziomie co, na przykład, gobliny. – Odsunął od siebie myśli o fontannie, bo te go tylko drażniły. – Wydaje mi się, że to jest wiadomość od ich rzecznika prasowego. Chcą, żeby wszyscy inni myśleli, że wężouści to jakieś niebezpieczne, magiczne stworzenia, które można tolerować wyłącznie wtedy, kiedy te się zarejestrują. – Jego umysł już wyleciał do przodu, zastanawiając się nad innymi następstwami. Wiedział, co ministerstwo chciało tym osiągnąć, ale w miarę możliwości chciał, żeby ich plan nie wypalił, albo zadziałał na jego korzyść. W najgorszym wypadku zawsze będzie mógł powiedzieć o tym Fawkesowi, nawet jeśli nie zrozumie odpowiedzi feniksa, to będzie mógł polegać na tym, że ten przekaże te wieści innym magicznym stworzeniom. – Mnie to naprawdę nie przeszkadza. Czuję się zaszczycony, że mogę przebywać w tym samym miejscu, w którym musieli się zarejestrować Remus, Hawthorn i inne wilkołaki, a jak skrzaty domowe i gobliny o tym usłyszą... – Spojrzał na Snape'a z uśmiechem. – Jedyne, co tym w sumie osiągną, to pomogą mi w mojej pracy vatesa.

Snape, jak zauważył, nie uśmiechał się. Snape, jak zauważył, był tak daleki od uśmiechu, że zaczynał wyglądać, jakby był gotów przekląć następną osobę, jaka im wejdzie w drogę. Harry pokręcił głową.

– Nie widzi pan? – szepnął. – Chcą mnie upokorzyć, tak, przypomnieć mi o "moim miejscu w świecie", ale to nie znaczy, że muszę tak to odebrać. Obrażą mnie tym tylko, jeśli im na to pozwolę.

Snape zagapił się na niego. Harry patrzył mu w oczy spokojnie i nawet poluźnił swoje tarcze na tyle, żeby Snape mógł odczytać jego umysł legilimencją, jeśli tylko chciał. Naprawdę mu to nie przeszkadzało, zwłaszcza, kiedy jego wrogowie wręczali mu tak znakomitą broń.

Snape kiwnął głową, po czym ruszył znowu w kierunku wind.

– A teraz wyjaśnij mi, proszę, czemu gdziekolwiek ruszasz się bez swojej różdżki.

Harry skrzywił się. No tak, skoro jeden cel mu uciekł, to rzucił się na kolejny.


– Podpisz tutaj, jeśli zawarte tutaj informacje są poprawne.

Harry westchnął i pochylił się nad formularzem przed sobą, masując i rozczapierzając swoją obolałą rękę, kiedy przyglądał się informacjom, które były dość podstawowe: kiedy się urodził, pełne imiona jego rodziców, miejsce urodzenia i tak dalej. To nie było takie trudne, jak sobie wyobrażał, ale przede wszystkim okazało się być koszmarnie nudne. Musiał podpisać i wypełnić wiele formularzy, często w trzech kopiach. Coraz trudniej było mu zrozumieć Scrimgeoura. Nie tylko mężczyzna zdawał się lubić takie rzeczy, ale zbudował swoją reputację na szczerym uwielbieniu ich. Jak on znosił te tortury?

Snape stał za nim z rękami skrzyżowanymi na piersi. Siedząca za biurkiem, wesoła, młoda czarownica od czasu do czasu zerkała w jego kierunku, przechodząc z nerwowych spojrzeń, do czysto przerażonych. Harry ją rozumiał. Snape nie musiał niczego mówić. Był w stanie przerazić samym spojrzeniem.

Wypełnił ten formularz i położył go na jej biurku. Kiedy czarownica mu się przyglądała, Harry rozejrzał się po jej biurze. Było przestronne i przewiewne, a przynajmniej takim się wydawało. Miało wysoki sufit, wiele biurek i okna, które ukazywały niemożliwy, magicznie stworzony widok słońca przemierzającego bezchmurne, błękitne niebo. Harry nie był pewien, jaka dywizja się nimi zajmowała; widział po drodze tylko kilka czarownic i czarodziejów wędrujących korytarzami i żadnych magicznych stworzeń. Większość z nich zatrzymywało się, kiedy ich mijali, jakby zastanawiali się, co Harry tu w ogóle robi, albo rozpoznając go ze zdjęć, zamieszczonych w dalszym reportażu Skeeter, ale wszyscy przyśpieszali jak tylko zauważali Snape'a.

Ciepły głos czarownicy sprowadził Harry'ego na ziemię.

– Wspaniale, mój drogi. A teraz jeszcze tylko jeden formularz i będzie po wszystkim. – Podsunęła w jego kierunku pojedynczą kartkę. Harry poczuł, jak serce mu rośnie. To było męczące, nudne i niezbędne, a kiedy się dowiedzieli, że ministerstwo zaklasyfikowało go jako magiczne stworzenie, nic go w tym nie bawiło. Rzucił wzrokiem na kartkę. Zawierała tylko kilka zdań, ale ponieważ były napisane oficjalnym językiem urzędowym, to chwilę mu zajęło zrozumienie, co tak naprawdę oznaczają.

Wyprostował się, ostrożnie, po czym odłożył przed sobą pióro, prostując palce. Czarownica spojrzała na niego ze współczuciem.

– Ręka cię boli, mój drogi? Nic nie szkodzi. Zrób sobie chwilę przerwy zanim to podpiszesz.

Harry spojrzał jej spokojnie w oczy.

– Nie podpiszę tego.

Czarownica otworzyła usta w bardzo obrazowym popisie szoku. Miała ciemne włosy i szare oczy, które przypominały Harry'emu syriuszowe, przynajmniej pod względem zaskoczenia, jaki potrafiły sobą wyrazić.

– Och, mój drogi, ale musisz. Tak dobrze sobie poradziłeś ze wszystkimi pozostałymi! Ten też powinieneś podpisać. To ostatni krok rejestracji. – Wskazała na kartkę i uśmiechnęła się, jakby Harry'emu umknęło, że pod nią już niczego nie ma.

Harry przyjrzał się jej.

– Wiem. Ale tu stoi, że nie wolno mi rozmawiać z wężami, nie ryzykując przy tym legalnej kary nałożonej przez ministerstwo. Tego nie zrobię. Z przyjemnością poinformuję ministerstwo o tym, że jestem wężoustym i pozwolę im trzymać tutaj moje dane na wypadek, gdyby jakiś wężousty popełnił przestępstwo – to była oficjalna wymówka, jaką czarownica mu podała – ale nie przestanę używać mojego daru. Czy wilkołaki musiały podpisać formularz, w którym zadeklarowały się, że przestaną się przemieniać co pełnię?

Czarownica zaśmiała się nerwowo.

– No już, mój drogi, przecież sam dobrze wiesz, że... to nie to samo. Likantropia to choroba, przecież oni nie mogą nic poradzić na to, że są chorzy. – Pochyliła się w jego kierunku poufale. – Przecież to i tak nie są normalni czarodzieje. Ale ty jesteś, mój drogi. I znasz przecież różnicę między dobrem i złem, prawda? Chcesz być posłuszny prawu, prawda? Czyli możesz z własnej woli przestać używać swojego talentu. To wszystko. – Zachęcająco postukała formularz palcem.

Harry przymknął oczy, przypominając sobie jeden z formularzy, które podpisał.

– Jestem też legalnie odpowiedzialny stawić się w ministerstwie, jeśli ktoś stąd będzie potrzebował mojej zdolności wężomowy, prawda?

– Tak – powiedziała czarownica – ale to tylko oznacza, że będą pytać o twój talent, nie każą ci go używać...

Harry otworzył oczy z powrotem i spojrzał na nią groźnie.

– A co, jeśli będę w stanie uratować komuś życie, mówiąc wężomową, ale tego nie zrobię, obawiając się kar, i dana osoba umrze, bo została ukąszona przez jadowitego węża? Czy nie zostanę oskarżony o morderstwo, skoro miałem moc, którą mogłem zapobiec tej śmierci, ale niczego w związku z tym nie zrobiłem?

Czarownica otworzyła usta, ale nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Zaczęła przeszukiwać formularze, które Harry już podpisał.

– Wcale bym się nie zdziwił, gdyby tak było – powiedział Harry. Z trudem uspokoił swoją furię i pilnował, żeby jego głos był cięty i chłodny. – Mogliby, gdybym to podpisał. Więc tego nie zrobię. – Wstał. – Dziękuję za pomoc w wypełnianiu pozostałych formularzy. Proszę się nie obawiać i powiedzieć o tym komu tylko pani chce.

– Nie możesz tak – powiedziała czarownica z desperacją. – Mój drogi, prawo jest bardzo wyraźne... wszyscy wężouści i posiadacze innych mrocznych talentów muszą się zarejestrować i wypełnić wszystkie...

– Czy jest pani w stanie mnie powstrzymać? – zapytał ją miękko Harry.

Czarownica wycelowała w niego różdżką. Harry spojrzał jej w oczy i czekał.

Nagle czarownica gwałtownie pobladła, a jej ręka się trzęsła, kiedy odkładała różdżkę.

– Nie rób tak – szepnęła. – To jest okropne, jak na mnie tak patrzysz, jakbyś mógł mnie obedrzeć ze skóry i odczytać mi z głowy wszystkie moje tajemnice. – Zaczęła się trząść i podniosła ręce, żeby ukryć w nich swoją twarz.

Harry zamrugał. Być może wyglądał bardziej złowieszczo, niż planował. Pokręcił głową, odwrócił się od niej i pochwycił wzrokiem spojrzenie Snape'a. Ten kiwnął głową i ruszyli w kierunku wind.

– To nigdy nie powinno zajść aż tak daleko – syknął Snape, kiedy czekali na pojawienie się windy. – Żeby próbowali ci zakazać rozmawiania z wężami? To jakiś obłęd.

Harry zamknął oczy i przez chwilę bawił się wyobrażaniem sobie, co Sylarana by miała na ten temat do powiedzenia. To pomogło mu pozbyć się odrobiny złości. Otworzył oczy.

– Tak, do tego cokolwiek niespodziewane – powiedział lekkim tonem. – Obawiam się, że po drodze będziemy musieli zajrzeć na drugie piętro. Chciałbym porozmawiać z Rufusem Scrimgeourem i dowiedzieć się, jakim cudem wszystko się tak szybko pogorszyło.

Snape posłał mu surowe spojrzenie.

– Wydawało mi się, że będziemy wracać od razu do Hogwartu – powiedział. – Zbyt długie przebywanie poza osłonami jest dla ciebie niebezpieczne, Harry.

– Wiem – powiedział Harry i westchnął. – Ale chyba jednak muszę z nim porozmawiać. Nie ostrzegł mnie. Albo o tym wiedział, a to oznacza, że musimy ponownie omówić warunki naszego sojuszu, albo nie wiedział, a to oznacza, że wszystko stało się podejrzanie szybko. Dlaczego? Dlaczego komuś nagle przyszło do głowy, że powinni się bać wężoustych, ze wszystkich ludzi, albo mrocznych czarodziejów, którzy się jeszcze nie zarejestrowali? – Pokręcił głową.

– Zawsze bali się potężniejszych od siebie – szepnął Snape. – Bywają takie chwile, kiedy rozumiem, o co chodziło Mrocznemu Panu.

Harry stłamsił drżenie. Komentarz nasunął mu wspomnienia o wczorajszym spotkaniu z Rosierem i jego stwierdzeniu, że Harry może się stać Mrocznym Panem nawet, jeśli zabije Voldemorta. Bywały też takie chwile, kiedy Harry używał mrocznej magii, albo był w samym jej środku i z całą pewnością czuł pokusę, żeby posunąć się dalej. Pomyślał o nocy Walpurgii i jak wtedy tańczył. Tego rodzaju święta ministerstwo będzie próbowało kontrolować i bez wątpienia usunąć z kalendarza.

Ale to wszystko było wbrew temu, co kiedyś, z pasją i prawdziwym przekonaniem, powiedział mu Scrimgeour. To nie było sprawiedliwe, żeby potężni rządzili światem, a czarodzieje o przeciętnej mocy nie mieli nic do powiedzenia. Ministerstwo powinno pozostać neutralnym, otwartym dla wszystkich miejscem, w którym każdy mógł się wykłócać, każdy mógł dostać swoją szansę i nad którym żaden Lord nie miał kontroli.

Z głębi gardła Harry'ego wydobył się mały dźwięk. Harry pokręcił głową. Po prostu kolejna ciernista droga, którą trzeba będzie przetańczyć.

Wtedy pojawiła się winda i Harry do niej wszedł, a zaraz za nim Snape. Harry się skoncentrował. Będzie musiał odpowiednio dobrać słowa, żeby przekonać Scrimgeoura, że nie jest po prostu kolejnym Lordem, który przyszedł mu mącić w ministerstwie. Czasami ta moc była dla niego równie uciążliwa, co wyzwalająca.


Biuro aurorów postawiło Harry'ego na baczności. Wyczuwał brzęczące w tle, niewidoczne osłony. Kiedy Snape eskortował go między biurkami, Harry widział jak aurorzy odprowadzają ich wzrokiem, niekoniecznie dlatego, że byli w stanie wyczuć jego moc, ale przez wytrenowaną w nich podejrzliwość wobec wszystkiego. Na wielu twarzach zobaczył spięcie, udrękę i zimną, ponurą odpowiedzialność, ale to mogło być przynajmniej po części spowodowane koniecznością użerania się z robotą papierkową.

Przed wejściem do biura Scrimgeoura spotkali jego asystenta, ale ten, z jakiegoś powodu, na widok Harry'ego tylko otworzył szerzej oczy i kiwnął na drzwi za sobą.

– Wchodźcie – powiedział. – Oczekuje was. Powiedział, że rozpoznam was na pierwszy rzut oka i muszę przyznać, że miał rację. – Wyszczerzył się do nich uśmiechem, który nie drgnął nawet pod morderczym spojrzeniem, jakie rzucił mu Snape.

Harry pokręcił głową z zaskoczeniem i ruszył w stronę drzwi. Skąd Scrimgeour wiedział, że Harry postanowi go odwiedzić? I czemu rozmawiał o tym z innymi ludźmi?

Pomieszczenie było mniejsze, niż Harry oczekiwał od szefa biura aurorów, ale to mógł być efekt niezliczonych fotografii, wiszących na ścianach. Harry rozejrzał się wokół w lekkim oszołomieniu. Przed oczami mignęły mu domy, ludzie, drzewa, ulice, mapa czegoś, co wyglądało jak ministerstwo, kilka zdjęć Hogwartu, sceny, które wyglądały jak aresztowania, łagodne, nieco głupawe oblicze ministra Knota i wielu innych.

– Harry. Wejdź, proszę.

Harry odwrócił się. Pośrodku tych wszystkich fotografii znajdowało się biurka – właściwie to dwa, stojące naprzeciw siebie. Scrimgeour siedział przy jednym z nich, a jego żółte oczy patrzyły wprost na niego. Za drugim, pisząc coś nerwowo na pergaminie, który zdawał się być dłuższy od niego samego, siedział Percy Weasley.

Harry zagapił się na Scrimgeoura. Auror podniósł jedną ze swoich imponujących brwi, po czym wykonał gest w stronę Percy'ego.

– Ach, tak, zapomniałem, że już znasz pana Weasleya. Ostatecznie chodziliście do tej samej szkoły, nawet jeśli nie przebywaliście w tym samym domu. Chyba nie muszę was w takim razie sobie przedstawiać?

– Nie – wymamrotał Harry, jeszcze bardziej zaskoczony. Wydawało mu się, że Percy pracował w departamencie, który sprawdzał grubość kociołków, a nie dla szefa aurorów. Percy poderwał nerwowo głowę, rzucił Harry'emu elokwentne, zastraszone spojrzenie, po czym wrócił do pisania na swoim pergaminie.

– Pan Weasley pomaga mi w sprawie, którą teraz prowadzę – powiedział Scrimgeour wylewnie. – Idealne zadanie dla kogoś z jego talentem. – Mrugnął do Harry'ego.

Harry pokręcił lekko głową, czując jak końce ust rozciąga mu uśmiech. Ostrzegł Scrimgeoura, że w ministerstwie znajdzie się Percy, który będzie szpiegował dla Dumbledore'a. Myślał, że auror po prostu będzie go miał na oku, ale wyglądało na to, że Scrimgeour wolał podejść do tego bardziej bezpośrednio.

– Podejrzewam, że przyszedłeś tu w sprawie tego nowego rozporządzenia? – ciągnął dalej Scrimgeour, bez problemu sprowadzając rozmowę na właściwe tory. – Tak. Upierdliwa rzecz. Dopiero dzisiaj rano mnie o tym poinformowali, kiedy upuścili mi na biurko formularze. – Podniósł najbliższą sobie kartkę i zaszeleścił nią. – Jak niby mamy złapać każdą mroczną czarownicę, która wykonuje pomniejsze zaklęcie miłosne, ale nie chce się zarejestrować, pytam się ja ciebie?

– Miałem nadzieję, że powie mi pan, jak im się udało to przepchnąć tak... sprawnie – powiedział Harry, uznając, że równie dobrze może przybrać manierę Scrimgeoura. Aurorowi zdawał się nie przeszkadzać fakt, że Percy słyszy każde ich słowo, więc Harry nie widział powodu, żeby miało to przeszkadzać jemu. – Odniosłem wrażenie, że została na szybko przepchnięta przez Wizengamot. I czemu wężouści muszą się rejestrować w departamencie regulacji i kontroli magicznych stworzeń? – Dopilnował, żeby w jego głosie znalazła się umiarkowana ilość gniewu. Nikt nie powiedział, że nie powinien okazywać swojego niezadowolenia przy odpowiednich ludziach.

Zauważył, że zaskoczył tym Scrimgeoura. Auror wyprostował się i pochylił do przodu.

Tam ci się kazali zarejestrować? – zapytał.

Harry kiwnął głową.

– Domyślam się, że nikt inny nie musiał?

Scrimgeour zamknął oczy.

– Nawet jeśli nie, to nie miałoby to większego znaczenia – mruknął. – Ktoś mógłby zawsze powiedzieć, że to dlatego, że nie ma innych wężoustych w Brytanii.

– A przynajmniej takich, którzy okazaliby się na tyle głupi, żeby się przyjść i zarejestrować – powiedział Snape cierpko.

– Nie ukończyłem rejestracji – powiedział Harry, uznając, że szczerość jest w tym momencie bardzo ważna. Jego sojusz ze Scrimgeourem była oparta na wymianie informacji, ponadto Scrimgeour był aurorem i musiał przestrzegać prawa czarodziejów. Jeśli Harry nie da mu jakiegoś pola do manewru między kruczkami prawnymi, to w pewnej chwili może nie mieć wyjścia i zostanie zmuszony do zaaresztowania Harry'ego za złamanie jakiegoś prawa. – Nie podpisałem formularza, na którym było napisane, że rozumiem, że zostanę poddany odpowiednim karom, jeśli będę rozmawiał z wężami.

Scrimgeour otworzył oczy. Harry obserwował go z fascynacją. Do tej pory tylko raz widział tę transformację, za pierwszym razem jak się spotkali. Przez większość czasu mężczyzna zdawał się być zdystansowany i rozbawiony, ale tutaj, właśnie w tej minie była ta intensywność, która pokazała się do tej pory tylko raz, kiedy mówił Harry'emu o ministerstwie – o tym, czy jest i czym być powinno.

– To – powiedział Scrimgeour głosem cichym i wyraźnym – nie było częścią żadnej z pozostałych rejestracji.

Harry zacisnął pięści.

– Czyli mroczna czarownica, która rzuca zaklęcia miłosne nie musi przestać ich rzucać? – zapytał.

Scrimgeour pokręcił głową.

– Jak niby mielibyśmy tego zakazać, kiedy można legalnie sprzedawać eliksiry miłosne? Nie, ona musi się tylko zarejestrować, zadeklarować, że je robi, gdzie mieszka i tak dalej. Jeśli potem nastąpi jakieś przestępstwo dokonane z użyciem zaklęć miłosnych, będziemy mieli zgrabną listę podejrzanych – przepraszam, ludzi skłonnych pomóc nam w dochodzeniu. – Znowu wbił wzrok w Harry'ego. – Ale nie to. Nie wiedziałem, że ktoś spróbuje zażądać od ciebie, żebyś w ogóle nie używał swojego talentu.

Harry stał w milczeniu, zastanawiając się nad tym wszystkim. Gdyby nie data listu Umbridge, pomyślałby, że rejestracja została wycelowana w niego przez jego wyczyny podczas mistrzostw świata w quidditchu, ale napisała do Snape'a zanim do czegokolwiek doszło.

Co nie znaczy, że rejestracja nie była wymierzona w ciebie, powiedział mu cichy głos, nie Regulusa, którego nie słyszał od rana, ale najbardziej ślizgońska część jego umysłu. Wciąż może być. Najbardziej za tym przemawia fakt, że nie chcą, żebyś w ogóle używał wężomowy, podczas gdy wszystkie inne mroczne talenty po prostu mają na oku.

Ale po co? Z tego, co Harry pamiętał, wężomowa była uznawana za mroczną jeszcze od czasów Slytherina, właśnie przez wzgląd na to, jak on skończył, ale to przecież nie był jakiś potężny dar, który sprawiłby, że ministerstwo obawiałoby się kogoś, kto po prostu jest w stanie go używać. Przecież Harry nie jest w stanie skrzyknąć armii węży i nasłać ich na kogokolwiek.

Głos miał i na to odpowiedź. Wężomowa to tylko wymówka. Przede wszystkim chcą kontrolować twoją moc. Plotki miały już całe miesiące, żeby się nawarstwić i jak wiele osób było w stanie wyczuć wybuch magii, który poinformował śmierciożerców o tym, gdzie znajduje się Lux Aeterna? Robią się nerwowi. Jeśli wszyscy zobaczą, że przychodzisz oficjalnie i zgadzasz się na współpracę z ministerstwem, to będą w stanie zachowywać się, jakby mieli cię na smyczy, zamiast traktować cię jak niezależnego Lorda.

Harry skrzywił usta w cichym warknięciu. Nie uważał, że potężni czarodzieje powinni rządzić słabszymi, nie, ale też nie podobała mu się myśl o tym, żeby słabsi czarodzieje mieli nad nim kontrolę. Był bronią i ofiarą wojny, ale sam wybierał, kogo chce chronić i za kogo poświęcać. Ministerstwo nie okazało mu nawet na tyle szacunku, żeby otwarcie z tym do niego przyjść. Harry już zaczynał żałować, że tu w ogóle przyszedł i dał wszystkim do zrozumienia, że chce przestrzegać prawa.

Ale co innego mógł zrobić w tej sytuacji? Przecież nie był w stanie w pojedynkę walczyć z całym ministerstwem.

Otworzył oczy i ponownie spojrzał w scrimgeourowe.

– Być może będę musiał go użyć – powiedział – ale tylko po to, żeby uratować ludzkie życie.

– A ja być może będę musiał cię aresztować – powiedział Scrimgeour równie ostrożnie – ale tylko po to, by nacieszyć ludzkie oczy.

Harry kiwnął gwałtownie głową ze zrozumieniem. Były takie rzeczy, których Scrimgeour nie mógł zrobić i zasady, których nie był w stanie złamać, ale jeśli przyjdzie do aresztowania Harry'ego, to spróbuje załagodzić sytuację tak bardzo jak tylko będzie w stanie. Przynajmniej teraz wiedzieli, na czym stoją.

Zerknął po raz ostatni na Percy'ego Weasleya, ale Scrimgeour nie zaoferował żadnego spontanicznego wyjaśnienia względem tego, co ten tu właściwie robi, więc Harry po prostu wzruszył ramionami.

– Do zobaczenia, aurorze Scrimgeour – powiedział.

– Do zobaczenia, panie Potter – powiedział Scrimgeour równie formalnie. – Nie mam żadnych wątpliwości, że to jeszcze nastąpi.

Harry uśmiechnął się do niego bez humoru i wyszedł z biura. Snape miał rację, powinni się czym prędzej znaleźć z powrotem za osłonami Hogwartu.

Umysł jednak już mu wirował, sięgając i zbierając nitki, sprawdzając połączenia, jakie mógłby z nich wypleść, które mogłyby przysłużyć się zarówno jemu, jak i jego sojusznikom.


Snape szedł za Harrym w milczeniu. Wyglądało na to, że jednak nie będzie musiał nikogo przekląć, ani też porozmawiać ze swoim wychowankiem o możliwych komplikacjach związanych z prawem, które wyłącznie wężoustym – czyli w praktyce tylko jednemu czarodziejowi w Brytanii – zakazywało używania swojego mrocznego talentu.

Harry sam do tego wszystkiego doszedł. Snape, dzięki eliksirowi, który podał Harry'emu tego ranka, czuł jak jego umysł pędzi, przebierając i przeglądając konsekwencje, odrzucając jedne i zachowując inne, choć nie był w stanie odczytać samych myśli.

Snape uwarzył ten eliksir wczoraj w nocy, to był jego pierwszy z wielu kroków do wyleczenia Harry'ego z jego poświęcającej się natury. Rozbudził tym Harry'ego, tak, ale też dał Snape'owi pasywne połączenie z jego umysłem – takie, które ostrzeże go, kiedy Harry znajdzie się w niebezpieczeństwie, poinformuje Snape'a, jeśli tylko ten się porządnie skoncentruje, gdzie jego wychowanek się znajduje, oraz pozwoli mu czuć ogólny stan umysłu i emocji Harry'ego. Nie nałoży na niego żadnych barier. Harry wciąż mógł iść, gdzie chciał i robić, co mu się podoba, co prędzej, czy później i tak by się zaczęło. Ale tym razem Snape będzie z nim, jeśli tylko nastąpi taka potrzeba.

Kiedy tak patrzył, jak jego wychowanek kroczy przed nim, Snape'owi przyszło do głowy, że to mogło nie być aż tak niezbędne jak mu się wydawało.

Otwiera oczy. Widzi znacznie więcej świata wokół siebie, niż wtedy, kiedy za pierwszym razem pojawił się w Hogwarcie.

Jeśli tylko uda mi się go nakłonić, żeby wreszcie zobaczył też samego siebie, to może odniesiemy wreszcie jakieś prawdziwe zwycięstwo.

Snape uśmiechnął się krzywo i poczuł, jak ciąg dawno zagrzebanych ambicji odżywa w nim ponownie, wykluwając się niczym smoki.

Tu już nie chodzi po prostu o zwycięstwo nad Jamesem, czy nad Gryfonami, o ile kiedykolwiek tak naprawdę tym było. Tutaj chodzi o wygraną w ogóle i o wygranie przyszłości.