Uwaga: to nie jest miły rozdział.

Rozdział ósmy: Sfora

Lądując po aportacji, Harry poczuł jak mu się w żołądku przewraca, ale Regulus już do niego szeptał:

Jesteś gdzieś w ministerstwie. To jest jeden z pokojów do przesłuchań. Byłem w takim raz.

To zaskakujące, jak wielu ciekawych rzeczy o sobie mi jeszcze nie powiedziałeś. Harry skupił się na tych słowach, żeby powstrzymać się od paniki. Zamrugał, po czym zamrugał jeszcze raz i rozejrzał się po pokoju, bo odziani w szare płaszcze czarodzieje po prostu go puścili i najwyraźniej nie mieli zamiaru go w jakikolwiek sposób unieruchomić.

Ściany były zbudowane z szarego kamienia, bloki bez widocznej zaprawy pomiędzy mini. Nie było fotografii, portretów, czy innych dekoracji, jedynym meblem było stojące za nim krzesło, na które jego porywacze ochoczo go popchnęli. Harry poczuł, jak pięści zaciskają mu się odruchowo, jakby w oczekiwaniu na coś i zdał sobie sprawę z tego, że spodziewa się bicia, albo ataku z zaskoczenia. Te ściany i to krzesło nie były naturalne.

A ci czarodzieje nie traktowali go tak, jak normalnie zachowywano by się przy więźniu, którego należy się bać. Harry łypnął na nich spode łba.

Jeden z nich – Harry miał wrażenie, że to ten, który wcześniej odczytał zwój – zachichotał.

– Ooch, popatrz, Ponuraku, ten kociak ma pazurki!

Ponurak, najwyraźniej drugi z czarodziejów, roześmiał się głośno. Zdjął kaptur i odsłonił twarz pewnego siebie, przystojnego, młodego człowieka z blond włosami i zielonymi oczami. Harry nawet by nie zwrócił na niego uwagi, gdyby go minął na Pokątnej.

– Na pewno ma – odpowiedział. – A przynajmniej kły. Widziałeś, co zrobił na Nokturnie, Psidwaku.

Psidwak wydał z siebie zniesmaczony dźwięk i też zdjął kaptur. Miał brązowe włosy, ale jego twarz i brązowe oczy były absolutnie przeciętne.

– Ta, masz rację.

– Obserwowaliście mnie w alei Śmiertelnego Nokturnu? – zapytał Harry. Odsunął od siebie kilka pytań, które miał zamiar zadać im później, między innymi o to, czemu nazywają się nawzajem rasami psów. Jeden z nich wspomniał coś o tym, że należą do jakiejś Sfory, ale Harry nie miał pojęcia, co to mogło znaczyć.

– Oczywiście – powiedział Psidwak. – Ktoś musiał. Jest pan wężoustym, który odmówił ukończenia rejestracji, a potem poszedł do biura aurorów i zachowywał się, jakby znał ich szefa. Interesujący z pana typ. A jak poszedł pan do alei Śmiertelnego Nokturnu, to jeszcze bardziej nas pan zainteresował. – Uśmiechnął się, ale Harry zobaczył, że jego oczy zrobiły się chłodne. Czyli nie można się dać zwodzić jego pozorom. Naturalnie, Harry powinien był to już wywnioskować ze sposobu, w jaki się poruszał; ewidentnie otrzymał żołnierskie przeszkolenie. – A potem przemówił pan do węży. Bezmyślnie, panie Potter, bardzo bezmyślnie. Jeśli chciałeś pan, żeby pańska mroczna zdolność pozostała tajemnicą, to było jej nie używać w miejscu publicznym.

Harry zwalczył pokusę obnażenia zębów. Wyglądało na to, że najlepszym, co mógł zrobić w tych okolicznościach, to pozostać cichym i tak grzecznym jak to możliwe. Nie pojmował, czemu byli tak pewni siebie, zwłaszcza jeśli zdawali sobie sprawę z jego mocy, ale to tylko sprawiło, że zrobił się przy nich jeszcze bardziej ostrożny. Być może byli w posiadaniu jakiejś przewagi, która byłaby równa jego magii.

– Z tego co wiem, uratowanie komuś życia jest uważane za chwalebne – powiedział. – Przekonałem Wielu do udania się ze mną do Zakazanego Lasu i nie atakowania ludzi w alei Śmiertelnego Nokturnu.

Psidwak go wyśmiał, odrzucając głowę do tyłu i zamykając oczy. Jego śmiech przypominał szczek, co Harry'emu skojarzyło się z Syriuszem.

– A niby skąd mielibyśmy to wiedzieć, panie Potter? Ja widziałem, jak dwóch czarodziejów pada martwych od ukąszeń Wielu, a potem węże podpełzły do pana. A potem pan uciekł z alei, jak kryminalista. Być może kazał pan wężom zaprzestać ataku, ale skąd mam wiedzieć na pewno? Janie mówię wężomową.

– A to nie było oczywiste? – zapytał Harry.

– Nie – powiedział Ponurak, patrząc na niego gniewnie. – Zostałeś przyłapany na używaniu swoich podłych stworzeń, więc równie dobrze możesz się przyznać do winy, mroczny śmieciu.

Psidwak położył rękę na ramieniu swojego partnera.

– Ponurak – zganił go. – Ten chłopak nawet nie wie, czemu to my go tu sprowadziliśmy, a nie aurorzy. Chyba należą mu się najpierw jakieś wyjaśnienia. – Spojrzał na Harry'ego. – Słyszałeś nazwę Sfora. Masz jakieś pojęcie, co to oznacza?

Harry pokręcił głową.

Nie rozumiem, szepnął Regulus. Niemal jestem w stanie zajrzeć do jego umysłu, co powinno oznaczać, że jest powiązany w jakiś sposób z Mrocznym Panem, ale coś mnie blokuje. Jakby jakaś ściana. Może jest legilimentą, jak myślisz?

Nie wiem, odpowiedział Harry.

– To nas się spuszcza ze smyczy, kiedy trzeba wywęszyć i przeprowadzić nagonkę na zło – powiedział Psidwak, prostując się dumnie. – A dobrze wiemy, gdzie szukać ciemności. Niektórzy z nas to byli aurorzy, którzy stanęli za blisko naszych wrogów. Inni służyli jako szpiedzy albo posłańcy poprzedniego Mrocznego Pana. Paru ma naturalny talent do mrocznych sztuk, ale postanowili służyć ministerstwu, zamiast wykorzystywać swoje talenty przeciw dobru czarodziejskiego świata. Jesteśmy dobrą zgrają, najlepszą jaka jest, ale podążamy za zapachem zła. A to oznacza, że jesteśmy najlepsi do zmuszenia wszystkich do przestrzegania nowych przepisów ministerstwa. Aurorom za długo wszystko zajmuje, z tymi ich wszystkimi przepisami i robotą papierkową. W czasie wojny potrzeba kogoś, kto potrafi działać szybko.

– Nigdy o was nie słyszałem – powiedział Harry, zmuszając się po raz kolejny do spokoju. – A powinienem. Studiowałem historię, zauważyłbym, gdyby gdzieś biegała jakaś Sfora, która aresztowała kryminalistów.

Psidwak prychnął.

– To dlatego, że jesteśmy nowi, kociaku. Minister nas potrzebował, więc nas stworzył, wyciągając nas z innych departamentów. – Uśmiechnął się do Harry'ego. – Jesteś dopiero drugą osobą, którą aresztowaliśmy. Czy nie czujesz się wyjątkowo?

– Nie ogłosił stworzenia was – naciskał Harry, starając się zignorować nieprzyjemny ucisk w żołądku. – A powinien był. Prawo wyraźnie mówi, że każda nowa armia musi zostać ogłoszona publicznie i w obecności prasy.

Ponurak westchnął i przyłożył rękę do serca.

– Niestety, musieliśmy to poświęcić dla dobra naszego obowiązku. Minister uznał, że będziemy bardziej efektywni, jeśli przez jakiś czas nikt nie będzie wiedział o nas, czy o naszej misji.

Harry spróbował przełknąć ślinę. Suche gardło go zapiekło. Czyli to na dobrą sprawę tajna policja Knota.

– A jaka jest wasza misja? – zapytał, starając się nadać swojemu głosowi ton pełen podziwu.

– Usunięcie z Brytanii całej mrocznej magii.

Odpowiedzieli jednocześnie, ich głosy były pełne pasji, a ich oczy bystre. Harry nie miał żadnych wątpliwości, że to miało dla nich wielkie znaczenie, pomimo wszystkich wygłupów wcześniej. Pokręcił powoli głową, czując napływ współczucia.

– Co jest? – zapytał Psidwak wyzywająco. – Wydaje ci się, że nam się nie powiedzie, kociaku?

– Nie – powiedział Harry. – W całej Brytanii znajdują się mroczne artefakty poukrywane w rezydencjach i mroczni czarodzieje, którzy kryją się ze swoimi talentami. A wam się wydaje, że zdołacie znaleźć wszystkich, którzy potencjalnie są w stanie rzucić zaklęcie, którego nie aprobujecie? – Myślał o Connorze, którego dar przymuszenia nie był jeszcze powszechną wiedzą, a nie można go usunąć z jego umysłu bez zniszczenia jego umysłu. Czy jemu też każą podpisać pismo, że nigdy więcej nie będzie go używał? A może jednak zaryzykują złamanie go, żeby zrobić go bardziej "świetlistym"?

– Najpierw skupimy się na pozbyciu się wszystkich, którzy praktykują mrok publicznie – powiedział Ponurak. – Jak ty.

Harry wzruszył ramionami.

– Nie mam zamiaru przestać używać wężomowy, zwłaszcza jeśli będę dzięki niej w stanie uratować czyjeś życie.

Psidwak podszedł do niego.

– Na to właśnie czekaliśmy – powiedział, po czym złapał Harry'ego za ramię i zaciągnął go do przodu.

Harry spiął się, chcąc spuścić z wodzy swoją magię, ale przypomniał sobie, że Sfora wciąż musiała się trzymać prawa. Nie mógł tak po prostu zaatakować kogoś, kto po prostu wykonywał swoje obowiązki. Pozwolił Psidwakowi zaprowadzić się do następnego pokoju.

Harry, powiedział nagle Regulus. Czy oni nie noszą czegoś na szyjach?

Harry zdołał odwrócić głowę i przymrużyć oczy, przyglądając się gardłu Psidwaka.

Tak, zaraportował. Wygląda jak obroża, ale część znika pod szatą, więc pewności nie mam. Srebrna, w każdym razie. Szybkie zerknięcie na Ponuraka potwierdziło, że ten też nosi to samo. Ciekawe, czy ich podobieństwo do psów idzie tak daleko, że trzeba ich na noc przypinać do budy?

Tak, teraz i ja je widzę, powiedział Regulus. To właśnie mnie nie wpuszcza do ich umysłów. Dziwne. Nie wiem, czemu chcieliby mi ograniczyć dostęp, przecież nawet nie zdają sobie sprawy z mojego istnienia.

Harry już miał odpowiedzieć, kiedy zobaczył twarz człowieka, siedzącego za biurkiem po przeciwnej stronie pokoju, i przełknął ślinę.

To był minister Knot; Harry znał go ze zdjęć w "Proroku Codziennym". Minister był na nich pulchny i pewny siebie. Teraz jednak miał minę człowieka, którego dzień i noc prześladuje ciężka odpowiedzialność. Wstał, kiedy zobaczył Harry'ego, po czym zaczął się bawić swoimi rękami. Przyjrzał się Harry'emu uważnie, najdłużej zatrzymując wzrok na jego bliźnie w kształcie błyskawicy.

– Tak – szepnął. – Tak, to on.

Psidwak kiwnął głową.

– Tak, proszę pana. I właśnie przyznał, że dalej zamierza używać wężomowy. Jeśli puścimy go wolno, to od razu wróci do praktykowania mrocznej magii. – Posadził Harry'ego na krześle, które stało przed ogromnym, zrobionym z wypolerowanego mahoniu biurkiem. Harry próbował rozejrzeć się po pokoju, ale dowiedział się tylko, że ten jest większy od pokoju do przesłuchań i do tego pomalowany na czerwono. Psidwak stał tuż za nim. – Mogę dać słowo, że widziałem, jak używa swojego talentu, Ponurak może potwierdzić w razie czego.

– Pewnie – powiedział Ponurak. Stanął po drugiej stronie biurka. Harry nie sądził, żeby to był przypadek, że jego pozycja utrudniała Harry'emu dostanie się do ministra.

A przynajmniej blokuje mi fizyczną drogę. Harry ledwie się powstrzymał przed wykrzywieniem warg z pogardą. Za kogo oni mnie mają? Moja magia byłaby w stanie sięgnąć do niego i wyrwać z niego życie, zanim zdążyliby się poruszyć.

Po raz kolejny poczuł pokusę, żeby zrobić coś takiego, wypuścić swoją magię i przycisnąć Knota do ściany, tak jak kiedyś to zrobił z Dumbledore'em i swoim bratem. Harry powiedział sobie jednak, że to będzie dobre ćwiczenie dla jego temperamentu. Nie mógł tak po prostu atakować ludzi, których nie lubił. Dorośli czarodzieje się tak nie zachowywali, a było oczywiste, że w tej sytuacji będzie musiał być dorosły, bo najwyraźniej nikt inny nie miał zamiaru się podjąć tej roli.

– W takim razie – powiedział Knot, kiwając głową – prawo wyraźnie mówi, co powinniśmy zrobić w takim przypadku. – Zwrócił się w stronę Harry'ego. – Panie Potter, czy rozumie pan, dlaczego został pan tutaj sprowadzony?

Harry spojrzał mu w oczy i podziękował w duchu za spokojną maskę, którą Lily kazała mu ćwiczyć, aż nie zaczęła wyglądać naturalnie. Teraz mógł ją przywołać z powrotem, mimo spędzenia długiego czasu ze Snape'em, który zachęcał go do otwierania się przed ludźmi, skoro już całe życie spędził w ukryciu.

– Nie, panie ministrze – powiedział. – Przykro mi, że moje użycie wężomowy w jakiś sposób uraziło pana Ponuraka i pana Psidwaka, ale zachowałem się tak, żeby powstrzymać Wielu przed ukąszeniem czarodziejów w alei Śmiertelnego Nokturnu. Można powiedzieć, że złamałem prawo w niewiedzy, ale na pewno nie przez chęć zrobienia czegoś złego z pomocą mrocznej magii.

– Nieznajomość prawa nie zwalnia z jego przestrzegania – wypalił Knot, oczy mu się świeciły z tryumfem. – I to naprawdę ciekawy zbieg okoliczności, nieprawdaż, że ostatnio na rynku pojawiły się eliksiry, które wymagają wykorzystania jajek i łusek Wielu? Podejrzewam, że teraz mi pan powie, że przypadkiem udało się panu przejąć kontrolę nad wężami, które przypadkiem pojawiły się w alei Śmiertelnego Nokturnu akurat w czasie pańskiej wizyty?

– Każdy wężousty byłby w stanie się z nimi dogadać, proszę pana – powiedział Harry. Musiał zignorować mamrotanie Regulusa, który w tyle jego głowy złorzeczył na obecnych tu idiotów i ich karygodnym braku szacunku, bo to mu w ogóle w niczym teraz nie pomagało. – Ale nic nie wiem na temat tych mrocznych eliksirów. Przykro mi słyszeć, że sprawiają panu one kłopot i są plagą dla pańskiej administracji. – Uznał, że mu nie ubędzie, jeśli trochę się przymili. – Wiem, że robi pan co tylko w pańskiej mocy, żeby magicznej części Brytanii żyło się jak najlepiej. I świetnie pan sobie radzi. – Zwłaszcza, że jesteś taką ciepłą kluchą, że spodziewałem się twojej rezygnacji najdalej po roku. – W żaden sposób nie śmiałbym się temu przeciwstawić, ani w jakikolwiek sposób to podważyć. – Pochylił lekko głowę, udając skruchę.

Podziałało, przynajmniej po części. Zobaczył, jak Knot pęcznieje z dumy i głaszcze się po brzuchu.

– Tak, cóż, robię co w mojej mocy – powiedział, po czym odchrząknął. Na jego twarzy znowu pojawił się mroczny wyraz. – A to oznacza uchwalanie surowych praw dotyczących mrocznych czarodziejów, takich jak pan. Chyba się pan z tym zgodzi?

– Oczywiście, proszę pana – powiedział Harry. Jego myśli były zjeżone, a umysł krystalicznie czysty. Nie sądził, żeby był w stanie zrobić albo powiedzieć cokolwiek, co by ukoiło obawy Knota, ale miał nadzieję przynajmniej ograniczyć szkody, jakie mogą one wyrządzić w jego umyśle. – Mroczna magia, jak na przykład magia przymuszenia, zagraża wolnej woli ludzi, a temu jestem przeciw.

Był zaskoczony, kiedy Knot się roześmiał.

– Oczywiście, że tak – powiedział. – Niby od kiedy to Mroczni Panowie przejmują się wolną wolą innych?

Harry zagapił się na niego.

– Panu się wydaje, że jestem Mrocznym Panem?

– Oczywiście, że tak. – Knot machnął ręką. – Nie tak złym jak… jak Sam Wiesz, Kto, oczywiście, ale dopiero się rozwijasz. Musimy zrobić wszystko, żeby powstrzymać pana przed rozwinięciem się w pełni. – Popadł w ton, przez który Harry uznał, że to musiała być przygotowana już wcześniej przemowa. – Marnie sobie poradziliśmy w czasie Pierwszej Wojny, przyznaję, ale to dlatego, że byliśmy nieprzygotowani. Tym razem wiemy, jakich oznak wypatrywać. – Kiwnął w stronę Ponuraka i mężczyzna przeszedł na bok, żeby przynieść coś, co po dźwiękach można poznać, że było zrobione z papieru. – Tym razem nie damy się zaskoczyć w opuszczonych spodniach! – Podniósł rękę i wskazał na Harry'ego palcem. – Nawet Mroczni Panowie muszą przestrzegać czarodziejskiego prawa, panie Potter!

Harry spróbował ukryć tak wiele swojej pogardy, jak tylko był w stanie. Z książki, którą dostał w zeszłym roku od Hawthorn Parkinson, wiedział, że to nie była prawda. Mroczni i Świetliści Panowie zazwyczaj ignorowali ograniczenia prawa, ponieważ mogli sobie na to pozwolić, chociaż Świetliści Panowie, jak Dumbledore, czasami odstawiali szopkę, pozornie przestrzegając prawa. Mimo wszystko magiczna moc zawsze była w takich dyskusjach kartą atutową. Gdyby Voldemort tu był, nawet przez chwilę by się nie zawahał, żeby miotnąć tymi kretynami o ścianę.

Ale ja nie jestem Mrocznym Panem, przypomniał sobie Harry. Nie jestem w ogóle żadnym Lordem. Tym się właśnie od nich różnię. Nie mam zamiaru skrzywdzić niewinnych ludzi, którzy szczerze wierzą, że chronią w ten sposób świat czarodziejów.

Utrzymał swój głos spokojnym, a twarz otwartą i przyjazną.

– Czy mogę coś zrobić, żeby przekonać pana, że nie jestem Mrocznym Panem?

– Już dostał już pan swoją szansę – odparł królewsko Knot, kiedy Ponurak podchodził do niego, uginając się pod ciężarem wielkiej, zwiniętej płachty papieru. – Zaoferowaliśmy panu zarejestrowanie się, tak jak każdy inny czarodziej. Nie zrobił pan tego.

– Przepraszam bardzo – powiedział Harry, lekko przymrużając oczy. – Powiedziano mi, że moja sprawa była wyjątkowa. Żaden inny mroczny czarodziej nie miał się zobowiązać do zaprzestania używania swojej mrocznej magii. Tylko ja.

Knot pokręcił głową.

– To dlatego, że jesteś Mrocznym Panem.

Harry zastanawiał się, czy minister zauważyłby lukę w swoim rozumowaniu, gdyby ta zatańczyła przed nim nago.

– Proszę pana…

Ponurak z hukiem rozwinął płachtę. Harry spojrzał na nią. To był jakiś wykres, otoczony wieloma małymi pudełkami w różnych kolorach, ale nie był w stanie zobaczyć, czego dotyczyły; wszystkie opisy były nakreślone bardzo małą czcionką.

– Widzisz – powiedział Knot, wskazując na płachtę – wiemy, że jest pan Mrocznym Panem. Jakby się pan tego nie wypierał, wiemy, że ma pan mroczne zdolności i podąża tą samą ścieżką, którą obrał Grindelwald i… i Sam Wiesz, Kto. Mamy wykres, który pana do nich porównuje!

Harry zastanawiał się, kiedy rząd magicznej Brytanii stał się taki zdesperowany i żałosny. Znowu zmusił się do tak spokojnego tonu, jak tylko był w stanie.

– Proszę pana, nie widzę, co tam jest napisane.

– Powinieneś – szepnął mu Psidwak do ucha. – Co z ciebie za Mroczny Pan, skoro masz problemy z oczami?

Harry zerknął na niego z irytacją, po czym wrócił wzrokiem do Knota akurat wtedy, kiedy ten dźgnął palcem w jedno z pudełek.

– Widzi pan? – zapytał, zerkając na Harry'ego. – Mówi pan wężomową. Sam Wiesz, Kto też mówił wężomową. A Grindelwald mówił… no, nie rozmawiał z wężami, ale umiał się porozumieć z testralami, które potem wcielił do swojej armii. – Knot uśmiechnął się z wyższością. – To powiązanie ma sens. To tylko jedna z wielu nici, ale jedna z pierwszych, która nasunęła nam podejrzenia, że może pan być Mrocznym Panem. Publiczne popisywanie się swoją zdolnością nie było najrozsądniejszym posunięciem, lordzie.

Mógłbyś ich załatwić, szepnął Regulus. Wstawiłbym się potem za tobą. Nie pojawiłeś się tutaj z własnej woli i myślę, że czym prędzej powinieneś się znaleźć z powrotem pomiędzy ludźmi, którzy cię kochają i są w stanie cię ochronić. Przywal im magią i leć do domu. No weź, Harry. Wiesz, że możesz.

I właśnie dlatego tego nie zrobię, wypalił na niego Harry. Tylko dlatego, że mogę, wcale nie znaczy, że powinienem. Wciągnął zdesperowany oddech, ponieważ ta pokusa z chwili na chwilę brzmiała coraz bardziej interesująco, po czym skupił wzrok na Knocie.

– Jakie są inne powiązania, które upewniły pana w przekonaniu, że jestem niedorosłym Lordem?

Knot zdawał się być nieco zawiedziony, że Harry nie przyznał się od razu do tego, że jest Mrocznym Panem, ale kiwnął głową i wskazał kolejne pole.

– Mroczny Pan był w szkole pięćdziesiąt lat temu, kiedy Komnata Tajemnic została otwarta – powiedział. – Pan był w szkole dwa lata temu, kiedy ostatnim razem otworzono Komnatę Tajemnic. Grindelwald… no, nie chodził do Hogwartu, tylko do Durmstrangu, ale tam, w podziemnej jaskini, przeprowadził inicjację swojej Błyskawicznej Straży. – Zmarszczył brwi surowo. – Chce mi pan powiedzieć, że to wszystko to zwykły zbieg okoliczności?

– Nie, tak naprawdę to nie – powiedział Harry. – Otwierałem Komnatę i byłem związany z petryfikacjami uczniów, ponieważ opętał mnie Voldemort. – Nie umknęło mu wzdrygnięcie Knota na dźwięk tego imienia i to, jak szybko się obejrzał przez ramię, jakby spodziewał się, że z jakiegoś kąta wyjdzie Voldemort. – Czyli nie, to nie był zbieg okoliczności. To nie znaczy również, że jestem zły i mroczny.

Knot pokręcił głową.

– Tak łatwo to się pan z tego nie wywinie, panie Potter. Wiemy o wszystkim. – Wskazał na kolejne pudełko. – Armie. Grindelwald używał testrali, ponieważ potrafił z nimi rozmawiać. Sam Wiesz, Kto układał się z olbrzymami i innymi stworzeniami, żeby te maszerowały u jego boku, no i oczywiście wilkołak Fenrir Greyback był znany z tego, że był częścią jego okrutnej armii. A pan uwolnił dementorów. – Odwrócił się do Harry'ego i czekał, jakby reszta tego, co chciał powiedzieć, była oczywista.

Harry zagapił się na niego.

– Pod tym względem powiedziałem ministerstwu prawdę, proszę pana – powiedział. – Odesłałem je z powrotem do koszmarów. Nie zatrzymałem ich, żeby zrobić sobie z nich jakieś prywatnej armii. – Nie wiedział, czy powinien się śmiać, czy płakać. Ze wszystkich podejrzeń, jakie ktoś mógłby mieć pod względem tego, czemu w ogóle uwolnił dementorów, nigdy mu nie przyszło do głowy, że akurat ktoś pomyśli o czymś takim.

– Nikt nie widział dementorów od tamtego dnia – zaintonował Knot. – Czy naprawdę je pan przepędził, czy też może ukrył je pan gdzieś w bezpiecznym miejscu, żeby się mnożyły i czekały na pańskie rozkazy?

Harry pokręcił głową.

– To drugie z pewnością nie. Nie chcę być Lordem. Nigdy nie poleciłbym magicznemu stworzeniu, żeby kogoś skrzywdziło. – Ale wykorzystywałeś Sylaranę do straszenia ludzi, szepnęło mu sumienie. Harry wzdrygnął się i odsunął je od siebie. – Obiecuję, jestem lojalnym obywatelem magicznej Brytanii. Czy naprawdę nie jestem w stanie niczego zrobić, co mogłoby panu to udowodnić? – Poczuł ukłucie prawdziwego niepokoju, przebijającego się przez jego irytację i współczucie. Miał nadzieję, że przekona Knota w ten sam sposób, w jaki przekonał już tak wielu ludzi, ale minister z uporem ignorował wszelkie podstawy logiki. Harry nie był pewien, czy cokolwiek tu osiągnie tańcami i rytuałami.

– Cóż – powiedział Knot. – Być może znalazłoby się coś.

Harry przymrużył podejrzliwie oczy. Wyglądało na to, że do tego właśnie był zaganiany, ale teraz, jak już tu się znalazł, to nie miał innego wyjścia, jak zapytać:

– Co by to mogło być, panie ministrze?

– Ponieważ odebrałeś nam dementorów i już nie możemy utrzymywać więźniów bezpiecznie zamkniętych w Azkabanie – powiedział Knot, machając ręką w stronę drzwi po drugiej stronie pokoju – znaleźliśmy nową metodę określania, czy poszczególni czarodzieje nadają się do wypuszczenia ich na wolność. – Drzwi otworzyły się i weszło coś, co w pierwszej chwili wyglądało jak srebrna kula z nogami. Dopiero po krótkiej chwili Harry zorientował się, że to było jakieś urządzenie, niesione przez niską czarownicę, której nogi się uginały pod ciężarem. – Poddaj się temu testowi, a dowiemy się, czy naprawdę jesteś lojalny.

Nie musisz, powiedział Regulus w jego głowie z pasją. Czemu się w ogóle temu poddajesz, Harry? Nie jesteś zwykłym czarodziejem. Nie musisz się zachowywać jak oni.

Właśnie dlatego to jest takie ważne, prychnął na niego Harry. Zastanawiało go, czemu wszyscy otaczający go ludzie z taką determinacją starali się go wypchnąć ponad prawo. To, co powiedział Regulus, równie dobrze mógłby usłyszeć od Snape'a czy Dracona. Ślizgoni, no doprawdy. Generalnie to ich kocham, ale pewne szczegóły na ich temat są naprawdę męczące.

Spojrzał znowu na ministra i kiwnął głową.

– Oczywiście, proszę pana. Co mam zrobić?

Czarownica postawiła urządzenie obok biurka ministra i po raz pierwszy pokazała swoją twarz. Harry nie był w stanie się powstrzymać od wzdrygnięcia z obrzydzeniem. Miała pulchne policzki i jasne, świecące oczy. Przypominała mu ropuchę. Co gorsza, zamiast szat, miała na sobie różowy sweter z małymi, bawiącymi się kociętami, a jej cienkie włosy spinała różowa wstążka. Spojrzała wprost na Harry'ego i mrugnęła.

– To moja asystentka, Dolores Umbridge – powiedział Knot z dumą. – To ona wpadła na pomysł testu lojalności, panie Potter, i to ona panu wyjaśni, jak on będzie przebiegał. – Odsunął się z drogi.

– Yhm yhm – powiedziała Umbridge. W pierwszej chwili Harry pomyślał, że od tego chciała zacząć, ale po chwili zrozumiał, że to po prostu musiał być stary nawyk odchrząkiwania. – Podejdź do urządzenia, moje słodkie dziecko, i połóż na nim ręce. Ono sprawdzi twoją lojalność wobec ministerstwa i jeśli jesteś dostatecznie lojalny, to cię wypuści.

Harry zawahał się.

– A co się stanie, jeśli okażę się niewystarczająco lojalny?

Oczy Umbridge pojaśniały niczym słońce.

– Ależ, moje słodkie dziecko, przecież dopiero co powiedziałeś nam, że jesteś lojalny. Jestem pewna, że wszystko odbędzie się bez przeszkód. – Uśmiechnęła się do niego groteskowo. Chyba najgorsze w niej było to, że jej zęby wyglądały na idealnie czyste, jakby je przed chwilą umyła. Harry'emu ulżyłoby nieco, gdyby jej zęby były nadgniłe i przeżarte przez próchnicę, gdyby wyglądała tak, jakby faktycznie pochłaniała takie ilości cukru, jak jej strój podpowiadał, że jest w stanie.

Z pewnym wahaniem podszedł do urządzenia, przyglądając mu się uważnie. Wciąż wyglądało po prostu jak ogromna, srebrna kula z dziurami na powierzchni, jakby w jej środku żyło coś, co potrzebuje powietrza. Stało na niewielkim podeście i emanowało magią, ale Harry nie był pewien, jaką, bo przy nim stało jeszcze trzech innych czarodziejów.

Wiesz może, co to jest? zapytał Regulusa. A przynajmniej do czego służy?

Nie. Niech cię Merlin weźmie, Harry, nie dotykaj tego. Aportuj się stąd. Przywal im gromem z jasnego nieba. Zrób, co tylko jesteś w stanie, żeby się chronić i ratować. Harry'emu przyszło do głowy, że gdyby Regulus miał ciało, to teraz skakałby przed urządzeniem, machając rękami jak kurczak i starając się odstraszyć Harry'ego od niego.

Nie chcę, pomyślał z dystansem Harry. Jeśli ucieknę, to będą mieli pełne prawo znowu mnie aresztować, a wtedy potraktują mnie jeszcze gorzej. I nie mam zamiaru nikogo zabijać. Nie rozumiem, czemu tak mnie do tego ciągle zachęcasz.

Wyciągnął ręce przed siebie i przyłożył dłonie po obu stronach srebrnej kuli.

Urządzenie pojaśniało lekko, po czym nagle zrobiło się gorące. To nie było nieprzyjemne, ale Harry nie zdołał powstrzymać odruchu oderwania rąk. W ten sposób dowiedział się, że nie jest w stanie tego zrobić. Pociągnął bezmyślnie, ale jego dłonie były jak przyspawane do kuli.

– Spokojnie, słodkie dziecko – szepnęła Umbridge. – Uspokój się. Urządzenie teraz przeszukuje ci głowę. Jestem pewna, że odkryje, jak bardzo jesteś, ach, lojalny ministerstwu. Yhm yhm.

Harry i tak nie miał innego wyjścia, jak stać w miejscu, obejmując kulę, więc pozostał w bezruchu. Czuł, jak magia obmywa go niczym woda, ale nie był w stanie stwierdzić, co robi. Przynajmniej nie bolało.

Usłyszał, jak ktoś za nim wciąga powietrze z syknięciem i pomyślał, że to pewnie Psidwak albo Ponurak. Harry obejrzał się za siebie i zobaczył, jak oboje pochylają się do przodu, uważnie obserwując urządzenie. Knot stał zaraz za nimi, z dłońmi zaplecionymi na brzuchu i wielkim uśmiechem na twarzy.

Harry przypomniał sobie, że tak będzie najlepiej. Naprawdę nie chciał walczyć z ministerstwem. To by tylko sprawiło, że jego podstawowa rola, jako vatesa stanie się jeszcze bardziej uciążliwa. W dodatku przecież nie mógł ich winić o to, że chcą się upewnić, że ktoś z jego mocą nie jest Mrocznym Panem. Oczywiście, że się tego obawiają, zwłaszcza po spektakularnym powstaniu Voldemorta. Byli tylko zwykłymi czarodziejami. Byli ludźmi, którzy mieli własne życia i dusze. Musiał ich zrozumieć.

Poczuł nagle, jak magia urządzenia wypełnia całe jego ciało. Zamrugał, mając wrażenie, jakby zaraz miała zacząć wylewać się mu oczami.

A potem magia zaczęła z niego wypływać z powrotem do urządzenia.

Ciągnąc jego własną magię ze sobą.

Harry poczuł, jak jego własna moc wzbiera w oburzeniu i chwilę później jego emocje do niej dołączyły. Złapał swoją magię z powrotem, starając się odseparować ją od tego, co się z nią przeplotło.

Urządzenie zakwaczało i zaczęło emitować ciepłem, zrobiło się czerwone, potem złote i wreszcie białe. Rozpadło się na kawałki pod jego rękami. Harry czuł, że spód jego dłoni jest ciężko poparzony i pełen bąbli. W ogóle się tym nie przejął. Za bardzo się skupiał na upewnieniu się, że jego magia wciąż była w jego ciele. Odsączył z siebie obcą magię, skupił ją na swojej dłoni, po czym cisnął nią w podłogę z obrzydzeniem.

Kałuża magii zawirowała, po czym wsiąknęła w resztki urządzenia.

Harry odwrócił się w stronę Umbridge. Na jej twarzy widniało paskudne poparzenie, bo nie zdążyła się na czas odsunąć od urządzenia, a jej żabie oczy lśniły z szoku. Wskazała roztrzęsionym palcem na Harry'ego.

– Zaatakowałeś specjalną asystentkę ministra! – szepnęła piskliwym głosem małej dziewczynki, który aż drżał z oburzenia. – Zaatakowałeś mnie!

Harry warknął. Jego magia była tam, gdzie powinna być, ale wcale jej to nie ukoiło.

– Znaleźliście sobie wymówkę i spróbowaliście zrobić ze mnie charłaka – powiedział. – Ciesz się, że skończyło się tylko na oparzeniu.

– Czyli jednak jesteś Mrocznym Panem – powiedział Knot ponurym, zimnym i bardziej pewnym siebie głosem, niż Harry kiedykolwiek od niego słyszał. – Powinienem był wiedzieć i nigdy nie pozwolić na ten test. Nie jesteś lojalny rządowi magicznej Brytanii, nie jesteś lojalny wobec nikogo poza samym sobą, a ja słusznie zaostrzyłem prawo. – Harry odwrócił się w porę, żeby zobaczyć, jak Knot wskazuje na Ponuraka i Psidwaka. – Brać go. Zamknijcie go gdzieś i upewnijcie się, że nie będzie w stanie użyć swojej magii.

Ponurak zrobił krok do przodu, jego twarz nie wyrażała niczego. Psidwak uśmiechał się szeroko, machając różdżką w te i nazad, przez co wydawała ona cichy gwizd.

Harry zrobił krok do tyłu, dysząc ciężko. Czuł, jak jego magia wzbiera coraz bardziej, tańcząc wokół, błagając, by ją wypuścił poza bariery. Mógł to zrobić. To byłoby takie proste. Mógłby pokryć ich lodem, albo spętać tam, gdzie stali, czy uderzyć ich klątwą, która sprawi, że będą cierpieć niemal tak okrutnie jak on, kiedy Rosier przywalił mu klątwą płonącej krwi. Mógł stworzyć węża i pochłonąć ich magię, na stałe wcielając ją w część swojej własnej. Mógł sięgnąć w ich kierunku legilimencją i, biorąc pod uwagę ich obroże, przy okazji zniszczyć ich umysły.

Nie chcę tego zrobić. Nie chcę ich skrzywdzić, do cholery!

Musiał jednak w jakiś sposób użyć choć odrobiny swojej magii, żeby ją jakoś uspokoić, więc zrobił gest ręką i szepnął Petrificus Totalus w swojej głowie. Ponurak i Psidwak zamarli i upadli na podłogę.

Harry odetchnął głośno w ciszy, która potem nastąpiła. Zobaczył, jak oczy Knota otwierają się ze strachem, kiedy w końcu do niego dotarło, że jego niedorosły Mroczny Pan nie jest tak oswojony, jak mu się wydawało. Zaczął się wycofywać, bezgłośnie poruszając ustami. Harry podejrzewał, że starał się wymyślić jakiś sposób na uspokojenie albo powstrzymanie go. Harry pozostał w miejscu, obejmując się rękami niczym łańcuchami, starając się upewnić, że jego moc nie wyskoczy i nie zaatakuje jeszcze kogoś. Musiał się uspokoić. W tej chwili jego opanowanie było niesamowicie kruche.

Im więcej myślał o tym, co zrobił Knot, tym bardziej był zły.

Porwał mnie. W ogóle mnie nie słuchał. Uchwalił prawa, które zdawały się być wycelowane we mnie, gdybym był Mrocznym Panem, o którego bycie Dumbledore zawsze mnie podejrzewał. Próbował zrobić ze mnie mugola, a przynajmniej charłaka.

Harry owinął swoją furię w rtęć i wcisnął całość do basenów; technika, której nauczył się od Snape'a. Poczuł, jak zaczyna go ogarniać spokój. Był w stanie to zrobić. Nie był swoją magią, ani furią. Był czymś więcej. To nie tak, że to, co mu zrobili, było niewybaczalne. Był w stanie wybić się ponad to. Potarł poparzoną dłonią czoło.

Wtedy Umbridge wyszeptała coś za nim i Harry poczuł, jak jego plecy rozpalają się bólem, jakby rozpalony do białości nóż wbił mu się między łopatkami.

Jego magia momentalnie zaatakowała to miejsce i przegnała klątwę, ale szkoda już się stała. Harry obrócił się w stronę czarownicy i zobaczył, jak ta właśnie opuszcza różdżkę, a na jej twarzy pojawia się wyraz niepokoju.

Zrobiła to, warknął do siebie, nisko w swoim umyśle. Nie powinni tego robić. To, co zrobili, nie powinno spotkać żadnego czarodzieja. Jak wielu ludzi tu już osuszyli z magii przede mną? Jak wielu jeszcze Ponurak i Psidwak złapią i przyciągną tutaj, jeśli czegoś z tym nie zrobię?

A potem nawet ten powód do złości zniknął i był po prostu wściekły o to, co zrobili jemu.

Nie zrobiłem nic, żeby sobie na to zasłużyć.

Ruszył w stronę Umbridge, a jego magia rozwinęła się wokół niego i wypełniła pokój niczym sztorm.