Patrzcie, kolejny rozdział, którego nie było w oryginalnym scenariuszu, no kto by pomyślał? (Słowo daję, ta historia rośnie sama z siebie.)

Rozdział dziesiąty: Sojusz i opór

Rok od czasu jej pierwszej transformacji. Rok od czasu jej pierwszej pełni.

Wokół tego skupiały się myśli Hawthorn Parkinson, kiedy ta przygotowywała się do odwiedzenia ministerstwa i spotkania z Potterem. Och, fizycznie stała przed lustrem i próbowała związać swoje blond włosy jasną wstążką, żeby przestały jej wchodzić do oczu, ale myślami była znowu w szopie, w której kazała się zamknąć swojemu mężowi i córce, w której stała się bestią bez wywaru tojadowego, wyjącą i ryjącą ściany pazurami.

Tego dnia, rok temu, nie była nawet pewna, czy chce dalej żyć. W tej chwili nie potrafiła sobie wyobrazić niczego, czego pragnęłaby bardziej.

Ostrożnie ułożyła wstążkę, tak by ta się elegancko przechyliła na stronę, po czym odwróciła się w stronę pokoju gościnnego, w którym Elfrida czekała na nią po drugiej stronie kominka w Gringotcie. Zatrzymała się, kiedy zobaczyła, że jej odziany w czarne szaty mąż, Dragonsbane, zachodzi jej drogę. Zwykle puściłby ją bez pytania. Nekromanci raczej unikali tłumów, między innymi przez wzgląd na uprzedzenia i to, że ludzie się czuli przy nich nieswojo, ale także dlatego, że to było dla nich wyjątkowo męczące, bo widzieli śmierć każdego czarodzieja i czarownicy, którzy ich mijali.

A mimo stał teraz z nieruchomą determinacją, w sposób, który oznaczał, że chce iść razem z nią.

Jesteś pewien? zapytała Hawthorn w języku migowym. Nie mógł się do niej odezwać poza dwoma nocami w roku, w czasie Halloween i Walpurgii.

Dragonsbane wykonał subtelny ruch w głębi swojego kaptura, który sugerował kiwnięcie głową. Podał jej ramię.

Hawthorn uśmiechnęła się i przyjęła je, całując go w policzek, a przynajmniej w materiał, który pokrywał jego policzek, po czym oboje ruszyli w kierunku pokoju gościnnego. Nigdy go nie zapytała, kiedy umrze, chociaż zdawała sobie sprawę z tego, że on to wie; nigdy ją nie kusiło, żeby samej się dowiedzieć. Co innego życie w niebezpieczeństwie, a co innego życie z dnia na dzień. Hawthorn wolała to drugie, mimo, że stale wyglądała w przyszłość.

Głowa Elfridy wciąż unosiła się wśród płomieni, twarz bladej, ślicznej czarownicy o blond włosach i trochę za dużych, niebieskich oczach.

– Oboje przejdziecie? – zapytała, zerkając na Dragonsbane'a.

Hawthorn kiwnęła głową.

Elfrida zamrugała, po czym wzruszyła ramionami.

– Powiedzcie Gringott numer cztery – poinstruowała ich, po czym wyciągnęła głowę z kominka.

Hawthorn nabrała garść proszku fiuu z naczynia stojącego nad kominkiem, ale zanim zdążyła nim rzucić w płomienie, Pansy im przerwała, wchodząc cicho do pokoju i potulnie zatrzymując się w progu.

– Matko, ojcze, wybieracie się do ministerstwa? – Jej głos podniósł się lekko z zaskoczenia przy drugim słowie, ale ukryła tę emocję jeszcze zanim Hawthorn zdążyła się obrócić, żeby na nią spojrzeć. Hawthorn uśmiechnęła się. Jej córka była dobrze wytrenowana i znała wszystkie kurtuazje czystokrwistych. Znajomi Hawthorn nazywali jej metodę wychowania córki "cokolwiek niezwykłym", ale to tylko dodało jej charakteru, w niczym jej nie ujmując.

– Tak, kochanie – powiedziała, wyciągając rękę w jej stronę. Pansy podeszła i od razu nachyliła policzek w kierunku dłoni, nie dotykając jej. Hawthorn pochyliła się do niej i powąchała ją. Jedną z niewielu przyjemności, które pojawiły się wraz z jej klątwą było nauczenie się wąchania innych – zarówno ich dodanych zapachów, jak i tego, jak pachnieli pod spodem. Pansy miała na sobie perfumy i bogatą, silną skórę. – W ministerstwie wydarzył się pewien incydent związany z Harrym Potterem. Może nas nie być jakiś czas.

Pansy kiwnęła z powagą głową, ale nie zapytała, czy może pójść razem z nimi. Była dziedziczką krwi swojej matki, ale nie jej magii, a formalne, polityczne spotkania z sojusznikami ograniczały się tylko do magicznych, czyli tych istotniejszych.

– Oczywiście, matko. Powiem skrzatom domowym, żeby mi coś przyrządziły.

– Żadnego sera – powiedziała od razu Hawthorn, rozpoznając błysk w oczach córki. – Ostatnim razem rozbolał cię od niego brzuch.

Pansy westchnęła, ale pochyliła głowę.

– Oczywiście, matko – wymamrotała znowu, po czym wyszła z pokoju i skierowała się w stronę kuchni.

Hawthorn rzuciła proszkiem w płomienie.

– Gringott numer cztery! – zawołała. Kiedy płomienie zrobiły się zielone, objęła Dragonsbane'a obiema rękami – nie mógł powiedzieć celu na głos, więc musiał się zabrać z nią – po czym oboje weszli w płomienie.

Ich punkt docelowy był cokolwiek daleko, ale Hawthorn zawsze lubiła podróże siecią fiuu – lot pośród ciemności, wymówka, by się trochę przybrudzić, bo przecież nikt nie będzie oczekiwał po nich czegokolwiek innego, potknięcie, kiedy kominek ich wypluł pod koniec drogi. Jedyne, co odkryła, że może być od tego szybsze, były dla niej nogi wilkołaka, bo nie ufała sobie na miotle.

Razem z Dragonsbane'em wyszli do bogato zdobionej komnaty, o ścianach wyłożonych czerwienią i złotem. Hawthorn skrzywiła lekko usta. Gobliny z uporem maniaka zdobiły wszystko czerwienią i złotem, kolorami Gryffindora. To była subtelne postawienie się Salazarowi Slytherinowi, który dawno temu oszukał ich w czasie targu, takie pozorne wielbienie kolorów, których on nie znosił. Hawthorn miała wrażenie, że tysiąc lat to wystarczająco długo, żeby wreszcie zapomnieć o tej obrazie i nie potrafiła zrozumieć, czemu gobliny wciąż się tego czepiają.

– Witaj, Hawthorn.

Hawthorn obróciła się i kiwnęła głową Elfridzie Bulstrode, która na nich czekała z rękami złożonymi na podołku, głową pochyloną i oczami wbitymi w podłogę, a jej głos był bardzo cichy i łagodny. Elfrida była wytrenowana jako jedna z tradycyjnych czarownic puellaris, bardzo kobiecych i łagodnych, które w miejscu publicznym były uosobieniem gracji i spokoju. Swoją agresję zachowywały na kłótnie w domu i do obrony swoich dzieci; plotki głosiły, że są w stanie zmienić się w lwice, jeśli ktoś skrzywdzi ich synów i córki. Hawthorn jeszcze nigdy nie widziała tego na oczy i miała nadzieję nigdy nie być tego świadkiem, jako że nie planowała kiedykolwiek skrzywdzić dziecko z rodziny Bulstrode'ów.

Tym razem jednak w Elfridzie było coś niespotykanego, coś ponad jej tradycyjne manieryzmy. Hawthorn powąchała powietrze, po czym powąchała je ponownie. Większość kobiet w każdej sytuacji pachniała krwią, co oznaczało, że prędzej czy później będą krwawić ze swoich macic, nawet jeśli akurat nie były w czasie menstruacji. Zapach Elfridy jednak nie miał w sobie śladu krwi i nie było go tam już od jakiegoś czasu.

To mogło oznaczać tylko jedno.

– Gratulacje, moja droga – powiedziała ciepło Hawthorn, łapiąc dłoń czarownicy. – Który to już miesiąc?

Elfrida ostrożnie podniosła wzrok z podłogi i kiedy w uśmiechu Hawthorn zobaczyła zgodę na spojrzenie jej w oczy, również odpowiedziała uśmiechem.

– Trzeci – powiedziała. – Śniłam. Będziemy mieli kolejną córkę.

Hawthorn pochyliła głowę.

– Gratulacje – powtórzyła.

– W rzeczy samej – powiedział głos zza Elfridy i Adalrico Bulstrode wszedł przez inne drzwi, odziany w swoje formalne szaty do negocjacji. Milicenta, jego córka krwi i dziedziczka magii, szła zaraz za nim. – Jesteśmy nieskończenie dumni. – Podszedł do swojej żony, objął ją, po czym pocałował mocno, co Elfrida przyjęła ze swoją zwykłą gracją. Milicenta obeszła swoich rodziców, zerkając na nich z lekkim rozbawieniem, po czym ukłoniła się. Nigdy nie dygała. Hawthorn miała wrażenie, że zdawała sobie sprawę z tego, że wygląda wtedy niedorzecznie. Ona też miała na sobie formalne szaty, choć nie takie, jak Hawthorn i jej matka.

– Pani Parkinson – powiedziała Milicenta uprzejmie. – Ufam, że uporała się pani z mrocznym darem, który otrzymała pani w zeszłym roku?

– W rzeczy samej – powiedziała Hawthorn – z pewną pomocą. – Przez chwilę podziwiała Milicentę. Pansy miała swoje własne silne punkty, ale ta dziewczynka była idealnym, ślizgońskim wężem, wysoka jak na swój wiek, z umysłem wyraźnie zdolnym do zaplątania się w supeł za jej spokojnymi oczami. Nieustraszona, co przyda jej się w polityce. – Teraz mam zamiar się odpłacić źródle tej pomocy.

– Co się właściwie stało? – zapytała Milicenta. – Weszłam do pokoju akurat, jak moi rodzice kończyli rozmawiać.

– Harry Potter został porwany przez dwóch czarodziejów w szarych szatach, którzy nazwali siebie Sforą i twierdzili, że pracują dla ministerstwa – powiedział Lucjusz Malfoy, wchodząc przez kolejne drzwi. Za nim szła Narcyza, która spojrzała Hawthorn w oczy i kiwnęła jej na powitanie, oraz jego syn, Draco, który wyglądał na nieco rozkojarzonego. – I przed chwilą otrzymaliśmy kolejną wiadomość od Severusa Snape'a, który jest jego prawnym opiekunem. Znaleziono chłopca, ale profesor Snape wierzy, że najlepiej będzie, jeśli wszyscy usłyszymy, co się stało. To dotyczy nas, jako jego formalnych sojuszników.

Hawthorn podniosła brew. Dzień, w którym Lucjusz Malfoy stanie się czyimś formalnym sojusznikiem będzie dniem, kiedy pozbędę się mojej klątwy. Uważała, że Lucjusz jest dobrym politykiem, ale miał tendencję do grania na dwa fronty tak długo, jak tylko mógł, zawsze uważając bardziej na własne korzyści, niż na swoich sojuszników. Jego żona była warta dziesięciu takich jak on, bo była gotowa faktycznie zaryzykować życiem i ideałami w imię swoich ideałów.

Przerzuciła wzrok na Dracona. Chłopiec był dziedzicem krwi Lucjusza, ale nie jego magii. Oczywiście, Lucjusz upierał się, że jego syn jest jeszcze młody i jego talent miał jeszcze czas na zamanifestowanie się.

Uwierzyłabym w to, gdyby nie fakt, że Milicenta zamanifestowała się, kiedy miała sześć lat, a pozostali zwykle nie mieli więcej jak czternaście.

Hawthorn otrząsnęła się z tych rozmyślań, kiedy zorientowała się, że Elfrida mówiła wszystkim, jak się dostaną do ministerstwa. Musiała się skupić na spotkaniu i jego celu, którym był Potter i odkrycie, jak głęboko sięgała ta korupcja w ministerstwie. Sojusznicy Pottera byli w tej sytuacji na dobrej pozycji, chociaż ona uważała, że ma szczęście odkąd dostała od niego pierwszą fiolkę wywaru tojadowego.

– Gobliny mają tunele, które prowadzą ich wózki prosto do ministerstwa – tłumaczyła Elfrida. – Pozwoliły mi zająć jeden, który zabierze nas na czwarty poziom ministerstwa, skąd czeka nas krótki spacer do biura aurorów. Tam znajduje się gabinet, w którym profesor Snape powiedział panu Malfoyowi, że będzie na nas czekał ze swoim wychowankiem.

Rozejrzała się po pokoju, rumieniąc się, kiedy patrzyła mężczyznom w oczy, żeby sprawdzić, czy ktoś będzie miał coś przeciw temu planu. Nikt nie miał. Adalrico objął swoją żonę ramieniem i poprowadził ją w stronę drzwi, którymi wcześniej wszedł z Milicentą, szepcząc jej do ucha.

Hawthorn ruszyła za nimi, trzymając wysoko głowę i myśląc intensywnie. Nie wiedziała, co oznacza porwanie Pottera, oczywiście, i nie dowie się, póki nie znajdą się w Ministerstwie. W międzyczasie musiała jednak rozważyć Malfoyów.

Czemu Lucjusz w ogóle zawracał sobie tym głowę? Jego żona to rozumiem, wiele ryzykowała, żeby pomóc Potterowi. Jego syn też, Pansy powiedziała mi, że dostał prawdziwej obsesji na punkcie chłopaka Potterów. Ale co Lucjusz będzie z tego miał, że osobiście pojawi się na tym spotkaniu?

O ile ta sprawa nie sięga znacznie głębiej, niż zwykłe porwanie, oczywiście.

Hawthorn uśmiechnęła się lekko, czując, jak w jej środku przyjemność rozwija się i przeciąga rozkosznie. Uwielbiała politykę, tak długo jak ta nie wydarzała się w dzień po pełni, a w tym przypadku miała kilka dni na dojście do siebie.


Milicenta wyszła z wózka kopalnego, który wcześniej wyciągnął dla nich potężny jaszczur, na drewnianą platformę i przyjrzała się drzwiom przed sobą. Były zrobione ze stali, jakby czarodzieje w ministerstwie bali się, że gobliny mogą ich z tej strony zaatakować. Z tego, co Milicenta wiedziała, to nie było wykluczone. Niewiele się nauczyła od Binnsa, ale przeczytała dość książek by wiedzieć, że powstania goblinów odgrywały wielką rolę w historii czarodziejów.

Obejrzała się za siebie i zobaczyła, jak jej ojciec pomaga jej matce wyjść z wózka. Milicenta wywróciła oczami. Cieszyła się, oczywiście, że jej rodzice będą mieli kolejne dziecko i rozumiała, czemu jej ojciec był taki dumny i pełen niepokoju, ale Elfrida na pewno jest w stanie sama wyjść z cholernego wózka. Nie po raz pierwszy w swoim życiu Milicenta była wdzięczna, że nie otrzymała treningu puellaris. Zmiana kształtu nie była warta poddania swojego umysłu i wolności.

Patrzyła, jak drzwi się otwierają, odsłaniając stojącą za nimi aurorkę, która kiwnęła im głową z podziwu godnym opanowaniem, jeśli wziąć pod uwagę, że miała przed sobą ośmiu mrocznych czarodziejów, z czego jeden z nich był nekromantą.

– Jestem auror Mallory – powiedziała. – Pozwolicie, że zaprowadzę was na drugie piętro?

Milicenta rozejrzała się kilka razy, kiedy auror Mallory prowadziła ich do wind, ale nie zauważyła niczego interesującego – tylko biurka z formularzami. Oczywiście, jeśli te papiery były zapisane prawami, które kontrolowały magiczne stworzenia, to potrafiła sobie wyobrazić ich potęgę. Ale nie była to interesująca, ekscytująca, czy podziwu godna potęga.

Może warto się jej przyjrzeć mimo wszystko.

Milicenta postanowiła to sobie zapamiętać na później. Na dobrą sprawę nie miała pojęcia, jak ministerstwo funkcjonuje z dnia na dzień; jej lekcje historii skupiały się wokół Wizengamotu i ważnych procesach mrocznych czarodziejów. Być może nauczenie się pomniejszych spraw okaże się w pewnej chwili przydatne, wychwycenie spraw, które umykały oczom mniej bystrych ludzi.

Milicenta nauczyła się wielu użytecznych rzeczy w ten sposób. Między innymi w ten właśnie sposób po raz pierwszy odkryła poziom mocy Pottera.

Wreszcie dotarli na drugie piętro i do departamentu przestrzegania praw czarodziejów. Milicenta zauważyła tutaj nieco więcej dumy, rozpoznając delikatne mgnienie skomplikowanych osłon, które otaczały większość biurek. Przyjrzała się im krytycznie. Większość z nich dotyczyła pragnień, podobnie jak te w Obsydianie, jej domu, ale te były bardziej zainteresowane czarodziejami Światła. Przynajmniej ci nigdy nie będą musieli stwierdzić, że pracują z magią tak potężną, że ta ich ściąga w kierunku korupcji. Magia tego poziomu mogłaby co najwyżej skusić kogoś do podkradnięcia czyjejś tarty melasowej.

Dotarli do gabinetu Rufusa Scrimgeoura i weszli wszyscy do środka. W pierwszej chwili Milicenta przyjrzała się ułożonym w koło krzesłom. Było ich dziesięć, dość, jak przypuszczała, dla nich, Harry'ego i profesora Snape'a. Potem jednak podniosła wzrok i zobaczyła stojącego obok biurka starszego mężczyznę, którego podejrzewała o bycie szefem biura aurorów.

Harry'ego tu nie ma?

Nie przed nimi, a za nimi, zorientowała się w chwilę później, kiedy jej nos wyczuł znajomy zapach nadciągającej burzy. Obróciła głowę i zobaczyła jak Harry wchodzi do pokoju, blady ale opanowany. Zaraz za nim wszedł profesor Snape. On również był blady, ale zdecydowanie nie opanowany. Milicenta zadrżała. Nie chciałaby mieć z nim lekcji eliksirów, kiedy jego oczy błyszczały tą mroczną furią.

– Witam was Malfoyowie, Parkinsonowie i Bulstrode'owie – powiedział auror Scrimgeour, w którego głosie pojawiła się zaledwie lekka sugestia zniesmaczenia. Powitał nas używając nazwisk, przynajmniej umie się zachować, pomyślała Milicenta, odwracając się w jego stronę. – Zgodziłem się udostępnić mój gabinet jako miejsce formalnego spotkania między waszymi rodzinami i Harrym Potterem, ponieważ pan Potter został zaatakowany przez oficerów ministerstwa, pracujących dla samego ministra i tak samo jak wy chciałbym się dowiedzieć o wszystkim, co zaszło.

– Ktoś taki jak pan na pewno zna już wszystkie szczegóły, aurorze Scrimgeour. – Milicenta była pewna, że to powiedziała jej matka, głosem potulnym i delikatnym. No dobra, to była jedna dobra rzecz w treningu puellaris; zachęcało czarownice, a już zwłaszcza czarodziejów, do niedoceniania Elfridy.

Wyglądało na to, że auror Scrimgeour nie był pod tym względem wyjątkiem. Jego oczy złagodniały, kiedy spojrzał na jej matkę.

– Nie znam, pani Bulstrode. Pan Potter obiecał, że wszystko wyjaśni, kiedy już się wszyscy zbierzemy.

Gdzie jest Harry? pomyślała nagle Milicenta, wyciągając szyję. Powinien już stanąć przed wszystkimi. Miał na to dość czasu.

Albo i nie, no tak, oczywiście, że nie. Zamiast tego stał pośrodku krzeseł, ściskany przez Dracona w niedźwiedzim uścisku. Brwi Milicenty podniosły się, kiedy przyglądała się tej scenie. Była w niej jedna różnica w porównaniu do tego, co zwykle widziała w pokoju wspólnym Slytherinu. Ręce Harry'ego obejmowały plecy i kark Dracona, przytulając go tak mocno, jak zwykle Draco go obejmował.

– Czy pan Potter byłby łaskaw zacząć swoje wyjaśnienia? – zapytał auror, w którego głosie pojawiła się równie delikatna nuta rozbawienia.

Harry po prostu się odwrócił, poprawiając ułożenie swojej ręki tak, że ta teraz obejmowała jedno z ramion Dracona, zamiast obu, po czym poprowadził go przed siebie. Posadził go na krześle stojącym pod zdjęciami, na których aurorzy łapali jakichś kryminalistów, ścisnął jego rękę, po czym odsunął się od niego na krok. Draco, który wyglądał na znacznie spokojniejszego w porównaniu do tego, jakim go widzieli podczas spotkania w Gringotcie, kiwnął do niego, po czym odprowadził go wzrokiem, kiedy Harry zajął swoje miejsce w samym środku kręgu krzeseł.

Stojąco, pomyślała Milicenta, siadając między swoimi rodzicami. Parkinsonowie zajęli krzesła obok nich, Lucjusz i Narcyza usiedli po jednej stronie Dracona, a Snape i Scrimgeour po drugiej. Czyli chce to nam przedstawić tak formalnie jak to możliwe.

Milicenta pochyliła się do przodu, coraz bardziej ciekawa relacji, którą mieli zaraz usłyszeć, zwłaszcza kiedy zobaczyła lekko zielonkawą barwę na policzkach Harry'ego i jego lekko przeszklone oczy, kiedy patrzył na kogokolwiek poza Snape'em i Draconem.


Kiedy razem ze Snape'em zbliżali się do gabinetu Scrimgeoura, Harry powiedział sobie, że jest spokojny. Musiał być. Przed chwilą opracował z Ritą Skeeter ostateczną formę artykułu, który opublikuje jutro w "Proroku Codziennym", a zaraz potem Snape go znalazł i stamtąd zabrał. Harry obiecał, że wyjaśni wszystko jak tylko pojawią się jego sojusznicy i Snape się na to zgodził. Nikt go nie naciskał, ani go do niczego nie zmuszał, a pierwszy cios padnie, kiedy artykuł zostanie dopuszczony do prasy. Zanim to jednak nastąpi, powinien przynajmniej okazać swoim sojusznikom tyle szacunku, żeby ich powiadomić o tym, co się pojawi w gazecie.

To był, oczywiście, lukier pokrywający obrzydliwą prawdę. Był nerwowy, bo bał się tego, co jego sojusznicy powiedzą o jego mrocznej magii, łamaniu słowa danego ministrowi i wszystkiemu, co potem nastąpi, jeśli nie zerwą z nim stosunków, a Harry tak na dobrą sprawę zacznie wojnę z Knotem.

Tak czy inaczej nadciąga burza, pomyślał Harry, wchodząc do gabinetu pełnego ludzi, a ja muszę być w samym jej środku.

Jego wzrok przemknął po Parkinsonach, Bulstrode'ach, starszych Malfoyach i spoczął na Draconie. Zobaczył, jak twarz jego najlepszego przyjaciela rozluźnia się z ulgi i radości na widok Harry'ego. Lada moment ruszy w stronę Harry'ego, żeby go przytulić.

Harry temu zapobiegł, bo ruszył w jego stronę pierwszy.

Wyraz zaskoczenia na twarz Dracona był bezcenny, ale silny uścisk, jaki Harry otrzymał chwilę potem, kiedy sam objął rękami ramiona Dracona i przytulił twarz do nasady jego karku, był znacznie lepszy. Spięcie, z którego istnienia nawet nie zdawał sobie sprawy, rozpłynęło się. Tak, wciąż pozostawała obawa, że jego sojusznicy go opuszczą, ale przynajmniej jedna osoba tego nie zrobi. Dwie, jeśli liczyć Snape'a, oczywiście, ale Harry czerpał inny rodzaj otuchy z przytulenia Dracona, niż z przytulania Snape'a.

Draco przytulił go, mocno, z ulgą i radością, a Harry nie chciał w ogóle się stamtąd ruszać. Obowiązek jednak wzywał, więc odsunął się, zdecydowanie za szybko, po czym zaprowadził Dracona na jego miejsce, sadzając go tam z obietnicą, daną ściśnięciem dłoni, że nie będzie daleko.

A potem obrócił się i spojrzał swoim sojusznikom w oczy, jednemu po drugim.

Scrimgeour czekał. Snape był spięty. Narcyza miała na twarzy łagodny wyraz, jakby była gotowa przyjąć do wiadomości i wybaczyć Harry'emu nawet najgorszą możliwą zbrodnię. Twarz Lucjusza była kompletnie bez wyrazu. Harry nie był w stanie zobaczyć twarzy Dragonsbane'a przez jego kaptur, ale był zaskoczony, że nekromanta w ogóle się pojawił. Hawthorn pochyliła się na swoim krześle, jakby miała zamiar lada moment skoczyć i wyrwać Harry'emu te słowa z gardła. Blada kobieta, którą Harry słabo kojarzył jako matkę Milicenty, wyglądała na złapaną gdzieś między strachem i rezygnacją. Sama Milicenta miała na twarzy lekki, rozbawiony uśmieszek, taki sam jaki widniał na twarzy jej ojca.

Harry kiwnął głową. Cóż, już jutro wszyscy poznają przynajmniej część prawdy. Być może to będzie mogło posłużyć za ćwiczenie przed przemawianiem do większego tłumu, co Harry był pewien, że prędzej czy później nastąpi.

– Bezwiednie złamałem dzisiaj jedno z praw ministerstwa – powiedział. – Przemówiłem wężomową w alei Śmiertelnego Nokturnu, ponieważ rój południowo afrykańskich kobr uciekło z zamknięcia i obawiałem się, że zrobią komuś krzywdę. Przekonałem je do udania się ze mną do Zakazanego Lasu, gdzie wypuściłem je na wolność. W niedługo potem Sfora, czarodzieje odziani w szare szaty, którzy powiedzieli, że pracują dla ministerstwa, pojawili się i porwali mnie.

Harry odkrył, że to było najłatwiej powiedzieć, bo nagle poczuł ucisk w gardle. Tyle to nawet Snape widział, o tym właśnie powiedział innym ludziom. A teraz musiał zaraportować to, o czym w tej chwili wiedzieli tylko ludzie, którzy byli z nim w pokoju przesłuchań. Ciężko mu było oddychać.

Hawthorn bezwiednie – a może i świadomie, w końcu mogła dostać jakąś podpowiedź, wyczuwając jego emocje zapachem – pomogła mu przebić się przez najcięższą część.

– Jak oni w ogóle śmieli zabrać dziecko bez opiekuna? – zapytała, a w jej głosie pojawiła się sugestia warkotu.

Harry zamrugał, po czym uśmiechnął się do niej bez humoru.

– Obawiam się, że minister nie przejmował się w tym momencie legalną stroną całej sprawy, pani Parkinson. Szybko dowiedziałem się, że zostałem porwany, bo bał się mojej magii. Wydawało mu się, że miał do czynienia z dorastającym Mrocznym Panem. Podejrzewam, że w jego oczach nie byłem już dzieckiem.

– Mimo wszystko – powiedział Scrimgeour ze swojego kąta pokoju – nie powinien był tego robić.

Harry zaryzykował zerknięcie na szefa aurorów. Scrimgeour siedział w bezruchu, a jego żółte oczy były tak skupione na nim, że Harry czuł się nagi. Szybko odwrócił wzrok, po czym wbił go w podłogę i zaczął chodzić w kółko, podejmując relacjonowanie tego, co zaszło.

– Kiedy czekaliśmy na ministra, członkowie Sfory wyjaśnili mi swój cel. – Oddychaj, oddychaj, to nie będzie aż takie trudne. – Kiedyś byli aurorami, przynajmniej niektórzy z nich, inni byli szpiegami i posłańcami Voldemorta. Minister wykorzystywał ich powiązanie z Mrokiem, żeby wyszukiwać innych mrocznych czarodziejów. Noszą obroże, które mają chronić ich umysłu przed wszelkimi mrocznymi wpływami...

Włącznie z tymi, które nie są znowu takie mroczne, powiedział nagle Regulus w jego myślach.

Gdzieś ty był? zapytał Harry, na moment tracąc pęd swojego słowotoku. Zniknąłeś nagle.

Testowałem obroże Sfory, powiedział Regulus zrezygnowanym głosem. Naprawdę nie ma wokół nich obejścia, a przynajmniej ja nie byłem w stanie żadnego znaleźć. Zwykle mogę przejść z umysłu na umysł, używając połączenia z Voldemortem jako swego rodzaju tunel, ale ich tunele zostały zawalone i przejście zagradzał mi ogromny głaz.

No to może jednak nie mieli żadnego połączenia z Voldemortem?

Mi się wydaje, że mieli.

Harry pokręcił głową i zorientował się, że jego sojusznicy wciąż na niego patrzą. Westchnął i ponownie się na nich skupił.

– Przepraszam – powiedział. – Niełatwo jest mi dobrać odpowiednie słowa.

– Dlaczego? – zapytał Adalrico, głosem niskim i niebezpiecznym. – Co sprawia ci w tym tak wielką trudność, Harry?

Harry spojrzał panu Bulstrode'owi w oczy. Tak było łatwiej. Wyglądał drapieżnie, rozważając, jak te wieści mogą zaważyć na losach jego rodziny. Harry mógł się z tym łatwiej uporać, niż z bardziej osobistym podejściem.

– Dowiedziałem się, że Sfora to specjalna jednostka Knota – powiedział. – Jego tajna policja. Wykorzystywał ich do śledzenia i aresztowania mrocznych czarodziejów, wiem, że przede mną złapali przynajmniej jednego. W dodatku przepchnął przez Wizengamot ustawy o rejestrowaniu mrocznych czarodziejów, w których większość Wizengamotu nawet nie miała okazji uczestniczyć, wykorzystując klauzulę, że minister ma prawo do przejęcia kontroli nad ministerstwem w czasie stanu wojennego.

– Nie jesteśmy w stanie wojny – powiedział szorstko Scrimgeour. – Według sekcji drugiej praw ministerstwa, musi najpierw ogłosić oficjalnie stan wojenny, zanim zacznie sięgać po takie przywileje jak stworzenie własnej jednostki złożonej z wojskowych żołnierzy.

Harry zamrugał. O tym nie wiedział.

– Och – powiedział inteligentnie.

– A co się potem stało, Harry? – Tym razem pytanie zadała Narcyza, głosem ciepłym, matczynym i troskliwym. Harry tym razem skupił się na jej twarzy. Miał zamiar udawać, że są sami w tym pokoju i rozmawia tylko z nią. W ten sposób będzie w stanie się przedrzeć przez następną część.

– Sfora zaprowadziła mnie do ministra, kiedy poinformowałem ich, że nie mam zamiaru przestać mówić wężomową – powiedział. – Knot powiedział mi, że bez żadnych wątpliwości jestem Mrocznym Panem i że nowe ustawy były przede wszystkim wycelowane we mnie.

Na twarzy Narcyzy pojawił się szok, prawdopodobnie na innych też. Harry skrzywił się i wbił oczy przed siebie.

– Próbowałem z nim dyskutować i powiedziałem, że jestem lojalny rządowi czarodziejskiego świata i nie mam żadnego zamiaru przejmować nad nikim kontroli. Nie słuchał mnie. Ostatecznie kazał przynieść srebrną kulę, która miała udowodnić moją lojalność, jeśli faktycznie jakąś miałem. Położyłem na niej ręce i poczułem, jak magia przeszywa moje ciało. W pierwszej chwili nie byłem w stanie określić, do czego służyła.

Westchnął. Uznał, że powie to bez ogródek. Ubieranie tego w dodatkowe słowa nie sprawi, że nagle zacznie oznaczać coś innego.

– Kula nie służyła do sprawdzenia mojej lojalności. Próbowała osuszyć moją magię i zrobić ze mnie charłaka.

– Co?

Chór głosów rozległ się z wielu gardeł wokół niego, ale ten, który najbardziej przykuł uwagę Harry'ego, należał do Snape'a, bo jeszcze nigdy nie słyszał, żeby jego opiekun podniósł głos. Odwrócił się w stronę Snape'a i skrzywił się, kiedy zobaczył go stojącego, z dłonią zaciśniętą na różdżce, z której wyciągnięcia chyba nawet nie zdawał sobie sprawy.

– Proszę pana – powiedział cicho. – Proszę usiąść.

Snape nie ruszył się z miejsca.

– Czemu nam od razu o tym nie powiedziałeś? – powiedział głuchym głosem. Harry dobrze zdawał sobie sprawę, że to tylko okrywało wściekłość tak wielką, że był gotów popełnić morderstwo.

– Przez wzgląd na to – powiedział Harry – co nastąpiło potem. Wyrwałem się spod kontroli kuli zanim ta zdołała wyciągnąć ze mnie magię i sparaliżowałem Sforę zaklęciem. Odwróciłem się w stronę ministra, wciąż starając się, mimo wszystko, całą sprawę przedyskutować, kiedy Dolores Umbridge, specjalna asystentka ministra, uderzyła mnie w plecy jakimś zaklęciem. Uczucie było jakby między łopatki wbił mi się mały, skoncentrowany Cruciatus...

– Skąd pan wie, jakie to uczucie, panie Potter? – zapytał wtedy Scrimgeour.

Harry zerknął na niego ze zniecierpliwieniem. Naprawdę musi o to pytać akurat teraz?

– Ponieważ już kilka razy odczułem to na własnej skórze – powiedział. – Zarówno od Voldemorta jak i śmierciożerców.

Zobaczył, jak matka Milicenty zasłania sobie usta ręką, a w jej oczach pojawiają się łzy, ale nie miał czasu zastanowić się nad tym, czemu tak zareagowała. Musiał kontynuować opowieść zanim Snape spróbuje zrobić coś głupiego, jak rozebranie go na oczach wszystkich, żeby zbadać jego plecy. Poza tym, to był właśnie moment, kiedy miał się dowiedzieć, czy jego sojusznicy go czasem nie opuszczą.

– Puściłem swoją magię wolno – powiedział cicho. – Stworzyłem z mrocznej magii węża i poszczułem go na Umbridge, żeby wypełnić ją zimnym jadem, który sprawił, że utraciła kontrolę nad lewą stroną swojego ciała. W tym samym czasie owinąłem drugiego węża wokół szyi ministra, który groził mu uduszeniem, jeśli ten zrobi coś, co mi się nie spodoba.

Zamknął oczy i stał w bezruchu. Wokół niego nastała kompletna cisza. Nie wiedział, co się stanie, jaka będzie pierwsza reakcja, a w miarę, jak mijała chwila za chwilą i nic się nie działo, czuł jak mięśnie mu się napinają, zęby zgrzytają, a paznokcie wbijają się w dłonie.

A potem ktoś się zaśmiał.

Harry zamrugał i otworzył oczy. Milicenta przesłaniała sobie usta dłonią, a jej brązowe oczy błyszczały rozbawieniem.

– Szkoda, że mnie tam nie było, Harry – powiedziała, przeciągając zgłoski i opuszczając dłoń. – Merlinie! Minister magii, zaatakowany i pokonany przez czternastolatka.

Harry zmarszczył brwi. Po raz kolejny łatwiej mu było skupić się tylko na jednej osobie na raz, więc nie odrywał od niej wzroku.

– Słyszałaś to, co powiedziałem, Milicento? Stworzyłem węże z mrocznej magii.

– Umknęło ci jakimś cudem, że moja rodzina jest mroczna? – Milicenta machnęła leniwie ręką. – Nie no, rozumiem, mogłeś to jakoś przeoczyć, ostatecznie wcale nie wzięliśmy udziału w nocy Walpurgii, a ja nie zostałam przydzielona do Slytherinu. – Jej głos, ciężki od sarkazmu, działał mu na nerwy.

– Mimo wszystko... – zaczął Harry.

– Co się potem stało?

Harry był nawet wdzięczny za to wtrącenie się, więc odwrócił się w stronę Hawthorn. Za cholerę nie potrafił w tym momencie rozgryźć Milicenty.

– Wyjaśniłem ministrowi, na czym stoi – powiedział. – Następnie odwróciłem szkody, które wyrządziłem Umbridge. Ale było już za późno. Odkryłem, że dobrze się bawiłem, sprawiając jej ból.

Potarł dłońmi swoje szaty, patrząc Hawthorn w oczy, które były spokojne i zachęcające.

– Zawarłem z Knotem umowę. Nikomu nie powiem o tym, co się tam stało, a w zamian on w tej chwili przestanie używać swojej Sfory, uchwalać te niedorzeczne ustawy i kraść czyjąkolwiek magię.

– To było głupie – powiedział Scrimgeour. – Nie miałeś prawa. Mamy prawo wiedzieć, co się dzieje w ministerstwie, Harry.

Harry spojrzał na aurora z ukosa.

– A panu się wydaje, że czemu ja wam o tym wszystkim teraz opowiadam? Stało się coś, co sprawiło, że musiałem złamać dane słowo. Rita Skeeter jakimś cudem to wszystko zobaczyła, nie wiem jak, i powiedziała mi, że opublikuje tę historię, bez względu na to, czy będę z nią współpracował, czy nie. Wybrałem współpracę. Artykuł pojawi się jutro w "Proroku Codziennym", poza paroma szczegółami, którymi chciałem się podzielić wyłącznie z moimi sojusznikami.

Rozległy się ciche pomruki. Harry wiedział, co oznaczały. Byli zaskoczeni, że im zaufał, albo że w ogóle był z nimi szczery; sam Harry nie był pewien, jak to zaklasyfikować.

– A teraz... – Pozwolił swoim oczom przejechać ponownie po kręgu twarzy, na których grało zbyt wiele emocji, które pozwoliłyby mu ustalić, co się zaraz stanie. – Teraz już wiecie. Użyłem mrocznej magii, żeby kogoś torturować i złamałem obietnicę daną komuś, kto mógłby być dla nas potencjalnym sojusznikiem. Chciałbym, żebyście to wzięli pod uwagę, kiedy będziecie podejmować decyzję. Jeśli któreś z was chce rozwiązać ze mną oficjalny sojusz, zrozumiem.

Hawthorn wstała.

Harry spojrzał na nią i przełknął ślinę. Miał nadzieję, że przynajmniej ona tego nie zrobi, ale nie miał teraz prawa czegokolwiek powiedzieć, jeśli tego właśnie chce. Zaczął podwijać swój rękaw do góry, żeby odsłonić bliznę, która oznaczała ich powiązanie.

Hawthorn szybko przy nim przyklęknęła, wyciągnęła ręce w jego kierunku i przytuliła go. Harry zagapił się na nią. Co ona wyprawia?

– Byłam śmierciożerczynią – szepnęła mu do ucha. – Jestem mroczną czarownicą. Jestem... czymś więcej, o czym dobrze wiesz, Harry. Naprawdę ci się wydawało, że ja, czy moja rodzina, by cię opuściła?

Harry westchnął.

– Nie wiedziałem, pani Parkinson. I nie wiem, czy powinniście mi ufać...

– Nie mamy zamiaru cię porywać, kraść twojej magii, czy zmuszać cię do układów, których i tak żadna ze stron nie byłaby w stanie dotrzymać – powiedziała sucho Hawthorn. – Ciesz się tym, co masz, Harry. Jesteśmy po twojej stronie.

– Moja rodzina również – ogłosił Adalrico, wyłaniając się zza prawego ramienia Hawthorn. – Udowodnił pan, że nie jest jednoznacznie po stronie Światła, panie Potter. Użyje pan mrocznej magii w obronie własnej, a to oznacza, że nie potępi nas pan, jeśli sami jej użyjemy do obrony. – Uśmiechnął się, jego zęby błysnęły w tym samym, agresywnym wyrazie, jaki Harry widział w jego oczach. – Jesteśmy po pańskiej stronie.

Harry odwrócił się powoli i spojrzał na Malfoyów. Narcyza uśmiechnęła się do niego, a w jej wyrazie twarzy nie było niczego poza łagodnością.

– Włożyłam wiele pracy w pawany, walce i pozostałe tańce, w wir których porwałam się dla dobra twojej sprawy, Harry – powiedziała. – Nie poddam tego. Mięśnie mnie teraz bolą, ale moje stopy będą lżejsze dzięki wnioskom, do których dzisiaj doszedłeś.

Harry spojrzał na Lucjusza. Lucjusz tylko zaśmiał się cicho, a w jego oczach zapłonął ogień.

– Nie zaczynam tańca sojuszu tylko po to, żeby się wycofać na dwa kroki przed jego ukończeniem – powiedział. – A minister jest jak do tej pory najbardziej satysfakcjonującym przeciwnikiem pośród wszystkich, których mi do tej pory przedstawiłeś, Potter. Przyjmuję zarówno ofertę kontynuacji sojuszu, jak i możliwość zrewanżowania się na Korneliuszu za wszystkie obrazy.

Harry spojrzał Snape'owi i Draconowi w oczy. Wiedział, że nie musi ich pytać o kontynuację ich więzi z nim. Nie opuszczą go.

Spojrzał na Scrimgeoura i zobaczył, że ten już patrzy na niego.

Wyglądał groźnie ze swoją lwią grzywą i żółtymi oczami, nawet teraz, siedząc. Następnie potrząsnął głową, jakby się otrząsając ze snu.

– Zawsze wiedziałem, że to ministerstwo nie jest tym, na co miałem nadzieję – zadumał się. – Jakoś sobie z tym radziłem, zachęcałem dobro i tępiłem zło wszędzie, gdzie je znalazłem, do tego bawiłem się robotą papierkową. Teraz jednak dowiedziałem się, że ministerstwo jest znacznie bardziej pogrążone, do punktu, w którym nie mam zamiaru tego tolerować. Minister, który sięga po przywileje stanu wojennego, kiedy nie jesteśmy w stanie wojny, porywa dzieci, które uratowały czyjeś życie i kradnie magię to nie jest człowiek, dla którego chcę pracować, a już na pewno nie jest wart dotrzymywania danego mu słowa. – Scrimgeour postawił solidnie swoją kulawą nogę na podłodze. – A już na pewno z radością zobaczę, jakie gówno wypłynie na wierzch, kiedy pańska burza uderzy w ministerstwo w pełnym pędzie, panie Potter. Wszystko to odłowię, co do jednego.

Harry zamknął oczy.

– Dziękuję, że mnie wysłuchaliście – wymamrotał. – Podejrzewam, że już czas, żebyśmy wracali do Hogwartu?

– Idę z wami.

Harry otworzył oczy i uśmiechnął się do Dracona.

– Wiem.


Draco wiedział, że profesor Snape patrzył na niego z potępieniem. Jego matka się uśmiechała. Na twarzy jego ojca prawdopodobnie pojawiły się lekkie linie przy jego szczęce na myśl, że Draco nawet nie pomyślał o poproszeniu go o zgodę.

Dracona to wszystko nie obchodziło.

Przesiedział spokojnie całe spotkanie, ponieważ walczył z oświeceniem, które spłynęło na niego niczym osobisty wschód słońca, kiedy Harry wszedł do pokoju i podszedł do niego, żeby się przytulić, zanim zrobił cokolwiek innego.

Kochał Harry'ego, tak, o tym wiedział już od ponad roku. Po raz pierwszy jednak zorientował się, że nie kochał go jako przyjaciela, ani nawet brata, co było drugim porównaniem, które przyszło mu do głowy.

No cóż, pomyślał, kiedy minął pierwszy szok. To nie jest znowu aż tak zaskakujące. Mogę z tym bez problemu żyć.

Obserwował Harry'ego w trakcie spotkania, to, jak wymawiał słowa, to, jak zmusił się do wyznań, które Draco wiedział, że musiały być dla niego wyjątkowo ciężkie, to, jak przyjął, z lekko zaskoczonym wyrazem twarzy, oferty czystokrwistych rodzin do kontynuowania sojuszów. Uspokoiła go myśl, że przez cały ten czas tylko on tak naprawdę wiedział, jak ciężko było Harry'emu z tym wszystkim. Znał Harry'ego lepiej niż profesor Snape, lepiej niż ktokolwiek inny kiedykolwiek mógł go znać.

No i oczywiście, że Harry przyjmie jego obecność ze spokojem, nawet z uśmiechem, pierwszym szczerym, który się pojawił na jego twarzy od chwili rozpoczęcia tego spotkania.

Dracona nie obchodziło, że nie dostał zgody od rodziców, czy że profesor Snape nie zaprosił go jak należy. Wracał dzień wcześniej do Hogwartu bo chciał tam być, a Harry chciał go przy sobie mieć. Draco nie potrafił wyobrazić sobie lepszej pary powodów.


Hawthorn podniosła brwi, zauważając spojrzenia wymienione między chłopakiem Potterów i dziedzicem Malfoyów. No proszę. Czyli Pansy miała rację. No cóż, wydaje mi się, że ten sojusz tylko nam wszystkim wyjdzie na dobre. Przynajmniej nie stracimy Pottera przez jakąś świetlistą rodzinę, która mogłaby go przekonać do zostania Świetlistym Panem.

Czuła, jak jej własne serce bije coraz mocniej, tak jak to robiło, kiedy księżyc w pełni pojawiał się nad horyzontem, a jej transformacja się zaczynała. Przyszłość rozciągała się przed nią, jeszcze bardziej ekscytująca niż zaledwie tego ranka. Już jutro artykuł Rity Skeeter pojawi się w gazecie i chociaż Hawthorn zdawała sobie sprawę, że nie będzie w nim tak wielu szczegółów jak w relacji Pottera, to wciąż będzie to atak wymierzony w ministra. Może wreszcie uda im się odciągnąć tego niekompetentnego idiotę od koryta.

A potem czarodziejski świat obejmie polityczny chaos – chaos, w trakcie którego uprzedzona zawczasu, sprytna, politycznie ogarnięta czystokrwista byłaby w stanie wykorzystać z korzyścią dla swojej rodziny.

I dla swoich sojuszników też, pomyślała Hawthorn, wracając spojrzeniem do Pottera. Śpiewał mocą, promieniował nią, pulsował nią. Zawsze zapominała, kiedy nie widziała się z nim przez dłuższy czas, jak strasznie jest potężny. A jeśli Narcyza ma rację, to dostaniemy coś znacznie lepszego od Lorda, coś, czego jeszcze nigdy nie mieliśmy, coś kompletnie nowego.

Musiała się bardzo mocno skupić na tym, żeby nie zawyć.

Przyszłość nadchodziła i jeszcze nigdy nie wyglądała lepiej.