Ten rozdział jest zły.
Wersy cytowanego w tym rozdziale wiersza pochodzą z "A Nympholept" Swinburne'a.
Rozdział szesnasty: W ten dzień równowagi
– James, naprawdę bym wolał, żebyś tego nie robił.
James nawet nie odwrócił się w stronę Remusa, tylko wziął garść proszku fiuu.
– Wiem, Remusie – powiedział cicho. – Już kilka razy mi to powtarzałeś, że nie powinienem tego robić, że to zły pomysł, że Harry mnie tylko za to znienawidzi. – Zawahał się i obejrzał przez ramię na najstarszego przyjaciela, który mu pozostał – o ile nie liczyć Petera, a James wciąż miał wrażenie, że nie powinien. Pewnie po dzisiejszym dniu on też mnie znielubi. – Ale obawiam się, że nie rozumiesz. Harry może mnie nienawidzić. Ale przynajmniej będzie żył. Zabiorę go z Hogwartu i będę uczył prywatnie w Lux Aeternie. Przynajmniej wtedy śmierciożercy nie będą w stanie go zaatakować, jak to najwyraźniej bez przerwy robią w Hogwarcie.
– A Severus? – Ręce Remusa były zaciśnięte w pięści, a jego bursztynowe oczy lśniły od wilka. Przez ten wzrok James przypomniał sobie o dniu, w którym Remus starał się porwać Harry'ego z Doliny Godryka, a James zaczął mu grozić srebrem. Przygryzł wargę. Nie chciał wspominać tego dnia. – Jak myślisz, czy jego nienawiść do ciebie po tym zelżeje, James?
– Mam nadzieję, że wręcz przybierze na sile – powiedział James, pocierając proszek w palcach. – Skoro nie jest w stanie przypilnować, żeby mój syn był bezpieczny, to nie powinien też próbować go wychowywać. Muszę już iść, Remusie – dodał, po czym rzucił proszkiem w płomienie. Wnętrze kominka zaświeciło na zielono.
– Naprawdę mi się wydaje, że popełniasz błąd – szepnął Remus.
James pokręcił głową, po czym zrobił długi krok przed siebie.
– Departament magicznej rodziny i praw dziecka! – zawołał.
Remus próbował go zniechęcić do tego wszystkiego, ale nie był w stanie wymyślić żadnych solidnych argumentów, poza tym, że to było po prostu niewłaściwe. James potrzebowałby czegoś mocniejszego, żeby zrezygnować z tego pomysłu.
Już wcześniej powinienem był to zrobić, pomyślał, wirując pośród kominków. Nigdy nie powinienem był słuchać Harry'ego. On się stara, Merlin jeden wie jak ciężko, ale nie jest w stanie chronić własnego życia z równym uporem, z którym chroni innych. Zawsze będzie podejmował ryzyko i uważa, że tak właśnie wszystko powinno wyglądać. Dlatego właśnie mam zamiar go odizolować od zewnętrznego świata, nie pozwolę mu przebywać w pobliżu kogokolwiek, kogo będzie musiał w jakiejś chwili uratować i powinien być bezpieczny.
To rozwiązanie było tak proste, że James był szczerze zaskoczony, że Snape nigdy na nie nie wpadł. Nigdy nie uważał, żeby ten facet był głupi. Uparty, okrutny drań, tak, ale nie głupi.
Co tylko dowodzi, że tak naprawdę wcale mu nie zależy na Harrym, uznał James, wychodząc z kominka w docelowym miejscu. Pod jego stopami znalazł się uprzejmy dywanik, który złapał popiół, który za nim wyleciał. Gdyby mu zależało, to sam by już o tym pomyślał i osobiście by przyprowadził Harry'ego z powrotem do mnie.
– Pan Potter! – powiedziała z radością siedząca za biurkiem czarownica, która szybko się podniosła, żeby mu uścisnąć dłoń. – Tak wiele o panu słyszeliśmy! Proszę, proszę siadać, czy ma pan ochotę na herbatę? Nazywam się Hellebore Shiverwood. Profesor Snape i pański syn powinni się tu zaraz pojawić.
James potrząsnął jej dłonią i przyjrzał się jej uważnie. Hellebore Shiverwood wyglądała na rozsądną czarownicę w wieku mniej więcej czterdziestu lat, nosiła nawet przeciętne, czarne szaty, które aprobowało ministerstwo. Jej zielone oczy lśniły wręcz od podziwu, jaki się zwykle okazywało swoim bohaterom. James podejrzewał, że to właśnie był powód jej radości.
No cóż, nikt nie powiedział, że nie powinienem tego użyć do własnych celów.
Kiedy już uścisk dobiegł końca, nie puścił jej, ale złapał ją za nadgarstek i podniósł do swoich ust, żeby ucałować wierzch jej dłoni. Hellebore zarumieniła się mocno.
– Proszę o wybaczenie, droga pani. Byłem tak zaskoczony pani zniewalającym pięknem, że zachowałem się jak prostak. To nie przystoi w towarzystwie tak wspaniałej damy.
Czarownica spuściła głowę.
– Och, panie Potter, doprawdy. – Wskazała mu jednak krzesło przed swoim biurkiem, nie kryjąc się ze swoją radością. – A teraz, czy jest pan pewien, że nie życzy sobie filiżanki herbaty?
– Byłoby wspaniale dostać jedną, dziękuję. – James rozejrzał się po pokoju. Ściany były praktycznie puste, jeśli nie liczyć jednego portretu wiszącego na każdej z nich. Wszystkie portrety przedstawiały sobą dzieci. James zamrugał, kiedy się zorientował, że jedno dziecko było ubrane, jakby pochodziło z czystokrwistej mrocznej rodziny, drugie z czystokrwistej świetlistej rodziny, trzecie było mugolakiem – co było tylko wzmocnione przez stojący obok niej mugolski rower, który szturchała lekko nogą, kiedy akurat nie uśmiechała się do niego szeroko, a czwarte pochodziło z mieszanej rodziny. Przyznam, że nie spodziewałem się, że to biuro okaże się być takie otwarte na pomaganie magicznym dzieciom z każdego środowiska.
Hellebore Shiverwood wróciła do swojego biurka i podała mu filiżankę herbaty. James ją przyjął i znowu zaczął się jej przyglądać. Błędem byłoby niedocenienie jej. Czarownica, która w ten sposób udekorowała swój gabinet, prawdopodobnie bardzo poważnie podchodziła do swoich obowiązków i jeśli uzna, że Harry'emu będzie lepiej ze Snape'em, to nie zawaha się go przydzielić z powrotem do niego.
Ale Hellebore uśmiechnęła się do niego i James się odprężył. Upomniał się, że ona go przecież lubi. Poza tym z pewnością będzie naturalnie uprzedzona do rozdzielania krewniaków, o ile nie miała do czynienia z przypadkiem przemocy domowej; większość czarodziejów i czarownic dzieliła to uprzedzenie.
– Ach, oto i oni – powiedziała Hellebore, oglądając się, kiedy drzwi do jej gabinetu nagle się otworzyły. – Ach, witam was, witam! Szczęśliwego późnego lata!
James uśmiechnął się ponuro, wstając, żeby stawić czoła złodziejowi swojego syna. Tak właśnie myślałem, że nie ma co mieć nadzieję, że sam nabierze zdrowego rozsądku. Dobrze, że postanowiłem to załatwić oficjalną drogą. Snape zawsze korzył się dopiero, kiedy był postawiony przed surową siłą.
– Ardesco!
Snape kiwnął głowa, kiedy zaklęcie intensywnego ognia Harry'ego sprawiło, że najbliższa drewniana figura zajęła się ogniem od środka, pożerając samą siebie w wybuchu płomieni i popiołu. Harry zrobił krok do tyłu i odwrócił się, żeby spojrzeć na niego ze spokojem. Snape zauważył, że ostatnimi czasy Harry stale był spokojny, a zamieszanie, które Snape czuł po drugiej stronie pasywnego połączenia uspokoiło się w srebrną ciszę. To było oczywiste świadectwo tego, że jego działania odnoszą zamierzony skutek. Wyglądało też na to, że Harry dostosował się do częściowej utraty Dracona i już się tym nie martwił. Wszystko szło jak po nitce.
Oczywiście że tak, powiedział głos lodowego skorpiona w jego umyśle. Jak się stajesz zimny, to wszystko nagle nabiera sensu i wszystko, co robisz, odnosi pozytywny skutek.
Snape nie pojmował, jak sobie wcześniej bez tego radził, kiedy każdy atak na Harry'ego przyprawiał go niemal o zawał. Teraz już zdawał sobie z nich sprawę i wiedział, jak im zapobiec zanim jeszcze nastąpią.
– Lepiej – powiedział łaskawie. – Ale będziesz musiał być szybszy. Zauważyłem, że przez kilka sekund nie mogłeś podjąć decyzji, który cel wybrać. Kiedy natrze na ciebie wielu przeciwników na raz, będziesz musiał zaatakować ich bez namysłu i bez chwili wahania.
– Tak, proszę pana – powiedział Harry i Snape poczuł, jak myśli obracają mu się w głowie, równie podekscytowane jak zawsze, ściągając informację w dół, przyglądając się jej uważnie i wciskając ją solidnie na miejsce. Chwilę później się zrelaksował i pochylił głowę. – Chyba już czas, żebyśmy się wybrali na spotkanie z Madam Shiverwood i moim ojcem?
Snape skrzywił się wbrew sobie.
– Nie nazywaj go swoim ojcem – powiedział, odwracając się w kierunku stojącego pod ścianą kociołka. Tak, eliksir z unoszącą się na nim świeczką był gotów. Snape zanurzył w niej chochlę, po czym napełnił po brzegi przygotowaną wcześniej fiolkę, a tę schował do kieszeni szaty. Poczuł ukłucie zaskoczenia Harry'ego, ale kiedy się odwrócił, jego wychowanek znowu wbijał oczy w podłogę.
– Tak, proszę pana – powtórzył Harry, praktycznie jedyne trzy słowa które w ogóle ostatnimi czasy kierował do Snape'a, po czym odwrócił się i ruszył pierwszy do wyjścia.
Snape poczuł, jak zimna furia wypełnia jego własne myśli, póki te nie zrobiły się gładkie i błyszczące, niczym lód. Fiolka w jego kieszeni była gotowa wypalić mu w niej dziurę, co byłoby dobrym żartem, jeśli wziąć pod uwagę to, do czego ten eliksir był przeznaczony. Snape nie zdecydował się jeszcze na odpowiednią nazwę dla tej konkretnej mikstury i zastanowił się nad nią, w zamrożonym rozsądku swojego umysłu, kiedy czekali przed gargulcem na to, żeby ten odskoczył i wchodzili na ruchome schody.
Przypomniało mu się imię, mit, legenda, historia i Snape poczuł, jak jego usta wykrzywiają się w ponurym rozbawieniu, jedynym, jakie ostatnio w ogóle czuł.
Eliksir Meleagera. Tak, ta nazwa dobrze tutaj pasuje.
Snape'a tak rozbawił ten prywatny żart, że niemal nie zauważył, kiedy dotarli już do gabinetu dyrektora. Dopiero głos Albusa wyrwał go z rozmyślań.
– Ach, chłopcy – mówił, podając Harry'emu szczyptę proszku fiuu. – Wybieracie się do ministra, tak?
– Tak, proszę pana – powiedział Harry.
Snape przymrużył oczy. Czemu brzmi to zupełnie tak samo, kiedy to mówi do mnie? Co jest z nim nie tak? Wiem, że nie ufa Albusowi, ale wydawało mi się, że ufa przynajmniej mnie.
Zanotował w pamięci, że musi potem porozmawiać o tym z Harrym i skrzywił się lekko na widok wesołego błysku w oczach dyrektora, kiedy ten patrzył jak Harry rzuca fiuu w płomienie.
– Gabinet ministra Knota! – zawołał bez ponaglania.
Płomienie zmieniły kolor na zielony, więc weszli do środka.
Snape uważał, że pokój, do którego wyszli, był znacznie zbyt bogato udekorowany jak na miejsce, które miało służyć komuś takiemu jak Knot. Na ścianach wisiały portrety poprzednich ministrów – w złotych ramach. Za biurkiem stał fotel – ogromny i tak wygodny, że ktoś mógłby się w nim zapaść i nigdy z niego nie wyjść. Samo biurko zostało zrobione z wypolerowanego drewna żelaznego – co było luksusem dla kogoś takiego jak Knot. Snape dotknął znowu schowanej w kieszeni fiolki i wyćwiczonym, subtelnym ruchem ściągnął z niej zatyczkę. Eliksir Meleagera zaczął się powoli sączyć, gęsty i okrutny, mozolnie pokrywając mu palce. To nie szkodzi. W przeciwieństwie to eliksiru, który podał Potterowi, ten trzeba było zjeść, żeby zaczął działać.
Pachniał jak czekolada, więc z tym nie powinno być problemu.
– Ach, ach, profesor Snape, pan Potter! – Knot wychodził zza swojego biurka i szedł w ich kierunku już zawczasu wyciągając rękę. – Tak miło znowu was widzieć, w dodatku w znacznie lepszych okolicznościach niż ostatnim razem! – Kiwnął Snape'owi, uśmiechając się jak debil.
Snape tylko uśmiechnął się do niego krzywo, po czym wyraźnie niechętnie podał mu swoją wysmarowaną eliksirem dłoń. Knot ją uścisnął, po czym zamrugał i zagapił się na swoje palce.
– Proszę o wybaczenie, panie ministrze – powiedział uprzejmie Snape. – Dość... niespodziewanie oderwano mnie od pracy i wygląda na to, że jeden z moich produktów, które akurat warzyłem, został mi na rękach. Mam tutaj chustkę, która...
– Nie, nie – powiedział Knot, którego oczy zaszła lekka mgiełka rozmarzenia. Zapach ukończonego eliksiru ma skłonności odurzające, odnotował sobie Snape, patrząc jak Knot radośnie zlizuje eliksir ze swoich palców. Podejrzewał to już wcześniej, ale z oczywistych względów nie był w stanie tego sprawdzić. – Naprawdę lubię czekoladę – powiedział Knot, mrugając porozumiewawczo do Snape'a, kiedy już skończył. – No i oczywiście, choćby nie wiem jak ktoś był ponury, przecież nikt nie robiłby w kółko tylko trucizn, nie? Nie?
Snape tylko się na niego patrzył, póki uśmiech nie spełznął Knotowi z ust. Wtedy zwrócił się do Harry'ego.
– Witam też młodego kawalera. Ależ z pana ananas, żeby opublikować o mnie taki złośliwy artykuł, no doprawdy! – Pokręcił głową, cmokając językiem z dezaprobatą. – Lubi pan wymyślać dziwaczne historyjki, co?
Umysł Harry'ego pozostał niewzruszony. Snape przymrużył oczy. Jak ten dzieciak to robi? Z pomocą oklumencji, oczywiście, ale przecież nie nauczyłem go aż takiego opanowania. Muszę mu przypomnieć, że powinien mi mówić o wszystkim.
– To nie były historyjki, panie ministrze Knocie – powiedział Harry. – To była prawda. Dobrze pan sobie z tego zdaje sprawę. Był tam pan, tak samo jak ja.
Uśmiech Knota znowu zmarkotniał. Ten spróbował go zastąpić jeszcze szerszym, ale robił to z wyraźnym wysiłkiem. Wszedł znowu za swoje biurko i poprzekładał kilka papierów, zupełnie jakby spodziewał się w nich znaleźć odpowiedzi.
– Rzecz w tym, panie Potter – powiedział wreszcie, zerkając w górę – że po tym pańskim artykule zacząłem dostawać wiele... nieprzyjemnych listów.
– Wyjców, panie ministrze? – zapytał Harry, tonem, który brzmiał na niewinnie zainteresowany.
– Nie tylko wyjców, nie tylko wyjców – powiedział Knot i odkaszlnął. – Innych. Ziemie naszej pięknej wyspy zamieszkuje najwyraźniej znacznie więcej czarodziejów, którzy uważnie śledzą ruchy naszego rządu, niż się spodziewałem. Jedna z grup przeprowadza wręcz regularny atak – przez co mam na myśli, że wysyłają mi wyjątkowo agresywne wiadomości, w których każą mi zrezygnować ze stanowiska. – Pochylił się do przodu i spojrzał Harry'emu prosto w oczy, jakby wydawało mu się, że to zrobi jakąś różnicę. – Mroczne czystokrwiste rodziny.
– No kto by pomyślał – powiedział uprzejmie Harry.
– No i, ee, muszę przyznać, że to zaczyna zajmować trochę zbyt wiele czasu mojego i Madam Umbridge – powiedział Knot, śmiejąc się nieszczerze. – Naprawdę bym docenił, panie Potter, gdyby mógł pan im powiedzieć, że naprawdę nie powinni się tym tak przejmować. To by wiele dla mnie znaczyło, gdyby stanął pan u mojego boku dla jednego z artykułów panny Honeywhistle i uspokoił wszystkich, że wszystko, co się wtedy zdarzyło, nie było aż takie złe.
– Kiedy było, panie ministrze – powiedział Harry.
Snape znowu na niego spojrzał. Chłopiec był niczym ściana. Jego tarcze nie wypuszczały żadnych emocji poza spokojem i uprzejmym zainteresowaniem, w jego tonie nie było nawet śladu rozbawienia. Snape zmarszczył brwi. Wiem, że potrafi się dobrze kryć za swoimi tarczami, ale nigdy do tej pory nie robił tego tak sprawnie, jeśli nie kierowania nim jakaś ukryta motywacja. A tego też ze mną nie omówił. Jego wewnętrznym lodem zatrzęsło.
Knot otworzył usta i pozwolił swojej szczęce tak wisieć przez chwilę. Wreszcie zamknął je ze szczęknięciem.
– Czyli, ee, nie zmienił pan zdania, tak? – zapytał.
– Nie, proszę pana.
Snape patrzył, jak Knot usiłuje spojrzeć surowo na Harry'ego. Równie dobrze mógłby rzucać to spojrzenie chmurze. Harry po prostu mu się przyglądał, póki minister się nie odwrócił, dąsając się jak dziecko.
– Niech i tak będzie – powiedział. – Niech pan idzie na to swoje spotkanie ze swoim ojcem i Madam Shiverwood. Mam nadzieję, że to, co pan tam znajdzie, będzie przyjemniejsze od tego, co najwyraźniej pan znalazł tutaj.
– Nie mam co do tego żadnych wątpliwości, panie ministrze – powiedział Harry tak uprzejmie, że Snape zauważył jadowity przytyk ukryty w tych słowach dopiero jak już wyszli z gabinetu. Pokręcił jednak głową i dogonił Harry'ego, kiedy jego wychowanek przyglądał się zawieszonej na ścianie mapie, próbując zlokalizować departament do spraw magicznej rodziny i praw dziecka.
– Czemu się tak chowasz za tarczami? – syknął na Harry'ego, upewniając się wcześniej, że nikt ich nie usłyszy. W oddali korytarzem szedł czarodziej, prawdopodobnie zmierzając do gabinetu Knota.
Harry odwrócił się do niego.
– Myślałem o tym, co mi pan powiedział – wyjaśnił, również cicho i ostrożnie. – Że powinienem panu zaufać i spędzić trochę czasu z dala od Dracona. Problem w tym, że nie mogę się stale trzymać od niego z daleka, czasem chce mnie w pobliżu. No to zacząłem kryć za tarczami emocje, które by mi przeszkadzały w osiągnięciu tych celów i przepuszczam tylko te, które mogłyby mi pomóc. – Wzruszył ramionami i uśmiechnął się lekko do Snape'a. – Miał pan rację. To działa znacznie lepiej. A ja jestem teraz dużo bardziej szczęśliwy i produktywny.
Choć ta myśl wywołała w nim dziwny niepokój, którego źródła nie potrafił znaleźć, Snape musiał przyznać, że Harry miał rację. Draco rozwijał się w zastraszającym tempie, rozmawiał już nie tylko z Harrym, ale też z innymi Ślizgonami, zwłaszcza jeśli odkrył coś ciekawego w swoich badaniach. Radośnie monopolizował czas Harry'ego, ilekroć tego chciał i od czasu do czasu przychodził do Snape'a, żądając książek, których nie było w bibliotece Hogwartu. Harry z kolei ćwiczył mroczne zaklęcia z jeszcze większym oddaniem i determinacją, nie zadawał Snape'owi tak wielu pytań jak kiedyś, co z kolei jemu samemu dawało więcej czasu na pracę nad eliksirami i wymyślaniem nowych sposobów ochrony życia Harry'ego.
Odniósł wrażenie, że jego niepokój po prostu wziął się z tego, jak szybko i całkowicie nastąpiła ta zmiana w myśleniu Harry'ego. Wyglądało jednak na to, że jak już chłopiec postanowił coś zrobić, to to po prostu robił.
Kiwnął Harry'emu i odstąpił od niego.
– Tak długo, jak to będzie jedyny powód dla takiego rodzaju osłaniania się – powiedział.
– Oczywiście, że tak, proszę pana – powiedział Harry, wyglądając na zaskoczonego. – Ja tylko chcę, żebyście byli szczęśliwi, pan i Draco. Chcę wam jakoś spróbować wynagrodzić te wszystkie nerwy, przez jakie musieliście przeze mnie przejść.
Nie widzę w tym nic złego, pomyślał Snape i napięcie, z którego nawet nie zdawał sobie sprawy, opadło z jego ramion.
– Przepraszam bardzo – powiedział głos zza ramienia Snape'a. – Nie chcę przeszkadzać, ale przed chwilą wyczułem moc chłopca i zorientowałem się, że faktycznie wygląda jak nasz mały bohater pierwszych stron gazet. Pomyślałem, że powinienem się przedstawić.
Snape odwrócił się i automatycznie skrzywił na widok czarodzieja. Miał długie, złotawe włosy, wplecione w nie złote dzwoneczki, a jego szaty były ciężkie i grube, wyszywane złotymi znakami w języku, o którym Snape wiedział tylko tyle, że służył do ochrony. Jego oczy były niebieskie i przeraźliwie przeszywające. Spojrzał Snape'owi w oczy bez mrugnięcia, po czym przerzucił wzrok na Harry'ego.
– Nazywam się Augustus Starrise – powiedział.
Harry pochylił głowę w uprzejmym pozdrowieniu.
– Jak się pan dzisiaj miewa?
Starrise odpowiedział kiwnięciem.
– Otrzymaliśmy twój list – powiedział. – Zastanawiamy się, jak na niego odpowiedzieć. Jesteś prawdziwym mistrzem pióra, Potter. Gratuluję. – Uśmiechnął się, ostro i nieprzyjemnie. – To nie znaczy, rzecz jasna, że przestaniemy doradzać ministrowi. Mam nadzieję, że wasze spotkanie odbędzie się pomyślnie i pod koniec dnia znajdziesz się z powrotem pod opieką swojego prawowitego ojca. Dziecko powinno się znajdować pod opieką rodziców. – Zmierzył Snape'a wzrokiem od stóp do głowy i podniósł brwi. – A nie z kimś, kto może go nauczyć mrocznej magii, choćby w najlepszych intencjach.
Snape zwalczył chęć warknięcia. Świetlistych czystokrwistych nienawidził jeszcze bardziej od mrocznych. Te bezczelne gnoje otwarcie wyrażały swoje opinie, ponieważ uważali szczerość za sprawę honorową.
– Czyli to pan to wszystko zaaranżował? – zapytał Harry, a jego emocje wzburzyły się na moment.
– Oczywiście. Knot nie jest dość bystry, żeby wpaść na coś takiego. – Starrise pokręcił głową, przez co wplecione w jego włosy dzwoneczki uderzyły o siebie nawzajem. – A teraz wybaczcie mi, ale muszę się udać na spotkanie z naszym drogim ministrem.
Odwrócił się i ruszył w dół korytarza. Snape zacisnął rękę na fiolce eliksiry Meleagera i pożałował, że wciąż nie wiedział, co by się stało, gdyby rozniósł efekt eliksiru na drugi obiekt, zanim ten zdążył wejść w reakcję z pierwszym.
– Chodźmy, proszę pana.
Harry złapał go za łokieć i mówił głosem cichym i łagodnym, zdecydowanie starając się go uspokoić. Snape pozwolił się mu uspokoić i pociągnąć w kierunku wind. Zastanawiał się, kiedy ich role się tak odwróciły, że to Harry nagle zaczął mu oferować spokój ducha.
Podejrzewam, że wtedy, kiedy się postanowił zmienić.
Bez większego trudu znaleźli gabinet Madam Shiverwood i weszli do środka. Snape zobaczył, jak James Potter wstaje na ich widok z hardym uśmiechem na ustach.
To była właśnie ta chwila. Potter zaabsorbował eliksir, kiedy czytał list od Snape'a, a ten miał kilka dni, żeby się w nim zagnieździć na dobre – bierny, przynajmniej póki jego stwórca nie wymówi odpowiedniego zaklęcia, oczywiście.
Snape położył dłoń na ukrytej w kieszeni różdżce.
– Augesco – szepnął.
Następnie z rozbawieniem zaczął obserwować, jak eliksir nabiera efektu.
Harry zebrał się w sobie, kiedy zobaczył swojego ojca. Widok uderzył go niczym nóż między łopatki, jak Lamina Alba Madam Umbridge, ale dzięki tarczom, był w stanie rozłożyć swój umysł na dwoje, przyjąć szok i zaabsorbować go z powrotem, zanurzając go w basenie niczym ciężki kamień.
– Witaj, James – powiedział, przypominając sobie w porę, że Snape mu zakazał nazywać go ojcem.
James nabrał tchu, jakby chciał odpowiedzieć, po czym zamknął usta. Wyrwał mu się dziwny, wysoki chichot.
Harry zamrugał i zerknął na Snape'a. Ten miał półprzymknięte oczy wbite w Jamesa. Znajdował się w nich wyraz leniwego rozbawienia, ale Harry był pewien, że jeśli ktoś nie znał Snape'a, to pewnie po prostu uznałby, że ten po prostu uśmiecha się złośliwie.
– Panie Potter? – zapytała z niepokojem siedząca za biurkiem czarownica.
– Ja nie jestem żaden pan Potter – powiedział James, rzucając głową jak dziecko. – Nazywam się pan Pstrymuffinek, król wszystkich Pstrów i nalegam, żeby mnie należycie traktowano. Gdzie jest mój tron?
Harry przełknął ślinę. Czyli to pewnie jest ten plan Snape'a. Wygląda na to, że nie był w stanie się oprzeć pokusie upokorzenia swojego starego rywala.
Szybko zganił się za takie myśli. Nie znał przecież motywacji Snape'a, a już na pewno nie wszystkich, ale wiedział, że on przecież tylko stara się go chronić. Powinien być za to wdzięczny, a nie narzekać i gdybać.
Czarownica zagapiła się, po czym spojrzała surowo na Snape'a.
– Profesorze, jeśli rzucił pan jakieś zaklęcie na pana Pottera...
– Zapewniam cię, moja dobra kobieto – powiedział Snape – możesz sprawdzić różdżkę moją, jak i pana Pottera. Nie rzuciłem żadnego zaklęcia, które byłoby w stanie zrobić mu krzywdę. – Wyciągnął swoją różdżkę i wcisnął ją do ręki Madam Shiverwood.
– Gdzie jest mój fioletowy kot? – James rozglądał się po pokoju, klepiąc się po kolanach, jakby starał się przywołać do siebie płochliwe stworzenie. – No chodź do mnie, kici, kici, kici! – Nagle zauważył Harry'ego i uśmiechnął się szeroko. – Srebrny kot! Też może być.
W kilku wesołych podskokach znalazł się obok Harry'ego i wyciągnął ręce w jego stronę. Harry zrobił krok do tyłu, niepewny tego, co się stanie, jeśli pozwoli się tak nagle objąć i w sumie nawet niespecjalnie tego chcąc. Ostatnio przyzwyczaił się do tego, że Draco go znowu dotyka kiedy tylko chce, a Snape zwykle tylko kładł mu rękę na ramieniu, kiedy chciał nim pokierować. Poza nimi nikt go nie ruszał i Harry'emu to wcale nie przeszkadzało.
James i tak złapał, praktycznie zgniatając twarz Harry'ego swoim ramieniem.
– Nie – powiedział. – Ty wcale nie jesteś srebrnym kotem, prawda? Jesteś malutkim króliczkiem, słodkim, maluśkim królisiątkiem! – Pocałował Harry'ego w czoło. – Chcesz marchewki, króliczku?
Harry bez namysłu wcisnął magię w swoje mięśnie i zdołał się wyrwać z uścisku swojego ojca zanim zaczął czuć się niezręcznie. Odskoczył na kilka kroków do tyłu i spojrzał niepewnie na Madam Shiverwood.
James położył się na ziemi i zaczął ciągnąć się za szaty, śpiewając przy tym jakąś bezsensowną piosenkę.
– Szedłem sobie wśród kapusty, kiedy nagle podszedł do mnie szef sów i powiedział mi, powiedział mi och nonja nonja no...
– Ja... – Madam Shiverwood pokręciła głową i rzuciła zaklęcie na różdżkę Snape'a, które Harry rozpoznał jako Prior Incantato. Pojawił się ulotny obraz chichoczącego dziecka, potwierdzający, że Snape rzucił na siebie zaklęcie rozbawiające. Madam Shiverwood ponownie pokręciła głową i oddała różdżkę Snape'owi. – Martwił się pan o to spotkanie, profesorze Snape? – zapytała.
– Tak. – Snape kiwnął głową i spojrzał na Jamesa, który się miotał i kopał swoje szaty, jakby zapomniał o istnieniu guzików. – Wygląda na to, że niepotrzebnie. – Spojrzał na czarownicę i uśmiechnął się krzywo. – Chyba, że chce pani powierzyć dziecko opiece kogoś, komu wyraźnie brakuje piątej klepki?
Kiedy on ma wszystkie klepki na miejscu, pomyślał Harry nerwowo. To Snape coś mu w nich poluzował. Jeśli pomyślą, że tacie odbiło, to może stracić prawo do opieki nad Connorem i kto się wtedy nim zajmie? Remusowi prawo zabrania, a Snape się nigdy na to nie zgodzi.
Zmusił się do stłamszenia narastającej paniki. Snape powiedział, że powinien mu zaufać. Harry musiał mu zaufać. Do tego pod koniec maja Snape powiedział mu, że troszczy się o Harry'ego równie mocno, co on o niego. To przecież musi znaczyć, że cokolwiek zrobił, zrobił z miłości? A to się przecież wybacza? Zawsze?
– Patrzcie na mnie! – zawołał James, narzucając sobie szaty na głowę. – Patrzcie, co potrafię!
Harry przełknął swoje zakłopotanie spowodowane wygłupami swojego ojca i spojrzał na Madam Shiverwood. Zobaczył, że ta go obserwowała.
– Co myślisz o powrocie do domu ze swoim ojcem, Harry? – zapytała ostrożnie. – Podanie, które do nas złożył, włączało zabranie cię ze szkoły, tak żebyś mógł ukończyć swoją edukację w domu rodzinnym. Powiedział, że tam będziesz bezpieczniejszy niż w szkole.
Harry westchnął.
– Z całym szacunkiem, proszę pani, ale moje bezpieczeństwo zależy od osłon – powiedział, zerkając na Jamesa. – A tamte osłony zależą od Jamesa. Chyba nie będzie w stanie zapewnić mi bezpieczeństwa w takim stanie. Może nawet wpuścić śmierciożerców do środka, bo będzie mu się wydawało, że któryś z nich to szef króliczków.
– Czy zachowywał się już tak kiedyś w twojej obecności? – zapytała Madam Shiverwood.
Harry pokręcił głową.
Czarownica spojrzała surowo na Snape'a, który odpowiedział na jej gniewne spojrzenie kompletnie obojętną miną. Wreszcie westchnęła. W tym westchnieniu znajdowała się złość, rozczarowanie i zniesmaczenie, ale też i rezygnacja.
– Nie mogę wysłać dziecka z kimś, kto się w ten sposób zachowuje – przyznała. – Chwilowo przyznaję panu prawa do opieki nad Harrym, profesorze Snape. Musimy...
– Muszę siku! – wrzasnął James.
Silny zapach moczu, który rozszedł się chwilę potem po pokoju, potwierdził, że to wcale nie był żart. Harry z desperacją starał się nie patrzeć w jego kierunku.
Czarownica zamrugała powoli kilka razy.
– Chyba najlepiej by było, gdybyście już wyszli – powiedziała wreszcie. – Odeskortuję pana Pottera do domu. – Kiwnęła bezsilnie Harry'emu. – Mam nadzieję, że będziesz szczęśliwy z profesorem, Harry. Pamiętaj, że robimy co w naszej mocy, żeby rozwiązać twój problem. – Jej wzrok ześlizgnął się na Snape'a.
Snape odpowiedział na to beznamiętnym spojrzeniem, po czym odwrócił się i wymaszerował z gabinetu. Harry ruszył za nim pośpiesznie.
– Czy już mu tak zostanie, proszę pana? – zapytał, kiedy był pewien, że znaleźli się wystarczająco daleko od biura, że Madam Shiverwood nie mogła ich usłyszeć.
– Nie mam ochoty teraz o tym z tobą rozmawiać – powiedział Snape.
Harry wzdrygnął się, słysząc chłód w jego głosie i przypomniał sobie po raz kolejny, że przecież postanowił przestać zadawać Snape'owi tak wiele pytań. Jego opiekun był zajęty, ale zawsze miał w sercu jak najlepsze intencje. Zebrał swoje zmartwienia i schował je głęboko pod tarczami. Wystarczy, jeśli sam się upewni, że James nie dozna stałych obrażeń spowodowanych tym eliksirem. Nie mógł przecież ciągle zawracać Snape'owi głowy.
Czekał, aż na wierzch wypłyną ulga i radość. Przecież wciąż był pod opieką Snape'a.
Kiedy się pojawiły, były... mocno przytłumione.
Harry westchnął i odwrócił wzrok od zszokowanej miny Connora.
– Nie wiem – powiedział cicho. – Już moja w tym głowa, żeby się upewnić, że tak mu już nie zostanie. Wydaje mi się, że znam niektóre składniki, których Snape musiał użyć w swoim eliksirze. Rozpoznałem je po zapachu. Mówiłem ci też, że wiele rozmawialiśmy o eliksirach w teorii w czasie tego lata. Jestem niemal pewien, że szybko znajdę na to antidotum. – Uśmiechnął się do swojego brata z nadzieją. – O ile, rzecz jasna, Snape sam tego wcześniej nie odwróci, uznając, że James już tego więcej nie spróbuje.
Connor pokręcił powoli głową i oparł się o ścianę na zewnątrz Wielkiej Sali, zamykając oczy.
– Wciąż nie rozumiem – szepnął. – Ja... sam mnie nauczyłeś, Harry, żeby nigdy nie czerpać przyjemności z czyjegoś cierpienia. Jak mogłeś go tak zostawić, kiedy wciąż był pod wpływem eliksiru, ośmieszając się bez przerwy?
Harry skrzywił się. Zastanawiał się, czy byłby w stanie zrobić cokolwiek, co jednocześnie nie skrzywdziłoby jego brata i nie zachwiałoby zaufaniem, którym darzył go Snape. Nic mu nie przychodziło do głowy, więc po prostu będzie musiał żyć z konsekwencjami.
– Odwrócę to – powiedział. – Obiecuję.
Connor otworzył oczy i spojrzał na niego bez przekonania.
– Czy wciąż chcesz mieć ze mną jutro tę lekcję? – zapytał Harry miękko.
– No, chyba tak – powiedział Connor, po czym powłócząc nogami wszedł do Wielkiej Sali. Harry odprowadził go wzrokiem, marszcząc lekko brwi, po czym odwrócił głowę. Stół Slytherinu powoli się zapełniał podczas przerwy obiadowej, więc ruszył w jego kierunku, czując się lekko zdezorientowany. Przez kilka dni wszystko szło jak po maśle, a teraz... to. Pierwsza porażka.
Snape to idiota, Regulus zaoferował swoją opinię.
Harry uśmiechnął się lekko wbrew sobie, choćby dlatego, że to brzmiało zupełnie jak coś, co powiedziałaby Sylarana.
Czemu tym razem? zapytał, siadając obok Milicenty i sięgając po koszyk z chlebem.
Przecież musiał wiedzieć, że będziesz miał pytania odnośnie tego eliksiru, ale i tak nie chciało mu się na nie odpowiedzieć. Regulus wydał z siebie dźwięk głębokiego obrzydzenia, który normalnie pochodzi z głębokich części gardła, przez co Harry zaczął się zastanawiać, jak on to właściwie robił, skoro nie miał ciała, a co dopiero gardła. Co z niego za odpowiedzialny dorosły, skoro tak się zachowuje?
Jest zajęty, odpowiedział Harry i odwrócił uwagę Regulusa. Większość ludzi wolała mówić o sobie, niż o czyichś problemach. Poza tym, naprawdę musieli wreszcie rozwiązać ten konkretny problem. Kiedy opuścisz osłony, żeby Narcyza mogła wejść do Grimmauld Place i poszukać twojego ciała?
Nadąsana cisza.
Harry westchnął i rozsmarował masło na swojej kromce.
Wiesz chyba, że prędzej czy później będziesz musiał to zrobić.
Zjeżona cisza.
Harry pokręcił głową i spojrzał w górę, kiedy kątem oka zobaczył, jak do Wielkiej Sali wlatują dwie sowy. Słońce chyliło się już ku zachodowi, zaczarowany sufit odbijał blask czerwieni i złota, który dochodził z okien, dzięki czemu sowy wyglądały, jakby otaczała je świetlista łuna.
Harry wymamrotał swoje podziękowania i nakarmił zwykłą płomykówkę, po czym przyjął list od drugiej sowy i kiwnął z powagą głową. To był Juliusz, formalna sowa Lucjusza Malfoya, nakarmienie go tylko by go uraziło. Nastroszył tylko pióra na Harry'ego, po czym wyleciał przez okno. Płomykówka poleciała w chwilę potem.
Harry w pierwszej kolejności otworzył list sojuszu. To była krótka wiadomość, ale niczego innego się nie spodziewał. Dochodzili już do końca tańca.
Harry,
Mam nadzieję zobaczyć się z tobą ponownie w czasie najdłuższej z nocy. Tymczasem jednak, tej nocy wymieszanego światła i mroku, w czasie idealnej równowagę, chcę poprosić o przysługę. Nie chcę żądać natychmiastowego jej spełniania, proszę tylko, żebyś o niej pamiętał. Moim darem tym razem jest zadłużenie cię u mnie.
Lucjusz Malfoy.
Harry kiwnął głową. W zamian za to, on również poprosi pana Malfoya o przysługę, ale da sobie chwilę czasu, zanim wyśle odpowiedź. Ostatecznie, jeśli znajdzie coś, co mogłoby zostać spełnione od razu, to równie dobrze może z tego skorzystać, zamiast prosić o coś nieokreślonego. W dodatku miał czas aż do przesilenia zimowego na zastanowienie się nad tym i odpowiedź.
Otworzył drugi list, który miał na sobie tylko jego imię i zamarł, kiedy rozpoznał charakter pisma.
Drogi Harry,
Był sobie kiedyś mugolski poeta. A przynajmniej tak się wszystkim wydawało. Prawda była taka, że jego rodzina niosła w sobie magiczną krew z Francji, poprzez mojego odległego kuzyna. On sam pewnie był charłakiem. Jego odrobina magii robiła wszystko, co było w jej mocy, by utrzymać go przy życiu, co tłumaczy, czemu żył tak długo, kiedy zdawał się tak zdeterminowany, żeby popełnić samobójstwo. Nie cofnął się przed niczym: wspinał się po klifach Culver, pływał w zimnych wodach na północy, niemal zapił się na śmierć, odwiedzał burdele wątpliwej jakości.
Napisał wiele dziwnych rzeczy, dziwnych i niesamowitych, ale jedna z jego prac wybijała się ponad wszystkie, a stworzył ją na długo po tym, jak go oswojono i wyleczono, po tym, jak zrezygnował z dzikiej wolności Mroku na rzecz udomowionego Światła. Nazwał to wizją, urojeniami. Mi się wydaje, że naprawdę spotkał fauna.
Drogi Boże życia, światła i wszystkiego co dobre, śpiewał.
Drogi Boże grabieży, ruiny i wszystkiego co mroczne...
Istnieją tacy, którzy obserwują, Harry, i zdają sobie sprawę z tego, że czyjaś potęga może być zarówno "życia, światła i wszystkiego co dobre", jak i "grabieży, ruiny i wszystkiego co mroczne". Niech ci się nigdy nie wydaje, że zdołasz nam umknąć.
Evan Rosier.
Harry pokręcił głową i odłożył list na stół. Milicenta go od razu złapała, a Harry nie był w stanie nawet znaleźć w sobie sił, żeby ją powstrzymać.
– Dziwne – skomentowała Milicenta i zamarła, kiedy jej wzrok zatrzymał się na podpisie. Zmarszczyła brwi na Harry'ego. – Czemu przyjmujesz listy od ludzi, którzy próbowali cię zabić?
Harry znowu pokręcił głową i zaczął odpowiadać, ale dokładnie w tej samej chwili ostatnie promienie słońca zniknęły z nieba i jego głowa, jego blizna eksplodowała bólem.
Harry wciągnął z zaskoczeniem powietrze i pochylił głowę, zbyt zaskoczony, żeby się spróbować ukryć. Poczuł, jak ktoś łapie go mocno za ramiona. To było jednak nic w porównaniu do żelaznego uchwytu na jego umyśle, ściskającego i ciągnącego, jakby ktoś próbował mu wyciągnąć mózg przez tył czaszki.
Usłyszał jak Regulus wrzeszczy, raz, krótko, głosem tak przerażonym i zdewastowanym, że Harry spróbował sięgnąć w jego kierunku, spróbował podążyć tym tunelem, którego istnienia nigdy nie mógł nawet wyczuć.
I nagle Regulus zniknął.
Harry położył głowę na stole, dysząc ciężko, starając się z desperacją załagodzić roztrzaskany ból w jego głowie, upilnować, żeby jego poczytalność pozostała bez uszczerbku i ustalić, co się właśnie, do ciężkiej cholery, stało.
