Uwaga: ten rozdział będzie naprawdę mroczny.

Rozdział dziewiąty: Dziki rodzaj sprawiedliwości

Harry nie znał tej części siebie, która się przebudziła, kiedy spojrzał na Umbridge i zrobił krok w jej kierunku.

Już kiedyś spotkał swoją furię. Spotkał swoją magię. Poznał zimną furię, swoją frustrację do brata i przytłaczający ból zdrady, który czuł, kiedy użył rytuału sprawiedliwości na Lily.

Tego nie znał.

Wyszło z niego nagle, niczym oddech zatrutego mleka, zwijając się przed nim jako widoczna, mroczna żmija, która miała gwiazdy za oczy. Okręcała się wokół własnej osi, aż nie obróciła się w jego stronę i spojrzała mu w oczy. Zorientował się, że drży i to bynajmniej nie z zimna. Wciąż czuł ból w plecach, w miejscu, w którym uderzyło go nieznane mu zaklęcie Umbridge. Pomiędzy łopatkami, trochę powyżej ich środka, odrobinę po lewej.

To było złe, że go tak uderzyła.

Coś takiego nie powinno w ogóle mieć miejsca.

W tej chwili Harry odkrył, że jednak jest w stanie skrzywdzić inną istotę ludzką, że potrafi chcieć tego równie mocno, co świtu słońca, żeby mógł spędzić trochę więcej czasu na ćwiczenie zaklęć w świetle dnia, a nie na czytaniu książek pod kocem, przyświetlając sobie Lumosem.

Żmija otrzymała jego pozwolenie. Odfrunęła od niego w pełnym gracji ruchu i owinęła się wokół jednej z kostek Umbridge, a przynajmniej to Harry wywnioskował z jej pozycji pod szatami czarownicy. Poczuł, że się uśmiecha. To był leniwy wyraz, jeden z muskułów jego twarzy wykonał go bez jego zgody.

Kiwnął głową.

Żmija ukąsiła. Wiedział to, nie dlatego, że był w stanie to zobaczyć, ale dlatego, że tego chciał, więc tak właśnie się stało. Kły przebiły skórę Umbridge i posłały lodowaty jad jej żyłami. Zawyła i zachwiała się.

Harry usłyszał za sobą głos – Knota – recytujący z desperacją jakąś inkantację. Prawdopodobnie w celu rozbrojenia go.

Co za głupota, przecież ja nawet nie mam różdżki, pomyślał leniwie Harry i machnął ręką, nie odwracając wzroku od swojej żmii, która właśnie wspinała się po łydce Umbridge, niczym niewielka fala pod jej szatami.

Czarownica wrzeszczała i kopała, a potem jej noga zmartwiała. Zagapiła się na nią i złapała ją, próbując nią poruszyć. Harry zdawał sobie sprawę z tego, co poczuje pod palcami: martwy ciężar, niczym kamień. Tego chciał, więc tak się stało.

Za nim Knot zaczął mówić coś innego, bo Harry przerwał jego pierwszą inkantację gestem ręki, a potem ucichł, wydając z siebie zadławione jęknięcie. Harry wiedział, że wokół jego szyi owinął się wąż, lśniący ciemną zielenią Zakazanego Lasu w świetle dnia, a jego magia tylko czeka na polecenie, tylko czeka, żeby udusić Knota, albo go w jakiś inny sposób skrzywdzić.

Syknął rozkaz w wężomowie, po prostu po to, żeby straszniej zabrzmieć i czarny wąż znowu ukąsił Umbridge, tym razem w jej udo, blisko biodra. Jej wrzask był nie do opisania. Harry przymknął lekko oczy, po raz pierwszy rozumiejąc, jak to się stało, że jego ojciec dostał szału i trzymał Bellatrix Lestrange przez dziesięć minut pod Crucio, jak Bellatrix się prawdopodobnie czuła, kiedy torturowała Longbottomów, czemu mroczni czarodzieje w ogóle używają niewybaczalnych zaklęć.

To był moment czystej przewagi nad przeciwnikiem, świadomość, że ktoś, kto go skrzywdził, teraz za to płacił.

Jeszcze raz, pomyślał Harry, po czym syknął to w wężomowie.

Czarny wąż wspiął się wyżej i po raz kolejny zatopił kły w Umbridge, zaraz pod jej żebrami po lewej stronie. Umbridge jęknęła i osunęła się na ziemię. Cała jej lewa strona była zamrożona, nie pozostało w niej żadne życie, nawet jeśli dalej wyglądała jak żywa. Będzie w stanie kuśtykać na swojej prawej nodze, wykonywać gesty prawą ręką, mówić prawą stroną ust i animować prawy policzek i prawe oko. To nie miało znaczenia. Połowa jej ciała już na zawsze pozostanie martwa, groteskowo zamrożona, zastygła w ostatnim wykonanym przez nią ruchu.

Harry zdał sobie nagle sprawę z tego, że się śmieje. Nie był pewien, kiedy to się zaczęło, przed, czy po ukąszeniu. Zastanawiał się, czy to w ogóle ważne.

Czarny wąż odpłynął od pół–zamarłej, pół–miotającej się Umbridge i podleciał z powrotem do niego, a jego boki zaczęły się rozciągać, niczym motyle skrzydła. Harry wyciągnął rękę i poczuł, jak żmija owija się wokół niej, kładąc łeb na jego nadgarstku. Jej syk był dla Harry'ego niczym melodia. Harry pogłaskał ją po grzbiecie i pochylił głowę, wdychając jej zapach. Lód, wiatr i kamień.

Odwrócił się powoli w stronę ministra. Knot gapił się na niego, jedną dłonią luźno trzymając różdżkę, ledwie oddychając. Zielony wąż, owinięty wokół jego szyi, momentalnie odwrócił łeb, skupiając wzrok na Harrym. Na wszelki wypadek zacisnął jednak kilka swoich zwojów, żeby Knot nie ośmielił się zapomnieć, od kogo w tej chwili zależy jego życie.

Harry kiwnął ministrowi.

– Witam pana. – Jego głos brzmiał normalnie. W jego głowie roiło się od przetaczającej się ciemności, spokoju i tańczących węży, co nie było do końca normalne. W ogóle nienormalne, pomyślał Harry. – Podejrzewam, że zastanawia się pan, czemu zareagowałem w ten sposób, a nie inny.

Oddech Knota zaczął wychodzić z niego w świstach. Harry syknął zielonej żmii rozkaz – była stworzona z jego magii, więc posłucha się go tak, jak Sylarana czy Wielu by tego nie zrobiło – i wąż poluźnił nieco uścisk, chociaż wciąż mógł bez problemu zaatakować gardło, albo pierś ministra.

– Niefortunne połączenie ataku magicznego i wściekłości – powiedział Harry, wzruszając ramionami. Wiedział, że mówi prawdę. Gdzieś w szarej racjonalności, która wciąż była częścią jego umysłu, te słowa nawet miały sens. Otaczający ją chaos wył i coś próbowało się przebić na powierzchnię, ale Harry upora się z tym za moment. – Próbowałem raz za razem dać wam wymówki, powody, żebyście tego nie robili, okazje, żebyście się zorientowali, co robicie i wycofali. – Zamrugał na Knota. Oczy go piekły. Nie wiedział, czemu. Nawet, jeśli czarna żmija przypadkiem chlusnęła mu jadem w oczy, to przecież by go od tego nie piekło. – A wy spróbowaliście odebrać mi magię. Wtedy zorientowałem się, co to znaczy, że ma pan te prawa, tę Sforę i tę kulę... – Zerknął na srebrne urządzenie, które próbowało ukraść mu magię i zostało za to bezpowrotnie zniszczone. – No, miał pan tę kulę. – Spojrzał znowu na Knota. – Użyłby pan jej na innych ludziach, nie tylko na mnie, wykorzystałby pan ją do terroryzowania, przymuszania, skłaniania do współpracy. A potem Umbridge jeszcze cisnęła we mnie tym zaklęciem i zburzyła balans mojego umysłu na moment. – Wzruszył ramionami. – To się nie zdarza często. Przy odrobinie szczęścia, nigdy więcej się nie powtórzy.

Nagle jego wzbierające emocje przebiły się przez powierzchnię i Harry zrozumiał, czemu pieką go oczy. Płakał, a przynajmniej był na skraju łez. Wszystko go bolało ze wstydu i poczucia winy.

Skrzywdził inną istotę ludzką. I to nawet nie było sedno sprawy, bo już kiedyś to robił, zarówno z własnej woli, jak i przypadkiem.

Sęk tkwił w tym, że mu się to podobało.

Harry opanował przytłaczające go mdłości, pragnienie ucieczki, albo nasłania czarnej żmii na samego siebie. Żadna z tych reakcji nie przyniosłaby pożytku. Jeśli dalej będzie o tym myślał, to skończy jak James, odwracając się od ciemności, do której był zdolny. Miał zamiar wyciągnąć z tego wnioski i tylko to.

To właśnie ten wstyd, poczucie winy i paląca świadomość tego, kim był, leżały pod jego osobowością, w której od tak dawna pielęgnował współczucie i wybaczenie. Spojrzał w twarz swojemu sadyzmowi i pragnieniu zadania bólu, zmuszając się, by nie odwracać wzroku.

To się nie dzieje, kiedy się robię zły.

Tak się dzieje, kiedy jestem zły i działam bez namysłu. Tak się dzieje, kiedy, choćby na jeden moment, ślepo i instynktownie, dlatego, że ludzie okazywali brak rozsądku, nienawidzę.

Przyjrzał się tej emocji uważnie. Czuł już ją kiedyś, oczywiście. Nienawidził Voldemorta ilekroć myślał o wszystkim, do czego Mroczny Pan jest zdolny, atakując i starając się zabić niewinne dziecko. Nienawidził też ludzi, którzy lubili krzywdzić innych.

Ale kiedy to czuł, zawsze miał coś, co go sprowadzało z powrotem do rzeczywistości. Był daleko od swojego celu, albo wokół niego byli inni ludzie i musiał się skupić na chronieniu ich, zamiast na atakowaniu w celu zadania bólu.

Tym razem nie miał niczego, a ból fizyczny popchnął go w kierunku pragnienia, by ktoś, kto go skrzywdził, również ucierpiał, nawet jeśli tylko na chwilę.

To była różnica. Przyjrzy się jej, nauczy się jej i upewni się, że już nigdy więcej nie będzie się tak czuł.

Nie mogę sobie pozwolić na zemstę. Kim się stanę, jeśli się do niej zwrócę? Ktoś inny może się mścić i w ich przypadku skończy się na przywaleniu w zęby i kilku krzywdzących słowach. Kiedy ja to robię, to sieję zniszczenie.

Harry zacisnął rękę przed sobą i zamknął oczy, sycząc do żmii. Czarny wąż po raz kolejny od niego odpłynął i usłyszał ciche, pełne przerażenia jęknięcie Umbridge. Harry nie spojrzał na nią, kiedy wąż na niej wylądował. Tak, będzie musiał ją znowu ukąsić, ale tym razem to będą tylko trzy ugryzienia, po których zimna trucizna opuści jej ciało i zostawi ją w spokoju.

Harry'emu było niedobrze, trząsł się, był bardzo zmęczony i głęboko zawstydzony tym, co zrobił. Umbridge, Knot, Ponurak, Psidwak i wszyscy inni, którzy mogli im przy okazji pomóc, to wciąż byli ludzie. Miał prawo im oddawać ciosy i bronić przed nimi siebie i innych. Ale nie miał prawa ich torturować, czy zagrażać ich życiu, bo wtedy nie był wcale od nich lepszy. Nie miał prawa traktować ich, jakby nie mieli własnej duszy, żyć, pragnień, nadziei, marzeń, jakby się nigdy nie roześmiali, albo nie zrobili niczego dobrego.

Nie chciał żyć w świecie, w którym to by była prawda.

Co mógł teraz zrobić, to upewnić się, że już nigdy nikomu czegoś takiego nie zrobią.

Harry podniósł głowę i otworzył oczy. Słyszał, jak zdesperowane, płaczliwe jęki Umbridge cichną, kiedy ta zaczęła odzyskiwać kontrolę nad lewą stroną swojego ciała. Oczy ministra dalej były szeroko otwarte i wbite w niego. Harry poruszył ręką i zielona żmija rozwiała się niczym mgła. Knot pokręcił głową, dotknął swojego karku, żeby się upewnić, że węża na pewno już tam nie ma, po czym wziął głęboki oddech.

– Wiem, co chce pan powiedzieć, ministrze – powiedział cicho Harry. – Że tylko Mroczny Pan mógłby zrobić coś takiego.

Knot przymrużył oczy.

– Może jeszcze mi powiesz, że to wcale nie była mroczna magia, Potter? Albo że moja asystentka wcale nie ucierpiała?

Harry westchnął. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że miał tak mocno zaciśnięte ręce, że paznokcie wbijały mu się w skórę. Strzepnął dłonie, po części by sobie ulżyć w bólu, a po części, żeby rozwiać, teraz już niepotrzebną, czarną żmiję.

– Nie. Przykro mi z tego powodu, ministrze.

Podniósł głowę. Knot się na niego gapił.

– Ale – powiedział Harry, pozwalając, żeby w jego głosie pojawił się cień stanowczości – nie będzie mi przykro, jeśli się dowiem, że w dalszym ciągu używa pan swojej Sfory do aresztowania ludzi, że zmusił pan jeszcze kogoś do przejścia przez to niedorzeczne przesłuchanie, albo że próbował pan odebrać komuś magię. – Zrobił krok do przodu. – Wie pan już, do czego jestem zdolny. – Machnął dłonią raz i drugi, a więzy na Ponuraku i Psidwaku poluźniły się. Wstali, patrząc na niego z obawą, ale nie wykonali żadnego ruchu w kierunku swoich różdżek. – Naprawdę chce pan mnie rozzłościć?

Knot się zaperzył.

– Wszystko, czego użyliśmy, było Świetliste! Ta kula pochodziła z domu szanowanej, świetlistej rodziny! To zaklęcie, którego Dolores użyła w obronie własnego życia! Nawet obroży, które nosi moja Sfora, nie można było założyć bez ich zgody, a służą tylko temu, żeby ochronić ich umysły przed mrocznymi wpływami...

Harry poczuł delikatny powiew ulgi, że nie będzie musiał być odpowiedzialny za uwolnienie Sfory, oraz irytację na paplaninę Knota.

– Proszę pana – powiedział, ledwie panując nad swoim tonem – proszę się zamknąć.

Knot się zamknął.

Harry wziął głęboki wdech i wydech, i powtarzał to, póki znowu nie zapanował nad swoim gniewem.

– Oto układ, jaki zapanuje między nami – powiedział. – W tej chwili przestanie pan korzystać ze Sfory. Podzieli ich pan i wmiesza w inne departamenty. Skoncentruje się pan na zrehabilitowaniu Azkabanu i zatrudnieniu tam ludzkich strażników, którzy będą mieli więźniów na oku. Sfora pewnie się tam poczuje jak w domu – dodał, z lekką nutą goryczy w głosie. Zdusił ją w sobie. Musiał być spokojny, opanowany. – I wykreśli pan z książek te niedorzeczne prawa dotyczące mrocznych zdolności. Następnym razem, zanim pan się porwie na uchwalanie czegoś, proszę zwołać cały Wizengamot i zapytać, czy to w ogóle dobry pomysł.

– A co ja będę z tego miał? – zażądał Knot.

Harry podniósł głowę. Głupi, bezgranicznie głupi, ale naprawdę nie mogę zacząć wojny z ministerstwem i tylko dlatego, że jest głupi, wcale nie znaczy, że mam jakieś prawo zrobić mu krzywdę.

– Moje milczenie – powiedział bezbarwnym tonem. – Nikomu nie powiem o tym wszystkim, co dzisiaj usłyszałem w tym pokoju, o wszystkim, co się stało – włącznie z porwaniem niewinnego dziecka, brata Chłopca, Który Przeżył, zabranego do ministerstwa bez swojego opiekuna – co mogłoby pana kompletnie zniszczyć, ministrze.

Twarz Knota zrobiła się kompletnie biała. Harry kiwnął głową. Właśnie dlatego to wszystko było trzymane w tajemnicy, a prawo stanowiące, że mroczni czarodzieje muszą się zarejestrować, było tylko zmarszczką na powierzchni sprawy. Knot zdawał sobie sprawę z tego, co opinia publiczna jest, a czego nie jest w stanie tolerować, przynajmniej w generalnym sensie.

– Wszyscy wiemy, że nic takiego się tutaj nie wydarzyło – szepnął Knot mimo wszystko. – Będziemy mieli cztery zeznania przeciwko jednemu.

Harry prychnął głośno.

– Ja jestem skłonny przyjąć veritaserum – powiedział. – A wy?

Knot zasłonił sobie usta dłońmi, jakby wyobrażał sobie, jak koszmarne prawdy byłyby gotowe je opuścić.

Harry kiwnął głową.

– Mogę bez większego trudu powiedzieć wszystkim prawdę, o wszystkim, jeśli tylko usłyszę choćby pogłoskę o tym, że nie dotrzymał pan swojej strony umowy. Jestem skłonny poddać przeszłość w zamian za przyszłość, ale tylko, jeśli pan dopilnuje, żeby te wydarzenia pozostały w przeszłości.

– Ta prawda zawierałaby fakt, że jesteś mrocznym czarodziejem i używasz mrocznej magii – powiedział Knot.

To musiał być Gryfon. Nie wie, kiedy się poddać. A teraz ja muszę być Ślizgonem. Harry nałożył solidnie spokojną maskę, którą Lily nauczyła go do perfekcji i spojrzał ministrowi prosto w oczy.

– Nie obchodzi mnie to.

Kłamał.

Obchodziło go to. Tak strasznie. Nie chciał, żeby ktoś się o tym dowiedział, nie sądził, żeby opinia publiczna nazwała niewinnym chłopca, który wyczarował węże z powietrza i poszczuł je na ministra i jego specjalną asystentkę. Nie chciał zobaczyć zgrozy w oczach innych uczniów Hogwartu, których przekonywał, bardzo ostrożnie, do nie krzywienia się, jak ich mijał. Nie chciał zobaczyć powątpiewania na twarzach swoich sojuszników, kiedy ci zaczną rozważać, czy może jednak nie zostanie kiedyś Mrocznym Panem. Był w stanie wyobrazić sobie całe zamieszanie, jakie wybuchnie, jeśli to wyjdzie na jaw. Całą tę skupioną na nim uwagę.

Nie chciał jej.

Ale kiedy znowu się zdołał skupić, zobaczył, że zdołał tym blefem przekonać Knota, że milczenie na temat jego przeklętej głupoty to najlepsze wyjście w tej sytuacji. Knot kiwał energicznie głową, mamrocząc do siebie tak długo, aż nie zrobił się siny na twarzy. Harry odwrócił głowę i zobaczył, że Umbridge też przytakuje, chociaż w jej żabich oczach płonęła furia. Ponurak i Psidwak przyglądali mu się z wyrazem głębokiej i znanej pogardy w oczach, ale pochylili głowy, kiedy Harry spojrzał na nich.

Było po wszystkim. Było po wszystkim. Harry poczuł, że kolana mu miękną. Musiał się stąd wydostać, zanim ktoś zauważy.

– Niech pan pamięta, ministrze – szepnął. – Jedna pogłoska.

Knot kiwnął znowu głową, a Harry odwrócił się i wyszedł z pokoju drzwiami, którymi wcześniej weszła Umbridge, po czym ruszył na ślepo korytarzami, szukając wind do biura aurorów. Zastanowił się przelotnie, kto był odpowiedzialny za sprzątanie pokoju, w którym przebywał, bo jak tylko otworzył drzwi, to nad głową śmignął mu chrząszcz.


Cóż, pomyślał Rufus Scrimgeour, prowadząc grupę aurorów na dziesiąty poziom ministerstwa, skąd doszedł ich potężny wybuch magii, już dawno żadne popołudnie nie było tak interesujące.

Najpierw przybyły sowy, wlatując mu przez okna, niczym małe, magiczne bronie, których bracia Glendorring używali w czasie Pierwszej Wojny, przynosząc jedne wieści za drugimi. W ciągu ostatnich paru dni widziano, jak dwóch aurorów, obu zwolnionych z wpisem do akt, wchodzi i wychodzi z ministerstwa przy różnych okazjach. Dzisiaj rano potwierdzono, że po raz kolejny się pojawili. Harry Potter przemówił wężomową w alei Śmiertelnego Nokturnu, po czym aportował się z wyraźnie nielegalną hodowlą roju kobr z południowej Afryki. Nikt nie był w stanie znaleźć ministra i kilku jego ludzi, którzy czekali z wypełnionymi raportami, chcieli się dowiedzieć, co powinni teraz zrobić.

Severus Snape, opiekun Harry'ego Pottera, napisał krótką, szorstką wiadomość, w której poinformował go, że jego wychowanek został porwany przez dwóch czarodziejów odzianych w szare szaty, którzy nazywali siebie Sforą, oraz że jego metody namierzania Harry'ego zawiodły wobec potężnych osłon, za które został wciągnięty, prawdopodobnie ministerstwa.

Rufus był w stanie złożyć do kupy elementy układanki równie sprawnie do każdy czarodziej, może nieco lepiej niż większość, dzięki czemu, między innymi, został szefem biura aurorów, i chociaż nie znał wszystkich szczegółów, miał generalne pojęcie o tym, co się stało.

W sercu ministra Knota było coś zgniłego.

Tkwiło tam już od dłuższego czasu, tak naprawdę, pomyślał Rufus z roztargnieniem, kiedy razem ze swoją grupą minął departament tajemnic. Korneliusz z początku nie był nawet taki zły, znalazł się u szczytu władzy dzięki pustym obietnicom, ale to już przysłużyło się wielu innym ministrom do wygrania kampanii. Nie poradził sobie też gorzej od pozostałych: chciał dobrze, ale nie bardzo mu wychodziło, więc się tylko trochę powtrącał tu i ówdzie, po czym całkowicie poświęcił się relacjom publicznym. Rufus przyzwyczaił się do pracowania na około ministrów, zamiast razem z nimi, i to się niczym od tego nie różniło.

A potem Korneliusz zaczął się bać.

Plotka głosiła, że zaczęło się kilka lat temu, od ataku wilkołaka, który ledwie zdołał przeżyć, a może od utraty przyjaciela, który zadeklarował się Mrokowi, czy też po prostu od plotek o powrocie Mrocznego Pana, krążących wśród hołoty, którą sprowadzali do Azkabanu. Rufus nie wiedział. Powód go tak w gruncie rzeczy nie obchodził. Widział efekty i te efekty były początkiem zgnilizny w ministerstwie, zmieniły go w bezwstydną kukiełkę, skłaniającą się ku dowolnemu "Świetlistemu" czarodziejowi, który chciał szepnąć mu do ucha właściwie, kojące słowa.

Rufus z naprawdę wielką satysfakcją obserwował rozwiązanie pewnych łapówkowych przyjaźni zawartych między pracownikami ministerstwa a mrocznymi rodzinami, jak Malfoyowie, ale kiedy Korneliusz zaczął wypełniać puste miejsca każdym, kto powiedział mu jakieś kojące kłamstwa i półprawdy, szeptał o wymyślnych planach "zabezpieczania przyszłości przed Mrokiem", to przestał uważać, że rezultat odbył się z korzyścią dla ministerstwa.

Nie można się kryć ze strachu przed ciemnością, na litość Merlina, pomyślał Rufus, kiedy zbliżali się do drzwi prowadzących na dziesiąty poziom. Jego szata powiewała za nim, a jego kuśtykanie było tak płynnie wgrane w jego sposób poruszania się, że nigdy mu nie przeszkadzało. Trzeba z nią walczyć.

Drzwi otworzyły się zanim zdążył do nich dojść. Rufus zatrzymał się i wycelował przed siebie różdżkę.

Stał w nich Harry Potter, cuchnąc mroczną magią.

Nos Rufusa drgnął nerwowo, ale on sam zmusił się do opuszczenia różdżki. Tak, zadeklarował się magii Światła tak wcześnie i tak młodo, że był ją w stanie dosłownie wyczuć w powietrzu, zwłaszcza kiedy czarodzieje używali innych rodzajów zaklęć. To była pogłoska, którą z radością utrzymywał jako plotkę. Nie oznaczało to jednak, że miał zamiar uderzyć dziecko, za to, że jej użyło, zwłaszcza, kiedy Potter podniósł głowę i spojrzał Rufusowi w oczy.

Coś się stało, pomyślał Rufus. Te zielone oczy za bardzo przypominały oczy dzieci, które zarażono likantropią, oczy kobiet, które przeżyły napad centaurów, oczy ostatniej znanej ofiary Voldemorta, zanim ten ruszył za Potterami, Alby Starrise, która mówiła cicho, raz za razem, że nic jej nie jest, po czym powiesiła się w swojej celi, kiedy Rufus poszedł zaparzyć jej herbaty.

Powiedział te same słowa, których użył wtedy, pilnując, żeby jego głos był niski i kojący. Jego grupa stanęła za nim w bezruchu. Młody Percy Weasley przełknął głośno ślinę, ale pozostali się nie odezwali. Wiedzieli, że w takiej sytuacji nie powinni się wtrącać.

– Już w porządku. Jestem tu, żeby cię chronić. Co się stało, Harry?

Chłopiec zamrugał, raz i drugi. Podniósł rękę, żeby dotknąć swojej twarzy, jakby był zaskoczony, że pojawiła się na niej jakaś emocja.

A potem się wyprostował i schował emocję za solidną maską. To był jeden z bardziej imponujących popisów, jakie Rufus w życiu widział, ale też najbardziej przerażająca. Potter po prostu zapieczętował swoją twarz, po czym spojrzał mu prosto w oczy.

– Nic – powiedział.

Był doświadczonym kłamcą, to było oczywiste. Rufus pewnie byłby nawet skłonny mu uwierzyć, gdyby nie zobaczył wcześniej tych oczu.

Podniósł wzrok na korytarz za drzwiami do poziomu dziesiątego, ale nikogo tam nie zobaczył. Oczywiście, prawdopodobnie większość pracowników uciekła po wybuchu magii, który z całą pewnością był dziełem Pottera.

Pochylił się w stronę Pottera.

– W takim razie co tutaj robisz? – szepnął. – Twój opiekun przysłał mi informację, że zostałeś porwany.

– Nieporozumienie – powiedział Potter lekceważąco. – Czy mógłby pan mnie do niego zabrać, proszę? Chciałbym się z nim zobaczyć.

Rufus zastanowił się nad tym. Snape'a tu nie było – nie, chwila, pewnie teraz już był. Rufus zostawił po sobie instrukcje, żeby go zamknąć w jego gabinecie, jak tylko się pojawi, po części po to, żeby go uspokoić, a po części, żeby go powstrzymać przed pójściem gdzieś i zrobieniem czegoś... niefortunnego. Rufus wierzył, że poprawnie ocenił Severusa Snape'a. To był oddany, wierny opiekun. Był również mrocznym czarodziejem, oskarżonym o bycie śmierciożercą. Rufus nie miał zamiaru zapominać o żadnym z tych faktów.

Ale zdesperowana nadzieja w głosie chłopca nie była udawana.

Rufus uznał, że pytania mogą zaczekać. Kiwnął głową i wyciągnął rękę.

– Chodź ze mną – powiedział.

Harry zawahał się, po czym pokręcił głową.

– Z całym szacunkiem, proszę pana, ale naprawdę nie muszę trzymać nikogo za rękę. – Ruszył przed siebie, minął Rufusa i wkroczył między zaskoczonych, milczących aurorów, którzy rozstąpili się przed nim, po czym obejrzał się. – Pański gabinet?

Rufus sobie wtedy coś postanowił. Wiedział, że będzie w stanie tego dotrzymać. Scrimgeourowie zawsze dotrzymywali słowa, a on to robił bez wahania odkąd skończył dwanaście lat.

Odkryje, co tu się stało, co sprawiło, że dziecko wyglądało tak w jego własnym ministerstwie, a kiedy już odkryje tę korupcję, wyrwie ją z korzeniami.

Był Ślizgonem, ale Tiara Przydziału zasugerowała mu Hufflepuff. Kiedy Rufus Scrimgeour zaczynał kopać, to nic nie było w stanie go powstrzymać.

Teraz jednak lepiej będzie udawać, że się uwierzyło w to kłamstwo i pozwolić chłopcu wrócić pomiędzy ludzi, którzy go kochali. Kiwnął głową.

– Mój gabinet – powiedział i ruszył korytarzem za Harrym, który trzymał swoje plecy prosto niczym miecz.

Zdołał po drodze przelotnie spojrzeć Percy'emu Weasleyowi w oczy i przyjrzał mu się surowo. Jeśli to go nie zmierzy i nie zważy, to nic tego nie zrobi.

Ramiona i szczęka Percy'ego opadły, a on sam odwrócił wzrok pod spojrzeniem Rufusa. Ale kiedy znowu spojrzał w górę, pod powierzchnią jego twarzy błysnęła stal.

Rufus ukrył uśmiech. Czyli nie pomyliłem się w osądzie. Oczywiście, bardzo rzadko się mylę, kiedy chodzi o rozpoznawanie potencjalnych aurorów.


Snape usiadł, po raz kolejny, w gabinecie o ścianach przepełnionych absurdalną ilością zdjęć, opowiadających swoim ramkom różne historie, napił się herbaty, którą mu przyniósł asystent Scrimgeoura i starał się o niczym nie myśleć. Scrimgeour wyszedł zbadać przyczynę wybuchu magii, którego źródłem niemal na pewno był Harry, ale nie chciał mu powiedzieć, na który poziom idzie. Snape nie był w stanie już niczego zrobić, pozostało mu tylko biegać po biurze, łapać ludzi za chabety i grozić im, co im zrobi, jeśli mu nie powiedzą, gdzie jest Harry. A drzwi od czasu do czasu mijali aurorzy, którzy zatrzymywali się, żeby kiwnąć mu głową. Snape był pewny, że by go powstrzymali, gdyby spróbował.

Harry był bezpieczny. Nic mu nie będzie.

Snape wmawiał to sobie, ponieważ myślenie o czymkolwiek innym nie przynosiło mu niczego dobrego.

Pozwolił jednak swojemu umysłowi osunąć się do chwili, w której Harry został porwany i poczuł, jak wściekłość wzbiera mu w piersi. Odziany w szare szaty czarodziej, który podążył za Harrym i swoim partnerem, cisnął w ziemię jakimś brokatowym proszkiem tuż przed swoją aportacją. Snape go nie rozpoznał, ale zareagował z ziemią i podniósł się z niego kłąb dymu, przez który Snape kaszlał przez dobrych kilka minut.

Potem spróbował sięgnąć ku Harry'emu wzdłuż pasywnej więzi, jaką stworzył między nimi eliksir – i nie był w stanie. W pierwszej chwili obwinił o to proszek, który go pewnie w jakiś sposób oszołomił lekko, przez co więź się rozchwiała. Być może jednak były to osłony ministerstwa, bo nie był w stanie wyczuć swojego wychowanka nawet kiedy efekty proszku zdawały się zanikać, nie czuł nawet odległego wrażenia spanikowanych myśli.

Snape wszedł do szkoły. Poszedł od razu do gabinetu dyrektora i powiedział Albusowi co się stało. Odkrył przy okazji, że brwi Albusa wciąż były w stanie nadać mu nastroszony wygląd. Albus bez chwili wahania odwrócił się i fiuknął do ministra z własnego kominka.

Po dłuższej rozmowie z wyraźnie przerażonym, młodym czarodziejem, dyrektor odwrócił się i pokręcił głową. Snape się nie spodziewał niczego innego.

– Minister jest w tej chwili niedostępny – powiedział cicho.

Snape kiwnął głową i wyszedł z gabinetu, ignorując spięte wołanie Albusa.

Przyklęknął przy własnym kominku z umysłem spokojnie zaciekawionym, po czym fiuknął Malfoyów. Nie wiedział, gdzie był Harry, a nawet gdyby wiedział, osłony pewnie powstrzymałyby go przed aportowaniem się tam. Nie wiedział, kim była Sfora, ani czego chcieli. Gdyby po prostu wpadł w tę sytuację bez żadnych informacji, to mogło kosztować Harry'ego życie.

Musiał stłamsić swoją panikę i wściekłość o to, że w ogóle panikuje, która sprawiła, że już cały dzień zachowywał się nieracjonalnie, najpierw z goblinami, a potem przy wężach. Nie ochroni Harry'ego atakując na ślepo. Dlatego też tym razem musiał się upewnić, że tego nie zrobi, że jego działanie będzie kontrolowane i ślizgońskie.

Harry mógłby w tej chwili umierać, a ty byś o tym nie wiedział przez te osłony.

Snape pokręcił lekko głową. Nie, nie wiedziałby. To oznaczało, że powinien się skupić na racjonalnym zachowaniu. A to oznaczało zbieranie informacji. Jeśli nie zdoła uratować Harry'ego, to przynajmniej będzie wiedział, na kimś się mścić za jego śmierć.

We właściwym momencie Snape włożył głowę między płomienie i zorientował się, że patrzy na przedsionek, w którym Narcyza powitała go w ostatnie święta. Usłyszał trzask, który prawdopodobnie oznaczał, że skrzat domowy aportował się, żeby powiadomić domowników, że ktoś próbuje się z nimi skontaktować. Snape pochwycił swoje zniecierpliwienie, cisnął nim do jednego z basenów rtęci i czekał.

Draco wpadł do pokoju w pełnym pędzie, ledwie zdołał uniknąć poślizgnięcia się na dywaniku, po czym spojrzał na Snape'a z szarą twarzą. Snape odkrył, że łatwiej jest mu być szczerym z samym sobą po tym, jak go zobaczył. Świadomość, że ktoś inny jest przerażony zdawała się koić jego własny strach.

– Proszę pana? – szepnął Draco. – Co się stało Harry'emu?

– Ministerstwo go porwało, Draco – powiedział cicho Snape. – Przyprowadź tu swojego ojca. Potrzebuję kogoś, kto ma wtyki w ministerstwie, żeby mi pomógł ustalić, gdzie zabrali Harry'ego.

– Coś się stało, Severusie?

Lucjusz Malfoy wyłonił się zza swojego syna, jego twarz była niczym zamrożony marmur. Snape nie tracił czasu na pogardzanie nim za jego spokój i zamiast tego opisał mu sytuację z precyzją, jakiej nauczył się z czasów, kiedy był szpiegiem dla Zakonu Feniksa. Między innymi wspomniał o proszku, szarych szatach i nazwie "Sfora", bo jeśli coś było w stanie zidentyfikować departament, który był związany z porwaniem Harry'ego, to właśnie takie szczegóły.

A potem musiał oglądać, jak Lucjusz Malfoy powoli kręci głową, marszcząc brwi.

– Minister już ze mną nie rozmawia – powiedział cicho. – A nic z tego nie brzmi znajomo.

Snape syknął cicho. Przynajmniej wiedział, że Lucjusz jest szczery. Straciliby naprawdę dużo czasu, gdyby musieli grać w te kłamliwe gierki, które pozwoliłyby Snape'owi ustalić, jak wiele ten człowiek tak naprawdę wie.

– W porządku – powiedział. – Mamy sojusznika w ministerstwie, ale nie widziałem w jego gabinecie kominka. Napiszę do niego. Dziękuję wam za pomoc. – Kiwnął szybko Draconowi i Lucjuszowi, po czym zaczął zabierać głowę z kominka.

– Mogę zrobić coś innego – powiedział nieoczekiwanie Lucjusz. – Żona Adalrico Bulstrode'a, Elfrida, pracuje z goblinami, upewniając się, że monety, które trafiają w obieg na Pokątnej, są prawdziwe. Jest przynajmniej bliżej ministerstwa niż my. Skontaktuję się z Adalrico, poproszę go, żeby poinformował o tym żonę.

Snape kiwnął sztywno głową.

– Dziękuję.

Bulstrode'owie byli formalnymi sojusznikami Harry'ego, im więcej ludzi się o tym dowie, tym lepiej.

– I nie skończę na tym – zapewnił go Lucjusz. – Pozostali też o tym usłyszą. – Uśmiechał się teraz lekko, a w jego oczach płonął solidny, zimny ogień. Snape przyjrzał mu się. Szczerze wątpił, żeby Lucjuszowi zależało na Harrym tak bardzo, jak Snape'owi, czy jego własnemu synowi, ale wyglądało na to, że podobała mu się perspektywa politycznego wyzwania, którą reprezentowała sobą ta sytuacja. W dodatku, rzecz jasna, był w środku tańca sojuszu z Harrym i prawdopodobnie chce, żeby Harry dożył do jego końca. – Parkinsonowie też są z nim w sojuszu, a moja żona regularnie rozmawia z Hawthorn. Są też inni, którzy będą… zainteresowani.

Snape poczuł, jak solidny ogień rozpala mu się w piersi.

– Dziękuję – powtórzył.

Zerknął jeszcze na Dracona i poczuł ukłucie współczucia dla chłopca. Oczy Dracona były szeroko otwarte i był o krok od hiperwentylowania się. Snape westchnął. Pośród wielu, wielu spraw, o których będzie musiał porozmawiać z Harrym…

Jeśli Harry wyjdzie z tego z życiem.

...jedną z nich będzie musiała być kwestia tego, co ma zamiar zrobić z jego pogłębiającą się przyjaźnią z synem Lucjusza Malfoya. Snape'a powoli zaczynała martwić ta jego obsesja na punkcie Harry'ego. Draco potrzebował wygenerować w sobie własną, odrębną osobowość, potrzebował własnego hobby, jakichś zainteresowań, własnego życia.

– Proszę, niech mi pan da znać, kiedy już go pan znajdzie – szepnął Draco.

Snape kiwnął głową. Wydawało mu się, że chłopiec zapyta, czy może pójść z nim, ale nie zrobi tego w obecności swojego ojca.

– Dam – powiedział, po czym wyciągnął głowę z płomieni i ruszył, by napisać list do Rufusa Scrimgeoura. Inny ptak przyniósł mu niemal natychmiastową odpowiedź, jeden z wytresowanych do szybkości sokołów ministerstwa, w której został zaproszony do gabinetu Scrimgeoura.

I tu właśnie siedział.

A potem poczuł, jak magia zaczyna wypełniać powietrze i więź między nim a jego wychowankiem ponownie zaskoczyła, a z jej końca wyczuł mroczne, mozolne, kotłujące się emocje.

Snape momentalnie wstał i odwrócił się. Harry wszedł do biura ze Scrimgeourem, a za nimi szła grupa aurorów.

Snape spojrzał na niego. Harry wyglądał na tak opanowanego, jakby właśnie wrócił z jednego ze swoich spacerów po Zakazanym Lesie. To była tylko maska, oczywiście. Snape przyklęknął i rozłożył ręce, nie przejmując się Scrimgeourem. Przynajmniej mężczyzna odwrócił się od nich i pogonił innych aurorów z biura.

Harry pochylił głowę, po czym ruszył przed siebie i przytulił Snape'a ostrożnie, jakby się bał, że ten lada moment zniknie. Snape zamknął oczy i pozwolił swojej panice kompletnie ucichnąć. Nie powiedział nic. Nie sądził, żeby był w stanie powiedzieć cokolwiek, co by było w stanie oddać tej chwili sprawiedliwość.

Potem, oczywiście, ta chwila minęła, więc się odsunął i spojrzał Harry'emu w oczy.

– Co się stało? – zapytał.

Harry przyjrzał mu się spokojnie, ale z nutą niepokoju.

– Nic – powiedział cicho. – Minister pokrzyczał tylko trochę na mnie, aż w końcu nie zrozumiał, że nie jestem dla niego zagrożeniem. Wtedy mnie wypuścił.

Snape zagapił się na niego z niedowierzaniem. Chłopiec kłamał, oczywiście – musiał – ale to nie był problem. Główny problem leżał w tym, że Harry zmusił się do uspokojenia swoich kotłujących się emocji i stworzył z nich niezłomną determinację. Wyglądało na to, że nie ma najmniejszego zamiaru powiedzieć Snape'owi prawdy o tym, co się wtedy stało.

– Zostałeś porwany – szepnął Snape. – Słyszałem, jak odczytują ci zarzuty.

– To było tylko dla stworzenia pozorów – powiedział Harry. Nie uśmiechnął się, być może dlatego, że wiedział, że byłby to maniakalny uśmiech, ale jego oczy były stanowcze i zdeterminowane jak zawsze. – Minister potrzebował pretekstu, żeby mnie zgarnąć z ulicy za łamanie świeżo ustanowionych praw dotyczących mrocznej magii, więc go sobie znalazł. Porozmawialiśmy o tym. Udało mi się przemówić mu do rozumu.

– To kłamstwo – powiedział Snape.

– Prawda – powiedział Harry. – Nic między nami nie zaszło.

Coś się jednak stało – wtrącił się Scrimgeour, odwracając się gwałtownie. Snape warknął na siebie za to, że zapomniał, że mężczyzna był w ogóle w pobliżu. Przynajmniej wzrok miał wbity w Harry'ego, nie w Snape'a. – Uwolniłeś magię tak potężną, że czuliśmy ją nawet tu, na górze.

Na górze? Czyli Harry był przetrzymywany gdzieś poniżej. Snape miał zamiar się dowiedzieć, gdzie.

Oczy Harry'ego drgnęły lekko, kiedy okowy, którymi spiął swoje emocje, napięły się, grożąc pęknięciem. Powietrze zadrżało mu w płucach, ale odwrócił się do Scrimgeoura i pokręcił głową.

– Obawiam się, że musiało się panu coś pomylić. Wybuch magii musiał pochodzić z innego źródła.

– Nie wydaje mi się – powiedział Scrimgeour.

Harry po prostu się na niego patrzył.

– Zostałeś porwany – zaczął znowu Snape.

Harry odwrócił się do niego, lekko marszcząc brwi.

– Wolałbym, żeby pan tak tego nie nazywał. To strasznie dramatyczne słowo. Minister chciał, żebym go odwiedził i postanowił to zrobić w cokolwiek pretensjonalny i gwałtowny sposób, przyznaję. Ale sprawa już została załatwiona. To było nieporozumienie.

– Kiedy ktoś zabiera ze sobą dziecko, nie czekając na rodzica czy opiekuna – powiedział Scrimgeour łagodnym tonem, którego Snape wiedział, że w swoim stanie zaskoczonej furii, nie byłby w stanie sam z siebie wydobyć – i nie daje im żadnej szansy odmowy, to nazywamy to porwaniem, Harry. To, co minister zrobił, było nielegalne.

– Ale żeby go za to ukarać, musiałoby dojść do rozprawy sądowej, prawda? – zapytał Harry, tonem czystego, akademickiego zainteresowania.

Scrimgeour kiwnął głową.

– Więc do niej nie dojdzie – powiedział Harry, wzruszając ramionami. – Nie nazwę tego porwaniem. Nie wypełnię papierów przeciw ministrowi, ani przeciw ministerstwu, skoro już o tym mówimy.

Snape warknął i złapał go za ramię, obracając nim. Harry okręcił się po prostu wokół własnej osi i spojrzał na niego bez wyrazu.

Ja złożę pozew, Harry – powiedział mu, nie chcąc, żeby jego wychowanek miał pod tym względem jakiekolwiek wątpliwości. – Wiem, jak się nazywają ludzie, którzy cię porwali.

Zaprosili, proszę pana. I... naprawdę? Zna pan? – zapytał Harry.

– Oczywiście. Sfora.

Harry zaśmiał się cicho.

– To nie jest ich oficjalny tytuł, proszę pana. Jestem pewien, że nie znajdzie pan odniesienia do nich w żadnych oficjalnych papierach ministra Knota.

– Wydaje mi się, że ja mogę ich znać – powiedział Scrimgeour. – Dostałem raporty o dwóch byłych aurorach, zwolnionych za koszmarne zaniedbanie swoich obowiązków, którzy ostatnio wchodzili i wychodzili z budynku.

Snape nie przeoczył tego, jak ciało Harry'ego się spięło. Jego głos się podniósł lekko, z napięciem, ale nie zaatakował, chociaż otaczająca go magia wzburzyła się, jakby stał u stóp wodospadu.

– Poproszę o to tylko raz, proszę pana. Niech pan to zostawi w spokoju. Nie będę zeznawał. Mam swoje powody, by uważać, że minister nie użyje więcej tej metody do zapraszania ludzi do siebie i że więcej nie będę musiał powtarzać tego, co już raz mu powiedziałem. Nie będę z wami pod tym względem współpracował. Nie chcę z wami walczyć. Z żadnym z was – dodał, zwracając się z obawą do Snape'a. – Ale dałem słowo i już jest po wszystkim.

– Dałeś słowo? – Snape zdawał sobie sprawę, że jego głos zrobił się niebezpiecznie cichy. Nie był w stanie na to poradzić. Czuł, jak pragnienie zemsty pożera go w całości, wyrywając po drodze wszystkie łagodniejsze części jego osobowości.

Harry kiwnął głową, z poważną miną.

– Tak. Już jest po wszystkim.

– To nie w porządku, Harry – powiedział Snape, czując, jak jego frustracja rośnie. Przecież chłopiec musiał zdawać sobie z tego sprawę? – Złamano twoje prawa. Minister może to zrobić komuś innemu...

Harry pokręcił głową, a w jego oczach pojawił się wyraz, którego Snape tam jeszcze nigdy nie widział.

– Nie, nie zrobi. My... omówiliśmy to.

Snape warknął na niego.

Harry spojrzał na niego, a tarcze oklumencyjne płonęły mu w oczach.

Coś jeszcze musiało się mu stać, pomyślał Snape. Nie ma żadnego powodu, żeby tak się opierać powiedzeniu nam o tym, gdyby po prostu nie chciał, żebyśmy uważali go za ofiarę – nawet w skali tego, co się stało z Blackiem w zeszłym roku. Może coś zrobił?

– Harry – powiedział, utrzymując swój głos niskim i kojącym – zdajesz sobie sprawę z tego, że cokolwiek tam zrobiłeś, zwłaszcza w obronie własnego życia, jest w pełni zrozumiałe i nikt cię nie będzie o to winił?

Harry wzdrygnął się, wzdrygnął zarówno duszą jak i ciałem, po czym przycisnął brodę do piersi.

– Proszę – szepnął. – Proszę, niech pan to zostawi, zostawi to pan, jeśli mnie pan kocha.

Snape ostrożnie wyciągnął rękę w jego stronę.

– Harry...

Harry pokręcił głową tak energicznie, że włosy mu zatrzepotały w powietrzu.

– Chciałbym spędzić kilka minut w samotności, zanim wrócimy do Hogwartu – powiedział, zerkając na Scrimgeoura. – Jeśli to panu nie przeszkadza.

Scrimgeour pokręcił głową, więc Harry otworzył drzwi do jego gabinetu, unikając Snape'a, który chciał go zatrzymać. Kiedy ten ruszył za swoim wychowankiem, Scrimgeour położył mu rękę na ramieniu.

– Nie – powiedział cicho. – Myślę, że powiedział nam prawdę i naprawdę potrzebuje chwili spokoju.

– Nie może się z tym kryć – powiedział Snape i poczuł, jak frustracja pęka mu w głosie niczym topiący się lód. – To nie jest naturalne. A jego sojusznicy już zostali poinformowani. Zgodnie z warunkami sojuszu mają prawo zażądać satysfakcji od samego ministra, albo pozwać go do sądu w imieniu Harry'ego.

– Ale żeby to zrobić, musimy się dowiedzieć, co tam w ogóle zaszło – powiedział Scrimgeour – a nie będziemy w stanie wyciągnąć nawet słowa na ten temat od Harry'ego w jego obecnym stanie, ani pewnie też od ministra, jeśli ten dostanie pod tym względem jakiś wybór. – Patrzył spokojnie na Snape'a. – Powiem ci jednak coś. Kiedy Harry otworzył drzwi, otaczała go mroczna magia. Domyślam się, że zrobił coś z jej pomocą, coś, czego teraz koszmarnie się wstydzi.

Snape zrozumiał w kilka chwil, przypominając sobie żal Harry'ego po zabiciu Mrocznego Pana w ciele Rudolfa. Jeśli cokolwiek takiego znowu się stało, nawet na mniejszą skalę, to będzie się chciał z tym ukryć. Snape zastanawiał się, czy Harry'emu nie wydawało się czasem, że zrobił coś, czego nie będą w stanie mu wybaczyć, i poczuł, jak robi mu się niedobrze.

Pewnie nikogo tam z nim nie było – nikogo, kogo mógłby chronić, nikogo, dzięki komu mógłby sobie wytłumaczyć użycie mrocznej magii. Chronił tylko siebie. I teraz jest mu wstyd.

Pragnął wejść za Harrym do pokoju, zapewnić go, że oczywiście, że mu wybaczą, zresztą, cokolwiek by to nie było, pewnie nawet nie trzeba mu w ogóle tego wybaczać, ale ręka Scrimgeoura zacisnęła się lekko na jego nadgarstku i ściągnęła z powrotem na niego jego uwagę.

– Czego? – warknął, oglądając się na aurora.

– Tak samo jak tobie, mnie też się wydaje, że ta sprawa jest zbyt istotna, żeby ją pominąć milczeniem. – Oczy Scrimgeoura przymrużyły się, jakby patrzył na słońce. – Jeśli moim ministrem jest taki człowiek, który jest gotów porywać dzieci i układać się z nimi, to chcę o tym wiedzieć. I mamy jakiś punkt, w którym możemy zacząć dochodzenie, nawet, jeśli Harry nie jest teraz w stanie nam pomóc. Podam ci imiona i opisy byłych aurorów, których widzieli moi ludzie.

Snape kiwnął głową, czując, jak zalewa go fala żalu zmieszanego z ulgą. Podaruje Harry'emu jego moment samotności, ale w międzyczasie może zrobić coś więcej. Popchnie sprawę do przodu, zagrozi jej i będzie z nią walczył, bez względu na to, czego by sobie nie życzył Harry.

Minister po prostu posunął się za daleko.


– Głupio się zachowujesz, wiesz?

Przez kilka ostatnich minut Harry opierał się o ścianę rozklekotanej szafy, z paniką starając się uspokoić kotłujące się strach i żal. Wyprostował się i obrócił gwałtownie, zaciskając pięści.

Przy drzwiach szafy stała czarownica, której usta były zaciśnięte w niewielki, hardy uśmieszek, a jej oczy uważnie obserwowały Harry'ego. Miała blond włosy, ułożone w loki, które nie mogły być naturalne, zwłaszcza, że nie zmieniły pozycji, kiedy przechyliła głowę, żeby lepiej się mu przyjrzeć. Jej twarz była ciężka od makijażu, przynajmniej w okolicach jej brwi, a jej okulary były wykładane kamieniami szlachetnymi. Harry zobaczył, że trzyma w jednej ręce pergamin, a w drugiej pióro. Opierała się leniwie ramieniem o drzwi szafy, mimo zajętych dłoni.

– Co masz na myśli? – szepnął Harry, zastanawiając się, czy to nie był kolejny człowiek o własnych pomysłach względem tego, do czego powinien używać własnej magii.

– Nazywam się Rita Skeeter – powiedziała kobieta.

Harry spiął się i przymrużył oczy.

– Och, tak, piorunuj mnie wzrokiem ile chcesz – powiedziała Skeeter, brzmiąc, jakby to ją w ogóle nie obchodziło. – Ale to twoja szansa, wiesz? A ty ją marnujesz. Właśnie dlatego powiedziałam, że jesteś głupi. – Zrobiła obszerny gest, trzęsąc swoim pergaminem, jakby to było oczywiste.

– Nie wiem, o czym mówisz – powiedział Harry, wracając do swojej spokojnej maski i głosu.

– Widziałam wszystko, co się stało w pokoju przesłuchań ministerstwa – powiedziała Skeeter. – Naprawdę wszystko.

Harry stał przez chwilę w ciszy, słysząc narastające staccato swojego serca, tętniącego mu w uszach.

– I opublikuję tę historię – powiedziała Skeeter, przyglądając się swojemu pióru. – Ale reportaż byłby lepszy, gdybym mogła porozmawiać z naocznym świadkiem. – Zerknęła na niego, a jej oczy błysnęły surowo zza błyszczących oprawek. – Świadka chętnego do podzielenia się swoimi przeżyciami, zdolnego potwierdzić każdy szczegół. Takiego, który poprzez współpracę ze mną, jest gotów przejąć kontrolę nad zmarszczkami, które się rozejdą po tym wydarzeniu. – Pokręciła głową, uśmiechając się lekko. – Tego nie da się utrzymać w tajemnicy, dzieciaku. To jest za duże. A magiczna społeczność zasługuje na to, żeby się dowiedzieć prawdy o swoimi ministrze.

– To tylko wymówka – szepnął Harry.

Oczywiście, że tak – powiedziała Skeeter, brzmiąc na nieco zniecierpliwioną. – Ale widzisz, jest różnica między opisaniem skandalu, któremu wszyscy zainteresowani zaprzeczają, a opisaniem prawdy, która zrobi ze mnie bohaterkę. To pierwsze już mnie męczy. – Pochyliła się do przodu i zrównała poziom ich oczu. – Oferuję ci tutaj szansę, Potter. Odmów, a ja i tak to opublikuję. Współpracuj ze mną, a opiszę cię tak, że mucha nie siada. – Oczy jej zabłysły. – Co na to powiesz?

– Dałem ministrowi słowo... – szepnął Harry.

– Złamie je – powiedziała Skeeter. – Ten układ zostanie złamany. Mówiłam ci, to jest za duże. Zresztą, już i tak inni ludzie zdają sobie sprawę z tego, że coś jest nie tak. Byłam też w biurze aurorów. Twój opiekun już poinformował twoich sojuszników.

Harry poczuł nagły skok paniki. Mógłby się z nimi skontaktować, powiedzieć im, że nic się nie stało, że nie muszą się o nic martwić...

Nie. Nie mogę.

Harry przełknął ślinę, czując się, jakby po gardle przemknął mu kwas. Nie, nie miał prawa do ograniczania w ten sposób czyjejkolwiek wolności. gdyby tylko Snape o tym wiedział, to co innego, bo biorąc pod uwagę jego przeszłość, nikt z ministerstwa i tak by go nie potraktował poważnie. Ale Parkinsonowie, Bulstrode'owie, czy, niech mu Merlin pomoże, Malfoyowie...

Harry oparł możliwość dotrzymania słowa danego Knotowi na tym, że żadne z nich się o tym nie dowie. Wiedział, że jeśli usłyszeli chociaż pogłoskę, to sprawdzą sprawę do końca.

A okłamywanie ich tylko osłabi ich zaufanie do niego. A do tego nie mógł dopuścić.

Bycie vatesem i wiarygodnym sojusznikiem jest dla mnie ważniejsze, zorientował się, kiedy te myśli zwaliły się na niego niczym lawina, niż krycie się z tym, co zrobiłem, albo dotrzymywanie danego Knotowi słowa.

Odetchnął powoli, ostrożnie, wdech i wydech, wdech i wydech. Stała przed nim kolejna prawda, tak samo jak jego sadyzm wcześniej.

Nie mogę się z tym kryć. Nie mogę tego naprawić. Nie mogę tego stłamsić i nie mogę przed tym uciec.

Draco miał rację. Są takie chwile, kiedy będę musiał wyjść do światła i zachowywać się jak przywódca, nawet jeśli nim nie jestem, nie będąc w stanie przekazać zasług, winy, czy obowiązku komukolwiek innemu.

Harry czuł się, jakby jechał na fali, która lada moment się załamie i rozbije o brzeg. Przypomniał sobie plażę w Northumberlandzie w czasie przesilenia letniego, odległy szum fali przyboju, kłębiących się za spokojnymi, maleńkimi. Wznosiły się i opadały, ryczące i niszczycielskie ściany szarej wody, ale piana na ich szczycie błyszczała i oślepiała Harry'ego w świetle słońca.

Muszę mieć nadzieję, że to przyniesie światło, a nie tylko zniszczenie.

Spojrzał Skeeter w oczy.

– Kiedy idziemy z tym do prasy?