Ten rozdział będzie naprawdę nieprzyjemny, przynajmniej pod względem jednej sceny.

Rozdział trzynasty: Lodowe skorpiony

– ...i nie wracaj!

Harry wzdrygnął się i odsunął od wejścia do sypialni czternastoletnich chłopców, kręcąc głową. Draco łypnął na niego po raz ostatni, wciąż spod jaskrawych, czerwono–złotych włosów – nikomu nie udało się zdjąć rzuconego przez bliźniaków uroku, a Snape dał Draconowi szlaban za wybuch złości w czasie eliksirów – po czym zamknął drzwi z hukiem. Harry'emu znowu zaczęło dzwonić w uszach.

– Zaskoczony, Potter?

Harry obejrzał się przez ramię. Blaise Zabini siedział niedbale na jednym z kilku wielkich, zielonych tapczanów, rozstawionych przez kominkiem. Na jego kolanach leżała książka od zaklęć.

– Poniekąd – przyznał Harry bez wyrazu, opadając z rezygnacją na krzesło, stojące naprzeciw Blaise'a. – Wieloma sprawami.

Blaise uśmiechnął się szeroko i założył książkę palcem.

– No to dajesz, Potter. Powiedz mi o nich. – Przyłożył wolną dłoń do ucha i pomachał palcami. – Nikt przecież nie może powiedzieć, że nie jestem dobrym słuchaczem.

Bo zwykle nic cię nie obchodzi na tyle, żebyś się temu przysłuchiwał, pomyślał Harry, zerkając na zatrzaśnięte drzwi. To pewnie właśnie wyjątkowo głośny wybuch Dracona sprawił, że najbardziej arogancki uczeń z młodszych roczników postanowił się tym zainteresować.

Harry wzruszył ramionami. Draco, który teraz pewnie leżał na swoim łóżku z rękami założonymi pod głową i krzywił się na sufit, nie miał najwyraźniej zamiaru mu czegokolwiek wyjaśniać. Jeśli Blaise będzie w stanie dać mu jakieś odpowiedzi, to Harry będzie w stanie się pogodzić z jego wywyższającą się i generalnie irytującą naturą.

– No dobra. Pierwsze pytanie. – Harry wrócił wzrokiem do Blaise'a. – Czemu Draco jest na mnie taki zły? Próbowałem zdjąć urok i powiedziałem mu, co oznacza bransoletka Cho, kiedy mnie o to zapytał.

Blaise cmoknął językiem.

– Ale nie zrobiłeś tego wystarczająco szybko, Potter. I nie zrobiłeś tego, co by mu sprawiło prawdziwą przyjemność. Malfoyowie są przyzwyczajeni do tego, że wszyscy im się przymilają, wiesz?

– No i o to też właśnie chcę zapytać. – Harry z frustracją przeczesał ręką włosy. – Musiałem go jakoś urazić, ale za nic nie potrafię sobie przypomnieć, co by to mogło być. Wszystko było w porządku kilka dni temu, kiedy... – w porę zorientował się, że wspominanie o spotkaniu sojuszników przy Blaise'ie byłoby błędem taktycznym. Spotkał matkę Blaise'a tylko raz, w czasie nocy Walpurgii, i nie miał żadnych powodów, by uważać, że jest zainteresowana sojuszem z nim. Kontynuował zdanie tak płynnie jak tylko był w stanie. – Kiedy zobaczył się ze mną po ataku ministra. A od tamtego czasu byliśmy stale razem, poza chwilą, kiedy uciekł w czasie śniadania, albo kiedy poszedłem wczoraj wieczorem zobaczyć się z profesorem Snape'em. Nie rozumiem, co go może tak gryźć.

– Nie poświęcasz mu tyle samo uwagi, co zwykle, oczywiście – powiedział Blaise, opierając się wygodniej na kanapie i patrząc na Harry'ego jak na idiotę. – Czy w zeszłym roku usiadłbyś ze swoim bratem w czasie śniadania?

– Mój brat był w zeszłym roku kretynem – powiedział Harry. Nie był pewien, co było przyjemniejsze, fakt, że był w stanie to przyznać, czy to, że większość durnego zachowania Connora pozostawała przeszłością.

– Czyli byś tego nie zrobił – zauważył Blaise.

– Nie.

Blaise kiwnął głową.

– Draco pewnie się wydaje, że powoli cię traci z rąk, albo że w pewnej chwili straci cię na dobre. – Wyciągnął dłoń przed siebie, po czym odwrócił ją do góry. – A potem nie pobiegłeś za nim, kiedy uciekł z Wielkiej Sali.

– Bo zachowywał się jak debil – powiedział Harry bez wyrazu. – A ja chciałem zostać i porozmawiać z Connorem i innymi Gryfonami.

– Oczywiście, że tak – powiedział Blaise. – W dodatku byłoby to... wyjątkowo niedyplomatyczne, uciec przed Chang, kiedy ta właśnie do was podchodziła, żeby złożyć oficjalne podziękowania. Więc pod tym względem się z tobą zgodzę.

Harry podniósł brwi.

– Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, Blaise, ale ja tutaj przyszedłem po poradę. Co innego mogłem wtedy zrobić?

– Podejrzewam, że to zależy od tego, czy myślisz jak Malfoy, czy nie. – Blaise odłożył swoją książkę na bok i zaplótł dłonie za głową. Jego to wszystko bawi, zorientował się Harry. No tak, ostatecznie Blaise sam czasem wspominał, że cieszy go ból innych; nawet zapisał się na opiekę nad magicznymi stworzeniami tylko dlatego, żeby się śmiać, ilekroć któryś z pieszczoszków Hagrida wyrwał się komuś spod kontroli i został pogryziony. – Według Draco, powinieneś był od razu za nim pobiec. Malfoyowie są przyzwyczajeni do tego, że zawsze dostają to, czego chcą. Ktoś zainteresowany sojuszem ze świetlistymi rodzinami powiedziałby, że powinieneś był zostać i negocjować z Chang, tak jak to zrobiłeś. Twój brat pewnie powiedziałby, że powinieneś spędzić z nim jeszcze więcej czasu. – Blaise wzruszył ramionami. – A co ty o tym wszystkim myślisz, Harry?

Harry przechylił głowę na bok. Pamiętaj, to jest syn mrocznej, ale nikomu nie zaprzysiężonej czarownicy. I teraz cię testuje.

Harry zdawał sobie sprawę ze spojrzeń, jakie inni Ślizgoni mu rzucali odkąd wrócił wczoraj do pokoju wspólnego. Większość z nich była z ukosa, czy z ukradka, niektórym towarzyszył uśmiech, innym zmarszczone brwi, ale wszystkie go oceniały. Harry wiedział, że rodziny niektórych z nich były mroczne i bez sojuszu, inne świetliste i bez sojuszu, a niektóre w ogóle niezadeklarowane. Niektórzy z nich byli dziećmi śmierciożerców. Harry będzie musiał pamiętać koalicje wszystkich członków Slytherinu, z którymi przyjdzie mu rozmawiać, zwłaszcza takich jak Blaise, którego nie znał najlepiej.

Na szczęście trening jego matki mu to znacznie ułatwił.

– Myślę, że powinienem był zrobić dokładnie to, co zrobiłem – powiedział Harry – zwłaszcza, jeśli wziąć pod uwagę, że już to zrobiłem i będę musiał żyć z konsekwencjami bez względu na to, czy mi się one podobają, czy nie.

Twarz Blaise'a rozluźniła się w lekkim uśmiechu.

– Doceniam mądrość tego zdania.

Harry pokręcił głową i opanował impuls zaprzeczenia, że to nie była żadna mądrość, po prostu prawda. Niech twoim wrogom wydaje się, że znają cię lepiej niż naprawdę, niech wypełnią dziury we własnej wiedzy swoimi domysłami. Ta myśl pojawiła się w jego głowie w tonie jego matki, w jej głosie, więc musiał też odsunąć od siebie ból.

– No dobrze. Zostawmy Draco, niech się kisi we własnym sosie. Drugie pytanie, a przynajmniej ich zbiór. Gdzie jest Greg?

Twarz Blaise'a spięła się, po czym zniknął z niej wszelki wyraz.

– O co ci chodzi? – zapytał.

Harry prychnął.

– Może nie spędzam wiele czasu z Vince'em czy Gregiem, ale przecież zauważę, kiedy jednego z nich w ogóle tu nie ma, Blaise. Wiem, że nie będzie chodził do Hogwartu w tym roku. Dlaczego?

Blaise bawił się przez chwilę złożonymi na udach rękami.

– Skąd pomysł, że ja w ogóle coś wiem na ten temat? – zapytał.

– Bo się spiąłeś, kiedy zapytałem.

Blaise mruknął coś pod nosem, co prawdopodobnie było przekleństwem.

– Słuchaj, Harry – powiedział. Harry zamrugał przez nagłe przerzucenie się na jego imię, ale potem zorientował się, że to pewnie miało go wytrącić z równowagi. – Tak, wiem. To prawda. Ale chyba zdajesz sobie sprawę, że nie bez powodu jeszcze nikt o tym przy tobie nie wspomniał. – Spojrzał w górę. – Politycznego powodu.

Harry zmusił się do zrelaksowania, nawet do uśmiechu.

– Mam nadzieję, że pokazałem wszystkim, że jestem bardzo otwarty na sojusze z mrocznymi czarodziejami i czarownicami.

– Tak – powiedział Blaise. – I to pomaga. Ale jesteś też bratem Chłopca, Który Przeżył, a dla wielu starych rodzin krew przemawia głośniej od czynów czy deklaracji. – Oparł się z powrotem na kanapie i zamknął mocno oczy, przyciszając głos tak bardzo, że kiedy przemówił, to był ledwie szept. – Harry, wiemy, że pod wieloma względami jesteś po naszej stronie, ale zdajemy też sobie sprawę z tego, że istnieje pewna strona, po której nigdy, przenigdy nie staniesz. Nie jesteśmy głupi.

Harry'emu nie zajęło długo skojarzenie tego, o czym była mowa.

Voldemort. Śmierciożercy. Ojciec Grega był śmierciożercą, wypuszczono go tylko dlatego, że Lucjusz Malfoy się za nim wstawił.

Jego ojciec zabrał go ze szkoły, bo nie chciał, żeby ten spał w tym samym pokoju, w tym samym domu, co brat Chłopca, Który Przeżył. A może po prostu chciał go trzymać z daleka od nadciągającej wojny. Tak czy inaczej, nie widzę innego powodu, dla którego nikt by nie miał o tym przy mnie wspominać.

Harry otworzył oczy i spojrzał na Blaise'a. Chłopiec patrzył na niego chłodno, ale pod tą kruchą powierzchnią wyglądał jak złapany w sidła królik. W którą stronę by nie skoczył, zewsząd czekałoby go wiele nieprzyjemności.

Harry uśmiechnął się do niego ponuro.

– Spokojnie – powiedział. – Wiem, o co ci chodzi. Nikomu nie powiem, że mi powiedziałeś.

Blaise rozluźnił się powoli.

– Dzięki, Potter – wymamrotał. – Jakby ktokolwiek inny mi to powiedział, to zastanawiałbym się, czego chcą w zamian, ale przy tobie... jakoś tak ci wierzę, kiedy to mówisz, wiesz? – Brzmiał na lekko zdegustowanego samym sobą.

– Szkoda, że więcej ludzi tego nie podziela – mruknął Harry, zerkając na zamknięte drzwi, po czym wstał. Przynajmniej jego szkolna torba wciąż była w pokoju wspólnym, tam, gdzie ją rzucił po zaklęciach dzisiaj po południu. Równie dobrze może się zabrać do roboty, zarówno nad nudną pracą domową, przy której spokojnie mógł udawać, że jest przeciętny, jak i przy badaniach skomplikowanych eliksirów, które zalecił mu Snape – a potem nad badaniem poprawienia eliksiru uspokajającego. Przecież musi być jakiś sposób, nawet jeśli dwadzieścia lat badań tego nie wykazały.


Draco leżał na swoim łóżku i kisił się we własnym sosie.

Nie, leżał na swoim łóżku i wrzał ze złości. Ta pierwsza fraza brzmiała zbyt wulgarnie, zbyt potocznie, żeby oddać chwałę jego potężnej i oszałamiającej furii.

To nie był dobry dzień. Po kłótni przy śniadaniu odkrył, że nie jest w stanie zdjąć z siebie uroku bliźniaków; co gorsza, wszelkie próby sprawiały, że jego włosy i szaty nabierały szkarłatnej i złotej aury. W drodze na eliksiry skonfrontował Harry'ego o to, co się stało w Wielkiej Sali, a Harry powiedział, że nie ma najmniejszego zamiaru przepraszać za to, że usiadł przy stole Gryfonów, po czym pokazał mu bransoletkę długu życia, którą dostał od tej zdziry Chang i kompletnie nie zrozumiał, czemu Draco jest na niego taki zły. Draco podniósł głos w słusznej złości, a Snape dał mu za to szlaban.

A potem ten nieszczęsny urok nie chciał zejść przez resztę dnia. Kiedy Draco wrócił do pokoju wspólnego Slytherinu, Harry ruszył za nim. W pierwszej chwili był pokorny i przepraszał za wszystko, ale potem zapytał, co takiego zrobił, że Draco jest na niego taki zły. Draco wyrzucił go za drzwi i zamknął drzwi, żeby pobyć przez chwilę w samotności.

I w dodatku, pomyślał, zerkając na zegar, jeśli się nie pośpieszę, to się spóźnię na ten nieszczęsny szlaban ze Snape'em.

Podźwignął się na nogi z jękiem, po czym pędem ruszył w stronę drzwi, rzucając mordercze spojrzenia każdemu, kto się ośmielił na niego spojrzeć. Już wcześniej próbował zmienić szaty, ale odkrył, że urok bliźniaków musiał być w jakiś sposób uczepiony jego skóry, a nie ubrań; nowe szaty tylko nabierały odcieni czerwieni i złota, a na nowym krawacie pojawiał się lew. Niczego też nie dało się zrobić z jego włosami.

A Harry'ego nawet tu nie było, żeby Draco mógł na niego spojrzeć ze złością.

To wszystko było po prostu niesprawiedliwe.

Draco poszedł do gabinetu Snape'a, tupiąc wściekle nogami i zapukał mocno do drzwi, po czym założył ręce, czekając.

Snape otworzył drzwi. Spojrzał na Dracona tym samym, kompletnie pozbawionym wszelkiego zainteresowania wzrokiem, którym obrzucił go w czasie eliksirów, zupełnie jakby nic, co Draco mógł powiedzieć, czy zrobić, mogło mieć jakiekolwiek znaczenie.

– Dwie minuty spóźnienia. Wejdź.

Draco wszedł, cały najeżony, po czym obrócił się na pięcie kiedy profesor zamknął drzwi. Przynajmniej Snape zdawał sobie sprawę, między innymi, z uczuć, jakie Draco żywił wobec Harry'ego. Może się ich wypierać, ale wiedział o nich, dzięki czemu można było na niego bezpiecznie krzyczeć, w sposób, w jaki na Harry'ego nie. Draco też nie cierpiał równie mocno, kiedy Snape na niego warczał, niż wtedy kiedy robił to Harry.

– Czemu pan nie zrobił czegoś z Weasleyami? – wrzasnął, machając rękami. – Dwóch z nich przeklęło pańskiego ucznia w samym środku Wielkiej Sali, a pan nie odjął im nawet pięciu punktów!

Snape po prostu się mu przyglądał, stojąc z lekko przechyloną głową. W umyśle Dracona pojawiła się odległa myśl, że jeszcze nigdy nie widział profesora w takim bezruchu. Nasunęło mu to wspomnienia o tych paru razach, kiedy to widział swojego ojca, kiedy ten...

Kiedy ten siedział w swoim gabinecie, przyglądając się swojemu Mrocznemu Znakowi.

Draco przełknął ślinę i zrobił krok w tył. Naburmuszony bąbel, w którym chował się już cały dzień, pękł, a on sam zorientował się, że stoi w jednym pokoju z kimś niesłychanie bardziej niebezpiecznym od zwykłego Snape'a. Wściekłość Snape'a zawsze była cicha, prawie nigdy nie podnosił głosu, ale teraz była też zimna.

– Nie będę odbierał punktów – zaczął wreszcie Snape, kiedy minęło jeszcze kilka chwil, w czasie których Draco niemal był w stanie usłyszeć bicie własnego serca – kiedy Weasleyowie przysłużyli się szkole, ganiąc jednego z moich Ślizgonów, kiedy ten się zachowywał jak skończony idiota. – Nacisk na ostatnie słowo był lodowaty; nie dało się tego inaczej określić. Draco poczuł, jak jego policzki bledną ze strachu, zamiast się zarumienić. – Nie, Draco. Będziesz musiał się wreszcie ogarnąć. I zrobisz to. Osobiście tego dopilnuję.

– Co ma pan na myśli? – szepnął Draco.

Snape zrobił jeden, posuwisty krok przed siebie, choć to tak naprawdę nie był tak płynny ruch, jaki Draco zawsze zauważał u swojego profesora. Zamiast tego po prostu zniknął z jednego miejsca, po czym pojawił się w innym, znacznie bliżej Dracona. Draco zwalczył w sobie impuls odsunięcia się, ale nie był w stanie zwalczyć przełknięcia śliny. Snape przyglądał mu się czarnymi, pozbawionymi wyrazu oczami, w sposób, jaki nasuwał Draconowi skojarzenie o pająku kontemplującym złapaną w sieć ofiarę.

– Twoje zachowanie zawstydza nasz dom – powiedział Snape. – Twoja obsesja cię osłabia. Twoja bezmyślność może zagrozić Harry'emu. Przez wzgląd na te powody, a także przez wiele innych, muszę się upewnić, że coś się w tobie zmieni, Draco.

Odwrócił się nagle i wyszedł z pokoju, przez rzadko używane drzwi, które, jak Draco wiedział, prowadziły do jego biblioteki, której nie udostępniał uczniom, którzy przychodzili do niego na szlaban. Draco stał tam przez chwilę, mrugając z oszołomieniem, po czym ruszył za nim.

Snape już znalazł książkę, po którą tu przyszedł, po czym podrzucił ją w jego kierunku. Draco złapał ją, po czym się zagapił.

"Medicamenta Meatus Verus", głosił tytuł. Umysł Dracona przetłumaczył go bez namysłu. "Eliksiry prawdziwej ścieżki".

– Co to jest? – zapytał, mrugając na Snape'a. Wydawało mu się, że Snape miał zamiar wykorzystać jakieś zakazane eliksiry, albo książki o mrocznych sztukach, ale tej nie rozpoznawał, a znał wszystkie najpopularniejsze.

– Test – powiedział Snape. – I wiązanie. I projekt dla ciebie, który wywiedzie cię z cieni, w które się wpakowałeś z własnej woli, do światła. – Jego usta drgnęły od czegoś zbyt chłodnego i drobnego, żeby móc to nazwać uśmiechem. – Albo w prawdziwą ciemność, jeśli tak chcesz o tym myśleć.

Dopiero słowa Snape'a zwróciły mu na to uwagę, bo Draco nagle zdał sobie sprawę z drzemiącej w książce magii. Śpiewała mu pod opuszkami palców, mrucząca moc, która go obserwowała i była go świadoma, ale nie miała zamiaru mu czegokolwiek zrobić, póki jej nie otworzy.

Otworzył ją.

Draco patrzył z przerażonym podziwem, jak jego palce przewijają kartki, całe ich setki, nim wreszcie nie opadły na jedną z nich. To była... właściwa strona, na niej właśnie jego palce powinny opaść. Magia mruczała już tak głośno, że książka niemal wibrowała. Draco spojrzał na tytuł eliksiru.

Poczuł, jak na jego policzki wypływa rumieniec, ale pokręcił głową.

– To nie... ten eliksir nie istnieje – szepnął. – Nie może.

– Dlaczego nie? – Snape podszedł do niego i teraz stał tuż nad Draconem.

– Ponieważ gdyby istniała, mój ojciec już by ją znalazł. – Draco gapił się na stronę i czuł, jak otwierają się blizny bardzo, bardzo starej rany. – Był wściekły, kiedy skończyłem dziesięć lat i wciąż nic nie wskazywało na to, że jestem w jakikolwiek sposób sympatyczny względem jego magii na tyle, żeby zostać jego magicznym dziedzicem. – Draco wciąż słyszał słowa swojego ojca, wykrzyczane, bo to był jedyny raz, kiedy Lucjusz kiedykolwiek stracił przy nim panowanie nad sobą. Od trzynastu pokoleń w rodzinie Malfoyów był magiczny dziedzic! Nie przerwiemy teraz tej tradycji! Ale niczego nie dało się z tym zrobić; albo magia Dracona była na tyle podobna do lucjuszowej, żeby ten mógł otrzymać po jego śmierci jego zdolności i wiedzę, a takie oznaki widać zwykle już we wczesnym życiu czarodzieja, albo nie był, i wszystko wskazywało na to, że Draco właśnie nie był. Z każdym minionym rokiem Lucjusz robił się coraz bardziej zrezygnowany, ale nigdy nie stracił nadziei i wciąż liczył na to, że Draco się po prostu zamanifestuje później niż inne dzieci. – Ja... to nie jest... gdyby taki eliksir był prawdziwy, to mój ojciec już dawno by się o nim dowiedział. To musi być jakaś sztuczka, jakieś oszustwo. – Odwrócił się i spojrzał na Snape'a, mrużąc oczy, a jego umysł po raz pierwszy był wolny od mgły, która go osnuła od chwili, w której zdał sobie sprawę, że się zakochał w Harrym. – Czemu próbuje mnie pan oszukać?

Snape przez dłuższą chwilę tylko patrzył mu w oczy. Draco zobaczył, jak jego twarz się ściąga lekko. Wreszcie kiwnął w kierunku książki.

– Jest prawdziwa, obiecuję – powiedział Snape. – Nie jest jednak powszechnie znana. Autorka tej szczególnej książki była znakomitą mistrzynią eliksirów, ale nigdy nie została za takową uznana przez kolegów w swoim fachu, ponieważ nie osiągała swoich rezultatów uznanymi w tamtych czasach sposobami. Zrobiła się zgorzkniała i w zemście spisała wszystkie swoje najwspanialsze odkrycia, po czym ukryła je przed światem. Miałem... na tyle dużo szczęścia, że moje dziedzictwo zawierało tę książkę.

Draco przyglądał się przez chwilę eliksirowi.

– Proszę pana? – powiedział wreszcie. – Czy pan spróbował z niej skorzystać?

– Nie byłem w stanie. – W głosie Snape'a nie było żadnych emocji. – Eliksir polega nie tylko na sympatii magicznej, ale też na czystości krwi. Moja matka była czystokrwista. Mój ojciec był mugolem.

Draco poczuł, jak mu szczęka opada. Nie zdawał sobie z tego sprawy, ale przecież podejrzewał, gdzieś w tyle swojego umysłu, że Snape nie pochodził ze starej, czystokrwistej rodziny. Ostatecznie, przecież nie było w historii wspomnienia o Snape'ach. Ale nie wiedział, że... no, że krew Snape'a została zanieczyszczona tak niedawno.

Zagapił się na Snape'a. Snape patrzył na niego.

Draco przypomniał sobie nagle, że Snape, bez względu na czystość swojej krwi, wciąż jest potężnym czarodziejem, trzecim najpotężniejszym w szkole, po Dumbledorze i Harrym, a w dodatku jest też legilimenta. Draco nie był pewien, co Snape wyczytał z ich kontaktu wzrokowego, ale nagle odkrył, że już wcale nie chce mu patrzeć w oczy.

Zacisnął ręce na książce i na przepisie na eliksir. To trochę zmarszczyło stronę, więc ją szybko wygładził. Już zaczynał czuć, jak płonie w nim nowa ambicja.

Ten eliksir... jeśli ten eliksir naprawdę pozwoliłby mi sprowadzić ducha jednego z moich przodków, którego magia mogłaby być sympatyczna do mojej, to mógłbym się stać magicznym dziedzicem Malfoyów. Nie mojego ojca, ale wciąż oficjalnym dziedzicem mojej rodziny.

To otwierało przed nim horyzonty, które Draco wiedział, że pozostałyby przed nim zamknięte w chwili, w której skończyłby siedemnaście lat bez zamanifestowania sympatii względem magii swojego ojca i Lucjusz już nie byłby w stanie dłużej ignorować faktów. Nie byłby w stanie pojawiać się na większości formalnych spotkań sojuszników. Nie byłby uznawany za potencjalnego partnera do interesów przez co bardziej wybrednych czystokrwistych, czy to w Europie, czy gdziekolwiek indziej. Nie miałby dostępu do pewnych dziedzin magicznego treningu.

Mógłby zostać uznany za niegodnego partnera dla potężnego czarodzieja, czy czarownicy.

Podniósł wzrok na Snape'a, ale nie odważył się spojrzeć mu w oczy.

– To będzie wymagało zebrania naprawdę wielu informacji – szepnął.

Snape kiwnął głową.

– Będziesz musiał przestudiować historię swojej rodziny, przyjrzeć się swojej własnej magii, jak i magii twoich przodków, żebyś mógł ustalić, który z nich byłby ci najbardziej sympatyczny – powiedział. – Musisz sprawdzić rejestry urodzeń i małżeństw, żeby upewnić się, że wybrany przez ciebie przodek jest czystej krwi. Będziesz też musiał się nauczyć podstaw nekromancji, żeby się dowiedzieć, jak przyzwać do siebie ducha. Wiem. Ten eliksir zajął mi dwa lata, kiedy spróbowałem go zrobić z czystej ciekawości co do tego, co by się stało.

Draco odetchnął głęboko.

– Dokonam tego przed końcem roku – powiedział. – Obiecuję, profesorze Snape.

– Dobrze – powiedział Snape, wciąż beznamiętnie. – Chętnie odzyskam swoją książkę z powrotem.

Draco odwrócił się i wyszedł szybko z pokoju, przyciskając książkę do piersi. Jego mózg zdawał się być ostry, czysty, pełen wirujących pomysłów o tym, co powinien sprawdzić najpierw w bibliotece. Jego wyobraźnia pokazywała mu nowe, przejrzyste obrazy przyszłości. Naprawdę wiele go kosztowało, żeby nie wybuchnąć śmiechem po drodze.

Wreszcie miał coś do roboty.


Snape odprowadził Dracona wzrokiem, przechylając lekko głowę na bok. Czuł się tak spokojnie, jak maska, którą okazał chłopcu. Jego umysł był równie spokojny. Harry czy Dumbledore mogliby spojrzeć na powierzchnię jego umysłu i zobaczyliby wyłącznie porządek, skupienie na badaniach eliksirów, czy szukaniu nowych metod trenowania Harry'ego, żeby ten miał jak najwyższe szanse przeżycia kolejnego spotkania ze śmierciożercami.

Oczywiście, że to by właśnie zobaczyli. Prawdziwa natura jego myśli leżała głęboko pod powierzchnią, na poziomie, w którym do tej pory znalazł się tylko raz w życiu. Przez jeden rok, kiedy był szpiegiem dla Zakonu Feniksa, wciąż służąc Voldemortowi, praktycznie żył na tym poziomie, gdzie nieustanna determinacja i krystalicznie przejrzysta świadomość tego, co go czeka, jeśli zawiedzie, sprawiły, że stał się nie do powstrzymania.

Tam właśnie stawał się kompletnie chłodny.

Wystarczyłoby, żeby zamknął oczy, a mógł sobie przypomnieć nauki swojej matki. Pod wieloma względami, jego matka była bardzo podobna do Lily Potter, nawet jeśli jej lekcje nie wykrzywiły mu umysłu, a po prostu przedstawiły mu gorzką, niezmienną prawdę.

Ciemność pojawiła się przed światłem. Wszyscy mroczni czarodzieje ci to powiedzą, Severusie. Ale zapominają o jednej, ważnej prawdzie. Istnieje coś starszego nawet od ciemności. Zimno pojawiło się jeszcze przed mrokiem.

Kiedy musisz przetrwać, stań się zimny, nie gorący. To cię utrzyma przy życiu.

Tak zrobił i faktycznie, przeżył. A teraz zrobił to ponownie, ponieważ zorientował się, co oznaczało porwanie Harry'ego, jakiego rodzaju burzę Harry na siebie ściągał, na czym polegała natura obsesji Dracona i co ona mogła dla nich wszystkich oznaczać.

Ten chłód mógł uratować całą ich trójkę i każdego, kogo jeszcze będą musieli uratować, ponieważ poszczególni ludzie nie robili tego, czym powinni się byli zająć już dawno temu.

Snape wszedł do swojego biura. Jego myśli krążyły w ciemności, koła lśniące od mrozu, zrodzone z płatków śniegu i obrastające stopniowo soplami lodu, błyszczące i tańczące, tańczące.

"Medicamenta Meatus Verus" to była praktycznie bezcenna książka, jego matka zdobyła ją w jakiś sposób dzięki swoim własnym kontaktom i Snape powiedział Draconowi prawdę na temat jej autorki. Wzgardzona przez innych mistrzów eliksirów, dumna i zgorzkniała, Melissa Prince spisała tu całą swoją wiedzę i nigdy nie dopilnowała, żeby jej książka zdobyła należne jej uznanie.

W samą książkę jednak wplotła też zaklęcie, takie, które kosztowało ją życie, którego kopie przenosiły się na dowolną rekonstrukcję książki, czy to magiczną, czy przepisaną ręcznie. Książka wybierała odpowiedni eliksir dla tego, kto ją trzymał, właściwą ścieżkę. W chwili, w której ta osoba zaczęła niezbędne przygotowania, wiązanie przymuszenia łączyło ich umysł i wolę z przepisem i nie puszczało, póki projekt nie dobiegł końca. To był jedyny sposób, w jaki Melissa Prince zapewniła swojemu dziedzictwu przetrwanie.

Eliksir, który książka wybrała dla Snape'a, kiedy ten otworzył ją po raz pierwszy, pozwolił mu zobaczyć jego własną duszę. Od tego czasu żył, nie mając względem siebie żadnych złudzeń. To było cokolwiek druzgocące z początku, ale okazało się kolejnym, niezbędnym składnikiem, który pozwolił mu przetrwać.

Draco podąży ścieżką, jaka doprowadzi go do ukończenia tego eliksiru, dokładnie tego, który Snape był przekonany, że książka dla niego wybierze. Zdobędzie zarówno nową moc, jak i zyska swoje własne życie. Chłopiec wspomniał kiedyś zainteresowanie historią. Snape pomyślał, że przyjrzenie się historii własnej rodziny okaże się dla niego bardzo pouczające.

Nałożył jednak na chłopca przymuszenie, a to nie było coś, co Harry by zrobił, ani nawet Dumbledore, prawdopodobnie nawet nie coś, na co Draco by się zgodził, gdyby Snape wcześniej z nim o tym porozmawiał.

Snape'a, kiedy był chłodny, w ogóle go to nie obchodziło. Nikt poza nim zdawał się nie widzieć szkód, do których mogła doprowadzić obsesja Dracona. Dlatego właśnie to do Snape'a należało zrobienie czegoś z tym. Nikt inny by tego nie zrobił. Ponadto, chłopiec i tak już się miotał pod resztkami przymuszenia, które Snape zobaczył w jego umysle – tego, które brat Harry'ego rzucił na niego w zeszłym roku. Zatonęło ono głęboko w umyśle Dracona i stało się praktycznie częścią jego myśli, więc nie można było się go pozbyć bez wyrządzenia poważnych szkód jego poczytalności. To przymuszenie zmusiło go do ciągłego rozważania jego emocji wobec Harry'ego, co prawdopodobnie doprowadziło do obecnej obsesji. Odpowiadanie przymuszeniem na przymuszenie, kiedy drugie z nich prędzej czy później doprowadzi do wolności, było czymś, przed czego zrobieniem Snape nie miał absolutnie żadnych oporów.

Jeśli zaś chodzi o Harry'ego...

Snape przymrużył oczy. Obserwował z cieni, kiedy Harry rzucił Sectusemprę na Bellatrix Lestrange. Nie wtrącił się. Nie miał zamiaru. Jego nowy, chłodny temperament naciskał, że powinien zaczekać i sprawdzić, jak chłopiec sobie poradzi z sytuacją, więc to właśnie zrobił. A potem poważnie z nim porozmawiał.

Wcześniej panikował. Wcześniej starał się ochronić chłopca przed każdym możliwym niebezpieczeństwem. To okazało się być niemożliwe.

Dlatego też nie będzie więcej panikował. Zamiast tego zrobi to, co było niezbędne: będzie trenował Harry'ego...

Po czym przejdzie do ofensywy.

Snape odwrócił się. W kącie jego biura wrzały trzy eliksiry, wszystkie nowe i wymyślone przez niego. Jedna była przezroczysta, druga biała jak pergamin, a trzecia żółto–czerwona, podświetlona przed świeczkę, która unosiła się na jej powierzchni na podobieństwo unoszącej się na tafli wody lilii.

Snape przymrużył oczy, patrząc na nie, i nie poczuł na powierzchni swojego umysłu niczego poza cichą satysfakcją, podczas gdy poniżej – głęboko pod powierzchnią – mróz miotał się niczym stado lodowych skorpionów.

Skończyłem z gierkami.


Harry wyciągnął szyję, żeby zobaczyć, co Draco czyta. Draco, nawet nie oglądając się na niego, odchylił się, żeby zasłonić sobą książkę.

Harry westchnął i zaczął bawić się swoim tostem, niespecjalnie głodny. Apetyt mu jakoś nie dopisywał właściwie od początku śniadania. Dzisiaj mieli mieć pierwsze zajęcia z obrony przed mroczną magią, a Harry wciąż się nerwowo czuł przy Moodym, przez jego reputację absolutnej nienawiści do mrocznej magii i jego srebrną obrożę.

Ale oczywiście, prawdziwym źródłem jego spięcia był Draco.

Draco niewiele się do niego odzywał w ciągu ostatniego tygodnia. Och, czasami rzucał Harry'emu oskarżające spojrzenia (jak wtedy, kiedy Harry wreszcie znalazł kombinację zaklęć, które pozwoliły mu zdjąć niedorzeczny urok bliźniaków), albo włączał się w ożywioną dyskusję o systemie klasowym, czy tajemnicach, które kryli między sobą profesorowie, kiedy rozmawiali między sobą w przyciszonych tonach podczas patrolowania korytarzy. Przez większość czasu jednak siedział cicho i czytał, a kiedy Harry próbował nawiązać z nim rozmowę, po prostu wzruszał ramionami.

To trochę odbierało Harry'emu apetyt.

Zerknął z nudy w górę, kiedy sowy pocztowe wleciały, po czym zamrugał. Jedna z nich leciała w jego kierunku, niosąc coś dla niego. Wyciągnął rękę i przejął list, czując przy okazji delikatną sieć, która zniknęła zbyt szybko, żeby zdążył się jej przyjrzeć. Zmarszczył lekko brwi. Pewnego dnia będzie musiał przeprowadzić dochodzenie w sprawie nałożonych na sowy wiązań.

Wyciągnął list z niewielkiej tubki i od razu rozpoznał charakter pisma dyrektora.

Harry,

Chciałbym się z tobą spotkać dzisiaj o ósmej wieczorem. Czas najwyższy, żebyśmy wreszcie porozmawiali o tym, co może oznaczać twoje bycie vatesem. Moje hasło to "tarta melasowa".

Albus Dumbledore

Harry zerknął na stół prezydialny, niepewny, czy dyrektor naprawdę miał to na myśli, ale otrzymał w zamian spojrzenie, które nie błyszczało wesoło, ani nie składało fałszywych obietnic. Harry pochylił głowę i nakarmił sowę kawałkiem swojego tosta. Jemu i tak w tej chwili na nic by się nie przydał.

Po raz kolejny jego spojrzenie powędrowało do Dracona. Może to było głupie, ale kiedy Draco trzymał się tak daleko od niego, Harry miał wrażenie jakby stracił jedną z kończyn, nawet jeśli to było tylko w jego głowie.

Nie no, dobra, to się już robi niedorzeczne, zganił Harry sam siebie w myślach, po czym wstał, żeby się przygotować na obronę przed mroczną magią.


Wchodząc do klasy, Harry podniósł brwi. Jak do tej pory każdy inny profesor już by tutaj był, usiłując się przygotować na pierwsze zajęcia nie wyglądając przy tym, jakby byli nieprzygotowani, i rozglądając się po sali i nowych uczniach z powątpiewaniem. Lockhart już pierwszego dnia rozwiesił na ścianach swoje zdjęcia, które puszczały oczka i uśmiechały się do uczniów. Remus był gotowy ze swoimi iluzjami. Nawet Quirrell przynajmniej starał się wyglądać tajemniczo, chociaż jego trzęsące się ręce, jąkanie i niedorzeczny turban, pod którym ukrywał twarz Voldemorta, poważnie podminowywały to wrażenie.

Moody'ego nigdzie nie było.

– Może uciekł, jak usłyszał, że ma cię czegoś uczyć? – szepnął za nim Draco.

Harry, wdzięczny, że Draco znowu się do niego odzywa, nawet jeśli tylko po to, żeby się z nim droczyć, odwrócił się i podniósł na niego brew.

– Albo ciebie.

– Tylko że ty jesteś potężniejszy i doprowadziłeś do aresztowania Sfory – zauważył Draco, zajmując swoje miejsce i wyciągając książkę. Harry po raz kolejny starał się sprawdzić jej tytuł, ale Draco płynnie odciągnął go z jego pola widzenia. Spojrzał Harry'emu w oczy i jego głos nabrał ostrości. – Wydaje mi się, że perspektywa uczenia cię każdego może wykończyć. Czasami zdajesz się z uporem ignorować to, co jest tuż przed twoimi oczami.

Harry przymrużył oczy, ale nie odpowiedział. Dotarli w tym momencie do granicy, w której droczenie się mogło przejść z prawdziwą kłótnię, a jego najlepszy argument – który odnosił się do Moody'ego, który przyłapał w pewnej chwili Lucjusza na gorącym uczynku, po czym go zgrabnie aresztował – za bardzo skrzywdziłaby Dracona. Harry usiadł i wbił wzrok przed siebie.

Tym razem zauważył delikatny poblask przed biurkiem, oznakę zaklęcia kameleona. Harry spiął się i wezwał swoją magię, ale czekał. To może być zagrożenie, ale może też być zwykła sztuczka.

Jak tylko pierwsi uczniowie zaczynali się rozluźniać i narzekać na nieobecność profesora, Moody niespodziewanie pojawił się przed swoim biurkiem, zrzucając z siebie zaklęcie kameleona. Dziewczyna, która marudziła, Susan Bones z Hufflepuffu, zemdlała ze strachu, po czym osunęła się pod swoje biurko z łoskotem. Harry skrzywił się i nie odrywał wzroku od Moody'ego, kątem oka sprawdzając, czy nic jej nie jest. Wyglądało jednak na to, że nic sobie nie zrobiła.

– Widzieliście to? – warknął na nich Moody, chodząc w te i nazad przed biurkiem. Jego drewniana noga huczała głośno, ilekroć nią tupnął. – Przez cały ten czas byłem w pokoju i żadne z was mnie nie zauważyło. – Przez chwilę jego magiczne oko zawisło na Harrym, ale nie zatrzymało się na nim. Szybko przerzuciło się na Susan, która właśnie się podnosiła z ziemi, żeby usiąść z powrotem. – STAŁA CZUJNOŚĆ! – ryknął Moody, przez co dziewczyna wrzasnęła i znowu zasłabła. Tym razem jej dwóch przyjaciół złapało ją, pomogło ocucić i posadziło ją z powrotem przy ławce.

Moody odwrócił się szybko w stronę swojego biurka. Harry wyraźnie widział blask srebrnej obroży wokół jego szyi i napierśnik uwieszony przy jego biodrze, który zawierał to, co on określał jako swój "preferowany napój". Kiedy odwrócił się z powrotem, jego różdżka była wycelowana w Harry'ego.

Nie ufam mu, warknął mu w głowie Regulus.

Czemu nie? zapytał Harry, chociaż kiedy ten człowiek z twarzą pełną blizn spojrzał wprost na niego, z różdżką wciąż wycelowaną mu między oczy, był poniekąd w stanie zrozumieć, czemu nie.

Za bardzo jedzie na swojej reputacji, powiedział Regulus. Za bardzo się zachowuje jak Moody.

Może trema?

Nie, na to jest za dobry. Po prostu się za bardzo zachowuje jak Moody, powtórzył Regulus.

Regulusie, nie można się zachowywać za bardzo jak ty sam.

Właśnie, że można. Ty tak robiłeś, kiedy wciąż utyskiwałeś nad tym swoim nieszczęsnym bratem.

– Panie Potter – warknął Moody, wyrywając go z tej rozmowy. – Czy wydaje się panu, że zna się pan na mrocznych sztukach?

Harry czuł, jak cała klasa skupia na nim swoją uwagę, przypinając go w miejscu niczym motyla do tablicy korkowej. Spojrzenie Zachariasza Smitha było wyjątkowo przeszywające. Harry przypomniał sobie nagle, że jego rodzina była zadeklarowana Światłu. Ten szczegół jak do tej pory nigdy nie miał większego znaczenia. Teraz miał.

Będę musiał zacząć zwracać uwagę też na deklaracje rodzin uczniów poza Slytherinem, pomyślał, po czym odpowiedział Moody'emu.

– Do której definicji mrocznych sztuk się pan odnosi?

Moody zastukał różdżką w swoją drewnianą nogę.

– Przestań się wymądrzać i odpowiedz na pytanie, Potter – szczeknął.

– Nie jestem w stanie, póki nie powie mi pan, do której definicji się pan odnosi – powiedział Harry. Od tych wszystkich spojrzeń zaczynały go przechodzić ciarki. Tak, po artykule Skeeter też obrzucano go spojrzeniami, ale tych się spodziewał i z nimi mógł sobie poradzić. Te były nieoczekiwane i przez to wyjątkowo nieprzyjemne.

– Robisz uniki jak jakiś śmierciożerca – powiedział Moody, podchodząc do niego bliżej. – Czy jesteś śmierciożercą, Potter?

Harry, nawet na moment nie odrywając wzroku od oczu Moody'ego, podniósł lewe ramię i przechylił je tak, że jego rękaw się zsunął, odsłaniając czystą skórę przedramienia.

Moody prychnął.

– No i świetnie, no to nie masz Mrocznego Znaku, ale jak masz zamiar mi udowodnić, że nie jesteś śmierciożercą?

– Nie mam takiego zamiaru – powiedział Harry. Sytuacja przywołała nagle wspomnienia z przeprowadzonego przez Knota przesłuchania, kiedy ten nie miał zamiaru słuchać podstaw logiki. – Nie da się udowodnić negatywu. Jeśli ktoś mnie oskarża o bycie śmierciożercą, to sami muszą przedstawić dowód. – Pochylił się do przodu. – Jak ma pan zamiar udowodnić mi, że jestem, profesorze Moody?

– Wydaje mi się, że twoje korzystanie z mrocznych sztuk powinno być dowodem samym w sobie. – Moody wciąż przyglądał mu się uważnie, a na jego twarzy nie pojawił się nawet ślad uśmiechu.

– Kiedy mnóstwo ludzi używa mrocznych sztuk – powiedział Harry, patrząc na niego niewinnie i pilnując by jego głos pozostał dziecięcy. Nie chciał się odnosić do tej wiedzy, ale z drugiej strony, nie chciał też mieć przed sobą w perspektywie semestru pełnego dręczenia od strony Moody'ego – albo i całego roku szkolnego. Lepiej go zbić z pantałyku już teraz, raz i dobrze. I popatrz, Snape, nawet nie używam do tego mrocznych zaklęć! – Wiem, że używał pan mrocznych sztuk, kiedy chciał pan złapać śmierciożerców, aurorze Moody. Istnieją pogłoski, że kiedy niektórzy z nich absolutnie odmawiali kooperacji, rzucał pan na nich Imperio, na które dostał pan specjalne pozwolenie od ministerstwa. Ale bez względu na wszystko, to wciąż jest mroczne zaklęcie, prawda? – Zamrugał na Moody'ego z dziecięcym wyrazem niewinności na twarzy. – A może przyzwolenie ministerstwa jest w stanie zmienić samą naturę magii?

Zachariasz Smith zachichotał. Oczy Moody'ego przeskoczyły na niego na moment, po czym wróciły do Harry'ego, skupiając się na nim z gorliwą intensywnością.

Nienawidzi cię, powiedział Regulus.

Co, jednak jesteś w stanie zajrzeć mu do umysłu?

Nie. Ale zawsze byłem dobry w czytaniu min. On cię nienawidzi, Harry.

Albo nienawidzi mrocznych sztuk i nie może ścierpieć faktu, że jeden z uczniów wciąż chodzi swobodnie po Hogwarcie po tym, jak ich użył w tak swobodny sposób. Harry przyjrzał się twarzy Moody'ego i jego obroży. To ty mi powiedziałeś, że Rosier musiał do reszty zwariować, kiedy mi radził, że mam nie ufać Moody'emu, że to jest jedyny człowiek, który nigdy by się nie ugiął pod Voldemortem i jego śmierciożercami.

Minęła długa chwila pełna ciszy. Wreszcie, akurat kiedy Regulus westchnął, Moody się odezwał.

Bardzo dobrze, Potter. Pięć punktów dla Slytherinu.

Harry zamrugał.

– Że co proszę?

Moody kiwnął mu głową, po czym odwrócił się z powrotem do reszty klasy.

– Stała czujność! – huknął na nich. – Musicie być w każdej chwili przygotowani na atak – magiczny, fizyczny czy werbalny. Potter był gotowy na ten atak. Cała wasza reszta też powinna być. – Zrobił długi krok naprzód. – Smith, czy byłbyś tak łaskaw wyjaśnić mi, co było takiego śmiesznego w tym, co powiedział pan Potter?

Harry odetchnął nerwowo.

Nie ufam mu, warknął Regulus w jego głowie.

Tak, to już ustaliliśmy, pomyślał Harry z irytacją i oparł się na krześle, obserwując jak Moody atakuje kolejnych, przypadkowo wybranych uczniów. Jego metoda nauki, jeśli do tego się właśnie miała sprowadzać, była właściwie równie brutalna, co ta Snape'a, chociaż głos Snape'a był zdecydowanie cichszy.

Jeśli tylko do tego się sprowadzała.

Prawdą było jednak, że kilku Puchonów obejrzało się na niego nerwowo, kiedy Moody na nich nie patrzył, ale Harry się o nich specjalnie nie martwił. Justin, Ernie i Hanna byli w porządku. Susan słabiej go znała, ale jeśli tylko zacznie źle o nim myśleć, jej przyjaciele szybko ją naprostują. Zachariasz był... no, może nie przyjacielem, ale był logiczny, sceptyczny i pierwszy do atakowania wszystkiego, najwyraźniej włącznie z metodą nauczania Moody'ego, z nieokiełznaną energią. Jeśli to, co zrobił Moody, miało na celu przestraszenie reszty klasy i nastawienie ich przeciw Harry'emu, to nie miało szansy zadziałać.

Mam tylko nadzieję, że nie podziała też na nikogo innego.

Zastanawiam się tylko, czy on nie ma czegoś wspólnego z szukaniem Voldemorta, powiedział nagle Regulus.

Harry zamrugał.

Co?

Szukaniem Voldemorta, powiedział Regulus, jakby Harry był tępy. Szukają go teraz w Czarnym Lesie. Nie mają za wiele czasu. On wie, że są coraz bliżej, ale do tej pory udawało mu się przed nimi uciekać.

Harry wyprostował się na swoim krześle powoli, ale kiedy Moody zerknął na niego, udawał, że to był tylko ruch, żeby złapać za książkę.

Regulusie, o czym ty mówisz?

Regulus nagle ucichł.

Em.

Harry zanurzył pióro w kałamarzu i czekał.

Ja, ee. Ja, ee, tak jakby mam wciąż połączenie ze starszą formą Voldemorta, no bo mnie tak długo torturował, powiedział Regulus. I, ee. Tak jakby od czasu do czasu go śledzę i próbuję ustalić, gdzie jest i co robi?

Harry przygryzł wargę i stłumił pragnienie zaklęcia na głos. W zeszłym roku, przez Connora, musiał to opanować do mistrzostwa.

Czy tam właśnie znikasz, ilekroć cię nie ma w mojej głowie?

Ee. Tak jakby?

Harry syknął.

Nie rozumiesz! jęknął nagle Regulus. Czuję się taki bezużyteczny, taki bezsilny, kiedy nie mam ciała, a słyszałeś przecież Dumbledore'a w zeszłym roku, Mroczny Pan ma problemy z rozpoznawaniem pasywnych połączeń z jego umysłem, więc tak pomyślałem sobie, że może podążę za swoim i spróbuję coś z nim zrobić, no i co prawda póki co niewiele się dowiedziałem, ale...

Gdybyś tylko pozwolił mi powiedzieć Narcyzie o osłonach i opuściłbyś je dla niej, to może już byś miał swoje ciało z powrotem!

Kiedy ja nie chcę jej tam, powiedział nadąsany Regulus.

Harry powstrzymał się przed ciśnięciem kałamarzem przez pokój, ale niewiele brakowało.

Obiecaj mi, że więcej nie ruszysz w dół tego połączenia ze starszym Voldemortem.

Regulus zniknął.

Jedyne, co powstrzymało Harry'ego od schowania twarzy w dłoniach był fakt, że Moody znowu do niego podszedł.


– Tarta melasowa – powiedział Harry gargulcowi, który stał przed wejściem do gabinetu dyrektora, a ten odskoczył na bok. Harry pokręcił głową i wszedł na ruchome schody. Zaledwie kilka miesięcy temu, stojąc na nich czułby przerażenie i chciałby mieć przy sobie Snape'a.

Ale to było wtedy, a teraz było teraz, kiedy był przede wszystkim zniecierpliwiony i zastanawiał się, czego właściwie Dumbledore od niego chce.

Schody pozostawiły go przed drzwiami dyrektora. Harry zebrał się w sobie i zapukał. W chwili, która minęła, zanim Dumbledore zdążył odpowiedzieć, sięgnął w stronę Regulusa. Bez rezultatu. Nigdy nie był w stanie do końca wyczuć połączenia, jakie Regulus miał z jego umysłem, tylko to, czy tam był, czy nie, więc nie miał żadnego sposobu na wezwanie głupiego brata Syriusza z powrotem.

– Wejdź.

Harry popchnął drzwi i zatrzymał się, mrugając. Harry nie widział gabinetu dyrektora przez kilka ostatnich miesięcy i wyglądało na to, że zaszły w nim pewne zmiany. Żerdź Fawkesa wciąż stała na swoim miejscu, a miecz Gryffindora wciąż wisiał na ścianie w szklanej gablocie, ale półki były wypełnione teraz książkami, zamiast srebrnymi narzędziami. Po przeciwnej do nich stronie stał też rząd szaf, wszystkie z nich otwarte poza jedną i wyglądało na to, że są pełne myślodsiewni. Biurko Dumbledore'a niemal uginało się pod postawioną na nim jedną, ogromną myślodsiewnią, po brzegi wypełnioną srebrną cieczą.

Dumbledore odwrócił się od jednej z szaf, której myślodsiewniom się najwyraźniej przyglądał i spojrzał na Harry'ego z maską absolutnego spokoju.

– Ach, mój drogi chłopcze. Wejdź, proszę.

– Mieliśmy omówić, co oznacza bycie vatesem – powiedział Harry, uważając, że najlepiej będzie, jeśli ustali to zaraz po zamknięciu za sobą drzwi. Poinformował Snape'a o tym, gdzie idzie i otrzymał przeciągłe, osobliwe spojrzenie jego ciemnych oczu, zanim Snape kiwnął głową na zgodę. Następnie odwrócił się w kierunku jednej z trzech wrzących kociołków, ustawionych z tyłu pokoju. Harry nie rozpoznawał żadnego z tych eliksirów. Snape się dziwnie zachowywał, Draco też i to wszystko naprawdę stopniowo odbierało Harry'emu apetyt. – Proszę pana – dodał, kiedy zauważył, że spojrzenie Dumbledore'a spoczęło na nim trochę zbyt ciężko.

Dumbledore kiwnął głową.

– Tak. Czy słyszałeś może o Falco Parkinsonie, Harry?

Harry, zaskoczony, tylko przez chwilę mrugał.

– Tak – powiedział wreszcie. – Kiedyś był dyrektorem Hogwartu i próbował negocjować z magicznymi stworzeniami, ale te go tylko w zamian skrzywdziły. Podobno starał się zostać vatesem.

– Owszem – powiedział Dumbledore spokojnie. Złapał za krawędź myślodsiewni i obrócił ją tak, że Harry był w stanie zobaczyć część długiego tytułu, jaki został na niej wyryty – z Falco Parkinsonem. – W dodatku był moim mentorem.

Harry zamrugał na Dumbledore'a.

– Wydawało mi się, że żył na długo przed pańskim czasem.

Dumbledore pokręcił głową.

– Żył znacznie dłużej niż się niektórym wydawało. Usiądź, proszę.

Harry zajął stojący przed biurkiem fotel, przyglądając się myślodsiewni z ostrożną fascynacją. Chciał zobaczyć, co było w jej środku, ale z drugiej strony, Dumbledore już kiedyś użył myślodsiewni do oszukania go.

– Już w młodym wieku chciał zostać vatesem, kiedy po raz pierwszy wyczuł, że jest potężniejszy od innych – powiedział Dumbledore, stukając palcem o myślodsiewnię. Wydała z siebie metaliczny dźwięk. – Czy rozumiesz, że vates musi być potężnym czarodziejem, Harry? I dlaczego?

– Ponieważ inaczej nie miałby dość sił, żeby zniszczyć sieci – odparł Harry.

Dumbledore skrzywił się.

– Ach. Tak. Tak mi się właśnie wydawało, że to właśnie źle zrozumiesz.

Harry przymrużył oczy.

– Nie wymyśliłem tego sobie, proszę pana. To Fawkes i Zgredek mi o tym powiedzieli.

Dumbledore uśmiechnął się smutno.

– Za Fawkesa nie ręczę. Wierzę, że jest stworzeniem stworzonym z najwyższego dobra, Harry, i żałuję, że nie ma go już przy mnie. Ale jeśli chodzi o skrzaty domowe... były spętane już od bardzo, bardzo dawna, Harry. Naprawdę wierzysz, że jeśli któryś z nich zdołał się wyrwać z sieci na tyle, żeby być w stanie o niej myśleć, to nie byłby skłonny do kłamstw, jeśli te mogłyby doprowadzić do jego wolności?

Harry nienawidził tego małego ziarenka wątpliwości, które się w nim w tym momencie pojawiło. Spróbował je zniszczyć, zanim miałoby szansę wykiełkować.

– Jeśli uważa pan, że vates musi być potężnym czarodziejem z jakiegoś innego powodu, to proszę mi go przedstawić.

Dumbledore kiwnął głową i zdjął rękę z myślodsiewni.

– Wejdziemy do niej jednocześnie, Harry, tak żebyś nie musiał się obawiać jakichś sztuczek z mojej strony.

Harry pochylił się do przodu i zanurzył twarz pod powierzchnią myślodsiewni, przez cały ten czas obserwując jak broda Dumbledore'a nurkuje tuż przy nim. Potem srebrna ciecz zamknęła się nad nim, obróciła go dwa razy, przetoczyła nim i nagle znalazł się pośrodku niewielkiej łąki.

Łąka znajdowała się w dolinie, w miejscu, które wyglądało jakby było objęte dłońmi. Harry odkrył, że nabiera głębiej tchu, jakby chciał wchłonąć jak najwięcej unoszącego się w powietrzu zapachu, nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że to tylko wspomnienie. Powietrze wokół niego mieniło się lekko, lśnieniem, które Harry do tej pory widział tylko w wodzie, a otaczające go kwiaty nie przypominały żadnych, które do tej pory studiował, były tak oszałamiająco szkarłatne, że promienie słońce zdawały się je omijać, zamiast od nich odbić. Co więcej, w powietrzu zdawała się unosić subtelna muzyka, która dochodziła gdzieś z boku.

Harry odwrócił się i zobaczył człowieka, którego rozpoznał, dzięki jego absolutnie niedorzecznym szatom, jako młodego Albusa Dumbledore'a. Stał przy czarodzieju znacznie starszym od siebie. Promieniował taką mocą, że Harry z miejsca zrozumiał, skąd się w powietrzu wziął ten zapach i muzyka. To był potężny Świetlisty Pan.

Twarz Falco Parkinsona była naznaczona drobnymi liniami, wiele z tych zmarszczek nie wyglądała Harry'emu na naturalne. Opierał się na kosturze zrobionego z białego dębu, a jego szaty były wyszywane lśniącymi, srebrnymi znakami, które Harry uznał za litery, nawet jeśli nie miał pojęcia, z jakiego alfabetu mogły pochodzić. Miał przeszywająco zielone oczy, a jego włosy w kolorze znaków na szacie opadały mu aż do połowy pleców. Mówił melodyjnym głosem, który zdawał się dodawać uroku unoszącej się w powietrzu pieśni. Harry podkradł się bliżej, żeby ich posłuchać.

– ...właśnie dlatego bycie vatesem jest takie trudne, Albusie, właśnie dlatego tak wielu z nas nie było w stanie się tego podjąć. Wciąż staraliśmy się znaleźć ostateczne rozwiązanie na rozluźnienie relacji pomiędzy czarodziejami i magicznymi stworzeniami, ale nie ma innego wyjścia.

– I jakie jest na to rozwiązanie, proszę pana? – Głos Dumbledore'a był cichy i pełen szacunku. Harry zamrugał. Zdawał sobie, oczywiście, sprawę z tego, że Dumbledore musiał w pewnym momencie swojego życia taki być, ale teraz, kiedy to usłyszał, to nagle ta świadomość uderzyła go z mocą, z której istnienia nawet nie zdawał sobie sprawy.

– Poświęcenie własnej magii. – Falco poruszył ręką i jeden z kwiatów wystrzelił z ziemi, obracając się wokół własnej osi. Owinął korzenie wokół dłoni Świetlistego Pana i zaczął śpiewać. Falco spojrzał na niego ze smutkiem. – Taka moc, jakiej teraz używam do sprawienia, żeby ten mały kwiatek wyrósł i zaczął śpiewać gdziekolwiek indziej niż w ziemi, mogłaby zostać wykorzystana do ukojenia jednorożców, podarowania im czegoś, dzięki czemu ich niewola wyda się im niczym w porównaniu. Ale jeśli to poddam, to poświęcę część własnej magii, co będzie dla mnie niczym odcięcie jednej ze swoich kończyn. Ta moc nigdy by do mnie nie wróciła.

Harry zamrugał i poczuł, że kręci mu się w głowie. Z miny, jaka się pojawiła na twarzy młodego Dumbledore'a wywnioskował, że ten się musiał poczuć podobnie.

– I dlatego właśnie tak wielu czarodziejów poległo na ścieżce vatesa? – szepnął.

– W rzeczy samej. – Falco odwrócił głowę i spojrzał na Dumbledore'a bystrymi oczami. – Starali się zniszczyć sieci, ale to, oczywiście, skończyło się wyłącznie zniszczeniem i chaosem. Próbowali użyć na czarodziejach przymuszenia, żeby ich nakłonić do uwolnienia magicznych stworzeń, przez co tylko kończyli jako Mroczni Panowie. Próbowali wszystkiego, byle tylko uniknąć poświęcenia własnej magii. I któż mógłby ich winić? Jaki czarodziej byłby na to gotów? – Jego wzrok wrócił do kwiatka, a na jego twarzy znowu pojawił się smutny wyraz. – A nawet jeśli taki by się znalazł, to przecież nikt nie jest na tyle potężny, żeby ukoić każde magiczne stworzenie na świecie. Jak można dokonać wyboru pomiędzy nimi i ukontentować poświęceniem swojej magii jedne, ale porzucić inne, bo przecież prędzej czy później, twoja magia ulegnie wyczerpaniu.

Dumbledore pochylił głowę.

– Rozumiem, proszę pana. Mimo wszystko... wciąż chciałbym spróbować. Nie będę jednak robił z tego mojej głównej ambicji.

Falco uśmiechnął się do niego.

– Dobry chłopiec.

Scena nagle rozwiała się wokół Harry'ego, a on sam wyciągnął głowę z myślodsiewni, mrugając. Usiadł ciężko w swoim fotelu i zamyślił się. Naprzeciw niego Dumbledore usiadł w swoim własnym fotelu i przyglądał mu się intensywnie.

Harry spojrzał na niego.

– Mimo wszystko będę musiał o tym porozmawiać z magicznymi stworzeniami, proszę pana, muszę się dowiedzieć, czemu ich wersja tak bardzo różni się od tej. Dziękuję jednak, że mi pan o niej powiedział. – Nawet jeśli nie sądzę, żeby to była cała prawda. – Z tą definicją vatesa się jeszcze nie spotkałem.

I tak było naprawdę. Harry czuł się nieprzyjemnie na samą myśl o tym, o czym mówił Falco Parkinson. Jak mógłby podejmować takie decyzje? Jak mógłby postanowić uwolnić skrzaty domowe, jednorożce i centaury, pozostawiając przy tym więzy na stworzeniach takich jak widłowęże w Zakazanym Lesie?

Nagle się spiął i ledwie powstrzymał przed przywaleniem sobie z otwartej dłoni w czoło.

Jestem idiotą. Przecież uwolniłem dementorów po prostu rozwalając ich sieć, nie poświęciłem do tego swojej magii.

Spojrzał znowu na twarz Dumbledore'a. Mam wrażenie, że coś więcej przede mną ukrywa. Będę musiał poczekać, żeby się o tym przekonać.

– Dziękuję panu – powiedział. – Czy chce mi pan pokazać coś jeszcze?

– Nie, w tej chwili nie, Harry. – Dumbledore kiwnął w stronę drzwi. – Chciałbym się jednak spotkać z tobą od czasu do czasu, żebyś mógł się więcej dowiedzieć o tym, co oznacza bycie vatesem. Mam więcej wspomnień, którymi chciałbym się z tobą podzielić.

W to nie wątpię. Harry kiwnął głową.

– Dziękuję panu – powiedział, po czym odwrócił się ze świstem szat i wyszedł z pomieszczenia.


Albus oparł się wygodnie w fotelu i odetchnął lekko, kiedy drzwi zamknęły się za Harrym. Udało im się spędzić całe spotkanie bez konieczności odwołania się do gróźb. Samo to było już ogromną poprawą ich stosunków w porównaniu do tego, co się działo między nimi w zeszłym roku.

A teraz zaczął odwracać jego uwagę, zarzucił przynętę i Harry ją złapał.

Bez względu na wnioski, do których dojdzie, powinien nie mieć czasu na zajmowanie się polityką przynajmniej przez jakiś czas. Będzie musiał porozmawiać z magicznymi stworzeniami i dowiedzieć się, co tak naprawdę oznacza bycie vatesem. Albo będzie dumał nad poświęceniem własnej magii. Znając Harry'ego, znając to, jak został wychowany, Albus był przekonany, że prędzej czy później Harry będzie gotów na poddanie własnej mocy, jeśli to będzie oznaczało wolność dla kogoś innego.

A to dawało mu kolejną bezcenną przewagę. Jeśli Harry stanie się magicznie słabszy, mniej czarodziejów będzie zwracało na niego uwagę, dzięki czemu nie będzie w stanie się wtrącać w tak wiele spraw.

Moc była ostateczną kartą atutową w magicznej polityce już od stuleci. Albus zdawał sobie sprawę z tego, że został naczelnym magiem Wizengamotu przez wzgląd na swoją siłę, albo że miała ona przynajmniej takie samo znaczenie jak jego deklaracja Światłu, czy status zwycięzcy nad Grindelwaldem. Wielu ludzi podążało za Tomem nie przez wzgląd na jego ideały, czy mroczną magię, ale dlatego, że był Mrocznym Panem i byli w stanie wyczuć jego moc.

Harry był teraz nieoznaczoną kartą atutową, przez co był zdecydowanie zbyt niebezpieczny dla własnego dobra. Ograniczenie jego mocy mogło tylko przynieść dobre skutki.

A co, jeśli to jednak on jest Chłopcem, Który Przeżył – nie tylko tym, który odbił klątwę zabijającą Toma, ale zbawcą, którego potrzebujemy?

Albus pokręcił głową. Przepowiednia była przynajmniej pod tym względem dość oczywista. Zbawca pokona Toma "mocą, której Mroczny Pan nie zna". Harry nie miał żadnych mocy, przynajmniej w tej chwili, których Tom by nie znał, za to był w posiadaniu kilku, które były mu bardzo dobrze znane. Ograniczenie jego mocy nie przyniesie wojnie żadnej katastrofy, a może przynieść wiele dobra, ponieważ zmusi Harry'ego do myślenia przed zrobieniem czegokolwiek, co może rozwinąć w nim zdolność do miłości, zamiast obsesję wokół własnej mocy. W dodatku inne rodziny, zarówno świetliste jak i mroczne, nie będą się tak do niego garnąć.

Albus wiedział, że odpowiedzią na niebezpieczeństwo Voldemorta była miłość, a nie magiczna potęga. Musiała być. W ten właśnie sposób pokonał Grindelwalda.

Zwrócił się, po raz kolejny, do najnowszych listów, jakie otrzymał z Francji i Bułgarii.

Miał zamiar rozpraszać Harry'ego serią "odkryć" o tym, co oznaczało bycie vatesem. I jeśli to nie podziała...

Cóż, wtedy spróbujemy zwrócić jego uwagę na coś zupełnie innego.