Rozdział piętnasty: Jeszcze tego pożałuje
Snape ostrożnie zanurzył końcówkę swojego pióra w białawym eliksirze. Zaczekał, aż ciecz do niej przylegnie i był gotów napisać swój list do Jamesa Pottera. Kiwnął głową i usiadł, żeby się zabrać do komponowania.
Potter,
Prawdopodobnie wydaje ci się, że mnie w ten sposób pokonasz, że zdołasz odebrać mi Harry'ego w legalnej walce. Poprosiłbym cię, żebyś wyjrzał zza swojej odruchowej nienawiści i dziecięcych uprzedzeń, ale podejrzewam, że równie dobrze mógłbym kazać mugolowi latać na miotle. Dlatego też pojawię się na tym prywatnym spotkaniu, z nadzieją, że być może bezpośrednie zmierzenie się z efektem swojego zdziecinnienia wywrze na tobie jakiś efekt.
Profesor Severus Snape
Snape skończył pisać i przyjrzał się końcówce swojego pióra. Tak, atrament wysechł, a wraz z nim eliksir. Przejechał palcem po brzegu pergaminu i na jego ustach pojawiło się coś, co w żadnym razie nie było uśmiechem. Wyciągnął z kieszeni przygotowany wcześniej pędzelek, zanurzył go w eliksirze i w ten sposób pomalował brzegi pergaminu, ostrożnie, patrząc jak ten szybko schnie. Bez względu na to, jakby Potter nie złapałby listu od Snape'a, zaabsorbuje przez palce chociaż odrobinę eliksiru.
Snape odwrócił się i rzucił wzrokiem na pozostałe eliksiry. Przezroczysty wciąż nie był gotowy i nie będzie jeszcze przez jakiś czas. Eliksir z unoszącą się na nim świeczką zalśnił i zabulgotał. Snape przyjrzał mu się uważnie i kiwnął głową. Tak, to zajmie jeszcze kilka dni, ale ostatecznie miał kilka dni. Spotkanie z Potterem i Knotem miało się przecież odbyć dopiero w czasie równonocy jesiennej.
Złożył swój list do Pottera, wsunął go do koperty, po czym ruszył w kierunku sowiarni, żeby znaleźć sowę, którą wyśle do Lux Aeterny. W międzyczasie jego emocje wiły się radośnie głęboko pod zimną i kłującą powierzchnią.
Potter był głupi, że to zrobił, a jeszcze głupszym zagraniem było wysłanie mi listu na tak długo przed samym spotkaniem. Jeszcze tego pożałuje.
Napyta sobie takiej biedy, że wielu rzeczy pożałuje.
Harry zacisnął przed sobą pięści, walcząc ze swoim temperamentem. Już i tak musiał opuścić śniadanie, bo był tak wściekły, że znalazł się o krok od wysadzenia połowy naczyń przy stole Slytherinu. Jeśli się zaraz nie uspokoi, to się spóźni na transmutację, ale w tej chwili go to niespecjalnie obchodziło. Był tak strasznie zły na swojego ojca, że aż mu dech w piersiach zapierało.
Jak on mógł mi to zrobić?
James przecież musiał sobie zdawać sprawę z tego, że jeśli chciał poprawić swoje stosunki z Harrym w jakimkolwiek stopniu, to powinien unikać dokładnie tego typu zagrań. Przecież wiedział, że Harry nie chce takiego przeciągania liny między nimi. Wiedział, że Harry chciał, żeby Snape dalej był jego prawnym opiekunem, nawet kiedy sam przebywał w Lux Aeternie. Czemu teraz? Co się takiego stało, że nagle zmienił zdanie?
Harry zamrugał i poderwał głowę, kiedy ktoś przeszedł obok jego kryjówki, którą była niewielka alkowa na drugim piętrze. To był Snape, szedł w kierunku lochów. Harry nie był pewien, ale miał wrażenie, że twarz jego mentora była jakaś bardziej zrelaksowana niż zwykle, w dodatku w kącikach jego ust znajdował się delikatny, pełen wyższości uśmieszek. Może przed chwilą przyznał komuś szlaban? Jeśli tak, to Harry naprawdę nie chciał mu się narzucać z nowinami o liście i psuć jego dobrego humoru, ale Snape też był zaproszony i Harry musiał się upewnić, że się pojawi na spotkaniu. Nie ufał sobie na tyle, żeby przebywać w zamkniętej przestrzeni z Jamesem i tylko jedną obcą osobą, prawdopodobnie Madam Shiverwood.
– Proszę pana – zawołał, wychodząc na korytarz.
Snape zatrzymał się i odwrócił w jego kierunku, a jego uśmieszek zniknął. Harry po raz kolejny zobaczył spokojną, chłodną, profesjonalną minę, z którą miał do czynienia już od kilku tygodni. Ostatnim razem, kiedy Snape wydawał się w jakikolwiek sposób normalny, był wtedy, kiedy pouczał Harry'ego o bezmyślnym używaniu mrocznych zaklęć. Chociaż nie, już nawet wtedy był dziwnie cichy. Harry zawahał się.
– Co się stało, Harry?
Przynajmniej wciąż się do mnie zwraca po imieniu, nawet jeśli robi to z wyraźnym wysiłkiem. Harry postanowił pójść za ciosem.
– Ten list, proszę pana – powiedział, pokazując go. – Departament magicznej rodziny i praw dziecka napisał do mnie, że odbiera panu prawa do opieki i przekazuje je...
– Potterowi – powiedział Snape, a w jego głosie pojawiły się odruchowe, śladowe ilości znajomej kpiny. – Tak, wiem. Twój ojciec wysłał do mnie list, w którym się o tym przechwalał.
Harry skrzywił się.
– Naprawdę? Przepraszam pana za to. Ale co z tym zrobimy? Ministerstwo chyba nas nie posłucha, jeśli im tak po prostu powiem, że chcę zostać z panem.
– Już się tym zająłem. Nie martw się.
Harry milczał przez chwilę.
– Ja... proszę tego źle nie zrozumieć, ale jak? – Bez problemu był w stanie sobie wyobrazić niektóre rzeczy, które Snape byłby gotów zrobić jego ojcu, gdyby tylko dać mu okazję. Na przymuszeniu raczej by się nie skończyło.
– Nie mam ochoty ci tego teraz wyjaśniać – powiedział Snape. – Jak zobaczysz efekty, to zrozumiesz. Dość powiedzieć, Harry, że jesteś dobrze chroniony nawet, jeśli nie zdajesz sobie z tego sprawy. – Odwrócił się i ponownie ruszył w kierunku swojego gabinetu.
– Proszę pana! Proszę poczekać.
Snape obejrzał się na niego z lekkim zniecierpliwieniem.
– Co znowu? Obiecuję ci, Harry, naprawdę się tym zająłem. Efekt będzie obejmował nic więcej jak odrobinę zażenowania.
Harry pochwycił wreszcie słowa, których mu wcześniej brakowało.
– Nie o to chciałem zapytać, proszę pana. Ja... czemu pan się ostatnio zrobił taki oziębły? – Może to nie był najlepszy dobór słów, ale tylko to przychodziło Harry'emu do głowy. Snape przypominał mu samego siebie, kiedy zimna furia złapała go w kleszcze pod koniec drugiego roku. Nie potrafił sobie wyobrazić powodu, dla którego Snape miałby się sprowadzać do takiego stanu, zwłaszcza, że sam mu często powtarzał, że takiego rodzaju lodowata złość jest wyjątkowo niebezpieczna. – Zmienił się pan i nie rozumiem dlaczego.
Snape pochylił głowę.
– Takie wywarło na mnie efekt niebezpieczeństwa, w których się znajdowałeś – powiedział beznamiętnym głosem. – Wreszcie do mnie dotarło, że na nic ci się nie przydawałem, kiedy za każdym razem panikowałem, albo pojawiałem się za późno, żeby móc w jakikolwiek sposób pomóc. Dlatego właśnie chcę cię nauczyć jak możesz się sam bronić, chcę się upewnić, że jesteś bezpieczny i chroniony w obliczu czyhającego niebezpieczeństwa. Ten chłód to po prostu próba racjonalnego myślenia o każdej sytuacji, zastąpiła po prostu wściekłość, jaką czułem wobec każdego kolejnego wroga.
– Och – powiedział Harry. Nie miał pojęcia, co mógłby na to odpowiedzieć. Nabrał tchu i postanowił zahaczyć o coś innego. – A wie pan może, co się stało Draconowi? Wciąż się czasami do mnie odzywa, ale większość czasu mnie ignoruje, a wczoraj w sowiarni strasznie się pokłóciliśmy.
Snape przymrużył oczy.
– Czemu nie zapytasz o to młodego pana Malfoya?
– Zapytałem – powiedział Harry. – Powiedział, że nie chce mi powiedzieć.
Snape wzruszył ramionami.
– W takim razie sugeruję, żebyś zostawił tę sprawę w spokoju – powiedział. – Harry, ludzie czasami potrzebują od siebie nawzajem odpocząć, a twoja relacja z panem Malfoyem niepokoiła mnie już od jakiegoś czasu. Tak na dobrą sprawę, to nie była tak do końca przyjaźń. On zaczynał mieć na twoim punkcie obsesję, a ty maniakalnie pragnąłeś go przed wszystkim chronić. Być może tego właśnie w tej chwili najbardziej potrzebujecie, serii niewielkich kłótni i czasu z dala od siebie, co w ostatecznym rozrachunku pozwoli wam zostać lepszymi przyjaciółmi.
Harry zamrugał i przełknął ślinę. Taka możliwość w ogóle nie przyszła mu do głowy. Od wczoraj zdawał sobie sprawę z tego, że on i Draco nie byli sobie równi pod względem tego, co sobie nawzajem dawali i otrzymywali, ale cała sytuacja sprawiła, że zrobił się tak nieszczęśliwy, że nie spodziewał się, że tego rodzaju rozstanie może być czymś dobrym, albo że Snape by to pochwalał.
– Och – powiedział znowu, po czym kiwnął do Snape'a. – Dziękuję, że mi pan o tym powiedział.
Odwrócił się i ruszył szybko przed siebie, po czym przyśpieszył jak tylko Snape znalazł się poza zasięgiem wzroku. Teraz to już na pewno ominie go transmutacja, ale i tak skręcił w kierunku pokoju wspólnego Slytherinu, wiedząc dobrze, że ten teraz będzie kompletnie pusty. To była tylko jedna opuszczona lekcja, po prostu dostanie kolejny szlaban z McGonagall. Ten wczorajszy, układanie książek do transmutacji w kolejności alfabetycznej, nawet nie był taki zły.
A on w tej chwili naprawdę potrzebował trochę czasu dla siebie, żeby pomyśleć w spokoju.
Snape odprowadzał Harry'ego wzrokiem, mrużąc lekko oczy.
Chłopiec jest zaniepokojony. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że tak mocno uderzy go nawet czasowa utrata Draco.
Wreszcie Snape pokręcił głową.
Nie było innego wyjścia. Draco potrzebuje odwrócenia uwagi, co więcej, potrzebuje jakichś zainteresowań poza Harrym, czegoś, co doprowadzi do nawiązania normalnych, prawdziwych przyjaźni i rozwinięcia prawdziwej pasji, która nie będzie się wiązała w jakiś sposób z jego zauroczeniem. Nikt nie będzie w stanie się w to wtrącić. Nie miałem innego sposobu, żeby się upewnić, że to zadziała.
A Harry nigdy więcej by się do mnie nie odezwał, gdyby się dowiedział, że użyłem przymuszenia. Nie mogę powiedzieć mu prawdy.
Podjął swoją wędrówkę w kierunku lochów kiedy już był pewny, że nie natknie się na Harry'ego. W tej chwili chłopcu może być przykro, ale pod koniec wyjdzie z tego silniejszy. Harry nie raz powtarzał, że nie chce przyjaciół, których życie obraca się wokół niego przez przymuszenie. To, że stan Dracona nie miał nic wspólnego z magią Harry'ego nie miało żadnego znaczenia. To było jak przymuszenie, w dodatku niszczyło wolność Dracona, a do tego Snape nie mógł dopuścić u żadnego ze swoich podopiecznych.
Utopił swoje zmartwienia w chłodnym poziomie swojego umysłu i uśmiechnął się krzywo. Miał klasę trzeciorocznych Krukonów i Puchonów do sterroryzowania.
– Ventus dirus – szepnął Harry kamiennej ścianie, a ta odsunęła się na bok, wpuszczając go do pokoju wspólnego Slytherinu. Był pusty, zgodnie z przewidywaniami. Harry zawahał się i przez chwilę rozważał oklapnięcie na stojący przy kominku tapczan, żeby przeprowadzić swoje rozmyślania ze wzrokiem wbitym w płomienie.
Pokręcił jednak głową i udał się do sypialni chłopców z czwartego roku. Nie chciał, żeby ktoś mu przeszkodził, wchodząc na chwilę po zapomnianą książkę czy pracę domową. A już na pewno nie miał ochoty na odpowiadanie na czyjeś zdawkowe pytania.
Otworzył drzwi do swojego pokoju i kiwnął z satysfakcją głową. Pokój był chłodny i ciemny. Harry podszedł do swojego łóżka, wdrapał się na nie i zaciągnął za sobą zasłony. Następnie położył się na plecach i wbił wzrok w zwieńczenie baldachimu.
Nie myślał. Teraz nastąpił czas na myślenie, a nie po prostu reagowanie.
Harry założył ręce za głową, zamknął oczy i zadał sobie pierwsze pytanie: Kiedy Snape i Draco zaczęli się dziwnie zachowywać?
Znał odpowiedź, tak długo, jeśli liczyć dziwne zachowanie Dracona, kiedy ten próbował zmusić Harry'ego do przeniesienia się z nim do stołu Slytherinu pierwszego dnia szkoły, a nie tylko ten moment, w którym zaczął czytać tę starą księgę eliksirów. Nawet dzień wcześniej Draco zajadle starał się go przed wszystkim chronić, mimo, że wszystko, co tego dnia zrobili razem przed atakiem Bellatrix Lestrange, było grą w eksplodującego durnia, odganianiem się od kolejnych sów, które starały się dostarczyć listy Harry'emu i rozmową o nadciągającym roku szkolnym. Tego samego dnia Snape zrobił się osobliwie chłodny, już podczas swojego kazania na temat Bellatrix i Sectumsempry.
No dobrze, w takim razie drugie pytanie: Dlaczego zaczęli się tak dziwnie zachowywać? Co takiego Harry mógł zrobić, że się zaczęli wobec niego tak odnosić? Co zrobił inaczej?
Na to również łatwo znalazł odpowiedź, kiedy się nad tym chwilę zastanowił.
Podczas spotkania w gabinecie Scrimgeoura wziąłem ich za absolutny pewnik. Mogłem podzielić się z nimi prawdą zanim wyjawiłem ją moim sojusznikom, ale tego nie zrobiłem. Zasługiwali na to, żeby usłyszeć to na osobności. Zrobili dla mnie więcej niż ktokolwiek na świecie. A ja prawie na nich nie spojrzałem w czasie tego spotkania, jakbym spodziewał się, że tylko kiwnął głową i będą się słuchać wszystkiego co powiem.
Jak wiele jeszcze okazywałem tą nieświadomą arogancję? Draco traktowałem tak już od lat, teraz to widzę. Mam jednak wrażenie, że wreszcie udało mi się przekroczyć ich granicę tolerancji. Rozzłościłem ich, biorąc ich za pewnik. W dodatku cały czas pakuję się w różne niebezpieczeństwa, co, jak już zauważył Snape, pewnie tylko wzmocniło w nich poczucie, że ich nie doceniam. Nie ufałem im nawet na tyle, żeby zabrać ich ze sobą, kiedy skonfrontowałem się z moimi przeciwnikami.
Harry poczuł jak oddech mu przyśpiesza. Sugestia tego, że może na dobre utracić prawnego opiekuna i swojego najlepszego przyjaciela, w dodatku przez własne niedopatrzenie, wystarczyła, żeby w oczach zalśniły mu łzy. A kiedy ten pomysł zaczął wirować z innymi myślami o wszystkim tym, co musiał osiągnąć – obowiązki vatesa, stawienie czoła swojemu ojcu i jakimś cudem zachowanie Snape'a jako prawnego opiekuna, to całe polityczne zamieszanie z ministrem, uczenie Connora jak być dobrym przywódcą, nauka magii defensywnej i ofensywnej, negocjacje z sojusznikami – to w piersi zaczęła mu się ściskać spirala paniki. Jak on to ma wszystko w ogóle ogarnąć? Jak niby będzie w stanie to wszystko udźwignąć i nie upaść pod tym ciężarem?
Dasz sobie radę. Przecież wiesz, że tak. A skoro wiesz już, co jest nie tak z Draco i Snape'em, to wiesz też jak to rozwiązać.
Harry kiwnął płytko głową, nawet jeśli nie było wokół nikogo, kto mógłby to zobaczyć. Ostatnimi czasy działał przede wszystkim pod wpływem swoich emocji: arogancji, krzywdy, ślepego gniewu. Ale wiedział przecież, jak je ominąć. Przecież robił to całymi latami, odkąd zdał sobie sprawę, że jego brat kiedyś może zginąć, jeśli nie będzie dość ostrożny. Tylko dlatego, że miał teraz więcej ludzi do uratowania, to powinien wynieść z tego więcej szczęścia, że jest odpowiedzialny za utrzymywanie przy życiu i ochronę, a nie załamywać się pod tym ciężarem.
Dasz sobie radę. Możesz poprawić rezultaty własnych błędów. Pamiętasz tę determinację, która cię kiedyś napędzała, kiedy już byłeś gotów przestać się uczyć zaklęć, od których w pewnej chwili mogło zależeć życie Connora? Przyzwij ją z powrotem. Od jakiegoś czasu koszmarnie ją zaniedbywałeś. Ale teraz, dzięki niej, będziesz w stanie stanąć prosto, kiedy te ciężary wiszą ci na ramionach. Żadne z nich nie spalił żadnych mostów. To były błędy, ale popełniłeś je, nie zdając sobie z tego sprawy, albo dlatego, że w danej chwili zdawały się być najlepszym możliwym wyjściem z sytuacji. To powinno sprawić, że jeszcze chętniej podejdziesz do ich naprawy, prawda?
Harry poczuł, jak jego oddech się uspokaja. Łzy wycofały się z kącików jego oczu. Zagapił się znowu na baldachim i wiedział, że jego twarz znowu jest spokojna.
Ostrożnie zebrał wszystkie pływające emocje, które go prześladowały i sprawiały, że jego reakcje były przesadzone i nieostrożne, do tego miały skłonność do krzywdzenia innych ludzi, po czym wcisnął je pod powierzchnię basenów pełnych rtęci, techniki, jaką podłapał od Snape'a w czasie ich zajęć oklumencji. To nie było to samo, co pudełko, które przysporzyło mu tak wielu kłopotów na drugim roku i którego Harry nie miał zamiaru już nigdy więcej używać. Te kontenery były płynne. Były w stanie utrzymać emocje i zawsze zdawał sobie sprawę z ich istnienia i położenia; był w stanie w każdej chwili przywołać je z powrotem, jeśli tylko chciał. Ale do czego teraz mogły mu się przydać najbardziej, to podarowały mu cierpliwość i oczyściły mu umysł, robiąc miejsce na ten rodzaj wyrozumiałości, którego wszyscy wokół tak strasznie od niego pragnęli.
Jego magia zawirowała i chociaż raz była to magia bez kolców i pazurów, które otaczały ją od przynajmniej tygodnia. Ta magia była po prostu chętna do zrobienia czegokolwiek, czego by sobie nie życzył. Harry odetchnął, wyrzucając z siebie resztki swojego strachu, wątpliwości i złości, po czym spróbował się uśmiechnąć. Miał wrażenie, że ta mina już dawno nie pojawiła się na jego twarzy tak naturalnie jak teraz.
Muszę się pilnować. Zawsze o tym wiedziałem, przynajmniej pod względem bycia vatesem, ale powinienem był sam się domyślić, że prędzej czy później zacznie to się odnosić też do moich relacji z innymi. Harry pokręcił głową, ale żal rozpływał się w pełne pogardy do siebie rozbawienie. Narobiłem szkód, ale nic z tego wszystkiego nie jest nieodwracalne, zwłaszcza jeśli zacznę wreszcie, kurwa, uważać na to, co robię.
I zacznę. Muszę. Mam przecież tyle mocy. Na nic mi się ona nie przyda, jeśli nie będę wiedział, jak nią rozporządzać, bo przecież nikt mi nie pokaże co i jak powinienem zrobić. Mogę uszczęśliwić ludzi, ale mogę też przez przypadek przysporzyć im wiele kłopotów. Chcę robić to pierwsze. Chcę chronić, bronić i służyć, tak jak mi kiedyś napisała Narcyza. Tak się właśnie zachowuje potężny czarodziej, który nie jest Lordem.
To właśnie chcę robić. Zbyt długo już to zaniedbywałem. W tej chwili muszę się temu z powrotem poświęcić.
Wiem, czego chce ode mnie Snape: żebym się uczył zaklęć ofensywnych, zostawił go w spokoju, żeby mógł się nabzdyczać ile chce i żebym mu wreszcie zaufał i przestał kwestionować wszystko co robi. No dobra, chyba dam sobie z tym radę. Jeśli poprawnie użyję oklumencji, to mogę to nawet robić z radością.
Draco z kolei chce, żebym go bezwarunkowo wspierał, a przez resztę czasu trzymał się od niego z daleka. Żaden problem! Do tego właśnie przyda mi się moja magia. Nie użyję na nim legilimencji póki sam mnie o to nie poprosi, ale mogę przecież bez problemu sprawdzić, co czuje wobec mnie w danej chwili. W książce, której dostałem od Hawthorn, było dobre do tego zaklęcie. Będę wiedział, kiedy jest zły i chce, żeby go zostawić w spokoju, a kiedy będzie chciał, żebym był w pobliżu, żeby mi zadać jakieś pytania, albo po prostu posiedział przy nim w ciszy, czy czegokolwiek innego nie będzie ode mnie chciał. Proszę bardzo. Proste. Co za ulga.
To pozostawiało sytuację z Jamesem.
Harry westchnął. Cokolwiek zrobię, tylko pogorszę sytuację. Snape powiedział mi, że już się tym zajął i że powinienem mu zaufać. Ma rację. Jeśli napiszę teraz do Jamesa, albo na niego nakrzyczę, to tylko go rozzłoszczę, może nawet dojść do przesunięcia spotkania i jeśli plan Snape'a jest uzależniony w jakiś sposób od czasu, to może nie wypalić. Napiszę tylko uprzejmy list do ojca, informując go, że nie pochwalam tego co robi. Ostatecznie przecież musi mieć jakieś powody, żeby się zachowywać w ten sposób. Chciałbym je poznać.
Harry leżał przez chwilę w bezruchu, sprawdzając swoją nową listę postanowień. Wydawała się dość solidna. Sprawiała, że jego życie stanie się znacznie mniej skomplikowane i że otaczający go ludzie dostaną wreszcie to na co zasługują.
Harry był raczej zaskoczony, że już wcześniej nie przyszło mu to do głowy. Trening jego matki zagnieździł w nim wiele złych nawyków, ale było w nim równie wiele dobrego. Harry wiedział już, że nie musi poświęcać życia swojemu bratu, nie musi mieć w głowie sieci feniksa, która zmuszała go do bezwarunkowego kochania swojej rodziny. To oznaczało, że jest w stanie podejmować świadome decyzje co do tego, kogo chce kochać, wobec kogo być lojalnym i jak używać swojej magii.
I tym wszystkim właśnie chcę się zająć. I tak chciałem być vatesem, jak tylko zrozumiałem wreszcie, czego chciały ode mnie magiczne stworzenia. Teraz po prostu zacząłem rozumieć, czego potrzebują ode mnie inni ludzie.
Czas dorosnąć, Harry.
Draco warknął cicho i zamknął głośno książkę. To nie miało żadnego sensu. Wydawało mi się, że książki nie są jak ludzie, pomyślał, odchylając się na krześle, zakładając ręce i krzywiąc się groźnie na książkę, która leżała pośród stosów innych, i nie potrafią kłamać.
Rzecz w tym, że to, co znalazł, naprawdę nie miało sensu. Zbierał informacje na temat Julii Malfoy, swojej przodkini, która przespała się z własnym bratem, żeby dać rodzinie Malfoyów potomka czystej krwi. Podziwiał jej siłę i determinację, a z tego, co kiedyś napisała mu o niej matka, Draco był pewien, że musiała mieć dar przymuszenia. To wyglądało jako dobry wybór przodka z magią wystarczającą sympatyczną do jego. Ostatecznie Draco odziedziczył też krew Blacków, u których ten dar był dziedziczny.
Ale w "Kolegialnej liście zarejestrowanych przymuszających 1299–1504" nawet nie wspomnieli o Julii Malfoy, a powinna się była tam znaleźć. Lista, potem zastąpiona przez rejestry ministerstwa, nie przejmowała się takimi bzdurami jak proszenie ludzi o zarejestrowanie swoich magicznych talentów z własnej woli. Zamiast tego imię i nazwisko czarodzieja po prostu się na niej pojawiało w chwili, w której urodził się ktoś z konkretnym darem, właściwie tak samo, jak teraz Hogwart przeprowadza zapis magicznych dzieci, którym trzeba będzie wysłać list, jak już skończą jedenaście lat. Nie miałoby znaczenia, czy Julia Malfoy powiedziała komuś o swoim darze, czy nie. Wciąż powinna się znaleźć na tej liście.
Ale jej nie było.
Czy to znaczy, że tak naprawdę jednak nie miała tego daru? Draco przerzucił gniewne spojrzenie na książkę, która leżała obok listy. Ale to by oznaczało, że historia źle ją opisuje, upierając się, że miała. Do tego przecież istnieją zapiski, że uśmiechała się do ludzi i ci byli skłonni zrobić dla niej wszystko – no czy to nie brzmi jak przymuszenie?
Draco potarł ze zmęczeniem twarz. Siedział w bibliotece, zaniedbując wypracowanie na zaklęcia, i próbował zebrać jak najwięcej informacji. Nie chciał jeszcze przestać. Chciał rozwiązać tę zagadkę i być w stanie rozwiązać ją już teraz. Jak do tej pory Julia Malfoy była jego najlepszą kandydatką i nie chciał jej teraz opuszczać.
Szkoda, że Harry'ego tu nie ma.
Kilka minut później, kiedy wciąż siedział tylko, zastanawiając się, jak teraz pociągnąć te badania, rozległy się za nim kroki.
– Draco? – rozległ się cichy głos.
Draco odwrócił się i zamrugał. Harry wyglądał niepewnie zza regału, jakby był gotów w każdej chwili zniknąć, jeśli Draco nie będzie go tu chciał.
Draco kiwnął na niego, że może podejść bliżej.
Harry zajął miejsce po przeciwnej stronie stołu. Nie zadawał irytujących pytań, nie żądał odpowiedzi, których Draco nie miał ochoty mu udzielać, bo przecież sam powinien był się ich domyślić. Nie próbował powiązać tej sytuacji z dowolną inną w przeszłości. Po prostu usiadł i czekał, spokojnie, tworząc cierpliwą ciszę, którą Draco, jeśli tylko tego chciał, mógł wypełnić słowami.
Draco wypełnił ją słowami.
– No popatrz tylko – wypalił, popychając w jego stronę książkę o historii Malfoyów. Harry posłusznie podniósł książkę i pozwolił jej otworzyć się na opisie Julii Malfoy, którą Draco już tak często zakładał kciukiem, że rozluźnił w tym miejscu klej wiążący książkę. – Była w stanie przymuszać ludzi. Wiem, że była. Przeczytaj tylko jej opisy. Ale to by znaczyło, że pojawiłaby się tutaj. – Dotknął listy. – A jej tu nie ma. Nie rozumiem tego.
Harry siedział cicho, czytając przez dłuższą chwilę. Wreszcie podniósł wzrok, mrugając.
– Może to inny rodzaj przymuszenia? – zapytał głosem cichym i potulnym.
Teraz to i Draco zamrugał.
– Co masz na myśli?
Harry odwrócił książkę w jego stronę i wskazał na jeden z akapitów. Draco pochylił się i go przeczytał. Już wcześniej go widział, ale przeczytał go raczej pobieżnie, bo nie wyglądało na to, żeby to miało większy związek z tym, czego szukał.
Obserwatorzy często raportowali lśniącą aurę, która otaczała panią Julię, zupełnie jakby ta lada moment miała stać się czystym światłem, niczym feniks. Ilekroć próbowano ją o to pytać, uśmiechała się tylko łagodnie i tłumaczyła, że nie ma wielkiej mocy, tylko łaskę, która została jej udzielona, kiedy miała szczęście urodzić się w rodzinie Malfoyów. I w rzeczy samej, pomimo wielu pogłosek, jakie się rozniosły po jej śmierci, za życia nikt nie widział jej dokonującej jakichś nadzwyczajnych sztuk magicznych.
Draco spojrzał w górę i pokręcił głową.
– Nie rozumiem, o co ci chodzi.
– Wydaje mi się, że się z tym kryła – powiedział Harry. – Była w stanie przekonać innych ludzi, że nie jest potężna po prostu mówiąc im, że nie jest. Ale nie była w stanie ukryć swojej aury. – Zawahał się, ale po chwili pokój wypełnił silny zapach róż.
Draco poczuł, że oczy otwierają mu się szerzej, kiedy wreszcie dogonił Harry'ego w domysłach.
– Czyli była tak potężna, że równie dobrze mogłaby zostać Mroczną albo Świetlistą Lady – szepnął. – Jej magia oszałamiała otaczających ją ludzi, zachęcała ich do robienia tego, czego od nich chciała. Ale to nie to samo, co po prostu wbijanie się na siłę do czyjegoś umysłu i zagnieżdżanie tam tej chęci. To by tłumaczyło, czemu w jej opisach znajdują się sytuacje, które wyglądają jak przymuszenie, a mimo to nigdy nie dostała się na kolegialną listę. To był po prostu efekt uboczny jej magii.
Harry kiwnął głową i uśmiechnął się.
Draco gwizdnął cicho pod nosem, myśląc o tym, czym mógłby się stać, jeśli zdoła przywołać ducha Julii i zabierze jej magię. Najpierw, oczywiście, będzie musiał się upewnić, że ta magia nie została przekazana jej synowi, czy dowolnemu innemu tuzinowi malfoyowskich dzieci, które w tamtym czasie wychowywała jako przybrana matka. Wydawało mu się jednak, że to było cokolwiek nieprawdopodobne. Już sprawdził pokolenie Malfoyów, które nastało po niej i żadne z nich nie posiadało dość magii, żeby zostać Lordem albo Lady.
A jeśli jej magia pozostała wolna, nieograniczona do czyjegoś ciała, tak samo jak magia, która wraca i nawiedza tancerzy w noc Walpurgii, to Draco będzie w stanie ściągnąć ją do siebie. I jeśli okaże się wystarczająco jej sympatyczny – jeśli ich dusze będą śpiewać tę samą pieśń – to będzie w stanie zaabsorbować również jej moc i kto wie, może nawet zostanie Lordem, zdolnym, tak jak ona kiedyś, do przymuszania ludzi nawet bez posiadania samego daru.
Przede wszystkim w takim razie będzie musiał się upewnić ponad wszelką wątpliwość, że on i Julia byli sobie sympatyczni. W Draconie tętniła cicha determinacja, że jednak są.
Poderwał wzrok i spojrzał Harry'emu w oczy, uśmiechając się do niego gorliwie.
– Dzięki.
Naprawdę nie jest taki irytujący, kiedy mi po prostu pomaga i nie plecie głupot, jakby wszystko w moim życiu musiało mieć z nim jakiś związek.
Harry uśmiechnął się do niego ciepło i do Dracona nagle dotarło, że naprawdę tęsknił za tym uśmiechem.
– Żaden problem. – Zawahał się na dłuższą chwilę. – Rozumiem, że chcesz trochę czasu dla siebie, Draco. Chcę ci pomóc na tyle, na ile będę w stanie i nie będę już zadawał pytań, na które nie chcesz odpowiedzieć. Rozumiem, że potrzebujesz własnego życia. – Spojrzał mu w oczy z determinacją. – Ostatecznie sam od lat dawałeś mi dokładnie to samo.
Draco zamrugał, zaskoczony. Szkoda tylko, że nie doszedłeś do tych wniosków już wcześniej, uniknęlibyśmy tej durnej kłótni z wczoraj.
– Dzięki, Harry – powiedział. – To mi już nie zajmie długo. Naprawdę wydaje mi się jednak, że trochę czasu z dala od siebie dobrze nam zrobi. Przecież nie mogę tak bez przerwy za tobą latać. – Zwłaszcza, że i tak mnie ciągle ignorowałeś, dodał jego temperament, ale Draco go dla odmiany zignorował. Harry próbował pójść na kompromis i nie robił takich wkurwiających rzeczy jak rozmowa z tą suką, Chang, wprost na oczach Dracona. To było zupełnie, jakby Harry wreszcie zauważył, że Draco był w nim zakochany i oferował mu ciche wsparcie, którego każdy kochanek miał prawo żądać.
Harry kiwnął głową.
– Wiem. Wybacz, że tego od ciebie oczekiwałem, Draco. – Wstał zgrabnie z powrotem. – Do zobaczenia.
Draco uśmiechnął się i odprowadził go wzrokiem do drzwi. Potem pokręcił głową i znowu otworzył historię Malfoyów, tym razem żeby znaleźć wskazówki, że będzie w stanie zsynchronizować pieśń sympatii z Julią. Nucił cicho pod nosem. Jego życie szło znacznie prostszym torem kiedy ludzie po prostu się z nim zgadzali i go rozumieli.
– Wejdź, Harry, wejdź.
Albus obserwował z aprobatą jak Harry wszedł, zamknął za sobą drzwi, po czym zajął fotel naprzeciw niego bez czekania na pozwolenie. Harry nawet spojrzał mu bez strachu w oczy i tylko uśmiechnął się, kiedy poczuł muśnięcie legilimencji, której użył Albus. Albus na powierzchni jego umysłu napotkał spokój, czystą cierpliwość i determinację, a zaraz za nimi stosy ponakładanych na siebie tarcz, zazębiających się o siebie nawzajem, pokazujących niewątpliwy wpływ nauk Severusa z prawdopodobnym użyciem jego basenów rtęci.
Nie był w stanie odczytać jakichkolwiek emocji Harry'ego, ale to wystarczyło do stwierdzenia, że Harry nie pozwalał im już ingerować w swój sposób myślenia. Coś się najwyraźniej zmieniło w życiu Harry'ego, skoro ten postanowił odrzucić od siebie zły nawyk bezmyślnego reagowania na wszystko, co tylko było powodem do radości. Nie mogli sobie pozwolić na impulsywnego, pełnego emocji czternastoletniego Lorda, który by ciskał magią gdzie popadnie.
– Czy przemyślałeś to, co ci powiedziałem podczas naszego ostatniego spotkania, o poświęcaniu części swojej magii do pomocy magicznym stworzeniom? – zapytał go Albus.
Harry oparł się w swoim fotelu i na jego twarzy pojawiło się zamyślenie.
– Mam wrażenie, że to by w ogóle nie zadziałało, proszę pana. Gdybym to zrobił, wciąż znajdowałyby się w więzieniach, nie byłyby naprawdę wolne. Po prostu sprawiłbym, że zignorowałyby swoje więzienia. – Spojrzał Albusowi w oczy. – Z całym szacunkiem, proszę pana, ale obawiam się, że nie mogę tego zrobić.
– W takim razie co masz zamiar zrobić? – Albus ukrył ostre ukłucie zawodu. A wszystko tak dobrze szło. No cóż, przynajmniej ignoruje politykę. James nie otrzymał wściekłego listu od niego, a ta cała Skeeter nie wydała jeszcze drugiego artykułu o Knocie.
– Mam zamiar przeprowadzić dokładne badania każdej z sieci, zobaczyć ile kogo by kosztowało ich zniszczenie i spróbuję ludziom wynagrodzić szkody – powiedział Harry. – W Lux Aeternie znajduje się pewien magiczny artefakt. Zmusza ludzi, którzy do niego weszli, do absolutnej szczerości z samym sobą. Jeśli przez niego przejdę i zadam pytania o sieci, to pomoże mi zauważyć konsekwencje, które mi umknęły. – Zmarszczył brwi. – Chociaż mojemu ojcu przejście przez niego zajęło miesiące. Chyba w tej chwili nie mogę sobie jeszcze pozwolić na taką stratę czasu. Myślę, że najpierw zapytam o to Fawkesa. Jest feniksem, więc jestem pewien, że będzie w stanie udzielić mi wielu mądrych rad.
Albus podniósł brwi, zaskoczony wbrew swoim oczekiwaniom. Chłopiec brzmiał rozsądnie, jakby naprawdę sobie to wszystko porządnie przemyślał, zamiast po prostu decydując, że zacznie siać chaos, nie myśląc o konsekwencjach. Wspomniał też o absolutnej szczerości, która, tak samo jak wolna wola i wspieranie rozwoju cywilizacji, zawsze były świetlistymi zaletami. Może jednak wyrośnie na Świetlistego Pana.
Co więcej, Harry najwyraźniej planował kroczyć tą ścieżką ostrożnie i powoli, dzięki czemu Albus miał więcej czasu na wymyślenie czegoś, co ograniczy jego pole do manewru.
– Nie mam w tym miejscu nic więcej do dodania, poza tym, że w pełni popieram twój plan, Harry – powiedział Albus. – Daj mi znać, proszę, jeśli będziesz miał jeszcze jakieś wątpliwości dotyczące roli vatesa. Mam nadzieję, że nasz świat dalej będzie kroczył ku Światłu.
Harry uśmiechnął się do niego, wstając.
– Dziękuję panu.
Albus odprowadzał go wzrokiem. Czyżbym się mylił? Może to jednak on jest naszą najlepszą szansą na uratowanie czarodziejskiego świata? Jak mi to mogło umknąć?
To głupie.
Harry'ego tak to zaskoczyło, że niemal spadł ze schodów, podskakując. Nie słyszał głosu Regulusa już od kilku dni i domyślał się, że ten pewnie był zły o to, że Harry zażądał od niego, żeby ten przestał szukać Voldemorta.
Harry skrzywił się lekko. Nie mam prawa żądać od niego czegoś takiego. Tak, to niebezpieczne, ale jedyne, co mogę zrobić, to wyjaśnić mu niebezpieczeństwo i mieć nadzieję, że mnie wysłucha. Nie mam żadnego prawa go kontrolować. No i to nie tak, że w ogóle jestem w stanie to zrobić.
– Co u ciebie? – szepnął na głos, zstępując z ostatniego schodka i mijając gargulca. – Wszystko w porządku? Twoje powiązanie z Voldemortem wciąż działa?
Cisza głucha po jego stronie. W ogóle nie słyszę jego myśli. Głos Regulusa nabrał werwy. Ale nie o tym przyszedłem teraz z tobą porozmawiać. To, co robisz, Harry, jest głupie. To jest wariacja tego, co już wcześniej sobie robiłeś.
Nie rozumiem, o co ci chodzi, powiedział Harry z zaskoczeniem, idąc w kierunku lochów. Connor poprosił go o lekcję przywództwa za kilka dni, więc Harry chciał zrobić listę priorytetowych rzeczy, które jego brat powinien opanować w pierwszej kolejności. Staram się po prostu nie robić tych samych błędów, jakie popełniłem w przeszłości, mając jednocześnie na uwadze, że i tak będę dalej jakieś popełniał. Daję ludziom dokładnie to, czego chcą. Nie tłumię też swoich emocji; od czasu do czasu otwieram baseny i wyrzucam je z siebie. Tak samo z moją magią. Próbuję wynagrodzić Draco i Snape'owi to, że tak długo ignorowałem ich potrzeby.
Regulus zareagował na to bezsensownym burczeniem. Harry uśmiechnął się. Sam też uważał, że ten argument był naprawdę dobry.
Poczuł przelotne ukłucie niepokoju, ponieważ już jutro była równonoc jesienna, kiedy to będzie musiał się spotkać z Jamesem, ale ten niepokój przygasł, kiedy przypomniał sobie o planie Snape'a. Musiał ufać Snape'owi. Skoro ten twierdził, że miał plan i się wszystkim zajął, to znaczyło, że nie było się czym martwić. Instynkt Harry'ego wciąż podpowiadał mu, że powinien wrzeszczeć i płakać, ale jego instynkty przysporzyły mu już dość problemów w ciągu ostatnich kilku tygodni.
Jego umysł szumiał cicho, kiedy rozważał, co zrobi jutro, układając sobie plany w elegancką listę. Miał nadzieję, że spotkanie z Jamesem nie zajmie dużo czasu. Miał wiele do zrobienia.
Był zajęty i szczęśliwy, znacznie bardziej niż kiedykolwiek był wtedy, kiedy starał się chronić Connora i zawodził na każdej linii.
Nie lubię zawodzić ludzi. A tutaj zawodziłem wszystkich, bez przerwy. Niewątpliwie zawiodę jeszcze wielu w przyszłości. Tym razem jednak wiem, co nadchodzi i przynajmniej mogę się na to przygotować na tyle, że naprawienie szkód nie potrwa długo.
Są tacy, którym tak wiele potrzeba. To okrutne, że magiczne stworzenia były tak długo spętane, że Snape i Draco poczuli, że muszą się ode mnie odsunąć, żeby odzyskać jakieś pozory normalnego życia. Polegałem na nich i nawet nie zdawałem sobie z tego sprawy. No cóż, jeśli tego potrzebują, to mogą dla odmiany zacząć polegać na mnie, albo trzymać się ode mnie z dala. Chcę im pokazać, że są dla mnie równie ważni co wszyscy i zasługują na tyle samo rozwagi z mojej strony.
Ja po prostu chcę, żeby byli szczęśliwi.
