Tytuł tego rozdziału pochodzi z wersu poematu Swinburne'a, "Hesperia".

Rozdział jedenasty: Wbicie się w burzę

Harry westchnął, powoli prostując palce u ręki. Bolały go od długiego czasu, który spędził, zaciskając je na piórze, co robił częściej niż pisał. Musiał się długo zastanawiać nad słowami, które mógłby skierować do Jamesa, Connora i Remusa. Każdy z listów musiał być inny, wystarczająco długi, by przekazać, że nic mu nie było bez martwienia ich przy okazji zbyt wieloma szczegółami, wsparty świadomością, że nie widział się z nimi już od miesiąca.

Connor może sobie zatrzymać tę część przywództwa, pomyślał Harry, pieczętując ostatni list. Odwrócił się w stronę Hedwigi i przyjrzał się jej z wahaniem. Hedwiga przechyliła głowę na bok i zahuczała z wyższością, jakby chciała powiedzieć, że oczywiście, że jest w stanie zanieść trzy listy w to samo miejsce, a Harry jest głupcem, jeśli w nią wątpi.

– Wybacz, maleńka – szepnął Harry, głaszcząc pióra na jej piersi. – Chyba się po prostu denerwuję.

Znalazł żyłkę w swojej szafce nocnej i przywiązał nią wszystkie trzy listy solidnie do nogi Hedwigi. Upewnił się, że imiona na każdej z kopert są odpowiednio widoczne, po czym kiwnął głową i westchnął.

– Lux Aeterna, maleńka – powiedział jej. – James, Connor, Remus.

Hedwiga rozpostarła skrzydła i wzbiła się w powietrze, błyszcząc w przytłumionym świetle lochów. Harry usłyszał jej pełne ponaglania pohukiwanie, póki Snape nie otworzył jej swoich drzwi. Zamknął oczy i wyobraził ją sobie przemykającą przez lochy w kierunku sowiarni.

– Harry.

Harry ponownie westchnął. Wylot Hedwigi oznaczał, że już skończył ze swoimi listami, więc czas, który Snape i Draco pozwolili mu spędzić w samotności, dobiegł końca. Zerknął w stronę drzwi i zobaczył, że Snape już stoi w ich progu.

– Tak, proszę pana? – zapytał.

– Musimy porozmawiać o kilku sprawach. – Snape brzmiał tak zdecydowanie, jak tego dnia, kiedy poinformował Harry'ego, że ten zostanie z nim w Hogwarcie do końca wakacji, ale tym razem w jego głosie nie było radości, czy rozbawienia. Brzmiał sucho, jakby był wyprany z emocji.

Harry kiwnął głową i wyjrzał za Snape'a, żeby zobaczyć, czy Draco z nim nie przyszedł. Draco wślizgnął się do pokoju w chwilę później i zygzakiem podbiegł do biurka, przy którym siedział Harry. Harry wstał i przytulił go, obejmując jedną ręką. Wystarczająco długo siedział na twardym krześle, uznał, że nadchodzącą pogadankę może równie dobrze spędzić na czymś miękkim.

Usiadł na swoim łóżku, a tuż obok niego przysiadł Draco. Spojrzał w górę i zobaczył, że Snape podniósł brwi, które opadły w chwilę potem, zabierając ze sobą nadzieję na odwrócenie jego uwagi.

– Po raz kolejny znalazłeś się dzisiaj w niebezpieczeństwie – zauważył Snape.

Harry pokręcił lekko głową.

– Ja zawsze jestem w niebezpieczeństwie – powiedział. – Wydaje mi się, że im szybciej to do pana dotrze, tym lepiej.

Snape go zignorował.

– Tym razem to było niebezpieczeństwo, któremu mogliśmy zapobiec przynajmniej pod jednym względem, Harry. Myślę, że już czas najwyższy, żebyś się nauczył, jak się oprzeć komuś, kto się stara z tobą aportować. Nie powstrzymałoby to prawdopodobnie wszystkiego, włącznie z korupcją ministerstwa, która dzięki tej sprawie wyszła na jaw, ale przynajmniej byłbyś wolny i nie znalazłbyś się w sidłach Sfory.

Harry zamrugał.

– Myślałem, że aportacji łączonej nie można się oprzeć, proszę pana.

– Jest, ale tylko dla doświadczonego oklumenty – powiedział Snape, machając ręką, jakby Harry już powinien był to wiedzieć. – Pewnie sam zauważyłeś, że aportacja łączona różni się pod pewnymi względami od aportacji przeprowadzonej samodzielnie – na przykład tym, że kręci ci się po niej w głowie.

Harry kiwnął głową i przysunął się bliżej do Dracona, kiedy jego przyjaciel pociągnął go za ramię. Harry odprężył się, czując jak ciepło ogarnia mu bok.

– Zawsze po aportacji łączonej czuję się, jakbym miał zaraz zwymiotować – powiedział.

– To przez przestrzeń, podczas której aportujący czarodziej ma wpływ na umysł osoby, która nie ma kontroli nad zaklęciem – powiedział Snape, wpadając w nauczycielski ton. – Tego rodzaju percepcją można manipulować. W ten sam sposób, w jaki oklumenta jest w stanie nie pozwolić legilimencie wejść do swojego umysłu, może też odrzucić taką percepcję, co w rezultacie powstrzyma kogoś przed wciągnięciem go w aportację.

Harry przymknął lekko oczy.

– W takim razie opieram się zaklęciu, czy osobie, która je rzuca?

– Obu – powiedział Snape. – Chciałbym, żebyś się na tym skoncentrował i zaczął nad tym pracować, jak tylko będziesz miał na to ochotę. – Kiwnął uprzejmie Draconowi. – Chodź, Draco.

Draco zamrugał.

– Co...?

– Powinniśmy pozwolić Harry'emu się wyspać.

Harry zmarszczył brwi na Snape'a.

– Jest dopiero dziewiąta – powiedział. – Przecież mogę jeszcze nie spać przez jakiś czas.

Snape po prostu zaczekał chwilę, po której szczęki Harry'ego rozwarły się od wielkiego ziewnięcia. Harry westchnął.

– No dobra, niech wam będzie – powiedział i z żalem szturchnął Dracona w ramię. – Do zobaczenia jutro.

Draco przyłożył mu dłoń do czoła, jakby chciał sprawdzić mu temperaturę, po czym kiwnął do niego.

– Do zobaczenia jutro, Harry. Naprawdę się cieszę, że żyjesz.

Ostatnie zdanie było zaledwie cicho wymamrotane i zanim Harry zdążył na to odpowiednio zareagować, Snape i Draco wyszli, a ten pierwszy zamknął za nimi drzwi. Harry przeciągnął się i poszedł się przygotować do snu. Przynajmniej już jutro reszta uczniów pojawi się w Hogwarcie, nawet jeśli nie był to jeszcze pierwszy dzień szkoły. Będzie miał trochę czasu, żeby się przygotować.

Do tego już jutro wyjdzie artykuł Skeeter.

Usta Harry'ego drgnęły w lekkim uśmiechu. Wydawało mi się, że powinienem poświęcić ten czas na przygotowanie się, a nie na relaks.

Wiesz co, w sumie nie mam pojęcia, czemu Snape posłał cię do łóżka, powiedział nagle Regulus. Przecież ty sam z siebie już się prawie nosem podpierasz. Idź spać i przestań myśleć o takich głupotach.

Tak, ojcze, powiedział Harry z tak ciężkim sarkazmem, że nawet Regulusowi nie mógł on umknąć. Nie nazwałby marudzenia Regulusa matkowaniem, bo to porównanie wciąż przywoływało zbyt wiele bólu.


Snape zwracał większość uwagi na swoją pasywną więź z Harrym, kiedy Draco, nie potrzebując wcale do tego zachęty, trajkotał o tych częściach swoich wakacji, które spędził z Harrym w Lux Aeternie. Był w środku przeżywania na nowo pościgu na miotłach, kiedy Harry odprężył się w umyśle Snape'a i wreszcie usnął.

– Draco – powiedział Snape, przerywając Draconowi w połowie zdania, przez co ten łypnął na niego niechętnie. – Już od jakiegoś czasu chciałem z tobą o czymś porozmawiać, o czymś, co dotyczy ciebie i Harry'ego. – Nieważne, że dopiero dzisiaj zwrócił na to uwagę. Draco chętniej mu uwierzy, jeśli uzna, że Snape znacznie wcześniej zaczął to uważać za problem.

– O czym? – Draco momentalnie wstał, spięty tak, że niemal się trząsł. – Powiedział coś o mnie? Skrzywdziłem go jakoś, powiedziałem coś nie tak, do tego stopnia, że nie jest mi w stanie tego powiedzieć w twarz?

Snape pokręcił lekko głową. Jeszcze więcej oznak obsesji. Nawet nie otarł się o prawdę w swoich przypuszczeniach.

– Nie, Draco – powiedział i z pewnym wysiłkiem zmusił swój głos do łagodnego tonu. – Chodzi mi w tej chwili bardziej o ciebie, niż o Harry'ego. Martwi mnie ilość czasu, jaki z nim spędzasz. Zdajesz się prawie nie mieć życia poza nim.

Draco zagapił się na niego, po czym mrugnął lekko.

– To nieprawda, profesorze Snape – powiedział. – Mnóstwo czasu spędziłem tego lata w domu. Grałem w quidditch sam i z chłopakami ze Slytherinu, jeśli akurat wpadli z wizytą – Blaise i Vince od czasu do czasu zaglądali. Nie widziałem się z Gregorym – dodał, marszcząc lekko brwi. – Uczyłem się historii i rytuałów czystokrwistych z matką. Próbowałem dziękować skrzatom domowym, ale Harry się myli co do nich, one przez to tylko wybuchają płaczem. Tylko Zgredek nie, ale on już od dawna był dziwny.

– W takim razie czemu nigdy nie wspominasz o czasie, jaki spędziłeś, grając w quidditcha, czy ucząc się historii? – zagadał Snape. – Czemu wszystko, co pada z twoich ust, dotyczy w jakiś sposób Harry'ego?

Draco wzruszył ramionami ze zniecierpliwieniem.

– Bo czas, jaki spędzam razem z nim jest po prostu bardziej interesujący.

Snape kiwnął głową.

– To jest jedna z oznak obsesji, Draco. Nawet w krótkim opisie tego, co robiłeś w te wakacje, nie byłeś w stanie nie wspomnieć o Harrym. Widziałem też, jak na niego patrzysz...

Ramiona Dracona spięły się tak nagle, że Snape zastanowił się, co zrobił nie tak.

– I jest pan temu przeciwny? – zapytał Draco ponurym i niskim głosem. – Jeszcze chwila, a zacznie pan się zachowywać jak jakiś zramolały czarodziejski rodzic, który poucza syna, że ten nie ma prawa kochać tego, kogo chce, bo musi kontynuować linię rodu.

– Co? – zapytał Snape tępo. Potem jego umysł nadgonił uszy i Snape spojrzał na Dracona z potępieniem.

Jest gorzej niż myślałem, doszedł po chwili do wniosku. Dzieciak się zauroczył i wydaje mu się, że to jakaś wielka miłość, która przetrwa wieki.

– Posłuchaj mnie, Draco – powiedział cicho, a Draco spojrzał mu w oczy, prawdopodobnie bardziej przez moc, jaką włożył w słowa, a nie samą ich treść. – Ja naprawdę chcę, żeby Harry był szczęśliwy. Ale nie chcę widzieć, jak poświęcasz własne szczęście czy wolność, dla jego dobra. On też by tego nie chciał. W jego życiu było już dość poświęcenia. W tej chwili jesteś gotów poświęcić wszystko, co masz, a on by się tylko uśmiechnął i uznałbyś to poświęcenie za uzasadnione. Nie mogę ci na to pozwolić. Co będzie, jeśli on się zakocha w kimś innym?

Wyraz twarzy Dracona zmienił się w bezmiar nieszczęścia, zmieszany z czymś, co było po prostu przerażające.

– Nie zakocha się – powiedział Draco, sycząc nisko. – To ja zawsze przy nim byłem. Na nikim innym nie zależy mu tak jak na mnie. Poza tym, minie jeszcze trochę czasu, zanim będzie w stanie pokochać kogoś równie mocno. W zeszłym roku powiedział mi, że nigdy nie sądził, że będzie po wojnie robił cokolwiek poza służeniem swojemu bratu. Ale kiedy będzie już w stanie rozejrzeć się i wybrać na własną rękę, to będę tuż obok.

– Czyli masz zamiar zaczekać, aż cię zauważy? – zapytał Snape i pokręcił głową, kiedy Draco przytaknął. – I będziesz się zachowywał, jak jakaś zakochana czarownica z Hiszpanii, która czeka, aż jej ukochany wróci z wojny?

– Właśnie że nie. – Draco był tak zły, że Snape poczuł podnoszącą się wokół niego magię, obiecującą mu lada moment ból głowy. – Proszę to odwołać. Zrobię wszystko, żeby sobie zasłużyć na miłość Harry'ego.

– Myślisz o tym, jak o czymś permanentnym – powiedział cicho Snape. – Jesteś za młody na takie rzeczy, Draco. Masz czternaście lat.

– Harry'ego pan traktuje jak dorosłego. – Draco założył ręce na piersi i skrzywił się.

– Bo on się zachowuje jak dorosły – powiedział Snape, którego cierpliwość nagle dobiegła końca. – Słuchaj mnie. Od tej chwili zacznę cię uważnie obserwować. Jeśli nie okażesz jakichś oznak niezależności do końca września, to się upewnię, że ją dostaniesz, czy ci się to podoba, czy nie. Rozumiemy się?

Draco tylko się na niego patrzył z zaskoczeniem.

– Mogę przydzielać szlabany – powiedział Snape. – A to zaledwie pierwsze, co mi przyszło do głowy.

– Nie ma pan prawa – szepnął Draco.

– A ty nie masz prawa chować się przed światem pod pierzyną zauroczenia...

– To nie jest zauroczenie...

– ...tylko dlatego, że tak ci się podoba – dokończył Snape. – Nie pozwolę na to. Harry, jeśli zwróci na to uwagę, też na to nie pozwoli.

– Nie chcę mu powiedzieć – wypalił Draco, rumieniąc się wściekle. – Nie chcę mu powiedzieć, że jego opiekun to nierozsądny, stary wariat.

Snape podniósł brew i kiwnął głową.

– Niech i tak będzie. Powiesz mu o tym sam. Masz na to czas do końca października.

– To nie fair...

– Tak samo jak to, do czego to twoje nieszczęsne zauroczenie może doprowadzić, Draco, zarówno wobec ciebie jak i Harry'ego – przerwał mu Snape. – A teraz jazda do łóżka.

Draco patrzył na niego gniewnie jeszcze przez chwilę, ale Snape praktykował i otrzymywał spojrzenia znacznie gorsze od tego, do którego był zdolny młody Malfoy. Po chwili Draco odwrócił się, żeby się położyć na dywanie w pokoju Harry'ego, mamrocząc pod nosem.

Snape zgrzytnął zębami i ruszył, by stworzyć sobie drewniane cele, na których będzie mógł wyżyć wiele przeżytych tego dnia frustracji.

Czemu to właśnie ja zauważam i zajmuję się sprawami, na które każdy normalny rodzic już dawno powinien był zwrócić uwagę? Lucjusz jest tępy w takich kwestiach, ale Narcyza na pewno to zauważyła. Co ona sobie myślała, żeby go jeszcze do tego zachęcać?


Albus skończył czytać artykuł, zamieszczony na pierwszej stronie "Proroka Codziennego", po czym odłożył gazetę. Ręce mu się lekko trzęsły. Nie pozwolił sobie zwrócić na to uwagi.

To przeważa szalę.

Przez długie chwilę tylko ta jedna myśl kołatała mu się w głowie. Siedział i patrzył się bezmyślnie za okno, omijając wzrokiem starą żerdź Fawkesa. To był wspaniały dzień, jaśniejszy niż powinien był być pierwszego dnia września, słońce wstawało, jakby chciało objąć niebo. Dzieci przyjadą pod wieczór, trzeba będzie przygotować tysiące rzeczy zanim to nastąpi.

Ale był nie tylko dyrektorem Hogwartu, był również naczelnym magiem Wizengamotu i tak właśnie wyglądały jego myśli, kiedy wreszcie w jego umyśle rozpętała się ich burza.

Harry nie jest w stanie utrzymać spokoju. Nie jest w stanie utrzymać równowagi. Już zaczął zmieniać świat czarodziejów i kto wie, kiedy przestanie? Knot uchwalił te ustawy i wprowadził stan wojenny bez poinformowania o tym Wizengamotu, ale to są drobne nieprzyjemności, rząd by od nich nie ucierpiał. Może nawet wszystko poszłoby po naszej myśli, bo przygotowalibyśmy się zawczasu na prawdziwą wojnę z Tomem. Chciałem na to wszystko pozwalać tak długo, jak opinia publiczna się o tym nie dowie.

A tymczasem Harry naruszył równowagę i nic nie będzie już takie, jak kiedyś.

Albus zamknął oczy. Nieczęsto zdarzały mu się poranki, kiedy czuł się za stary na politykę, ale wyglądało na to, że ten będzie jednym z nich. Czuł, jak go bolą stawy, tę lekką sztywność w plecach, której nie były w stanie zaleczyć nawet długie noce spędzone na miękkim materacu, pragnienie, żeby po prostu się oprzeć na kimś i pozwolić mu podejmować wszystkie ważne decyzje. To ostatnie było szczególnie niebezpieczne, ponieważ nikt poza nim nie był w stanie podjąć niektórych decyzji i zająć się nimi jak należy.

Harry, przypomniał mu jego umysł.

Nigdy Harry, powiedział sobie surowo. Przyznaję, prawdopodobnie zostanie kiedyś vatesem, do tego to on odbił klątwę zabijającą Voldemorta. Nie mogę mu jednak pozwolić przyjąć jakiejkolwiek innej roli, zwłaszcza kiedy jego pierwszy ruch w polityce jest tak katastrofalny jak ten. Istnieją tysiące innych, znacznie subtelniejszych sposobów, którymi mógł rozwiązać sytuację porwania. Zamiast tego przebił się przez długie lata eleganckiej, ciężkiej pracy niczym gorgona w sklepie z porcelaną.

Muszę odwrócić jego uwagę od polityki, zająć go czymś.

Momentalnie przyszedł mu do głowy idealny sposób. Wstał i odwrócił się w stronę ustawionej za jego biurkiem skrzyni, w której trzymał rozmaite myślodsiewnie, które ułożył w kolejności alfabetycznej. Jego dłoń przez chwilę wisiała nad sekcją "C", po czym wyciągnął myślodsiewnię, oznaczoną elegancko napisanymi literami, "Czas spędzony z Falco Parkinsonem".


James właśnie rozłożył "Proroka Codziennego", kiedy poczuł delikatną sugestię od osłon, że przeleciała przez nie sowa. Zaczekał chwilę i z zaskoczeniem zobaczył, jak Hedwiga wlatuje oknem i ląduje na stole przed nim, pohukując na niego ponaglająco. James odwiązał listy, zauważył różne imiona na nich, po czym łagodnie odłożył je na bok. Remus i Connor wciąż spali; poprzedniego wieczoru odbyli ostatnią, ciężką sesję ćwiczeń, ponieważ Remus nie będzie w stanie trenować z nim przez kilka następnych miesięcy.

– Dziękuję, Hedwigo – powiedział, oferując jej w nagrodę kawałek bekonu ze swojego talerza. – Zaraz je przeczytam. – Wrócił wzrokiem do gazety.

Hedwiga przywaliła mu w głowę skrzydłem. James uchylił się i spojrzał na nią. Hedwiga skakała mu na stole, niemal tańcząc, a jej pohukiwania zrobiły się jeszcze bardziej ponaglające.

Ach, pewnie chce więcej bekonu. James podał jej większy kawałek. Sowa śnieżna przez chwilę się nią zajęła, więc James skorzystał z okazji, żeby zjeść trochę swojej owsianki i w spokoju przeczytać gazetę.

Chwilę później opluł owsianką pierwszą stronę.

James usiadł prosto, odłożył gazetę na stół, zamknął oczy i potarł twarz. Kilka razy. Pomasował swoje czoło, robiąc na nim niewielkie kółka, potem tak samo pomasował policzki, podbródek i gardło. To było ćwiczenie uspokajające, którego nauczyła go babcia.

– Do uspokajania urwisów – powiedziała mu sucho, kiedy zapytał ją, do czego to służy.

Kiedy znowu otworzył oczy artykuł wciąż tam był, a Hedwiga przechyliła głowę, łypiąc na niego złotym okiem, jakby chciała powiedzieć "A było przeczytać list, kiedy mówiłam."

James pokręcił głową i na spokojnie przeczytał artykuł. Następnie otworzył list ze swoim imieniem.

Drogi tato,

Wiem, że pewnie już zdążyłeś przeczytać artykuł. Wybacz. Powiedziałem Hedwidze, żeby dostarczyła te listy tak szybko jak może.

Zostałem porwany przez ministerstwo, ale nic mi nie jest. W pierwszej chwili chciałem to utrzymać w tajemnicy, ale przyjaciółka przekonała mnie, że lepiej będzie o tym wszystkich poinformować. Wiem, że teraz pewnie reporterzy zaczną ci zawracać głowę. Przykro mi.

Możesz im powiedzieć, że nie wiesz nic ponad to, co było w artykule. Wydaje mi się, że tak chyba będzie najlepiej.

Obiecuję, tato, nic mi nie jest. Uwaga, czy jej brak, profesora Snape'a nie miała z tym nic wspólnego. Sfora twierdziła, że jest z ministerstwa, że złamałem kilka praw odnośnie wężomowy i że chcą, żebym z nim poszedł. Jeden z nich nawet zapewnił mnie, że Snape może z nami pójść, po czym złapał mnie w aportacji łączonej, zanim ten zdążył podejść na tyle blisko, żeby się zabrać z nami.

Tęsknię za tobą, ale podejrzewam, że musisz mieć jakiś powód, żeby się do mnie nie odzywać już przez cały miesiąc. Myślałem, że pewnie jest zły na mnie, czy na profesora Snape'a, więc mi nie odpiszesz, dlatego sam też nic nie pisałem. Mam jednak nadzieję, że na ten list odpiszesz. Wciąż chcę, żebyśmy byli rodziną, tato. Czułem się nieco przytłoczony w te wakacje, ale może zobaczymy się na święta?

Kocham cię,

Harry.

James oparł się na krześle i wypuścił z siebie długi, syczący oddech. List Harry'ego miejscami był trochę bez sensu, ale zawierał kilka rzeczy, które James naprawdę chciał od niego usłyszeć: że wciąż chce być częścią rodziny, że nic mu nie jest i że jest mu przykro za to, że James, Connor i Remus od teraz będą musieli się martwić o reporterów.

To jednak nie wystarczyło, żeby odwrócić uwagę Jamesa od najbardziej oczywistej kwestii, która nie mogła umknąć nawet Harry'emu.

Snape zawiódł go jako opiekun. Porwano mu Harry'ego praktycznie spod nosa, a on nie był w stanie nic w tej sprawie zrobić.

James pokręcił głową i wstał. Powinien był to zrobić już dawno temu, nie poddawać się po pierwszej próbie, ale musiał się zająć Connorem i było mu żal po utracie Harry'ego. Teraz Connor wracał do szkoły, a Harry chciał być znowu częścią rodziny, więc James skupi się na tej przewadze ponad swoim wrogiem.

Miał zamiar udać się prosto do departamentu magicznej rodziny i praw dziecka, żeby odzyskać prawa do opieki nad swoim synem.


– Proszę pana! Proszę pana! Niech pan ze mną idzie, szybko!

Rufus powoli odstawił swoją filiżankę herbaty z powrotem na spodek, rozważając przeklęcie osoby, która właśnie waliła mu do drzwi. Potem przypomniał sobie, że wszyscy w biurze aurorów dobrze wiedzieli, żeby mu absolutnie nie przeszkadzać, kiedy pije poranną herbatę, co prawdopodobnie oznaczało, że cokolwiek się działo, było naprawdę ważne.

Wyciągnął różdżkę, przeszedł przez swój gabinet i otworzył drzwi. Stała za nimi młoda aurorka z jaskrawo różowymi włosami i nieznajomą twarzą. Dzięki włosom Rufus rozpoznał ją mimo wszystko.

– Aurorko Tonks – powiedział. – Czy coś się stało?

– Chodzi o ministra, proszę pana! Krzyczy w swoim gabinecie, czasami płacze! – Tonks zamachała rękami z niepokojem, robiąc krok w tył, przez co potknęła się o krzesło. Wywinęła kozła o biurko aurorki Mallory, przewracając przy okazji jej kałamarz. Rufus zamknął z rezygnacją oczy, kiedy atrament zaczął cieknąć prosto na głowę Tonks, która kontynuowała w lekko przygaszonym tonie. – Przepraszam. Ale to brzmi, jakby coś mu się działo, a nie możemy otworzyć drzwi.

– Już idę – powiedział Rufus z lekkim warknięciem w głosie, po czym zamknął swój gabinet za sobą. Kiedyś raz jeden tego nie zrobił i ktoś ukradł mu herbatę. Rufus nie cierpiał ludzi, którzy czyhali na jego herbatę.

Podążył za Tonks ze złością, zauważając, że wszyscy nagle sobie znaleźli coś innego do roboty. Wyglądało też na to, że większości ludzi w biurze po prostu nie było. Rufus pokręcił głową i prychnął. Wszyscy pukają do drzwi ministra, prosząc go uprzejmie, żeby im otworzył?

– Czemu jeszcze nikt nie rozwalił tych cholernych drzwi klątwą wybuchającą? – zapytał Tonks, kiedy dotarli do wind.

Młoda kobieta zerknęła na niego z przerażeniem i podziwem.

– Proszę pana, to zaklęcie jest nielegalne.

– Co nie tłumaczy, czemu go jeszcze nie użyli – mruknął Rufus i dyskretnie potarł biodro. Miał niemal sześćdziesiąt lat, a w poranki, choćby nie wiem jak ciepłe, stara rana go rwała, przynajmniej póki nie wypił swojej porannej herbaty. Kryzysy powinny być wstrzymywane na czas picia herbaty.

– Drzwi są, ee, zamknięte jakimś zaklęciem, które wchodzi w reakcję z czymkolwiek bardziej agresywnym od Alohomory – Tonks wzruszyła bezsilnie ramionami, po czym potknęła się, wchodząc do windy i wylądowała na panelu, naciskając wszystkie możliwe guziki. – Przepraszam.

– Nic się nie stało – powiedział Rufus i oparł się o ścianę windy. Łagodniejsza droga w dół i tak była lepsza dla jego biodra.

Kiedy dotarli do piętra ministra, Tonks ruszyła pierwsza, zupełnie jakby Rufus miałby nie wiedzieć, którędy iść. Rufus kroczył – kroczył, nie kuśtykał– za nią, mamrocząc pod nosem.

Znaleźli aurorów stłoczonych wokół drzwi do gabinetu ministra, pukających uprzejmie i wołających go. Rufus ich minął i wycelował różdżką w drzwi.

Alohomorana – wymamrotał. To była wariacja zaklęcia otwierającego, którego nauczyła go jego babcia, Leonora. Była mugolaczką, nie było w niej krzty czystokrwistej dumy i uważała, że rodzina nie powinna zamykać przed sobą drzwi, co doprowadziło do serii kompromitujących sytuacji, kiedy ojciec Rufusa miał mniej więcej szesnaście lat.

Drzwi się otworzyły.

Momentalnie wylał się zza nich koszmarny hałas. Rufus uznał, że w samo drewno musiały być wmontowane jakieś zaklęcia wyciszające, bo aż się musiał cofnąć, walcząc z chęcią zasłonięcia sobie uszu dłońmi.

Kiedy wreszcie zrozumiał, czego ten hałas dotyczy, jego ponury nastrój zniknął, a on sam chciał zacząć rechotać jak jego babka.

– ...JESZCZE NIGDY NIE BYŁO MI TAK STRASZNIE WSTYD! WYPROWADZIŁABYM SIĘ DO FRANCJI, GDYBYM TYLKO NIE MIAŁA WĄTPLIWOŚCI, CZY ICH RZĄD NIE BĘDZIE JESZCZE GORSZY! A NIE, CZEKAJ, TO NIEMOŻLIWE, ŻEBY BYLI JESZCZE GORSI! CHYBA W TAKIM RAZIE ZACZNĘ SIĘ PAKOWAĆ! PRZYNAJMNIEJ ICH MINISTER NIE PORYWA NIEWINNYCH DZIECI BEZ UPRZEDNIEGO ZAKRĘCENIA WĄSA Z WYŻSZOŚCIĄ!

Rufus patrzył z rozbawieniem, kiedy ten konkretny wyjec rozerwał się na kawałki, tylko po to, żeby zostać zastąpiony kolejnym z rosnącej góry na biurku ministra. Tak się składało, że Rufus rozpoznał ten konkretny głos ze wczorajszego spotkania. Uznał, że Hawthorn Parkinson naprawdę dobrze potrafi udawać święte oburzenie.

JESTEM ZASKOCZONA, ZASKOCZONA I PRZERAŻONA! JESZCZE NIGDY, W CAŁYM MOIM ŻYCIU, NIE SŁYSZAŁAM O CZYMŚ TAK PODŁYM, MINISTRZE! CZY TO OZNACZA, ŻE NASZE DZIECI JUŻ NIE SĄ BEZPIECZNE NAWET W SWOICH ŁÓŻKACH? CZY TERAZ NAŚLE PAN TĘ SWOJĄ SFORĘ NA MOJĄ CÓRKĘ? TEN BIEDNY, NIEWINNY CHŁOPIEC! CHYBA JUŻ CZAS NAJWYŻSZY, ŻEBY MAGICZNA BRYTANIA ZMIENIŁA MINISTRA!

Knot kulił się za swoim biurkiem pośród tego wszystkiego, kwiląc cicho.

Rufus odchrząknął w przerwie między końcem wyjca od Parkinson i początkiem następnego. Knot spojrzał na niego z nadzieją.

– To było naprawdę skomplikowane zaklęcie zamykające – powiedział Rufus, po czym zamknął drzwi i pozwolił zaklęciu opaść z powrotem na miejsce.

Odwrócił się do swojej drużyny i spojrzał na nich z powagą.

– Jaka szkoda, że nie jesteśmy w stanie uratować tego biednego człowieka – powiedział. – Przynajmniej teraz wiemy, że to tylko wyjce.

– Ale czemu? – zapytała aurorka Mallory, z twarzą pełną niepokoju. – Nie rozumiem, o czym oni wszyscy tak wrzeszczeli.

– Proszę przeczytać pierwszą stronę "Proroka Codziennego" – poradził jej Rufus, po czym ruszył z powrotem do swojego biura. Już dawno nie miał tak dobrego humoru przed wypiciem herbaty. Oczywiście, świadomość, że wracał do swojej herbaty, też pomagała.

A zaraz potem zacznę kopać.

Kiedy wrócił do swojego biura, odkrył, że poza herbatą, czeka go tam kolejna przyjemna niespodzianka. Dwójka jego ludzi stała z trzecim pomiędzy nimi, z głową zwieszoną smętnie. Spojrzał w górę, kiedy Rufus do nich podszedł i Rufus rozpoznał w nim Gamaliela Gorgona, jednego ze zwolnionych aurorów, którego Knot wcielił do Sfory.

– Psidwak, jak mniemam? – zapytał Rufus z zaciekawieniem.

Gorgon oklapł.


– Co cię tak zainteresowało w pierwszej stronie, matko? – Blaise zasłonił ziewnięcie ręką. Arabella Zabini spojrzała na niego miękko. Jej syn zawsze miał takie wykwintne maniery. Oczywiście, prawdopodobnie dlatego, że ostatecznie to ona go ich nauczyła, a nie żaden z jej mężów. – Wydawało mi się, że zazwyczaj "Prorok Codzienny" cię raczej nudził.

– To – powiedziała po prostu Arabella, podając mu gazetę, żeby sam mógł zobaczyć. Sama już przeczytała artykuł cztery razy, za każdym razem szukając czegoś innego między wierszami i wierzyła, że w tym momencie znalazła już wszystko, co można było. Jej usta zdawały się nieustannie uśmiechać tego ranka. Sprytny chłopak.

Przez co ten list, który otrzymałam wczoraj, wydaje się jeszcze bardziej żałosny.

Blaise zamrugał, kiedy zobaczył nagłówek.

– Psiakrew – powiedział.

– Blaise – skarciła go Arabella, rozglądając się po pokoju. Ciężko pracowała nad tym, żeby dla jej niewielkiego domku znaleźć jak najpiękniejsze portrety. Niestety, większość z tych pięknych portretów zawierało wysokiej klasy czarownice, które obrażały się dosłownie o wszystko i w tej chwili zwracały się masowo w stronę Blaise'a, patrząc na niego z potępieniem. – Język.

– Przepraszam, przepraszam – wymamrotał jej syn i wrócił do czytania. Kiedy podniósł wzrok, miał przymrużone oczy. – Naprawdę myślisz... znaczy, czy to wszystko miało miejsce?

– Przynajmniej część, moje kochanie – powiedziała Arabella. – Nie wydaje mi się, żeby Potter czy Skeeter byli na tyle głupi, żeby stworzyć historię, którą można tak łatwo podważyć.

Blaise kiwnął głową, oczy mu się zaświeciły.

– Czy to oznacza zmianę ministra?

– Przynajmniej tyle. – Arabella pochyliła się i pocałowała go w czoło. – Leć odebrać swoje śniadanie od skrzatów domowych i omówimy to jak należy, jak już wrócisz. Nie chcę, żebyś mi zasnął w połowie dyskusji.

– Tak, matko – powiedział Blaise, kiwając jej elegancko głową, po czym potruchtał do kuchni.

Arabella zaśmiała się cicho, patrząc na gazetę, po czym ruszyła do swojego biurka. Tak, uznała, że pełna żalu odmowa będzie najlepszą odpowiedzią na ten list.

Już nie mówiąc o tym, że mogę coś zaoferować sojuszowi Pottera, podczas gdy alternatywa zrobi ze mnie po prostu służącą.

Przejechała wzrokiem po półce pełnej książek napisanych w wężomowie, po czym wróciła do swojego biurka, za którym zasiadła, przeciągnęła się i przeczesała swoje długie, ciemne włosy.

Co za wspaniały poranek.


– No i jadą.

Harry wywrócił oczami, bo Draco dosłownie opisał to, co mieli przed oczami, ale kiwnął głową.

– No i jadą – powtórzył i wbił wzrok w nadjeżdżające powozy, które powoli zmierzały w kierunku Hogwartu. Kątem oka widział niewielkie łódeczki, które niosły ze sobą pierwszoroczniaków przez jezioro.

Wszystkie powozy były ciągnięte przez testrale, które parskały i machały skrzydłami, kiedy Harry na nie patrzył. Harry po raz kolejny odwrócił wzrok, tym razem z zakłopotaniem. Jeszcze nie rozmawiał z żadnymi testralami i podejrzewał, że nie będzie w stanie tego zrobić bez czyjejś pomocy. Zastanawiał się, czego będą od niego chciały, jakiego rodzaju wolności zażądają.

To pewnie zależy od tego, dlaczego zostały spętane, prawda?

No, cokolwiek by to nie było, nie może być gorsze od listów, które dostałem.

Harry skrzywił się. Nie przewidział tego, że artykuł Skeeter sprawi, że nawet on zostanie zalany falą listów. Dostał kilka wyjców, w których różni ludzie oskarżali go o niepotrzebne zwracanie na siebie uwagi, ale było ich znacznie mniej niż się spodziewał. Dostał za to niesłychanie wiele wyrazów współczucia, pudełek czekoladowych żab, ofert adopcji od ludzi, którzy zaklinali się, że przy nich będzie bezpieczny, deklaracje absolutnego oburzenia, że minister mógłby porwać niewinne dziecko, łzawe wyrazy podziwu dla jego odwagi i tak dalej, i tym podobne. Harry zaczynał dochodzić do wniosku, że Skeeter trochę zanadto zagrała na jego młodym wieku.

Pierwszy powóz miał zaraz do nich podjechać – Harry i Draco stali niedaleko przy wejściu do szkoły – kiedy Regulus warknął mu w głowie. Harry momentalnie się obrócił, robiąc kółko wokół siebie i odruchowo wkładając rękę do rękawa, w której trzymał różdżkę.

– Co się stało?

Śmierciożerca, warknął Regulus. Jeden. Przeszedł przez dziurę w osłonach.

Harry poczuł, jak jego usta otwierają się w warknięciu. Wydawało mu się, że Dumbledore znalazł i zapieczętował wszystkie dziury w osłonach anty–aportacyjnych, które Syriusz w zeszłym roku wydarł, albo o których poinformował śmierciożerców, ale wyglądało na to, że jakąś pominął.

Odwrócił się z powrotem w stronę powozów i zobaczył ją, Bellatrix Lestrange, śmiejącą się głośno i absurdalnie. Stała przy otwartym powozie, z jedną ręką zaciśniętą na gardle ślicznej, czarnowłosej dziewczyny w szatach Ravenclawu. Dziewczyna wciągała z paniką powietrze i starała się z nią walczyć, ale Bellatrix mruknęła coś tylko i machnęła różdżką, a jej ofiara zemdlała.

– Harry! – wrzasnęła Bellatrix, głosem cienkim i wyraźnie szalonym. – Morderco! Nie będziesz ze mną walczył? To może pozabijam wszystkie te dzieciątka? – Uśmiechnęła się do dzieci, które wciąż były w powozie i nagle ze środka dobyły się wrzaski przerażenia, mieszając się z okrzykami wokół. – Takie dojrzałe owocki, tylko rwać, prawda?

Harry podszedł do niej powoli, rozkładając przed sobą ręce. Czuł, jak Draco rusza za nim.

Zostań tam – warknął. Draco zatrzymał się ze wzdrygnięciem.

Harry stanął przed Bellatrix, zauważając, że trzyma swoją zakładniczkę przed sobą, robiąc z niej żywą tarczę przeciw wszelkim klątwom, które Harry mógłby w nią cisnąć. Przecież dobrze sobie radziła z zaklęciem tarczy. Umysł Harry'ego pracował na podwyższonych obrotach, przepełniony wściekłością i odrazą. Co to ma być za taktyka, żeby wciągać dzieci w naszą walkę?

– To mnie chcesz, Bellatrix – powiedział. – Tylko o mnie ci chodzi. Wypuść ją i będziesz mnie mieć.

Usłyszał pełen cierpienia krzyk Dracona, ale ten utonął w śmiechu Bellatrix.

– Chłopczyku – szepnęła. – Harry. Dzieciątko. Ja dokładnie wiem, jak cię skrzywdzić i puszczanie tej małej się z tym nie wiąże.

Harry czekał, czekał i czekał. Miał już odpowiedź, bo nie sądził, żeby Bellatrix znała jakąkolwiek magię bezróżdżkową. Potrzebował jednak, żeby odsunęła rękę od gardła Krukonki, musiał się też upewnić, że ucieknie stąd nie zabierając ze sobą przy okazji zakładniczki, co by pewnie zrobiła, gdyby ją tylko rozbroił. Postanowił, że spróbuje ją rozjuszyć. Prychnął.

– Naprawdę ci się wydaje, że masz ze mną jakieś szanse, Bella? – zapytał. – Zniszczyłem twojego pana i twojego męża bez większych problemów. Co więcej, uderzyłem tylko raz, żeby zniszczyć ich obu.

Bellatrix warknęła i wycelowała w niego różdżką.

Harry skupił się na jednym punkcie, na jej ręce, jej różdżce, tak mocno jak tylko był w stanie, przymuszając zaklęcie, żeby to trafiło tylko w ten jeden punkt.

Sectumsempra!

Tnące zaklęcie Snape'a poleciało. Harry czuł, jak skupisko mocy mknie ponad trawą pomiędzy nim i Bellatrix i miał nawet czas na chwilę refleksji, że jeśli coś źle wymierzył, to przecież przetnie tę Krukonkę na pół...

Wszystko wymierzył dobrze.

Ręka Bellatrix eksplodowała w fontannie krwi, a jej prawa dłoń i różdżka odleciały w bok. Harry zobaczył lśnienie kości, która wystawała ponad szczątkiem nadgarstka, który jej pozostał. Bellatrix zawyła i zatoczyła się do tyłu, zatracając się w bólu i puszczając przy okazji swoją zakładniczkę.

Harry się nie wahał.

Wingardium Leviosa!

Krukonka podleciała do niego, mijając koła powozu, a Harry ją złapał i łagodnie położył ją na ziemi. Następnie podniósł wzrok z powrotem na Bellatrix, pewien, że ta się wycofa, ale gotów na walkę, jeśli tego nie zrobi.

Bellatrix gapiła się na niego, ściskając swoje prawe przedramię, a Harry jeszcze nigdy nie widział tak wiele nienawiści w czyichś oczach.

– Mój Lord cię dopadnie – szepnęła. – I ja też.

Po czym się aportowała.

Harry odetchnął, po czym pochylił się nad Krukonką i zaczął ją klepać po policzkach, słysząc jak Draco do nich podchodzi. Otworzyła oczy, kiedy wreszcie zaklęcie usypiające Bellatrix straciło nad nią kontrolę.

– Ćśś – powiedział Harry łagodnie, kiedy otworzyła usta do krzyku. – Już jej nie ma. Jesteś bezpieczna.

Dziewczyna kiwnęła głową, nie mogąc przestać się trząść, po czym usiadła.

– To ty mnie uratowałeś? – szepnęła, a Harry znowu kiwnął głową. – Dziękuję.

Harry miał czas tylko na to, żeby się do niej uśmiechnąć, po czym odsunąć, kiedy ktoś złapał go za ramię z taką siłą, że niewiele temu uchwytowi brakowało od sprawienia mu bólu, po czym za nim rozległ się nieznajomy głos:

– A co my tu mamy?