Mam dla Was wieści: ta historia właśnie dorobiła się przynajmniej jednego dodatkowego rozdziału przez zwrot akcji, jaki nastąpił pod koniec tego rozdziału. Cholera.

Rozdział siódmy: Kto przemawia do Wielu?

– Obiecuję ci, Harry, nie miałem z tym nic wspólnego.

Harry przymrużył podejrzliwie oczy, przyglądając się Albusowi, który ukrył swoje westchnięcie i stłamsił swoją instynktowną pokusę, żeby odczytać umysł chłopca. Wizyta w gabinecie trwała już od dziesięciu minut i wyglądało na to, że Harry nie miał zamiaru mu uwierzyć bez względu na to, jakby się nie wypierał tego, jakoby miał cokolwiek wspólnego z nowym rozporządzeniem Knota. Wciąż próbował coraz to nowszych i subtelniejszych zagrywek, jakby wierzył, że te w pewnej chwili wyciągną wreszcie z Albusa prawdę.

Albus czekał więc na następne pytanie, a w międzyczasie sprawdził, w jaki sposób chłopiec się zmienił w trakcie lata. Harry urósł nieco. Ta zmiana była jednak najbardziej banalna i oczywista ze wszystkich. Jego wzrok był bardziej stateczny, bezpośredni, do tego zachowywał się, jakby miał w życiu jakiś cel poza pragnieniem pozostania w cieniu. Albus już doszedł do wniosku, że jego pierwszy plan zajęcia się chłopcem nie zadziała. Będzie musiał spróbować innych.

Przynajmniej Severus pozwolił im porozmawiać na osobności. Przynajmniej tyle. Zaufanie, jakie Harry miał wobec Albusa, było bardzo kruche, ale przynajmniej istniało. Severus już mu w ogóle nie ufał.

I niby czyja to jest wina?

Albus się skrzywił. W trakcie wakacji zdążył się przyzwyczaić do tego głosu, ale i tak go nie lubił. Zadawał mu bezużyteczne pytania, na które odpowiedzi już znał od dawna, zachęcał do dumania nad starymi żalami, które już dawno temu odsunął od siebie. Nie miał czasu nad nimi rozmyślać. Merlin jeden wiedział, że jego dni i tak są już przepełnione konsekwencjami wszystkiego, co robił.

Wyglądało na to, że Harry uznał, że jednak bezpośrednie podejście zadziała najlepiej.

– Ale jest pan naczelnym magiem Wizengamotu – powiedział. – Knot nie byłby w stanie uchwalić prawa przeciw mrocznym czarodziejom bez pańskiej pomocy.

Albus westchnął.

– Był i to właśnie zrobił, Harry – powiedział i podniósł książkę, która leżała na brzegu jego biurka, przełożona jednym z piór, które zrzucił z siebie Fawkes, jako zakładką. Podał ją Harry'emu i czekał w milczeniu, kiedy chłopiec czytał. Sam tymczasem zawiesił wzrok na starej żerdzi, stojącej po przeciwnej stronie pokoju. Tęsknił za Fawkesem. Żałował, że feniks go nie odwiedza przynajmniej od czasu do czasu, ale wyglądało na to, że to było wbrew postanowieniu, jakie Fawkes podjął, zmieniając sojusze.

Harry spojrzał na niego z pobladłą twarzą.

– Wydaje mu się, że jesteśmy w stanie wojny? – zachrypiał.

Albus kiwnął głową.

– Tak. "W czasie wojny można zastąpić, albo pominąć maga naczelnego Wizengamotu, jeśli minister potrzebuje podjąć decyzję z pomocą swoich lojalnych sojuszników", a zaznaczam, że cytuję to z pamięci, Harry. Muszę przyznać, były czasy, kiedy to było rozsądne zabezpieczenie. To prawo trakcie wojny z Grindelwaldem, kiedy okazało się, że mag naczelny Wizengamotu jest członkiem błyskawicznej straży Mrocznego Pana. – Albus skrzywił się. Niemiło wspominał proces Beowulfa Guile'a. – Tym razem jednak, Knot otrzymywał raporty o mrocznej aktywności, które zdawały mi się przesadzone i zwielokrotnione ponad wszelką miarę. Nie ogłosił jeszcze, że Voldemort powrócił. To by wymagało od ministerstwa oficjalnego uznania Mrocznego Pana za wciąż żyjącego wroga. Mam wrażenie jednak, że wydaje mu się, że kolejny Mroczny Pan rośnie w siłę, a to oznacza, że może być w stanie przekonać do siebie większość Wizengamotu. – Albus westchnął. – Nie spróbował nawet dać tego do wglądu. Po prostu mnie pominął. Chyba po prostu zdał sobie sprawę z tego, że by mnie nie przekonał.

Harry kiwnął powoli głową, mrużąc oczy.

– To oznacza, że może uchwalić więcej praw – powiedział. – Prawda?

– Tak – powiedział Albus i zaczekał. Chłopiec wyglądał, jakby miał zamiar mu zadać więcej pytań.

Harry zamknął oczy i przez chwilę siedział w bezruchu. Albus czuł, jak otacza go blask jego magii, odurzającej i pociągającej – a przynajmniej byłaby taką, gdyby sam nie był chroniony przez własną, starą, oswojoną moc. Moc Harry'ego nie zwiększyła się, ale zdawała się pogłębić, jakby nabierał nad nią większej kontroli. Albus miał szczerą nadzieję, że tak właśnie jest, zarówno dla dobra chłopca, jak i czarodziejskiego świata.

– Mogą skrzywdzić moich sojuszników – szepnął Harry.

Brwi Albusa podniosły się.

– Oczywiście, prawa anty–wilkołacze już skrzywdziły Remusa... – zaczął.

Harry otworzył oczy i pokręcił głową.

– Nie tylko tych sojuszników, proszę pana. Sojuszników, w których sprawy obiecał się pan nie wtrącać, byli śmierciożercy i mroczni czarodzieje. – Zacisnął i poluźnił dłoń, jakby już przewidując, jak bardzo będzie go boleć po napisaniu wszystkich listów, jakie go czekają. – Muszę ich ostrzec.

Albus sprawdził swoją chęć powiedzenia czegokolwiek. Podejrzewał, że Harry'ego spotka spory zawód ze strony byłych śmierciożerców i mrocznych czarodziejów. Chciałby być w stanie powiedzieć coś, co by go na to w jakiś sposób przygotowało, ale Harry i tak by mu nie uwierzył. Miał ogromną zdolność do przebaczania i zapominania.

Zbyt potężną, pomyślał Albus. Za dobrze go wytrenowaliśmy, Lily i ja.

Drgnął chwilę później i przegonił te myśli ze swojej głowy. Po prostu nie miał czasu na stare żale.

Harry kiwnął mu i wstał.

– Dziękuję, że poinformował mnie pan, że magiczna Brytania znajduje się na dobrą sprawę w stanie wojennym – wymamrotał, po czym odwrócił się i wyszedł z pokoju.

Albus westchnął i zajął się czymś innym, nie pozwalając swojemu umysłowi rozwodzić się nad Harrym zbyt długo. Chłopiec był prawdopodobnie w tej chwili najważniejszym czarodziejem na świecie, istotniejszym nawet od swojego brata, którego trening, pod wieloma względami, szedł naprawdę znakomicie. Albus jednak pogodził się już z tym, że istniały takie problemy, które nie mają z nim nic wspólnego, a ten był takim, który mógł, a mimo to nie miał.

Podniósł trzy listy, jeden z Francji, jeden z Bułgarii i jeden z Doliny Godryka, po czym usiadł, zastanawiając się, jak najlepiej będzie na nie odpowiedzieć.


Harry wyszeptał hasło do drzwi Snape'a – musiał poprosić swojego mentora o zmienienie go już kilka razy, aż nie znaleźli takiego, które nie odnosiło się do żadnego z członków rodziny Harry'ego w niemiły sposób – i otworzył je, akurat w porę, by zobaczyć, jak Snape otrzymuje wyjca. Mistrz eliksirów siedział za swoim biurkiem, oznaczając eseje i wyglądając na niewzruszonego, kiedy czerwona koperta unosiła się nad jego biurkiem, wrzeszcząc na niego.

– ...W PIERWSZEJ CHWILI WYDAWAŁO MI SIĘ, ŻE TO BYŁ ZAKAZ MOJEJ MATKI, ALE POTEM DOWIEDZIAŁEM SIĘ, ŻE TO BYŁ PAŃSKI! CZY DO PANA W OGÓLE NIE DOCIERA, JAK BARDZO CHCIAŁEM SIĘ ZOBACZYĆ Z HARRYM PRZED ROZPOCZĘCIEM ROKU SZKOLNEGO? I JAK BARDZO ON CHCIAŁ SIĘ ZOBACZYĆ ZE MNĄ? JAKIM PRAWEM UWAŻA PAN, ŻE WOLNO PANU DECYDOWAĆ O TYM, ŻE NIE WOLNO MU MIEĆ ŻADNYCH GOŚCI? URATOWAŁ WSZYSTKICH PRZED ŚMIERCIOŻERCĄ! ILE JESZCZE MUSI ZROBIĆ, ŻEBY ZASŁUŻYĆ SOBIE NA PAŃSKĄ APROBATĘ?

Harry przejechał dłonią po twarzy. Od tygodnia dostawał spokojne listy od Dracona, ale najwyraźniej był naiwny, myśląc, że prędzej czy później nie dojdzie do jakiegoś wybuchu z jego strony.

Wyjec opadł na biurko Snape'a. Ten dokończył pisanie linijki, którą zaczął, po czym wyciągnął różdżkę i mruknięciem spopielił kopertę, po czym podniósł wzrok.

– Harry – powiedział spokojnie. – Ufam, że twoje spotkanie z Albusem minęło spokojnie.

Harry wywrócił oczami. Naciskał na samotne spotkanie z Dumbledore'em, ale o zgodę na nie musiał walczyć przez cały ostatni tydzień. Teraz musiał stać w bezruchu, kiedy Snape używał na nim łagodnej legilimencji, żeby upewnić się, że dyrektor nie pozostawił w jego umyśle kolejnej sieci. Wreszcie jego mentor odchylił się na krześle, kiwając głową.

– Twój umysł jest czysty – powiedział. – No dobrze. Muszę cię zapytać jeszcze raz, czy jesteś pewien co do tej ekspedycji.

Harry założył ręce na piersi.

– O ile nie chce pan, żebym miał własne książki, kociołki i szaty, których potrzebuję do szkoły, to tak.

– Mógłbym fiuknąć znajomą, która często robi zakupy na Pokątnej i poprosić ją o przyniesienie ci twoich nowych niezbędników szkolnych – powiedział Snape, powtarzając swoja ofertę.

Harry pokręcił głową. Wakacje spędzone w Lux Aeternie uzależniły go przynajmniej od jednego: otwartej przestrzeni przed nim i niebem nad głową. Przez pierwsze tygodnie sierpnia nie było nawet tak źle, bo mógł wychodzić na zewnątrz tak długo, jak się nie oddalał zanadto od zamku, ale przez ostatnich kilka dni Snape nie pozwalał mu wychodzić poza osłony. Jutro uczniowie mieli się zacząć zjeżdżać i nie będzie miał więcej możliwości przewietrzenia się, o ile nie pójdzie polatać, albo do Hogsmeade, a Harry nie był pewien, czy Snape mu na to pozwoli.

– Chcę się tam udać osobiście.

Snape westchnął.

– Niech i tak będzie. – Wstał, rzucił zaklęcie przyzywające na swój płaszcz i zerknął krytycznie na Harry'ego. – Zaraz się tam znajdziemy – powiedział. – Nie ma nawet południa. Nie musisz się tak niecierpliwić.

Harry zamrugał. Miał skrzyżowane ręce, ale nie tupał nogą, nie wzdychał, ani nie zerkał na zegar. Nie sądził, żeby wyglądał na zniecierpliwionego.

– Co?

Snape przymrużył oczy, jakby był czymś zaskoczony, po czym wykonał gest w stronę kominka.

– Pan przodem, panie Potter.

Harry wywrócił oczami. Snape zwracał się do niego po nazwisku za każdym razem, kiedy zrobił coś nie tak, ale w tym przypadku naprawdę nie miał pojęcia, co by to mogło być. W drodze do kominka zajrzał jeszcze do swojej sypialni po własny płaszcz. Jeśli ktokolwiek go rozpozna przez artykuł Skeeter, to będzie przynajmniej w stanie ukryć twarz za kapturem.


Harry odrzucił głowę do tyłu i odetchnął z ulgą. Za pomocą sieci fiuu wylądowali w Dziurawym Kotle, skąd Snape zaprowadził go na ulicę Pokątną. Na ten właśnie widok Harry miał nadzieję. Świeże powietrze, błękitne niebo – wygląda na to, że dzień, który Snape wybrał, żeby go zaprowadzić do ministerstwa, jednak nie był ostatnim słonecznym tego sierpnia – ludzie, którzy ich mijali, nie uciekali z przerażeniem, ale też nie wiwatowali energicznie. Poczuł, jak nerwy, z istnienia których ledwie zdawał sobie sprawę, powoli rozpuszczają mu się w żołądku.

– Chodź, Harry. James powiedział, że założył ci oddzielne konto w Gringotcie, dobrze zrozumiałem?

Harry kiwnął głową. Przemilczał resztę listu, bo nie widział powodu, żeby denerwować nim Snape'a. W reszcie listu James rozwodził się o tym, co zrobi Snape'owi, jeśli ten położy rękę na pieniądzach Harry'ego. Harry skrzywił się na to wspomnienie. Czasami jego ojciec przypominał mu wciąż znacznie mniej dojrzałego Dracona i te jego przytyki o biedzie Weasleyów.

– Tędy – powiedział Snape i zaprowadził Harry'ego w dół ulicy.

Kilka osób obejrzało się za nimi, ale niewiele. Harry powoli zaczął się odprężać. Prawdopodobnie ludzie zagapili się na niego bezmyślnie, jak ktoś, kto wiedział, że skądś zna tę twarz, ale nie jest do końca pewny, skąd. Ostatecznie minęły już cztery dni od artykułu Skeeter, a tarcze na jego magii były zaciśnięte jeszcze mocniej niż zazwyczaj.

I tak się gapią, powiedział Regulus, niespodziewanie pojawiając się w głowie Harry'ego. Pewnie wyczuwają w tobie coś szczególnego, ale mam wrażenie, że większość z nich nie ma pojęcia, co dokładnie. Co nie znaczy, że nie powrócisz do nich potem w snach.

Już mi ulżyło, prychnął Harry. Gdzie się podziewałeś?

Dawałem ci nauczkę, powiedział Regulus. Wygląda na to, że zdążyłeś się uspokoić, dzięki Merlinowi. Przykro ci teraz?

Harry westchnął, kiedy mijali Esy i Floresy.

Przykro mi z powodu wszystkich zbędnych rzeczy, które wtedy zrobiłem. Ale nie będę przepraszał za rozwianie klątwy, czy zajęcie czymś Rosiera, tak żeby nie mógł skrzywdzić nikogo innego.

Regulus prychnął na niego z powrotem.

Wymyśliłeś już, jak mi pomóc odzyskać moje ciało?

Harry wyrzucił ręce w górę, ściągając na siebie uwagę Snape'a. Harry postanowił utrzymać tego rodzaju gesty pod większą kontrolą.

Próbowałem! Ale kiedy twoje jedyne podpowiedzi, to "małe miejsce" i "ciemno", to niewiele jestem w stanie zrobić. Powiedziałem ci, gdzie mamy największe szanse na znalezienie cię.

A ja ci powiedziałem, czemu to nie zadziała. Regulus brzmiał na nadąsanego. Nie mam idealnej kontroli nad osłonami, nie wtedy, kiedy ich nie widzę. Byłem w stanie wyrzucić Bellatrix z posiadłości, w których się kryła, ale nie mogę otworzyć ich tylko dla jednej osoby. Moja kontrola nad nimi nie jest aż tak wyrafinowana. Jeśli otworzę je przed Narcyzą, żeby ona mogłaby wejść i poszukać, Bellatrix też będzie mogła się do nich dostać.

Harry pokręcił głową.

Jeśli chcesz wrócić do swojego ciała, to prędzej czy później będziesz musiał podjąć to ryzyko. Wydawało mu się, że Regulus będzie prawdopodobnie zamknięty gdzieś w jednej z posiadłości Blacków. To by wyjaśniało, czemu jeszcze żaden śmierciożerca nie znalazł jego ciała i dlaczego osłony zamknęły się szczelnie po śmierci Syriusza, kiedy Regulus został pełnoprawnym dziedzicem; po prostu chroniły swojego nowego pana. Harry uważał też, że taki numer byłby właśnie w stylu Voldemorta, skoro medalion, który zawierał kawałek jego duszy, też został porzucony gdzieś pośród skarbów Blacków.

Chociaż... jak teraz o tym myślę, to chyba jednak nie mógł o tym wiedzieć, inaczej szybciej odzyskałby swój medalion.

Słuchaj, Regulus przerwał jego rozważania. Nie chcę, żeby Bellatrix mnie znalazła. To byłoby po prostu straszne.

Byłoby, zgadzam się, powiedział Harry. Ale jeśli jesteś w domu Blacków i nie przepuścisz przez osłony kogoś, kto ma wobec ciebie przyjazne intencje, to nikt cię nigdy nie znajdzie.

Regulus westchnął.

Wolałbym, żebyś to ty był przy nich, tak żebyś mógł od razu wejść i wszystko przeszukać.

Harry podniósł brwi.

Sam widziałeś, co się stało ostatnim razem, kiedy starałeś się przekonać Snape'a do wypuszczenia mnie poza osłony Hogwartu, żebym mógł cię poszukać. Snape pogonił Regulusa z jego umysłu z pomocą jakiejś rozsądnej kombinacji oklumencji i zaklęcia obronnego, którego wciąż nie nauczył Harry'ego, ale które sprawiło, że Regulus przez wiele godzin potem jęczał z bólu.

Regulus znowu westchnął. Wiem.

Harry po raz kolejny pokręcił głową i akurat wtedy znaleźli się przed Gringottem. Harry'ego nie było tu od roku i zapomniał, jak strasznie imponujący jest to budynek. Biały marmur lśnił i mienił się w słońcu, czasem wręcz na jasno, by na niego patrzeć. Drzwi z brązu były niewiele lepsze, a uniform goblina, który przed nimi stał, zdawał się być zrobiony przez byłego Gryfona, który postanowił nadać jeszcze więcej blasku już i tak krzykliwej kombinacji czerwieni i złota.

Harry spojrzał goblinowi w oczy, kiedy szli po schodach, a potem w kierunku drzwi. To był południowy goblin, strasznie się różnił od północnych. Przede wszystkim, miał ciemniejszą skórę, a jego oczy, które wbił w Harry'ego, były ciemne i skośne. Zdawał się też nie mieć pazurów i tylko po pięć palców u każdej ręki.

Dopiero, jak znaleźli się przed samymi drzwiami, Harry zorientował się, że goblin przygląda mu się z powrotem, mrużąc lekko oczy. Nie powiedział jednak nic, więc Harry tylko kiwnął do niego i wszedł do przedsionka, w którym ze Snape'em musieli przejść przez srebrne wrota, które rzucały klątwę goblinów na złodziejów.

Skóra zaczęła mrowić Harry'ego jak tylko wszedł do przedsionka. Mrugnął i ponownie spojrzał poprzez świat, zastanawiając się, czy zobaczy tutaj sieć. Z pewnym zaskoczeniem odkrył, że jej nie widzi.

Rozejrzał się więc na boki i zobaczył lśniące, białe nici, biegnące po obu jego stronach. Nie widział sieci, bo stał w samym jej środku. Westchnął. Oczywiście, że ta będzie wyjątkowo precyzyjna, ostatecznie te gobliny strzegą pieniędzy czarodziejskiego świata.

– Chodź, Harry – powiedział znowu Snape, prowadząc go do przodu. Harry trzymał oczy otwarte i wzrok skupiony na sieci, przez co przed oczami miał osobliwą mieszaninę powidoków, goblinów i czarodziejów w następnej sali. Od czasu do czasu się potykał, ale Snape położył mu rękę na ramieniu i solidnie trzymał go w pionie.

Podeszli do znudzonego goblina, siedzącego za biurkiem, który na ich widok wyprostował się na swoim krześle.

– Witamy w Gringotcie – powiedział z tak wypraktykowaną uprzejmością, że Harry się zastanawiał, czy ktokolwiek kiedykolwiek uwierzył w szczerość jego tonu. – Nazywam się Flashkack. Wasze imiona i powód wizyty?

– Harry Potter – powiedział Harry tak spokojnie, jak tylko był w stanie. Sieć robiła się wokół niego coraz jaśniejsza, jakby skupiając cały swój wysiłek na wiszącej przed nim nici. Nie rozumiał, czemu, ale musiał dołożyć dodatkowych starań, żeby utrzymać swój głos pod kontrolą. – Przyszedłem tu w sprawie konta, które mój ojciec, James Potter, wydzielił mi ze swojego skarbca.

Flashkack przez dłuższą chwilę niczego nie powiedział, tylko przyglądał mu się z rozwagą. Harry zamrugał, oczy już mu zaczynały łzawić od blasku sieci. Jeszcze nigdy nie widział, żeby jakakolwiek inna się tak zachowywała i zastanawiał się, co się dzieje.

Oczywiście, muszę jeszcze wiele się nauczyć o byciu vatesem, upomniał się.

– Oczywiście – wymamrotał wreszcie goblin i nagle oślepiająca nić sieci uspokoiła się. – Oto pański klucz. – Podał mu jedną ręką klucz do konta. Harry go przyjął i poczuł lekki przeskok magii, kiedy ich palce się dotknęły. Flashkack po raz kolejny obrzucił go intensywnym spojrzeniem. – Osobiście zaprowadzę pana do pańskiego konta.

Harry kiwnął głową.

– Dziękuję. Będziemy bardzo zobowiązani. – Usłyszał cichy warkot, jaki wydał z siebie Snape i podejrzewał, że jego mentor nie cieszy się specjalnie na myśl o przejażdżce wózkiem do konta. Harry go zignorował. Flashkack wciąż nie spuścił z niego oczu.

– Czy mogę pana zaprosić – powiedział nagle Flashkack głosem niskim i szorstkim – na pewne spotkanie w pokojach na tyłach, które odbędzie się jak już pan skończy ze swoim kontem?

Harry poczuł, jak serce zaczyna mu walić, ale odpowiedział w normalnym tonie.

– Oczywiście – powiedział, nie myśląc o konsekwencjach.

– Harry – powiedział Snape, głosem, który zakrawał na warknięcie.

Harry obejrzał się na niego ze zniecierpliwieniem.

– Domyślam się, że mój opiekun może pójść na to spotkanie ze mną? – zapytał Flashkacka.

– Oczywiście, tak długo, jak obieca, że nie będzie się zachowywał jak czarodziej – powiedział Flashkack.

Harry skrzywił się lekko. Z kontekstu wynikało, że "jak czarodziej" oznacza "chamsko i arogancko".

– Zaręczam, że jeśli zacznie, to wezmę za niego pełną odpowiedzialność, w imię krwi i kamienia – powiedział. Kurtuazje goblinów z północy wciąż były dla niego zagadką, ale te z południa znał całkiem nieźle.

Flashkack przechylił głowę na bok i coś w rodzaju uśmiechu pojawiło się na jego poważnej twarzy.

– Przyjmuję, w imię srebra i brązu. – Wykonał gest w kierunku jednego ze strzeżonych drzwi po przeciwnej stronie pokoju. – Tędy, proszę pana. Pańskie konto czeka.


Harry rozejrzał się po pokoju, zobaczył jak wiele goblinów stało wokół, po czym skupił się wyłącznie na stojącym przed nim stole. Stały przy nim dwa krzesła. Harry i Snape mieli na nich usiąść, podczas gdy gobliny będą dalej stały wokół nich.

Harry uspokoił swój oddech, swoje pragnienie wścieknięcia się, oraz swoją instynktowną pewność, że mają usiąść po to, żeby ich głowy były niżej od goblińskich. To nie miało znaczenia. Nie przyszedł ich tu nimi pomiatać, przybył tu jako potencjalny vates, zainteresowany tym, co gobliny mu mają do powiedzenia.

Usłyszał, jak Snape wciąga powietrze, żeby rzucić jakąś jadowitą uwagę, więc sięgnął w górę i ścisnął ramię swojego mentora. Upewnił się, że to było lewe ramię i że jego dłoń wylądowała akurat na Mrocznym Znaku. Snape wypuścił powietrze, nic nie mówiąc. Harry kiwnął do Flashkacka, który ich tu przyprowadził, po czym zajął swoje miejsce.

Nagle zorientował się, że biała sieć, choć wciąż obecna i lśniąca wokół nich, kiedy na nią spojrzał, była tutaj bledsza niż w innych miejscach.

– Tu nie świeci aż tak jasno – wymamrotał bez namysłu pod nosem.

Jeden ze stojących pod ścianą goblinów wydał z siebie głośny dźwięk, który mógł być parsknięciem śmiechem, po czym zrobił krok do przodu. Harry zobaczył, jak wszystkie głowy w pokoju obracają się w jego stronę... Nie, poprawił się Harry, kiedy goblin zrobił jeszcze dwa kroki, jej. Było coś takiego w kształcie jej twarzy i sposobie, w jaki się poruszała, że zdawała się w pewien szczególny sposób różnić od Flashkacka, a Harry był pewien, że ten był samcem.

– Nie – powiedziała. – A wiesz, czemu, vatesie?

Harry pokręcił głową. Bał się o siedzącego obok niego Snape'a, który był spięty niczym struna. Ponownie spróbował go uspokoić dotykiem, ale nie był pewien, czy mu się to udało.

– Powiedz mi, czemu, proszę.

– Ponieważ tu nie dochodzi do żadnej wymiany pieniędzy – powiedziała goblinka, stając przed nim z jedną stopą wysuniętą do przodu i patrząc na niego uważnie. – Nie wydaje się tutaj żadnych kluczy do kont. – Uśmiechnęła się do niego koszmarnymi, krzywymi zębiskami. – Sieć jest przywiązana do biznesowej strony prowadzenia banku i wzmacnia się za każdym razem, kiedy czarodzieje wkładają, lub wyjmują tu bogactwa, które kiedyś nam ukradli.

Harry zadrżał. Kolejne słowa wylały się z niego, zanim zdążył je powstrzymać.

– Kto wam to zrobił?

– Ach – powiedziała goblinka ledwie słyszalnym głosem. Harry zorientował się nagle, że ta nie mrugnęła jeszcze ani razu i nawet na chwilę nie odwróciła od niego wzroku. Czuł się, jakby wbijało się w niego kamienne wiertło. – Większość magicznych stworzeń nie zna odpowiedzi na to pytanie. Ale nie w naszym przypadku. Pracowaliśmy z czarodziejami na równych prawach, aż pewnego dnia odmówiliśmy podarowania pewnemu czarodziejowi pewnego specyficznego skarbu. I tak go sobie wziął, po czym owinął nas siecią, tak żebyśmy grzęźli w niej coraz głębiej, ilekroć dojdzie z nami do jakiejkolwiek wymiany. Nazywał się Salazar Slytherin.

Harry poczuł, jak Snape drgnął.

– Nigdy by nie zrobił czegoś takiego – wypaliła głowa domu Slytherina. – Był mrocznym czarodziejem, co do tego nie ma żadnych wątpliwości, ale nie miał potrzeby kraść goblińskich skarbów, czy zaplatać sieci. Kłamiesz.

Reakcja była natychmiastowa. Kilka stojących pod ścianami goblinów podniosło ręce i Harry zobaczył, że trzymają w nich łuki, podobne do tych, których używały północne gobliny, ale ich strzały nie świeciły na biało, lecz srebrno. Harry poczuł dochodzący z nich pomruk. Nie rozpoznał tej magii, ale nie sądził, żeby Snape'owi dobrze zrobiło przebicie dowolnej części ciała którąkolwiek z nich.

Goblinka bardzo powoli przekręciła głowę, żeby spojrzeć na Snape'a. Harry odniósł wrażenie, że wyglądała się być bardziej rozbawiona całą sytuacją, o ile dobrze odczytał wyraz zmarszczek, jakie otaczały jej oczy.

– Nazywasz hanarz goblinów z Gringotta kłamcą i to w jej obecności? – zapytała.

Harry skrzywił się. Przypomniał sobie, jak wysoko północne gobliny ceniły sobie szczerość, więc miał pewne pojęcie co do tego, jak okrutną obrazą było to, co przed chwilą Snape powiedział hanarz.

– Wybacz mu, proszę – powiedział, powstrzymując się od wstania, albo wejścia między Snape'a i strzały, choć bardzo tego chciał. – On się po prostu na tym wszystkim nie zna. Jest głową domu, który Salazar Slytherin założył w Hogwarcie. Wydaje mu się, że mówi prawdę.

– Mówienie prawdy nie wymaga nazywania innych kłamcami, Harry Potterze – mruknęła hanarz. – Chyba się z tym zgodzisz?

Harry niechętnie kiwnął głową.

– Wiesz, jak bardzo cenimy sobie szczerość?

Harry musiał znowu kiwnąć głową.

– W takim razie powiedz mi – powiedziała hanarz, tonem zdystansowanym i zamyślonym, jakby próbowała rozważyć jakąś intelektualną zagwozdkę – czemu nie powinien zginąć?

Harry podniósł brwi. No dobra, w końcu cenią sobie szczerość.

– Jeśli go zabijecie – powiedział – to wam nie pomogę i prawdopodobnie zabiję wielu z was w wybuchu furii. Kocham go, nawet jeśli czasami zachowuje się jak idiota. Nie mogę wam pozwolić go skrzywdzić.

Hanarz przyjrzała mu się z namysłem. Następnie kiwnęła głową i łuki zostały opuszczone. Harry oparł się na swoim krześle i zdał sobie sprawę z chrapliwego oddechu siedzącego obok niego Snape'a. Nie odwrócił się, żeby zapytać, jak ten się czuje. To było dość oczywiste, że był wściekły i nieskończenie przerażony. Harry miał nadzieję, że to spotkanie nie potrwa już długo. Snape w takim stanie zawsze rzucał jakieś niefortunne uwagi.

– Dobrze powiedziane – powiedziała hanarz. – A teraz powiedz mi, co masz zamiar zrobić z naszą siecią, mały vatesie.

Harry przyjrzał się jej.

– Musiałbym zamknąć bank, żeby ją zniszczyć, prawda?

– Przede wszystkim musiałbyś powstrzymać wymianę pieniędzy – powiedziała goblinka, nie brzmiąc, jakby to ją w jakikolwiek sposób obchodziło.

Harry kiwnął głową.

– A to, oczywiście, zniszczyłoby jeden z filarów społeczeństwa czarodziejów – powiedział.

Hanarz nic na to nie odpowiedziała, tylko patrzyła na niego z wyczekiwaniem. Harry patrzył w jej oczy i odkrył, że może zignorować pozostałe spojrzenia goblinów. Były jej posłuszne do tego stopnia, że tylko jej wzrok miał jakiekolwiek znaczenie w tym pokoju.

Wziął głęboki oddech.

– Teraz nie mogę jej zniszczyć, w ten sam sposób, w jaki nie mogę zniszczyć rudymentów, które więżą waszych kuzynów z północy – zaczął.

– Ale? – zachęciła go hanarz. Harry spodziewał się po niej gniewu, ale zamiast tego na jej ustach pojawił się lekki uśmiech. Harry poprawił swoją ocenę względem jej inteligencji. Być może mimo wszystko nie miała żadnego zamiaru zabijać Snape'a, a przynajmniej była na tyle rozgarnięta, że zdawała sobie sprawę z tego, co by się wtedy stało.

– Mogę obiecać, że będę się starał – powiedział miękko Harry.

Hanarz kiwnęła głową.

– Przysięgasz to na krew i kamień, na srebro i brąz?

– Lepiej – powiedział Harry. W takich właśnie chwilach przydaje mi się moja edukacja. – Przysięgam na złoto.

Wokół nich rozległ się szum szeptów, a hanarz wycofała się z powrotem pod ścianę. Flashkack podszedł do nich i wyprowadził ich z pokoju. Harry z przyjemnością wstał i wyprostował zasiedziałe mięśnie, modląc się, żeby Snape nie odezwał się przynajmniej do chwili, w której wyjdą poza zasięg głosu. Na szczęście, tak właśnie zrobił.

– Rozumiem, że ta obietnica była tak niewiele warta, że postanowili nas wypuścić stamtąd nawet bez pożegnania? – było pierwszym, co powiedział, kiedy już jechali wózkiem z powrotem.

– Mylisz się, czarodzieju – powiedział Flashkack, odwracając się, żeby spojrzeć Snape'owi w oczy. – Ta obietnica była dla nas warta tak wiele, że już nie musieliśmy o nic więcej pytać pana Pottera. Dotrzyma słowa.

Harry wbił wzrok przed siebie, próbując zignorować mamrotanie Snape'a i zagadkowy wzrok goblina. Brał na siebie tylko coraz więcej problemów i zobowiązań, ale wiedział, że tak to się prędzej czy później skończy. Życie nie było ani proste, ani łatwe.


Harry rozejrzał się niespokojnie dookoła. Przecież to nie tak, że nie znał mrocznej magii. Praktykował ją, na litość Merlina.

Ale w alei Śmiertelnego Nokturnu było coś takiego, że i tak przechodziły go dreszcze. Może to kwestia aury paskudnych, drobnych transakcji, jakie tutaj mają miejsce, pomyślał Harry, odsuwając się od czarownicy, która wyszła ze sklepu tak szczelnie osłoniętego zasłonami, że Harry nie miał pojęcia, co w nim sprzedawano. Znał mroczną magię, tak, a także głęboką, dziką ciemność, która przyszła i tańczyła razem z nim w czasie nocy Walpurgii. Niewiele jednak wiedział, o mroku, który się rodzi w biedzie i desperacji.

Czarownica minęła go, kaszląc sucho, po czym otworzyła chusteczkę, którą trzymała w dłoni. Wzięła garść leżącego w niej szarego proszku i wtarła go sobie w policzki. Na jej twarzy pojawił się wyraz ekstazy. Harry musiał odwrócić wzrok.

– Tędy.

Ku uldze Harry'ego Snape wyszedł z apteki i zaprowadził go do wyjścia z Nokturnu. Upierał się, że Harry miał pozostać w zasięgu jego wzroku z kapturem naciągniętym na twarz, ale nie pozwolił mu wejść ze sobą do sklepu. Teraz, z szybkości stawianych przez niego kroków, zdecydowanie chciał już opuścić to miejsce.

Harry nie uszedł daleko, kiedy siła, która ewidentnie uwielbia utrudniać mu życie, postanowiła to zrobić po raz kolejny.

Dwóch mężczyzn niosło pudło z jednego sklepu do drugiego, ich ręce wyraźnie drżały pod ciężarem. Kiedy przechodzili dokładnie przed Snape'em i Harrym, pudło wyślizgnęło im się z rąk i pękło, drewniane drzazgi rozprysnęły się we wszystkich kierunkach. Harry zrobił przed nimi unik.

Niemal momentalnie rozległ się koszmarny syk.

Mężczyźni zawyli. Harry opuścił rękę, która osłaniała jego twarz i zobaczył, że oblazł ich rój małych, zielono–złotych węży, poruszających się z przerażającą szybkością i kąsające raz za razem w to samo miejsce. Jeden z czarodziejów dostał konwulsji i opadł na ziemię. Drugi zdołał ustać, ale jego oczy nabrały szklanego wyrazu, więc jad niebawem zabije i jego.

Harry zareagował instynktownie i zrobił krok naprzód.

– Przestańcie! – zawołał i kątem oka zobaczył, jak Snape podskakuje. Stąd wiedział, że mówi w wężomowie.

Węże zatrzymały się wszystkie naraz, a ich ciała zareagowały jak ten sztuczny wąż ze skarbca Blacków, który w zeszłym roku zaatakował Dracona. Następnie odwróciły głowy, żeby na niego spojrzeć, też jednocześnie, a pośród nich rozległy się syknięcia, formułując słowa, które zdawały się wydobywać z jednej żmii w samym środku kłębowiska.

Kto przemawia do Drżenia? Kto przemawia do Wielu?

Harry przełknął ślinę. Zdawał sobie sprawę z tego, że wokół nich zebrał się już niewielki tłum, ludzie wychylali się ze sklepów, żeby popatrzeć, ale nie był w stanie się na tym skupić przez informację, którą właśnie otrzymał. Wielu to był rój kobr, magicznych węży z południowej Afryki. Strasznie ciężko było je zabić, ponieważ tak na dobrą sprawę to był jeden umysł w wielu ciałach i zabicie jednego z nich po prostu sprawiało, że jego świadomość przechodziła do innego członka roju. Mogły kąsać i przekazywać jad, który mógł zabić, jeśli otrzymało się jego niezliczoną dawkę, pochodzącą z niezliczonych paszczy. Mogą też oślepić ofiarę, plując jej jadem w oczy. Jedna z książek, którą Harry czytał, sugerowała, że są w stanie nawet opętać czarodzieja, jeśli się do tego naprawdę przyłożą. Jak się wyrwą spod kontroli, to narobią czegoś więcej jak tylko szkód.

Miał możliwość zapobiegnięciu temu i to mu wystarczyło.

– Ja – powiedział, robiąc krok naprzód, żeby się upewnić, że nie zobaczy żadnego czarodzieja i nie zacznie mówić po angielsku. – Jestem wężousty i chciałbym was prosić, żebyście przestały atakować tych czarodziejów.

Jeden z nich już nie żyje, wężousty – powiedział nakładający się na siebie syk. – Porwali nas z naszego ciepłego legowiska i przywieźli tutaj, przecinając Wielu na pół. Chcieli nas pociąć, zmiażdżyć i wykorzystać nasze jajka. Czemu mielibyśmy ich nie zabijać?

Harry przełknął ślinę.

– No, nie macie żadnego powodu, żeby tego nie robić – przyznał. – Ale i tak was o to proszę.

I innych ludzi też? – w głosach pojawiła się kpina. – Czy Wielu ma się też powstrzymać od atakowania innych ludzi, tylko dlatego, że nas o to prosisz?

– Musicie sobie zdawać sprawę z tego, że prędzej czy później was zabiją – powiedział Harry. – Nie zdołacie wrócić do siebie; jesteście za daleko. Łowcy po was przyjdą i was zabiją. Mogę ocalić życie Wielu.

Nastąpiła długa cisza, po czym wszystkie węże zostawiły martwego czarodzieja i ruszyły na niego. Poruszały się niesłychanie szybko i zgrabnie uniknęły klątwy, którą Snape w nich wystrzelił.

Harry zmusił się do stania w bezruchu, kiedy węże zaczęły się kłębić wokół jego ciała, owijając się wokół jego rąk, klatki piersiowej i nóg. Jeden owinął się wokół jego karku i spojrzał mu w oczy, kiwając łbem na boki. Harry widział, jak kaptur kobry podnosi jej się na karku i zobaczył znaki na nim, które w dochodzącym zza niej świetle wyglądały delikatnie zielono i złoto – znak nieskończoności, wieczności albo śmierci. Oczy węża były złote. Mógł napluć mu w oczy i permanentnie go oślepić. Z tej ślepoty nikt nie byłby w stanie go wyleczyć, ani medycyna magiczna, ani mugolska.

Harry spojrzał kobrze w oczy i czekał.

Syknięcia po raz kolejny nałożyły się na siebie, tworząc wspólny głos.

Co masz do zaoferowania Drżeniu, wężousty?

– Istnieje pewne sanktuarium – powiedział ostrożnie Harry. – Las w miejscu, w którym mieszkam, w którym magiczne stworzenia żyją i biegają swobodnie, czarodzieje nie wchodzą im w drogę. Zabiorę was tam i wypuszczę. To nie jest naturalny dom Wielu, ale może się stać nowym.

Nastąpiła długa chwila ciszy, jeśli nie liczyć szelestu ocierających o siebie łusek. Harry oddychał płytko. Był pewien, że Snape patrzył na niego z przerażeniem, ale nie mógł spojrzeć w górę, żeby się upewnić. W tej chwili widział tylko kobrę, kiwającą łbem na boki.

Dotarło do niego, że to może być ostatnie, co w życiu zobaczy.

A jeśli łowcy odnajdą tam Wielu? – syknęły wtedy na niego. – Mogą. Nasze ciepłe legowisko znajdowało się z dala od czarodziejów. Obronisz nas?

Harry spiął się. Był wężoustym, jedynym czarodziejem, który był w stanie rozmawiać z tymi stworzeniami i miał obowiązek, którego nie miałby żaden inny czarodziej w jego sytuacji.

– Obronię.

Wielu w dalszym ciągu prześlizgiwało się po całym jego ciele. Harry zorientował się, że poruszają się w rytmie, węże z jego prawej piersi schodzą niżej, na lewo i owijają się wokół jego nóg, podczas gdy inne węże pełzły mu po plecach i ramionach, wspinając się. Tylko wąż przed nim nie zmienił pozycji.

Zgadzamy się.

Harry odetchnął lekko, po czym ostrożnie obrócił głowę, żeby spojrzeć na Snape'a. Twarz jego mentora znowu wyrażała czystą wściekłość, ale to nie było zaskakujące.

– Aportuję się teraz – powiedział cicho Harry. – Nie sądzę, żeby użycie świstoklika czy sieci fiuu było teraz dobrym pomysłem. Obiecuję, że wybieram się do Hogsmeade i nigdzie indziej.

Snape kiwnął gwałtownie głową.

– Będę zaraz za tobą – powiedział.

Harry przytaknął, zebrał swoją siłę wokół siebie i aportował się.


Harry patrzył, jak Wielu odpływa od niego do Zakazanego Lasu, fala zieleni i złota, i westchnął. Wyprostował się, potrząsnął rękami, po czym odwrócił się w stronę Snape'a, który szedł tuż za nim od samego Hogsmeade.

– Nie wiedziałem, co innego mi pozostało – powiedział.

Snape po prostu go obserwował, jego twarz nie wyrażała niczego. Harry nie miał pojęcia, co mu może chodzić po głowie. Otworzył usta, żeby znowu spróbować się obronić, kiedy przerwał mu głęboki głos, który rozległ się za nim.

– Pan Potter?

Harry odwrócił się płynnie. W ich kierunku szło dwóch czarodziejów w szarych szatach. Jeden z nich trzymał przed sobą zwój, który odczytał, kiedy zatrzymali się kilka stóp od Harry'ego.

– Panie Harry Potterze, popełnił pan dzisiaj dwa przestępstwa – powiedział. – Jednym z nich jest użycie swojej zdolności wężomowy, mrocznego talentu, zakazanego w ustawie ministerstwa 6.8.0. Drugim jest niewypełnienie do końca swojej rejestracji jako wężoustego, tym samym utrzymywanie swojego mrocznego talentu w tajemnicy przed innymi. – Opuścił zwój i razem z drugim czarodziejem sięgnęli po różdżki. Harry nie był w stanie zobaczyć ich twarzy, bo te były ukryte pod głębokimi kapturami, ale z tonu głosu czarodzieja domyślił się, że ten się uśmiecha. – Proszę z nami. Odeskortujemy pana do ministra Knota.

Harry spiął ramiona.

– Coście za jedni? – zapytał.

– Och, mamy jakiś oficjalny tytuł – powiedział czarodziej, który się do tej pory nie odezwał – ale nie mogę go spamiętać. Możesz nas nazywać Sforą. Potrafimy wyniuchać mroczną magię.

Harry westchnął. Zerknięcie na Snape'a podpowiedziało mu, że ten jest zaledwie o cal od wybuchu. Harry pokręcił głową.

– Mój opiekun może pójść z nami? – zapytał, odkładając na ziemię pomniejszone zakupy z Pokątnej. Nie było sensu brać ich ze sobą.

– Ach – powiedział czarodziej, który czytał zwój. – Oczywiście. – Podszedł do Harry'ego i położył mu rękę na ramieniu. – Że nie.

Wściekły wrzask Snape'a został ucięty, kiedy mężczyzna skoczył w aportacji łączonej, zabierając Harry'ego ze sobą.