A oto ostry rozdział, w którym nikt nie jest szczery.
Rozdział czternasty: Moje odpowiedzi mają pazury
Harry uznał później, że naprawdę nie miał nic wspólnego z tym, że tego dnia świat postanowił na chwilę kompletnie zwariować, nawet jeśli niektóre sytuacje nastąpiły jako konsekwencje tego, co zrobił. Przecież nie podjął świadomej decyzji, żeby tego akurat ranka, przy śniadaniu, mu kompletnie odbiło.
Zapytał tylko Dracona, czy jego tajemniczy projekt był w jakiś sposób związany z tym, czym się zajmował w zeszłym roku, kiedy Draco studiował przymuszenie, żeby zrozumieć, jaki wpływ miała na niego magia Harry'ego. Draco tylko spojrzał na niego spode łba.
– Może ci się to wydawać dziwne, Harry, ale nie wszystko w moim życiu obraca się wokół ciebie.
Harry skrzywił się i usiadł z powrotem na ławie. Myślał o tym, żeby się sprzeczać, zaprotestować, ale zadławiły go te same myśli, dzięki którym siedział cicho już od półtora tygodnia. Ufał Draconowi, ufał mu, że ten będzie z nim szczery względem spraw, które go dręczą. Skoro milczał, to znaczyło, że nie miał ochoty o tym rozmawiać. Gdyby Harry zaczął naciskać, to tylko by go tym rozzłościł.
Zmusił się do odwrócenia uwagi od Dracona i dzięki temu zobaczył jak potężna, biała sowa wlatuje do Wielkiej Sali. To było zaskakujące, ponieważ Hedwiga była jedyną śnieżną sową w szkole. Harry zagapił się i po chwili zorientował, że ten wspaniały, blady ptak, nie był jednak jego sową, a białozorem.
Okrążył stół Slytherinu, po czym obniżył lot i wylądował tuż przed nim. Pierze na jego piersi i brzuchu było wzburzone. Wystawił nogę, obracając głowę w stronę Vince'a, który wyciągnął rękę, żeby dotknąć jego ogona. Vince szybko się odsunął i podniósł ręce w geście poddania się.
Harry pokręcił głową i odwiązał list z nogi białozora. Był w kolorze jasnej czerwieni, więc wcale go nie zdziwiło, kiedy wyjec wybuchł mu przed twarzą. Co go zaskoczyło, był fakt, że nie rozpoznał wrzeszczącego na niego głosu.
– WYDAWAŁO NAM SIĘ, ŻE W TYCH CZASACH MINISTERSTWO BĘDZIE MIAŁO LEPSZĄ KONTROLĘ NAD DZIEĆMI! WYDAWAŁO NAM SIĘ, ŻE TAK POTĘŻNY CZARODZIEJ JAK TY, HARRY POTTERZE, BĘDZIE MIAŁ WIĘCEJ ROZSĄDKU I NIE ZNISZCZYŁBY SKARBU TAK STAREGO I ŚWIĘTEGO!
Harry zamrugał. Nie tylko nie rozpoznawał głosu, ale też nie miał pojęcia, o co mu chodzi. To było dziwne.
– POŻYCZYLIŚMY NASZ ARTEFAKT MINISTROWI KNOTOWI, ŻEBY TEN WYKORZYSTAŁ GO W SŁUŻBIE ŚWIATŁA! NIE MIAŁEŚ PRAWA ZNISZCZYĆ NASZEJ KULI TYLKO DLATEGO, ŻE WYDAWAŁO CI SIĘ, ŻE MINISTER CHCIAŁ ODEBRAĆ CI MAGIĘ! TA KULA ZOSTAŁA STWORZONA DO ODBIERANIA MAGII! CZY TY NIE MASZ ŻADNEGO WYCZUCIA? ŻADNEGO STYLU?
Harry uśmiechnął się. Już wiedział, od kogo pochodzi ten wyjec – od Starrise'ów, świetlistej rodziny, która pożyczyła Knotowi srebrną kulę, która starała się osuszyć go z magii. Wbił wzrok w wyjca i kiedy koperta skakała i rozkładała się ze złości, zauważył błysk pieczęci. Jasne, była stworzona w sposób, który nie był mu znany, ale wyglądała jakby mogła być pieczęcią świetlistej rodziny Starrise'ów: gruba połówka koła na dole, symbolizująca wschodzące słońce, którego promienie sięgały granic pieczęci, a pomiędzy nimi rozproszonych zostało pięć gwiazd.
Wyjec skończył i rozerwał się na kawałki. Harry pokręcił głową z rozbawieniem. Białozór pozostał na miejscu, patrząc na niego groźnie. Harry podniósł brew. To było zaskakujące. Większość sów, które przynosiły wyjce, od razu odlatywały, zdając sobie sprawę z tego, że adresat nie będzie w nastroju do pisania odpowiedzi.
– Bez odpowiedzi – powiedział białozorowi.
Potężny ptak syknął i podniósł jeden z pazurów, jakby chcąc go nim podrapać. Harry spokojnie odsunął dłoń z jego zasięgu i pomyślał chłodno, Ventus.
Podmuch powietrza zwiał białozora ze stołu. Ptak zdołał złapać równowagę kilkoma machnięciami skrzydeł i skorzystał z podmuchu, żeby się wznieść w górę, skrzecząc z potępieniem.
Harry wrócił do swojego śniadania, świadom zaciekawionych spojrzeń skierowanych w jego stronę i chociaż raz był nimi rozbawiony, a nie obrzydzony. Za bardzo był zajęty układaniem w głowie odpowiedzi dla Starrise'ów. Kiwnął głową, kiedy wymyślił odpowiednią kompozycję. Wyśle list Hedwigą, kiedy będzie miał wolną chwilę tego wieczoru.
– Nie jesteś zły?
Harry zamrugał i obejrzał się na Dracona. Ten chociaż raz oderwał wzrok od swojej książki i patrzył surowo na Harry'ego.
– Niespecjalnie – powiedział Harry. – Nie sądziłem, że będą na mnie tacy źli, a już na pewno nie spodziewałem się, że spróbują zrobić z tego taką scenę, ale jak już się człowiek angażuje w politykę, to trzeba się spodziewać, że prędzej czy później narobi sobie wrogów. – Przechylił głowę. – Czemu?
– Nie mieli prawa tego zrobić – powiedział Draco głosem chłodnym i niewzruszonym, na dobrą sprawę dokładnie takim samym, jakim ostatnimi czasy zwracał się do niego Snape. Harry skubnął zębami swoją wargę, zastanawiając się, czy nie powinien jakoś skomentować zmiany w zachowaniu Dracona. Wciąż ufał Draconowi i Snape'owi, wiedział, że ci będą przy nim, jeśli będzie ich potrzebował, ale miał wrażenie, że coś się musiało zmienić. Może jednak warto o to zapytać.
– Draco?
Draco spojrzał na niego, ale większość jego umysłu była najwyraźniej wciąż zajęta obrazą, jaką Starrise'owie zadali Harry'emu.
– Czy zrobiłem coś nie tak? – zapytał Harry. – Czy to dlatego ostatnio cały czas spędzasz na studiowaniu eliksirów, a za każdym razem, kiedy ze sobą rozmawiamy, to się kończy kłótnią?
Twarz Dracona ponownie się zasłoniła obojętną maską, a on sam podniósł z powrotem swoją książkę.
– Już ci powiedziałem, Harry – powiedział. – Nie wszystko w moim życiu obraca się wokół ciebie. Mogę się jednocześnie martwić o ciebie i o moje eliksiry. Może to do ciebie nie dociera, ale naprawdę jestem do tego zdolny.
Harry kiwnął głową.
– W porządku.
Zabolało go to trochę, ale szybko znalazł tę rankę i ją zaleczył. Draco po prostu chciał trochę czasu dla siebie. A Harry był przecież samolubny, uważając, że to musiało mieć jakiś związek z nim. Oczywiście, że nie musi. Powinien mu bardziej ufać. Jak do tej pory, za każdym razem, kiedy działo się coś, co mogło zniszczyć ich przyjaźń, ta i tak była w stanie to przetrwać, ba, więź między nimi stawała się potem jeszcze mocniejsza. Zaczeka więc, cierpliwie, póki Draco nie będzie znowu gotów z nim porozmawiać i da mu tylko znać, że jeśli będzie go potrzebował, to Harry będzie tuż obok, gotów mu pomóc.
Ruszył się, żeby wstać. Za kilka minut mieli obronę przed mroczną magią, a Harry i tak nie miał ochoty już kończyć swojego śniadania.
Grupa Krukonów minęła ich stół, rozmawiając wesoło. Harry kiwnął do Cho i kątem oka zobaczył lekki ruch. Odwrócił się w tym kierunku.
– Caeco!
Harry zareagował instynktownie na klątwę oślepiającą i rzucił przed siebie Protego, ale szybko wymienił je na Haurio. Zaklęcie tarczy odbiłoby zaklęcie, a Harry nie chciał, żeby ktokolwiek inny został oślepiony zamiast niego. Jadeitowa tarcza rozłożona wokół jego ręki zaabsorbowała klątwę i rozejrzał się, żeby zobaczyć, kto go przeklął.
Gorgon, dobrze zbudowany uczeń, którego spotkał kilka razy w zeszłym roku, kiedy ten dręczył Lunę, przepychał się przez grupę Krukonów. Łzy lały mu się po twarzy.
– Przez ciebie aresztowali mojego wujka, ty łajzo! – zawył na Harry'ego i podniósł różdżkę. – Petrificus Totalus!
Harry przetoczył się pod stołem, ponieważ zaklęcie poleciało tak nisko, że nie miałby czasu zabrać swojej ręki z drogi. Usłyszał kilka krótkich krzyków, a potem ktoś wyciągnął różdżkę i rzucił zaklęciem w swojej obronie. Harry skrzywił się. Nie chciał, żeby to się zamieniło w wojnę między Krukonami i Ślizgonami. Rozpacz Gorgona miała prywatne źródło w jego wujku, Galiamelu, więc taka właśnie powinna pozostać.
Ktoś zawył, ktoś inny zainkantował coś innego, wszystko to zanim Harry jeszcze zdążył wyjść spod stołu. Na szczęście Harry miał na końcu języka idealne zaklęcie. Nauczył się go na rok przed swoim przybyciem do Hogwartu, kiedy Lily ostrzegła go, że pewnego dnia może być zmuszony do przeprowadzenia osobistej walki z wrogiem, który nie był Voldemortem (ten był wyłącznie dla Connora). Zaklęcie, które mogło zapewnić jemu i jego przeciwnikowi prywatny pojedynek wydawał się wtedy idealny do opanowania.
Wstał i wyciągnął rękę w kierunku Gorgona.
– Privilegium!
Zaklęcie wybuchło wokół niego, ryjąc w kamieniu bardzo dokładne linie i wzbijając zalegający na podłodze kurz. Kosmyk czerwonego światła złapał Gorgona i przyciągnął go bliżej do Harry'ego. W międzyczasie zaklęcie skończyło tworzyć krąg do pojedynku i wypchnęło wszystkich poza jego obręb. Harry'emu przyszło go głowy, że to mogło być trochę nieuprzejme, ale przynajmniej nikt już się nie mógł wtrącić. Otoczyła ich kurtyna rozmazanego powietrza, unosząca się dokładnie nad wyrytym kręgiem i nie pozwalając nikomu zobaczyć tego, co się stanie w środku.
Harry kiwnął lekko zaskoczonemu Gorgonowi, po czym wyciągnął z kieszeni własną, cyprusową różdżkę. Pojedynek to pojedynek, stara, prywatna i święta sytuacja, w której powinno się używać różdżek, nawet jeśli do rzucenia pierwszego zaklęcia użył magii bezróżdżkowej.
– Gotów? – zapytał.
Gorgon się po prostu na niego gapił.
Harry wywrócił oczami i poczuł ukłucie gniewu i zniecierpliwienia na to, że Gorgon najwyraźniej nie był gotów pomścić swojego wujka. A może po prostu nie wiedział, co się dzieje?
– Pojedynkujemy się teraz – wyjaśnił Harry. – Nikt nie może się wtrącić. Wydawało mi się, że tak chyba będzie najlepiej. Dzięki temu nie skrzywdzimy przypadkiem nikogo innego.
Gorgon dalej tylko się gapił. W jego oczach pojawił się strach. Harry zmarszczył brwi i pokręcił głową. Czemu to w ogóle zaczął, skoro nie miał pewności, że doprowadzi to do końca?
Och. No tak. Pewnie go po prostu poniosło w tamtej chwili. No cóż, każdemu mogło zdarzyć.
Harry ponownie się ukłonił. Gorgon, choć wyraźnie wciąż oszołomiony, odpowiedział tym samym. Następnie wyciągnął różdżkę przed siebie, jakby desperacja dodawała mu odwagi.
– Tarantallegra! – wrzasnął.
Harry pozwolił, żeby zaklęcie go uderzyło i wykonał krótki taniec.
– Finite Incantatem – szepnął po chwili. To zakończyło zaklęcie, a on sam przyjrzał się Gorgonowi. Chciał zakończyć ten pojedynek, ale nie tak szybko. To by tylko dźgnęło dumę Gorgona, co oznaczałoby, że ten mógłby znowu zaatakować znienacka Harry'ego, tym razem zaklęciem, które mogłoby go w poważny sposób uszkodzić. Przeciągniemy to w takim razie o jeszcze jedną rundę. – Rictusempra!
Magia wystrzeliła z jego różdżki, poruszając się w sposób znajomy, ale jednocześnie obcy; Harry zorientował się, jak dziwnie było mu trzymać w takiej sytuacji różdżkę. Zaklęcie trafiło Gorgona, który zaczął się niekontrolowanie śmiać. Harry zamrugał. Był pewien, że szóstoroczny Krukon bez problemu zrzuci z siebie zaklęcie łaskotkowe.
Wyglądało jednak na to, że nie będzie w stanie tego zrobić i do Harry'ego wreszcie dotarło, że ten pojedynek nigdzie się nie wybiera. Urażona duma czy nie, Gorgon szybko przegrał.
– Finite Incantatem. Expelliarmus – wymamrotał zrezygnowany Harry, a różdżka Gorgona wyleciała z jego dłoni i podleciała do niego. Złapał ją i przyjrzał się jej przez chwilę. Dębowa, prawdopodobnie z piórem feniksa, jeśli dobrze osądzał czerwone iskry, które padły z jej końca, kiedy nią machnął. To była dobra różdżka.
Szkoda, że jej czarodziej nie jest jej wart.
Harry pokręcił głową i rzucił Gorgonowi jego różdżkę z powrotem, kiedy krąg pojedynku i zasłona prywatności drgnęły w chwili, w której jeden z pojedynkowiczów stracił swoją różdżkę, i rozpadły się. Ostatnimi czasy coraz częściej miewał takie myśli, zupełnie jakby jego złość na samego siebie w pokoju przesłuchań ministerstwa zniszczyła jakąś barierę, z której istnienia nawet nie zdawał sobie sprawy. Harry starał się ustawić ją z powrotem, ale ponieważ nie miał pojęcia, z czego była wcześniej zrobiona, z cierpliwości, wybaczenia, czy treningu, to sobie z tym nie bardzo radził.
Gorgon patrzył się na niego szeroko otwartymi oczami, przepełnionych przerażeniem, zgrozą i złością. Harry zacisnął krótko dłoń. A tobie się wydawało, że co się właściwie stanie, kiedy mnie zaatakujesz, idioto? Myślałeś, że się nie obronię?
Nie miał jednak czasu, żeby cokolwiek powiedzieć, ponieważ akurat wtedy Luna podeszła do Gorgona i spojrzała na niego swoimi wielkimi, srebrnymi oczami.
– Powinieneś był wetrzeć w swoją różdżkę sproszkowany róg chapaka – powiedziała. – Wtedy lepiej byś celował. – Pokręciła głową. – Właśnie dlatego przegrałeś. – Zerknęła na Harry'ego. – I właśnie dlatego wygrałeś.
Harry podniósł brwi. Nikt nie powinien być w stanie zobaczyć czegokolwiek przez kurtynę prywatności.
– Widziałaś co się stało, Luna?
– Można zobaczyć wiele rzeczy – powiedziała Luna z rozmarzeniem, po czym odwróciła się i poszła z powrotem do grupy Krukonów. Harry spojrzał na nich nerwowo, zastanawiając się, jak zareagują na to, że właśnie przeprowadził pojedynek z jednym z nich.
Cho podeszła gniewnie do Gorgona i przywaliła mu w łeb.
Gorgon poderwał ręce i pomasował się w tym miejscu.
– Cho! – jęknął.
– Mam cię serdecznie dość – powiedziała Cho, mrużąc oczy i marszcząc gniewnie twarz. Harry obserwował z fascynacją. Wyglądało na to, że podczas ataku Bellatrix Cho po prostu nie miała nawet czasu się rozzłościć. – Od pięciu dni bez przerwy gadałeś o tym, że chcesz się pojedynkować z Potterem, a kiedy wreszcie znalazłeś okazję, to zamiast z szacunkiem go poprosić o pojedynek, po prostu się na niego rzuciłeś i spróbowałeś w niego cisnąć klątwą oślepiającą? Wydawało mi się, że szukałeś informacji na temat tego zaklęcia ponieważ byłeś szczerze zainteresowany jego historią, a nie dlatego, że chciałeś go użyć na Harrym!
Zamknęła oczy i odetchnęła ostrożnie przez nos, po czym odwróciła się w stronę Harry'ego i pokręciła lekko głową.
– Przepraszam cię, Harry – powiedziała. – Nigdy bym mu nie pomogła w jego badaniach, gdybym wiedziała, do czego wykorzysta swoją wiedzę.
– Nic się nie stało, Cho – powiedział Harry, wciąż mocno zaskoczony faktem, że najwyraźniej ma w Ravenclawie jeszcze jedną przyjaciółkę poza Luną. Był przekonany, że asysta Cho będzie się do niego odnosiła tylko względem bransoletki długu życia. – Dziękuję.
Cho kiwnęła mu głową, po czym odwróciła się i wymaszerowała z Wielkiej Sali. Pozostałe dziewczęta z Ravenclawu wyszły razem z nią, pociągając z niesmakiem nosem, kiedy mijały Gorgona. Kilku chłopców zostało z tyłu i poklepało go po plecach, ale wyglądało na to, że głupio im przebywać w jego towarzystwie, więc szybko wybiegli za dziewczynami.
Gorgon stał tam tylko, wciąż zaskoczony wszystkim, ale ta chwila wystarczyła pozostałym ludziom na zorientowanie się, jakie szaleństwo właśnie odbyło się na ich oczach. Harry schował różdżkę z powrotem do rękawa i słuchał z rezygnacją jak Sala wybuchła wrzaskami ze stołów Gryffindora i Hufflepuffu, zagorzałymi kłótniami od strony stołu Ravenclawu i to, kto był w tym wszystkim naprawdę winny i głośnymi gratulacjami od strony stołu Slytherinu.
– Panie Potter.
Harry obejrzał się przez ramię i spróbował uśmiechnąć się pokornie do profesor McGonagall, która patrzyła na niego surowo.
– Przepraszam, pani profesor – powiedział.
Pokręciła głową, zaciskając mocno usta. Harry wiedział, że ma do niego słabość, ale właśnie użył magii na innym uczniu, a tego przecież nie mogła tolerować – zwłaszcza, że dobrze zdawała sobie sprawę z tego, o ile potężniejszy Harry jest od innych i z jaką łatwością mógł zakończyć ten "pojedynek" jednym zaklęciem.
Harry żałował teraz, kiedy McGonagall odwróciła się w stronę Gorgona, że tego jednak nie zrobił. Bez sensu starał się pomóc utrzymać dumę Gorgona, kiedy ten tak czy inaczej był gotów ją roztrzaskać w drobny mak.
– I pan Gorgon! Jestem panem wyjątkowo rozczarowana. Czemu próbuje się pan zemścić za to, że pański wujek został aresztowany za udział w porwaniu czternastoletniego czarodzieja? Czy naprawdę wydaje się panu, że zrobił coś słusznego?
– Był dobrym aurorem! – zawył Gorgon, kiedy te słowa najwyraźniej ściągnęły na niego złość. – Zwolniono go przez pomyłkę!
– A pan właśnie w jego imieniu popełnił kolejną – ogłosiła McGonagall surowo. – Ravenclaw traci trzydzieści punktów, panie Gorgon, a pan dostanie tydzień szlabanu. Z Argusem Filchem – dodała, sprawiając, że się wzdrygnął. – A pan, panie Potter...
Harry podniósł podbródek i spojrzał jej w oczy. Zobaczył jak te miękną na moment, ale McGonagall pokręciła głową i westchnęła z irytacją.
– Rzucenie zaklęcia prywatnego pojedynku było z pańskiej strony niesłychanie głupie i niebezpieczne, ponieważ nikt nie był w stanie interweniować – powiedziała cicho. – Pan, albo pan Gorgon, mogliby zostać poważnie ranni i nikt nie byłby w stanie wam pomóc. Slytherin traci trzydzieści punktów, a pan dostaje pięć dni szlabanu ze mną.
– Tak, proszę pani – powiedział Harry, ignorując jęk Pansy o tym, jakie to było niesprawiedliwe. Powinien był znaleźć lepszy sposób poradzenia sobie z sytuacją. Już wcześniej powinien był sobie z tym lepiej poradzić. Zmarszczył brwi i zastanawiał się, kiedy właściwie następował moment, który go skłaniał do takich przemyśleń.
– Czy pani też sobie życzy dostać szlaban, panno Parkinson? – zapytała McGonagall.
– Nie, pani profesor – powiedziała nadąsana Pansy.
– W takim razie proszę zapamiętać, że pan Gorgon i pan Potter znaleźli się przed chwilą w bardzo realnym niebezpieczeństwie – powiedziała McGonagall i odwróciła się, kręcąc głową. Harry wrócił do stołu Slytherinu, żeby zabrać stamtąd swoje książki.
– Harry.
Podskoczył, kiedy ktoś nagle złapał go w pasie i pociągnął do tyłu. Nikt nie dotykał go w ten sposób już od kilku tygodni i zdążył się już do tego przyzwyczaić. Pociągnął mocno i uwolnił się, zanim się zdążył zorientować, że to Draco go tak złapał. Odwrócił się płynnie.
Draco patrzył na niego z zaskoczeniem. Szybko jednak ukrył się z powrotem za maską, po czym odwrócił się, wrzucił swoje książki do torby i wyszedł.
Harry przymrużył oczy. No dobra, mam dość. Nie może być na mnie zły, jeśli spróbował tak mnie złapać i nie byłoby mu przykro, że się tak wyrwałem. Wyciągnę dzisiaj z niego jakieś odpowiedzi, nawet jeśli będę musiał na nim użyć zaklęcia prywatnego pojedynku.
Harry oparł się o ścianę sowiarni i odprowadzał Hedwigę wzrokiem, póki ta nie zniknęła z pola widzenia, radośnie niosąc ze sobą list przeznaczony dla Starrise'ów. Przez ostatnich kilka tygodni robiła się coraz bardziej nadąsana, obserwując jak Harry dostaje pocztę od ludzi, którzy go podziwiali, jak i od tych, którzy go nie lubili, podczas gdy ona sama nic nie robiła, mogła tylko polatać wokół stołu w czasie śniadania i otrzymać coś dobrego z talerza Harry'ego. Wyglądało na to, że rodzina Starrise mieszka dość daleko, ale to jej zdawało się tylko dodać determinacji.
Harry wysłał bardzo uprzejmy list, dziękując Starrise'om za wyjaśnienia względem zniszczonej kuli. Zapytał, którego artefaktu powinien użyć następnym razem, kiedy będzie chciał, żeby coś odebrało mu magię i przeprosił za brak gustu okazany odrzuceniem tego, co najwyraźniej było dla niego najlepsze. Zapytał, czy mógłby ich odwiedzić, żeby mogli mu pokazać więcej takowych artefaktów.
Nie będą w stanie znaleźć nawet jednego nieuprzejmego słowa czy zdania, tak samo jak błędów gramatycznych, ale to nie powstrzyma sarkazmu od unoszenia się nad stroną. Harry żałował, że nie ma lustra, które pozwoliłoby mu na wgląd do ich domu, bo chciał zobaczyć minę osoby, która przeczyta ten list. Nie wiedział nawet, kto go otrzyma, para, czy matrona rodu, czy może ktoś jeszcze inny.
Zaczął się odwracać i zamarł. Ktoś stał przy wejściu do sowiarni. Harry czuł jak pulsująca magia naciska mu na kręgosłup i łaskocze mu skórę.
Co więcej, nie wyczuł jej wcześniej, ponieważ dobrze ją znał i jej ufał.
Odetchnął lekko.
– Właśnie miałem sam cię poszukać, Draco. Jesteś już gotów, żeby ze mną porozmawiać?
Draco warknął lekko, po czym wszedł do sowiarni. Harry odwrócił się, nie ruszając się ze swojego miejsca pod ścianą. Skrzyżował ręce na piersi, przemyślał to ponownie, ale nie opuścił ich. Draco może uznać, że w ten sposób Harry jest dla niego mniej dostępny i, cóż, Harry dokładnie tak się teraz czuł. Obserwował z przymrużonymi oczami, jak Draco podchodzi do niego. Jego twarz była blada poza dwoma punktami przy jego kościach policzkowych, a jego dłonie drżały nerwowo, jakby brakowało im jego książki.
– Prawie dzisiaj zginąłeś, Harry – zaczął Draco.
– Nie, wcale nie – powiedział Harry. – Gorgon jest magicznie znacznie słabszy ode mnie i nawet, gdyby mnie trafił klątwą oślepiającą, to przecież by mnie tym nie zabił.
Twarz Dracona niespodziewanie zalała się rumieńcem.
– To niedorzeczne! – krzyknął. – Jak... jak możesz tak po prostu stać i mówić tak lekceważąco o własnym życiu? To jest głupie i ja się na to nie zgadzam!
Harry przymrużył oczy. Ciężko pracował nad opanowaniem swojego temperamentu, naprawdę, ale słowa niemal kłuły go w policzki, błagając, by je wypuścić.
Odetchnął powoli, zmuszając się do uspokojenia. Złe rzeczy się działy kiedy się denerwował. Wspomnienie Umbridge i czarnego węża mignęło mu przed oczami. Skrzywił się. Nie, nie dopuści do tego, żeby to się więcej powtórzyło. Poza tym, słowa Dracona miały sens. Zawsze się martwił o życie Harry'ego, a dzisiejszy atak Gorgona wszystkich zaskoczył. A potem przecież Harry odsunął się od niego, kiedy próbował go pocieszyć. Oczywiście, że tak się teraz czuje.
Skoro tak, to powinien wreszcie dorosnąć.
Harry usiadł na tej myśli. Na nic by mu się teraz nie przydała.
– No dobrze, Draco, przepraszam – powiedział, podnosząc dłoń. – Tak, masz rację, podchodzę do tego naprawdę lekceważąco. Ale zaatakował mnie z żalu, więc postarałem się mu dać to, czego chciał, aranżując prywatny pojedynek, w czasie którego mógł wyżyć na mnie swoją złość. Nie podziałało. Tak, powinienem był pomyśleć o czymś innym, zrobić coś innego.
– No i czemu się po wszystkim ode mnie odsunąłeś? – zażądał Draco.
Harry zamrugał na tę zmianę tematu, ale szybko odpowiedział.
– Zaskoczyłeś mnie.
– Ale przecież ja cię cały czas tak łapię. – Głos Dracona miał w sobie lekki warkot. Teraz i on miał skrzyżowane na piersi ręce. Harry zerknął na jego dłonie. Póki Draco nie sięgnął po różdżkę, ta sprzeczka była znacznie mniej poważna niż mogłaby być. Harry powinien o tym pamiętać. – Powinieneś był się już przecież do tego przyzwyczaić.
Harry miał złą reakcję na słowa "powinieneś był". Przypomniał sobie, po raz kolejny, że Draco jest na niego zirytowany i był już od kilku ostatnich tygodni. Tego rodzaju rozmowa była dla nich typowa ostatnimi czasy. Nie miał prawa być zły na Dracona za coś, co rozumiał.
Chociaż wciąż nie rozumiem, co takiego zrobiłem, że tak kompletnie straciłem jego zainteresowanie.
Harry pokręcił głową, zarówno w odpowiedzi na to, co powiedział Draco, jak i wobec swoich nieostrożnych myśli.
– Odzwyczaiłem się – mruknął – bo nie robiłeś tego już od jakiegoś czasu.
Draco wyglądał na szczerze zaskoczonego. Harry zamrugał. Czyżby jemu też umknęło, że nie dotykał Harry'ego tak często jak zwykle?
Po chwili twarz Dracona zamknęła się w tym znajomym sposobie, którego Harry powoli zaczynał nienawidzić.
– Skrzywdziłeś mnie, wiesz – powiedział. – Tym wszystkim, co powiedziałeś dzisiaj przy śniadaniu. Czemu zakładasz, że moje badania mają jakikolwiek związek z tobą?
Wcale tego nie powiedziałem. Nie o to mi chodziło.
Ale kiedy Harry zaczął o tym myśleć, to przyszło mu do głowy coś tak nieprzyjemnego, że aż się skrzywił. Ile czasu i uwagi Draco mu poświęcił, a ile Harry poświęcił mu w zamian? Odpowiedzi były nieprzyjemne. Harry przyzwyczaił się do myślenia o Draconie jako o kimś, kto zawsze jest przy nim, ale sam myślał o byciu vatesem, swoich sojusznikach, Connorze, jak miałby się teraz pogodzić ze swoim ojcem, co tym razem może kombinować Dumbledore, nawet o Snape'ie myślał częściej niż o Draconie.
No to może w tym właśnie sęk, może dlatego właśnie jest taki zły na mnie. Zaoferuję mu, że będę spędzać z nim więcej czasu, zobaczymy, czy to podziała.
Harry rozłożył lekko ręce.
– Wiem – powiedział. – Przepraszam. Czy to o to ci chodzi, Draco? Jesteś zły o to, że nie myślę o tobie tak często, jak ty myślisz o mnie? – Przeczesał ręką włosy. – Naprawdę mi przykro z tego powodu. Mam nadzieję, że uda mi się to ci jakoś wynagrodzić. Naprawdę za tobą tęsknię. Jesteś moim przyjacielem i powinienem to uszanować.
Jeszcze mniej przyjemnie się poczuł, kiedy zorientował się, że nie myślał o Draconie na tyle poważnie, jak najwyraźniej Draco myślał o nim, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę to, jak długo mu zajęło zorientowanie się, że to właśnie może być problemem. Harry nie ruszyłby za Draconem, gdyby ten usiadł wśród Gryfonów, nie spróbowałby go zmusić do powrotu do stołu Slytherinu. Może tak właśnie powinien się zachowywać? Może tego właśnie oczekiwał od niego Draco?
Podniósł wzrok, żeby zobaczyć, czy na twarzy Dracona nie nastąpiły jakieś zmiany i zobaczył, że jego mina jest wciąż chłodna i nadąsana.
– Powiedziałem ci już – powiedział Draco, a każde jego słowo spadało w ciszy niczym młot na szkło. – Nie wszystko, o czym myślę, wierzę czy czuję ma jakiś związek z tobą.
Złość Harry'ego pochłonęła go tak szybko, że aż sam był tym zaskoczony. Przyszedłeś do sowiarni, żeby się ze mną zobaczyć, ty idioto! Oskarżyłeś mnie, że niewystarczająco się martwię o własne życie! Jeszcze nie tak dawno niechętnie patrzyłeś na każdego, kto się do mnie zbliżył. A teraz oczekujesz, że się tak po prostu domyślę co jest z tobą nie tak, kiedy nie chcesz mi nawet żadnej wskazówki?
Przymknął oczy i przełknął te słowa. Nie mógł ich powiedzieć, zwłaszcza teraz, kiedy już był pewny, że Draco chciał po prostu, żeby go zostawić w spokoju. To by było naciskanie, zmuszanie, a Harry nie chciał brzmieć, jakby żądał od Dracona, żeby ten wrócił do niego i był jego przyjacielem. Nie miał też żadnego prawa czegokolwiek od niego wymagać. Jak wiele Draco zrobił dla niego przez te lata? Naprawdę wiele. To znaczyło, że jeśli teraz chciał prywatności i czasu, żeby pomyśleć nad swoimi badaniami, to Harry powinien mu je podarować i to właśnie miał zamiar zrobić.
– Przepraszam – powtórzył Harry. – Po prostu najwyraźniej nie potrafię tego zrozumieć. – Uśmiechnął się, ale Draco nie odpowiedział tym samym i Harry poczuł, jak mina mu rzednie. – Przepraszam – powiedział znowu. – Zostawię cię teraz w spokoju. Jeśli później będziesz chciał ze mną porozmawiać, daj mi znać. Chętnie wysłucham wszystkiego, co ci chodzi po głowie.
Ruszył w stronę schodów sowiarni, ostrożnie omijając Dracona, żeby go nie dotknąć. Naprawdę miał to na myśli. Tęsknił za tym, jak czasami Draco traktował jego przemyślenia z wyższością, traktując je, jakby nie były warte jego czasu, jego spontanicznych uwag o głupocie Gryfonów, nawet jego sarkazmu wobec Connora. To może było dziwne, tęsknić za czyimiś złymi cechami, ale wyglądało na to, że to go właśnie męczyło.
Harry dotarł do schodów, kiedy ramię Dracona nagle pojawiło się przed nim, zagradzając mu przejście. Harry zamrugał i odwrócił głowę.
– Nie powiedziałem, że możesz sobie pójść... – zaczął Draco w tym swoim tonie wywyższającej się pewności siebie.
Złość przebiła się przez bariery Harry'ego.
– Nie potrzebuję twojego jebanego pozwolenia na wyjście stąd – powiedział, głosem o kilka tonów niższym od tego, którym się odzywał jak był spokojny. – Powiedziałeś, że nie spędzasz każdej wolnej chwili na myśleniu o mnie i to rozumiem. Zasługujesz na swoje własne... nie wiem, nazwij to jak chcesz. Swoje własne życie. Czas. Ale nie będziesz w imię tego mną pomiatał.
– A ja myślałem, że jesteś moim przyjacielem.
Harry warknął. Czuł, jak jego magia wzbiera i wiedział, że nie będzie w stanie jej stłamsić, bo ta po prostu wybuchnie i narobi wielu niefortunnych szkód, kiedy jest taki zły. Wskazał prawą ręką i kula błękitnego światła minęła Dracona i wżarła się w ścianę. Harry skupił się na wyrzeźbieniu złowieszczej paszczy gargulca, pilnując, żeby przypadkiem nie spojrzeć na Dracona. Draco w tej chwili naprawdę niebezpiecznie go denerwował.
– Draco – powiedział, kiedy wreszcie uznał, że jest w stanie kontrolować swój głos i nie zacząć od wrzasku. – Wydawało mi się, że wiem, co jest nie tak. Teraz mam wątpliwości, a ty nic mi nie chcesz powiedzieć.
– Powinieneś wiedzieć. – Draco ponownie założył ręce na piersi. – Gdybyś naprawdę był moim przyjacielem, to byś wiedział.
Harry odwrócił głowę w jego stronę. Wiedział, że w oczach płonie mu ogień. Zobaczył, jak oczy Dracona otwierają się szeroko, a on sam się na niego zagapia. Nie obchodziło go to.
– Pierdol się, Draco – powiedział. – Wydawało mi się, że jak ktoś mnie zna, to wie o mnie przynajmniej tą jedną, podstawową rzecz. Nienawidzę, jak ktoś gra ze mną w gierki umysłowe. Nienawidzę manipulacji. To jest jedyne, czego nigdy mi do tej pory nie zrobiłeś. Och, jasne, manipulowałeś długami życia i prawami Slytherinu, ale nigdy nie spróbowałeś mi wejść do głowy i zrobić mi z moich myśli sieczki. Byłbym wyjątkowo wdzięczny, gdybyś i teraz się od tego powstrzymał.
Draco mrugnął powoli.
– Przecież już ci powiedziałem, Harry – powiedział wreszcie. – To ciebie w żaden sposób nie dotyczy.
– A ja ci coś, kurwa, nie wierzę – powiedział Harry, po czym odwrócił się i zbiegł ze schodów. Zaraz miał szlaban z McGonagall, więc nie mógł wyjść na boisko, polatać, ale miał nadzieję, że da mu coś wyjątkowo upierdliwego do zrobienia, na przykład wyszorowanie wyjątkowo upartej plamy. Tylko w ten sposób byłby w stanie uspokoić swoją magię.
Poczucie winy narastało w nim jeszcze w drodze na dół. Mogłeś sobie z tym jakoś lepiej poradzić. Mogłeś po prostu stamtąd wyjść. Nie powinieneś był pozwalać sobie na złość.
Harry zamknął oczy. Kiedy dotarł do biura McGonagall, był już całkiem spokojny. Poczucie winy wchłonęło złość.
Draco oparł się o ścianę sowiarni, zagapił się na pysk, który wyrzeźbił Harry i zadrżał. Czasami zapominał, jak potężny jest Harry, przynajmniej dopóki nie zobaczył jego magii w akcji. Zaklęcie do pojedynków nie było szczególnie imponujące, zwłaszcza, że odcięło go od wszystkiego, co mogło zajść w środku, ale do wyczucia mocy i zapachu róż zaskakująco łatwo można się było przyzwyczaić.
Co w żaden sposób nie koiło jego złości na Harry'ego.
Czy do niego nie dociera, że to jest dla mnie ważne? Czemu nie może się tym po prostu zainteresować i mnie wspierać? Czemu nie może po prostu być dla mnie przyjacielem, czemu to zawsze ja muszę być jego przyjacielem? No i czemu ciągle naciska o to i pyta, kiedy ja nie mam ochoty mu o czymkolwiek mówić? Przecież nie ma prawa mi rozkazywać. Nikt nie ma prawa mi rozkazywać, o ile sam im na to nie pozwolę. No i czy on tego się czasem właśnie nie bał? Rozkazywania ludziom?
Najwyraźniej nie.
Draco odetchnął tak głęboko jak tylko mógł i wyprostował się. Musiał zbadać swoich przodków w trzynastym wieku. Powinien do tego wrócić. Płonąca ambicja ciągnęła go w kierunku biblioteki nawet teraz.
Pewnego dnia, jak już będę na końcu tej ścieżki, Harry będzie musiał zobaczyć mnie dokładnie takim, jaki jestem – równie potężnym i wartym tyle, co on.
