Rozdział dwunasty: Stary mastiff
Harry odwrócił się, kiedy ktoś złapał go za ramię i zobaczył stojącego nad nim mężczyznę. Automatycznie spróbował spojrzeć mu w oczy, ale to okazało się niespotykanie trudne.
Harry miał jednak wrażenie, że w chwili, w której jedno z oczu wywraca się sporadycznie, żeby spojrzeć w głąb własnej czaszki, to pewnie nawet Snape miałby problemy z utrzymaniem kontaktu wzrokowego przy pierwszym spotkaniu. Drugie oko było ciemne, przeszywające, zdawało się przebijać Harry'ego na wylot i osądzać go na podstawie mrocznego zaklęcia, które przed chwilą użył.
Harry wiedział, na czym stoi od chwili, w której zobaczył twarz mężczyzny i jego blizny, które marszczyły się przy każdym poruszeniu skóry, do tego nos, który wyglądał, jakby ktoś w niego przywalił młotkiem. Po dodaniu do tego drewnianej nogi, która zastępowała mu prawdziwą, Harry wiedział też, z kim ma do czynienia.
– Auror Moody – powiedział.
Ręka mężczyzny rozluźniła się na jego ramieniu, a Moody roześmiał się gromko, opierając swój środek ciężkości na dobrej nodze.
– Już nie auror, chłopcze – powiedział. – Emeryt. I twój nowy nauczyciel obrony, z prośby Dumbledore'a. – Przez chwilę przyglądał się Harry'emu z ponurym uśmiechem, po czym pociągnął za swój kołnierz, odsłaniając szyję. – Podejrzewam też, że dobrze by było poinformować cię o tym.
Harry zamrugał, kiedy zobaczył srebrny poblask obroży, która była podobna do tych, które nosiła Sfora.
Regulus warknął mu w głowie.
Może to jego wykryłem wcześniej, razem z Bellatrix. Wydaje mi się, że musi mieć jakiegoś rodzaju połączenie z Voldemortem, Harry, ale ta cholerna obroża stoi mi na drodze. Spróbuj go może poprosić o jej zdjęcie.
Harry ponownie zamrugał i spojrzał Moody'emu w oczy; niebieskie akurat się wytoczyło spod powieki i skupiło na nim.
Sam go poproś, pomyślał.
– Słyszałem, że miałeś pewne przejścia z byłymi aurorami, którzy nosili takie obroże – powiedział uprzejmie Moody. – Nie musisz się martwić, chłopcze. To ja je wynalazłem, w czasach, kiedy jeszcze dzień w dzień walczyliśmy z czarodziejami Mroku, a nie ze znudzonymi dzieciakami takimi jak Knot, czy czternastoletnimi wężoustymi. – Splunął. – Ta cała "Sfora" skopiowała mój projekt. Ja swojej nie zdejmuję, ale też nie jestem pod kontrolą Knota. – Uśmiechnął się, a jego oko zawirowało dziko. – Tak dla twojej informacji.
Harry kiwnął do niego, po czym odwrócił się i przyklęknął znowu przy Krukonce. Podejrzewał, że Moody miał inne powody do podejścia do niego, niż tylko poinformować go o swojej obroży, ale skoro profesor skończył mówić, Harry miał zamiar dopilnować, żeby dziewczyna trafiła do skrzydła szpitalnego.
– Jak się nazywasz? – zapytał, pomagając jej wstać.
– Harry – jęknął Draco.
– Cho Chang – powiedziała dziewczyna, uśmiechając się do niego delikatnie. – A ty jesteś Harry Potter, oczywiście. Nie muszę o to pytać.
– Harry – powtórzył Draco z naciskiem.
Harry zbalansował Cho na swoim ramieniu – była od niego wyższa, ale znacznie lżejsza – i zerknął na Dracona.
– Co?
Draco obserwował Cho z wyrazem intensywnej niechęci, ale z punktu widzenia Harry'ego to nie było nic nowego. Draco zdawał się być zazdrosny o każdą osobę, która dotknęła Harry'ego nawet na sekundę.
– Przecież profesor Moody może ją zaprowadzić do skrzydła szpitalnego – powiedział. – Wydaje mi się, że powinieneś czym prędzej wrócić w obręb osłon. Przed chwilą zaatakowała cię śmierciożerczyni, na wypadek, gdybyś zapomniał.
Harry zamrugał. Faktycznie zapomniał. I teraz, jak o tym myślał, zastanawiał się, jak to w ogóle możliwe. Obraz fontanny krwi tryskającej z przedramienia Bellatrix był wciąż żywy i wyraźny, czekający zaraz za jego oczami, żeby go zaatakować.
Zadrżał i obejrzał się na profesora Moody'ego, który w międzyczasie podszedł do krwawej plamy, pośrodku której leżały dłoń i różdżka Bellatrix. Szturchał je przez chwilę, po czym przyklęknął ze stęknięciem, wyciągając swoją drewnianą nogę na bok. Harry obserwował z chorą fascynacją, jak ten odwija palce z różdżki.
– Lepiej tak po prostu nie zostawiać na ziemi różdżek śmierciożerców, chłopcze – powiedział, machając karcąco na Harry'ego długim, czarnym patykiem. – Same z tego kłopoty. Wiele z nich ma w sobie pułapki pozostawione dla wrogów. – Wyciągnął własną różdżkę i machnął na tą, którą trzymał w ręku. – Inopia!
Różdżka zadrżała, po czym wokół niej pojawiła się klatka zrobiona z błękitnej energii. Harry drgnął.
Może jednak jest dobra w magii bezróżdżkowej, pomyślał, przecież aportowała się stąd bez swojej różdżki. A może ktoś ją stąd zabrał?
A może ten cały Moody ma z tym wszystkim coś wspólnego, zaproponował Regulus. Coś mu nie ufam, Harry.
Jak już powiedziałem, powiedział Harry, poprawiając ciężar Cho na swoim ramieniu, sam możesz go poprosić o pokazanie jego lewego przedramienia i kompletnego braku Mrocznego Znaku na nim. Póki co jestem skłonny uwierzyć mu w jego wersję historii o obroży, póki nie dowiem się o czymś, co by temu przeczyło. Ktoś ze Sfory przecież nie byłby na tyle głupi, żeby przyjść do mnie po tym wszystkim i zacząć się obnosić ze swoją obrożą.
Tego nie wiesz, wymamrotał Regulus, ale potulnie ucichnął.
– Przepraszam za to wszystko – powiedział Harry do Cho, kiedy ruszyli w stronę szkoły. Cho powoli dochodziła do siebie w drodze, ale Harry'emu nie podobał się sposób, w jaki oddychała. Na pewno wciąż była w pewnym stopniu w szoku, przecież każdy by był po takiej sytuacji. – To było nieco ekstremalne nawet, jeśli wziąć pod uwagę wszystko to, co się wokół mnie zwykle dzieje.
– Czytałam gazety na bieżąco w trakcie wakacji – zapewniła go Cho, kiedy wchodzili po schodach. – Wydawało mi się, że coś takiego to dla ciebie na dobrą sprawę norma.
Harry zerknął na nią z zaskoczeniem, po czym parsknął, kiedy zobaczył, jak uśmiech wykrzywia kąciki jej ust.
– Na dobrą sprawę tak – zgodził się. – Ale po raz pierwszy udało mi się zranić śmierciożercę, nie dając mu przy okazji zranić kogokolwiek innego.
– I dobrze – powiedziała Cho. – Nie chciałabym, żeby po zaatakowaniu mnie uszła stąd bez szwanku.
Harry przyjrzał się dziewczynie, kiedy ta opierała się na nim, kuśtykając w kierunku skrzydła szpitalnego (wyglądało na to, że skręciła sobie kostkę, kiedy Bellatrix rzuciła nią na ziemię). Cho powoli dochodziła do siebie, na jej policzki wracał zdrowy rumieniec, podnosiła też czasem głowę, żeby spojrzeć z zakłopotaniem na Harry'ego. Harry podejrzewał, że była silniejsza niż na to wyglądała.
No tak, ona przecież gra dla Ravenclawu!, zorientował się nagle. Jest ich szukającą. Musi być lekka, ale twarda.
– Harry.
Harry zamrugał i obejrzał się. Draco stał za nimi w korytarzu, dysząc, jakby musiał biec, żeby ich dogonić.
– Profesor Snape chce się z tobą w tej chwili widzieć – powiedział. – Odprowadzę Chang przez resztę drogi do skrzydła szpitalnego.
Łypnął złowrogo na Cho, która zamrugała na niego, marszcząc lekko brwi, jakby nie rozumiała, co takiego zrobiła, żeby sobie zasłużyć na jego gniew. Harry wywrócił oczami. Zazdrość unosiła się wokół Dracona niczym para i Harry był gotów założyć się o wiele, że to była tylko zagrywka, żeby odciągnąć dziewczynę od niego z dala.
Naprawdę powinien wyluzować. Przecież nikt inny nie będzie dla mnie lepszym przyjacielem niż on.
Harry byłby gotów się o to spierać i odmówić pozostawienia Cho, gdyby Draco nie wybrał sobie Snape'a jako wymówki. Snape dałby Draconowi szlaban, gdyby tylko się dowiedział, że został wykorzystany w takim manewrze.
Co oznaczało, że naprawdę chciał się zobaczyć z Harrym.
Harry kiwnął Cho z przeprosinami wypisanymi na twarzy.
– Profesor Snape to mój prawny opiekun, więc tak jakby muszę robić to, co mi każe. Mam nadzieję, że to ci nie przeszkadza…
– Absolutnie nie – zapewniła go Cho. – Powiedziałam ci przecież, czytałam gazety. I myślę, że to naprawdę super, że profesor Snape wziął cię pod swoją opiekę. Szkoda tylko, że ministerstwu nie można ufać równie mocno, co jemu. – Ścisnęła mu rękę, uśmiechając się do niego z sympatią.
Harry kiwnął do niej, odpowiadając uśmiechem. Dobrze wiedzieć, że na tym świecie istnieje ktoś poza mną, kto nie uważa, że Snape nadaje się na opiekuna dla dziecka. Odwrócił się i potruchtał w kierunku lochów, podczas gdy Draco zajął jego miejsce u boku Cho.
Draco zaczekał, aż Harry zniknął z pola widzenia i zasięgu słuchu, zanim się nie odezwał. Szedł z Chang, oczywiście, a ta idiotka spróbowała kilka razy nawiązać rozmowę, ale je zignorował. Chciał się przede wszystkim upewnić, że Harry by ich w żaden sposób nie usłyszał.
Kiedy wreszcie był absolutnie pewny, odwrócił się i łypnął na Chang wprost. Ta otworzyła usta, żeby znowu coś powiedzieć, ale widząc jego minę szybko je zamknęła i przyjrzała mu się ze zmarszczonymi brwiami.
– Co się stało? – zapytała po chwili.
– Trzymaj się od niego z daleka – powiedział cicho Draco. – Z daleka, słyszysz mnie? – To wciąż były łagodniejsze słowa od tych, które miał na końcu języka, ale wciąż miał przed oczami sposób, w jaki jego ciotka stawiła czoła Harry'emu i kłąb dumy i przerażenia, który mu zawirował w piersi, kiedy zobaczył mroczne zaklęcie Harry'ego. Harry nie powinien był czuć przymuszenia do uratowania tej dziewczyny, a już na pewno nie w ten sposób. To było złe, to było niewłaściwe. Przecież on nawet nie lubił agresywnych zaklęć; Draco dobrze o tym wiedział. A to zaklęcie było nie tylko agresywne, było też mroczne. Draco wiedział, nawet jeśli Harry'emu to umknęło, jak ulotna potrafi być sympatia opinii publicznej. Wystarczy, że ktoś się wygada, że Harry publicznie używa mrocznej magii, a jeszcze więcej ludzi przejdzie na stronę ministra.
Chang wzruszyła ramionami, wyraźnie nie pojmując sytuacji.
– Nie wiem, czego właściwie ode mnie oczekujesz w tym momencie, Malfoy – powiedziała. – Jeśli już, to jestem mu winna oficjalne podziękowania za uratowanie życia, które mam zamiar złożyć mu później. Wygląda też na to, że on się naprawdę zna na magii. Nawet nie słyszałam o zaklęciu, którego użył na tamtej śmierciożerczyni. – Oczy jej się zaświeciły krukońską ciekawością. – Pewnie mogę się od niego naprawdę wiele nauczyć.
– Czyli planujesz znowu z nim porozmawiać? – zażądał Draco.
Chang podniosła jedną z brwi.
– To chyba oczywiste.
Draco wyciągnął różdżkę. Chang odskoczyła od niego, chwiejąc się niepewnie, ewidentnie próbując odciążyć skręconą kostkę, ale nie sięgając po własną broń. Po prostu przyglądała mu się z fascynacją.
– Nie chcę cię nigdy więcej przy nim widzieć – syknął na nią Draco. Po raz kolejny uznał, że bezpośredniość będzie w tym momencie najlepszym wyjściem. Harry rozmawiał z tą dziewczyną, uśmiechał się do niej. Czuł się przy niej swobodnie. Harry nie zachowywał się w ten sposób przy wielu ludziach. Draco nie chciał, żeby ten krąg się poszerzał.
Oliwy do ognia furii Dracona dodał fakt, że Chang nie spokorniała. Po prostu obserwowała go z głową przechyloną na bok. Skóra przy jej oczach była napięta w lekkim skrzywieniu się, jakby starała się ustalić, czemu miałby się tak zachowywać.
– Obiecaj mi – szepnął Draco, mając na końcu języka jedną z wielu paskudnych, małych klątw, jakich nauczył go ojciec.
– Wydaje mi się, że powinieneś to najpierw skonsultować z Harrym – powiedziała Chang, nie ruszając się z miejsca. – Chyba, że zawsze pozwalał ci decydować w kwestii tego, kto może się z nim przyjaźnić, a kto nie? W gazetach nic o tym nie pisali.
Furia Dracona rosła w siłę. Jej słowa przywołały wspomnienia z jego rozmowy ze Snape'em, który poprzedniego wieczoru poinformował go, że zachowuje się nieracjonalnie. Nie chciał myśleć o tym, że się zachowuje nieracjonalnie. Tylko on wiedział, jak głęboko sięga jego miłość do Harry'ego, a to oznaczało, że tylko on ma prawo do podejmowania decyzji na ten temat.
– Mówię serio, Chang – powiedział, starając się nadać swojemu głosowi ton, który na dobre zastraszy dziewczynę. – Trzymaj się od niego z daleka.
Dziewczyna wywróciła oczami.
– Pomożesz mi się dostać do skrzydła szpitalnego, czy nie?
Draco przyjrzał się jej. Unikała jego wzroku i krzywiła się lekko z bólu, usiłując utrzymać równowagę na jednej nodze, bo w dość oczywisty sposób nie chciała obciążyć rannej kostki. Draco zwrócił uwagę na to, że nie powiedziała, że będzie się od teraz trzymać od Harry'ego z dala.
Ale cóż, nie powiedziała też, że nie będzie. To uspokoiło Dracona na tyle, że schował różdżkę i pomógł jej, po prostu po to, żeby potem mógł się pochwalić Harry'emu, że to zrobił. Jeśli kiedykolwiek się do niego zbliży, to przeklnie ją bez wahania.
– Chciał się pan ze mną zobaczyć, proszę pana? – zapytał Harry, zaglądając do gabinetu Snape'a. Prawdę mówiąc, był zaskoczony, że Snape wciąż tu był. O tej porze spodziewał się go znaleźć już na uczcie powitalnej, pilnującego ceremonii sortowania i przyglądającego się nowym Ślizgonom. Możliwe jednak, że uczta została przełożona przez wzgląd na atak śmierciożerczyni. Harry wcale by się nie zdziwił, gdyby Dumbledore najpierw nie postanowił wszystkich uspokoić, żeby mogli się nacieszyć ucztą i sortowaniem jak należy, prawdopodobnie pomagając sobie przy tym jakimś rodzajem przymuszenia.
– Tak – powiedział Snape cichym głosem. Obserwował bulgoczący kociołek, pełen przejrzystego eliksiru, którego Harry nie rozpoznał. – Chcę się dowiedzieć, czemu użyłeś takiego, a nie innego zaklęcia na Bellatrix Lestrange.
Harry skrzywił się. Miał wrażenie, że jego opiekun nawet nie jest na niego zły. Brzmiał bardziej na zmęczonego, co było jeszcze gorsze.
– To było najlepsze, co mi w tamtej chwili przyszło do głowy – odpowiedział szczerze. – Wydawało mi się, że oparłaby się Expelliarmusowi, a chciałem wyrządzić dość szkód, żeby na dobre wyniosła się z terenu szkoły. – Wzruszył ramionami. – Przy okazji musiała zostawić tu różdżkę.
Snape się odwrócił. Harry zamrugał. Jeszcze nigdy nie widział tego szczególnego wyrazu twarzy u swojego opiekuna, zupełnie jakby Snape właśnie zobaczył, jak Harry spada z klifu, po czym okoliczne wiatry wznoszą go z powrotem na górę. Uniknięcie czegoś o włos wymaga wiele szczęścia i nie należy liczyć na ten sam rezultat następnym razem.
– Proszę pana? – szepnął Harry.
Snape przeszedł przez pokój i spojrzał z góry na jego twarz. Harry odchylił mocno głowę do tyłu, wytrzymując spojrzenie.
– Bez względu na to, co o mnie myślisz, ja naprawdę przyjąłem do wiadomości, że ty bez przerwy jesteś w niebezpieczeństwie – zaczął cicho Snape. – Przyjąłem do wiadomości, że nie mogę nic poradzić na wiele z tych sytuacji. Mogę tylko się upewnić, że będziesz znał zaklęcia i metody obrony, które mogą się okazać niezbędne do przeżycia. Istnieje jednak jedno niebezpieczeństwo, o którym muszę z tobą porozmawiać, Harry, ponieważ byłem w samym jego środku od chwili, w której skończyłem szkołę, do momentu moich dziewiętnastych urodzin.
Harry zamrugał.
– Kiedy był pan śmierciożercą?
Snape kiwnął głową w krótkim, szybkim geście.
– Kiedy byłem śmierciożercą z własnej woli – zgodził się. – W pierwszej kolejności zawsze odwoływałem się do mrocznych zaklęć. Moja motywacja była dokładnie taka sama, jak twoja, kiedy się zmierzyłeś z Bellatrix – że muszę się upewnić, że zabiję albo zranię moich wrogów, zanim oni zdążą skrzywdzić mnie. Och, mówiłem sobie, że walczę o dobro niewinnych, żeby żadne czystokrwiste dziecko nie musiało się martwić o to, że kiedyś mogą skrzywdzić je mugole, ale w ostatecznym rozrachunku, to była tylko wymówka.
Harry przełknął ślinę.
– Proszę pana – powiedział chwiejnym głosem. – Naprawdę nie musi się pan martwić, że kiedyś zostanę śmierciożercą.
– To jest jedyne, w co nigdy nie wątpiłem – powiedział Snape, którego ton przez moment stał się oschły. Potem jednak znowu otrzeźwiał i osunął się w ton, który był na swój sposób przerażający, choćby dlatego, że Harry jeszcze nigdy go nie słyszał u Snape'a. – Wydaje mi się jednak, że muszę się zacząć martwić o to, że używasz mrocznych zaklęć, agresywnych zaklęć, do rozwiązania swoich problemów. Jesteś naprawdę potężny, Harry. Mogłeś zrobić naprawdę wiele rzeczy w tej sytuacji, wcale nie musiałeś odcinać ręki Bellatrix. Czemu mimo wszystko się na to zdecydowałeś?
Harry pokręcił głową.
– Ja... sam nie wiem. Jak już mi przyszło do głowy, to po prostu zdawało się pasować. Sprawić jej ból, zmusić do ucieczki, sprawić, żeby nie była w stanie skrzywdzić nikogo wokół. Ale potem się aportowała na zewnątrz, więc chyba jednak to ostatnie mi się nie udało.
Snape ponownie kiwnął głową.
– Wszyscy mamy jakieś ukryte zdolności – powiedział, jakby z namysłem. Harry wstrzymał oddech. Snape naprawdę rzadko wspominał o czasie, jaki spędził wśród śmierciożerców. – To mogła być jedna z jej bezróżdżkowych zdolności, która pozwoliłaby jej się aportować bez słowa. Już parę razy jej się to zdarzało. – Skupił się znowu na Harrym, a jego oczy zalśniły, jasno i ostro. – Jeśli chcesz używać mrocznej magii i szkolić się w mrocznych sztukach, a nie tylko się przed nimi bronić, to będziesz się uczył ich przy mnie. Zaklęcia ofensywne to wciąż twój słaby punkt, Harry. Mogłeś się dzisiaj pomylić i poszatkować tę całą Chang, a gdyby ktoś jej nie pomógł na czas, to wykrwawiłaby się na śmierć. Do tego ta mroczna magia wczoraj... – Snape pokręcił głową. – Chyba nie muszę ci tłumaczyć, jak bardzo to było niebezpieczne.
Harry skrzywił się.
– No tak.
– Idź na ucztę – powiedział Snape, wciąż cicho. – Też się tam zaraz pojawię. I pamiętaj, Harry. Mroczną magię, tak jak każdy inny jej rodzaj, trzeba zrozumieć zanim się jej użyje, a nie po.
Harry pochylił głowę, po czym wymknął się z gabinetu. Przeszedł korytarzem kilka kroków, po czym zatrzymał się i oparł o ścianę. Dygotał.
Naprawdę nie pomyślałem, co? Po prostu sięgnąłem i wybrałem to zaklęcie, po czym skupiłem je na ręce Bellatrix. Snape ma rację. Jest wiele znacznie mniej niebezpiecznych rzeczy, które mogłem wtedy zrobić, zarówno dla siebie, jak i dla tych wokół mnie.
Jeśli będę zacznę podchodzić do mrocznej magii równie pochopnie, jak w zeszłym roku do własnego życia, to prędzej czy później skrzywdzę nie tylko siebie, ale też innych ludzi.
Nie chcę się stać kimś takim.
Stanął prosto i udał się na ucztę, wdzięczny za towarzystwo trajkoczących głosów wokół stołu Slytherinu i ciepła, jakie czuł od siedzącego tuż obok niego Dracona.
– Harry!
Harry odwrócił się z uśmiechem na twarzy, kiedy Connor zanurkował pod ramieniem Rona i pobiegł w jego stronę. Szli z Draconem na śniadanie i Harry poczuł, że jego przyjaciel wierci się ze zniecierpliwieniem, ale przecież mogli poświęcić kilka chwil na powitanie jego brata. Poprzedniego wieczoru uśmiechnęli się do siebie, siedząc po obu stronach Wielkiej Sali, ale nie mieli okazji się spotkać i pogadać. Wszyscy Ślizgoni chcieli z nim porozmawiać o jego wakacjach, porwaniu, jego podejściu do mrocznej magii i zaklęciu, którego użył, żeby uratować Cho.
Connor przytulił go mocno i Harry z zaskoczeniem zauważył, że teraz są równego wzrostu. Włosy Connora zaczęły się też nieco bardziej dziko układać, jakby starały się wyglądać nieco bardziej jak fryzura Harry'ego i podskakiwały na jego bliźnie w kształcie serca, kiedy ten trzymał Harry'ego na odległość ramion i przyglądał mu się krytycznie.
– No, niech będzie – powiedział wreszcie. – Domyślam się, że Snape cię karmił jak należy?
Harry wywrócił oczami, uśmiechając się szeroko. Wyglądało na to, że Connor i James uważali, że Snape będzie go karmił brudem i pajęczynami, albo przynajmniej James tak myślał i zaraził tym jego brata.
– Tak, bez obaw. Może nie były to tak wykwintne potrawy jak te w Lux Aeternie, ale zdecydowanie bardziej interesujące. Do tego czasem dyskutowaliśmy o eliksirach w czasie posiłku.
Connor zmarszczył nos.
– Harry, bądź tak miły i nie zanudź mnie na śmierć, przecież nawet jeszcze nie mieliśmy pierwszych zajęć. – Odwrócił się i szedł obok Harry'ego, kiedy zwrócili się razem w kierunku Wielkiej Sali, ignorując zarówno Dracona, który starał się go odepchnąć, jak i Rona, który wyglądał na coraz bardziej zirytowanego bliską obecnością Dracona. – Nudno było w Lux Aeternie bez ciebie – przyznał markotnie. – Tata i Remus się starali, ale ile się można pojedynkować, nie? Nudne się to robi z czasem. Tak samo czytanie. W dodatku Remus od czasu do czasu nie mógł się ze mną pojedynkować...
– W okolicach pełni? – zapytał Harry. Dochodzili już do momentu, w którym musieliby się rozdzielić, żeby ruszyć w kierunku stołów swojego domu, kiedy uznał nagle, że naprawdę chce po prostu posiedzieć ze swoim bratem przy jednym stole tego ranka i niech szlag trafi wszystkie zwyczaje. Nie było żadnej reguły, która stanowiłaby, że ktoś z domu Slytherina nie mógł jeść przy stole Gryffindoru, więc skręcił razem z Connorem, usiadł obok niego, kiwając na powitanie różnym ludziom, którzy już się tam zdążyli zebrać, słuchając przy okazji tego, co Connor miał mu do powiedzenia.
– No, tak, wtedy też. – Connor nałożył sobie straszną ilość naleśników na talerz, po czym przekazał je Harry'emu, który zrobił to samo. Harry'emu przyszło do głowy, że ostatnio zrobił się jakiś bardziej żarłoczny niż kiedyś. – Ale czasami siedział i wspominał na nowo Pierwszą Wojnę, albo mówił, że to straszna szkoda, że Syriusza nie było tam z nami, bo mógłby pomóc w moim treningu, bo niby potrafiłby znacznie lepiej wyjaśnić mi pewne zaklęcia. – Connor skrzywił się. – Wydaje mi się, że przez połowę czasu chciał, żebym siedział z nim, pogrążony w ciężkiej żałobie, a drugą połowę się śmiał, żeby pomóc mu się wyleczyć z własnego żalu.
Harry stłamsił swoją irytację na myśl, że Remus w ogóle oczekiwał czegoś takiego od Connora. Remus pewnie nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że o to prosi. No i to przecież nie była wina Connora, że leczył się z własnej żałoby aktywnością, a nie długim leżeniem w łóżku i odmawianiem posiłków.
– To faktycznie brzmi strasznie nudno – przyznał, z ustami pełnymi naleśnika. – Ucieszyłem się, jak usłyszałem, że bezpiecznie dotarłeś do domu po mistrzostwach. Mam nadzieję, że nic ci się nie stało, kiedy tłum zaczął szaleć ze strachu?
Connor pokręcił lekko głową, wyglądając na lekko rozbawionego.
– Klątwa chorego wiatru wzbudziła w tacie wszystkie instynkty obronne. Chyba posłała go wstecz o piętnaście lat, kiedy jeszcze był aurorem. Złapał mnie, pobiegł do najbliższego świstoklika i nas stamtąd zabrał. Tyle dobrze, że wylądowaliśmy w Lux Aeternie, a nie w jakimś przypadkowym miejscu w Brytanii.
Harry kiwnął głową.
– Tak mi się wydawało, że pewnie coś takiego się stało, ale nie miałem jak się upewnić.
– Harry, co ty wyprawiasz?
Harry zamrugał i spojrzał w górę, na Dracona, który brzmiał na tak zirytowanego, jakby Harry zniknął mu z oczu, albo walczył tego ranka z jakimiś śmierciożercami.
– Jem śniadanie – powiedział.
– Z nimi? – Draco powiedział to tak, jakby stół Gryffindoru był wyłożony gumochłonami.
Harry zauważył ruch kątem oka i odwrócił głowę. Bliźniacy Weasley siedzieli niedaleko Connora i odwrócili się, żeby się przyjrzeć Draconowi. W ich oczach błysnął złośliwy, zainteresowany chochlik. Harry skrzywił się.
– Ee, Draco – powiedział – niektórzy z nich to też i moi przyjaciele, a wielu z nich się przyjaźni z Connorem. Więc tak, chcę z nimi zjeść śniadanie.
Draco założył ręce na piersi.
– Ale ja nie chcę żebyś jadł z nimi śniadanie.
Harry wywrócił oczami i odwrócił się, żeby wrócić do swoich naleśników. W takich chwilach najlepiej było zignorować Dracona. Szybko mu przejdzie, zwłaszcza kiedy zorientuje się, że Harry'emu w ogóle nie imponuje jego dziecinne zachowanie.
Draco niespodziewanie chwycił go za ramię.
– No chodź, Harry – syknął mu do ucha, brzmiąc wściekle. – Wracajmy do stołu Slytherinu. Tam przecież należymy, to jest nasz dom.
– To nie jest jedyne miejsce, w którym Harry może się czuć jak w domu – powiedział Connor. – Wszyscy czytaliśmy gazety, Malfoy. Harry ruszył w stronę niebezpieczeństwa podczas mistrzostw świata w quidditchu żeby wszystkich uratować. Nie wiem, jak tobie, ale jak dla mnie, to naprawdę gryfońskie zachowanie.
Rozejrzał się wokół stołu. Harry z zaskoczeniem zrobił to samo i zobaczył, jak inni potakują, a przynajmniej nie wyglądają, jakby się mieli z miejsca sprzeciwić. Neville Longbottom pochwycił jego wzrok i uśmiechnął się do niego nieśmiało.
– Właśnie – powiedział, wystarczająco głośno, że kilka osób się na niego obejrzało. Odkaszlnął i powtórzył się. – Właśnie! Harry był odważny i myślę, że to oznacza, że jeśli chce, to może tu siedzieć z nami. – Skulił się, jakby oczekiwał, że zaatakuje go stado wściekłych lwów, ale Hermiona akurat wtedy wyjrzała zza swojej książki i kiwnęła stanowczo głową.
– Oczywiście, że może – powiedziała. – A ja chcę wiedzieć więcej na temat klątwy chorego wiatru, Harry, i tego co zrobiłeś, żeby ją rozwiać.
Harry odprężył się. Rozmowa o tym, co zrobił Rosier to było dokładnie to, czego potrzebował, żeby odwrócić swoją uwagę od myśli o tym, jak to naprawdę wtedy wyglądało.
– No cóż, klątwa chorego wiatru atakuje umysł, więc istnieje kilka sposobów walki z nią. Na Draco użyłem zaklęcia Ventus. Sam się zdołałem oprzeć klątwie, więc zaklęcie wykorzystało moje spokojne myśli do uspokojenia jego umysłu. Ale do tego trzeba spojrzeć komuś prosto w oczy, więc nie można tego użyć na wielu ludziach na raz. Innym rozwiązaniem było Finite Incantatem, ale...
Draco nagle chwycił go mocno za ramię i szarpnął. Harry w porę wypuścił swój widelec, tak że ten upadł na stół, ale jego łyżka poleciała przez salę i trafiła kogoś w głowę, wywołując tym samym zaskoczony krzyk.
Harry spiął mięśnie i wezwał swoją magię, uwalniając się szybkim ruchem z uchwytu Dracona.
– Można wiedzieć, co ci odbiło? – warknął na swojego przyjaciela, prostując się i poprawiając swoje szaty tam, gdzie Draco je przekrzywił.
– Idziemy coś zjeść przy stole Slytherinu – powiedział Draco. – Nie podoba mi się tutaj.
– No to idź usiąść przy stole Slytherinu. – Harry walczył ciężko, żeby zwalczyć swój gniew. Draco zawsze próbował go przed wszystkim chronić, ale w tym przypadku nie miał przed czym. Gryfoni naprawdę miło go przyjęli. – Usiądę z tobą w czasie obiadu, obiecuję.
– Och, ci biedny, mały Draconek nie ciuje się psi stole Gryffindora jak w domu? – zapytał pociesznym tonem jeden z bliźniaków Weasley. – Bez obaw, zaraz to naprawimy.
Harry odwrócił się akurat w porę, żeby zobaczyć jak bliźniacy rzucają coś w ich kierunku, poruszając nadgarstkami w nieznajomy mu sposób. Pod stopami Dracona wylądowały i momentalnie wybuchły dwa, niewielkie przedmioty. Kosmyki szkarłatnego dymu wzbiły się w górę i owinęły wokół Dracona, na moment kompletnie go pokrywając.
Potem dym się rozwiał i większość ludzi zagapiło się, po czym ryknęło śmiechem. Harry usłyszał nawet kilka chichotów od strony stołu Slytherinu.
Włosy Dracona były teraz w oszałamiających kolorach gryfońskiej czerwieni i złota. Jego krawat miał paski w tych samych kolorach, a na samym jego środku tańczył lew, realistycznie wyglądając i od czasu do czasu rycząc. Dolna połowa jego szat była szkarłatna, a góra złota, do tego cała mieniła się lekko, jakby była pokryta gwiazdkami.
Harry pokręcił głową. Bliźniacy to naprawdę byli magiczni geniusze. Harry może i byłby zdolny stworzyć coś takiego samą wolą, ale nie byłby w stanie połączyć ponad tuzina różnych zaklęć, by stworzyć taki efekt.
Bliźniacy pokładali się ze śmiechu na stole. Nawet Connor się do nich przyłączył, chociaż Harry zauważył, że dla dobra swojego brata z początku starał się opierać. Neville tylko mrugał z zaskoczeniem, ale poza nim jedynym siedzącym przy stole Gryffindoru człowiekiem, który się nie śmiał, był Harry.
Draco stał przez chwilę jak wryty, z twarzą gryfońsko czerwoną z upokorzenia, po czym odwrócił się na pięcie i uciekł.
Harry spróbował znaleźć w sobie współczucie wobec Dracona, ale po prostu nie był w stanie. Draco naprawdę się o to prosił. Co innego narzekać, burczeć i jęczeć na temat Gryfonów – robiła to większość Ślizgonów – a co innego próba odciągnięcia Harry'ego od nich siłą, kiedy Harry sam postanowił, że chce zjeść z nimi śniadanie. Harry wywrócił oczami i wrócił do swoich naleśników, mając nadzieję, że zaklęcia bliźniaków niebawem same znikną.
– Harry?
Harry zamrugał i odwrócił się. Był tak zajęty obserwacją Dracona i rezultatu psikusa, że nie zauważył małej delegacji, która podeszła do niego od strony stołu Ravenclawu. Cho stała z przodu, ale za nią stała dziewczyna, którą Harry słabo kojarzył ze swojego roku, Padma Patil, i Luna. Harry uśmiechnął się do Luny, która odpowiedziała powolnym, rozmarzonym uśmiechem.
– Hej, Cho – powiedział Harry. – Jak twoja kostka?
– Madam Pomfrey wyleczyła mi ją od ręki, dziękuję – powiedziała Cho. – Nie podziękowałam ci jednak jak należy za to, co zrobiłeś, żeby mi uratować życie. – Pochyliła głowę i podała mu srebrny talerz, który Harry wziął do ręki z niedowierzaniem. Przyjrzał mu się. Był okrągły, ze wzorkiem wokół krawędzi, który wyglądał mu jak bielunie. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie widział.
– Moja rodzina od pokoleń była zadeklarowana Światłu – powiedziała Cho z powagą i odwróciła się, żeby odebrać od Padmy jakiś niewielki przedmiot. – Nie znaczy to jednak, że nie uznajemy starej magii poświęcenia i długów życia. Po prostu oddajemy im cześć w inny sposób niż poprzez krew.
Na środku talerza położyła przedmiot. Harry przyjrzał mu się uważnie. To było naczynie, również srebrne, z uszkami w kształcie płatków bieluni. Ono również było puste, ale kiedy zostało położone na talerzu, wokół niego zamigotała magia, która przypieczętowała je do środka talerza. Harry ostrożnie je zbalansował w rękach. Całość nie była wiele cięższa od samego talerza, ale musiał przyznać, że oba były mistrzowsko wykonane.
– Z własnej woli uznaję mój dług poprzez wodę i powietrze, ziemię i ogień – ciągnęła dalej Cho z kompletną powagą, po czym odwróciła się, żeby wziąć niewielki dzbanuszek od Luny. Harry dopiero wtedy zauważył, że miała we włosy wpiętą srebrną spinkę, również z grawerunkiem bieluni. – Metal z ziemi, obrobiony z pomocą ognia i woda, która spadła z nieba. – Ostrożnie wlała zawartość dzbanuszka do naczynia.
Harry zobaczył, że to była deszczówka, srebrna i drżąca. Wylądowała w naczyniu i zmarszczyła się przez chwilę, po czym kompletnie znieruchomiała.
Cho wyciągnęła rękę w kierunku talerza, naczynia i wody.
– Memento vitae – szepnęła.
Wszystkie trzy obiekty zaczęły lśnić białym światłem, tak ostrym, że Harry musiał zasłonić sobie oczy. Kiedy znowu był w stanie widzieć, zobaczył, że stały się srebrną bransoletką ze wzorem kwiatów bieluni i w drżącym kolorze wody deszczowej. Harry podniósł ją wyżej i zagapił się na nią.
– Ja... dziękuję – powiedział.
– Jestem ci winna życie – powiedziała Cho po prostu. – To ma ci służyć jako pamiątka po tym wydarzeniu. Jeśli kiedyś znajdziesz się w niebezpieczeństwie, dotknij bransoletki i powtórz Memento vitae. Usłyszę to i jeśli sama nie będę w stanie przyjść ci z pomocą, to usłyszy to również najbliższy członek mojej rodziny. Ktoś przyjdzie na pewno. – Skupiła swoje ciemne oczy na twarzy Harry'ego, czekając na jego reakcję.
Harry kiwnął głową i włożył bransoletkę na nadgarstek.
– Dziękuję. Będę ją nosił z dumą.
Cho ukłoniła się przed nim, po czym odwróciła się i wróciła do stołu Ravenclawu, a Luna i Padma podążyły za nią. Harry odwrócił się i usiadł z powrotem, mrugając, przy stole Gryffindoru.
– Teraz to już musisz nauczyć mnie rytuałów świetlistych – powiedziała nagle Hermiona, przerywając ciszę. – Tak wielu spraw jeszcze nie rozumiem!
Harry z ulgą roześmiał się tym razem ze wszystkimi.
Snape przymrużył oczy, kiedy wstał, żeby udać się na swoje pierwsze zajęcia. Widział nacisk, jaki Draco nałożył na Harry'ego i zrozumiał sytuację prawdopodobnie znacznie lepiej niż dowolny z chłopców.
Nie będzie w stanie użyć szlabanów, zarówno po to, żeby podarować Draconowi więcej wolności, jak i czasu z dala od Harry'ego, czy też do zwykłego odseparowania chłopców. Będzie musiał dać Draconowi coś, co go zajmie na dobre w jego wolnym czasie, coś szczególnego i osobistego, coś, co przyciągnie jego uwagę.
W jego gabinecie, na półce, stała pewna książka od eliksirów, która zawierała w sobie odpowiedź.
