Fajnie się pisało ten rozdział. Nikt nie ma w nim racji, ale przynajmniej jest fajnie.

Rozdział siedemnasty: Nie takie znowu prywatne lekcje

Regulusie?

Bez odpowiedzi.

Harry westchnął i wszedł do opuszczonej klasy, w której umówił się z Connorem na jego lekcje przywództwa. Starał się sięgnąć w stronę Regulusa odkąd ten zniknął, próbując wszystkiego, co tylko przyszło mu do głowy, od zwykłych nawoływań po koszmarne uwłaczanie jego rodzinie, co mogłoby go ściągnąć z powrotem, warczącego ze złości. Nie było nic, a Harry'emu wydawało się, że gdyby Regulus mógł go usłyszeć, to by odpowiedział.

Co oznacza, że albo zniknął, albo zginął.

Harry pokręcił głową, kiedy rozważał drugą myśl i posłał swoją magię, żeby ta oczyściła klasę z kurzu. Nie wierzę w to. Jestem niemal pewien, że jego ciało jest gdzieś w domu Blacków, bezpieczne dzięki zaciśniętym wokół nich osłonom. Voldemort nie byłby w stanie się przez nie przebić, zwłaszcza teraz, kiedy jest taki słaby. A wiedzielibyśmy, że znowu nabiera sił. Ruszyłby za mną albo Connorem przecież. Raczej nie za Regulusem.

Dlatego wydaje mi się, że jego głos przepadł, ale nie jego ciało. Harry przygryzł wargę i westchnął. A ponieważ nie mam jak się z nim teraz skontaktować, to chyba najlepiej by było skontaktować się z Narcyzą i podzielić się z nią moimi podejrzeniami. Jeśli będzie w stanie znaleźć jakiś sposób na wejście do Grimmauld Place, to powinna spróbować.

Resztki kurzu właśnie znikały, kiedy Harry poczuł bardzo delikatne pociągnięcie w czole, które sugerowało, że Draco chciał, żeby Harry przyszedł i mu w czymś pomógł, albo usiadł u jego stóp w pełnej podziwu ciszy, albo zasugerował nowe książki, w których mogliby znaleźć jakieś wzmianki o Julii Malfoy i czasach, w których żyła. Harry zawahał się przez chwilę, po czym pokręcił głową z powolną determinacją. Draco wiedział, że to jest właśnie pora, kiedy Harry obiecał, że będzie uczył Connora, ponieważ była sobota i nie mieli żadnych lekcji. Harry mu to wyjaśnił i był pewien, że Draco go zrozumiał. Harry nie widział powodu, żeby teraz wyjść i dołączyć do niego.

Ktoś zapukał do drzwi. Connor zajrzał do środka, a Harry poczuł, jak jego twarz odpręża się w lekkim uśmiechu. Towarzystwo jego brata było ostatnimi czasy pozytywnie niewymagające, jeśli porównać je do Snape'a, przy którym Harry musiał bez przerwy tłumić wiele nawyków, których nabrał przebywając w pobliżu mistrza eliksirów, czy Dracona, przy którym Harry bez przerwy podejmował złe decyzje, bo Draco miał tendencje do zmiany opinii z chwili na chwilę.

– Znalazłeś już sposób na wyleczenie szaleństwa taty? – Harry nawet nie był zdziwiony, że to było pierwsze, co padło ze strony jego brata.

Harry pozwolił uśmiechowi opaść z jego twarzy i pokręcił głową.

– Nie, Connor. Przykro mi.

Prawda była taka, że znał przynajmniej dwa sposoby na odkrycie składników eliksiru i uwarzenie antidotum, ale oba bardzo rozzłościłyby Snape'a. Harry przez cały czas walczył ze sobą, czy ryzykowanie gniewu jego opiekuna było warte uwolnienia jego ojca z szaleństwa. Część jego, która twierdziła, że nie powinien złościć Snape'a, przegrywała, powoli, ale statecznie.

Connor westchnął.

– No to...

Drzwi zaskrzypiały, ponownie się otwierając i do środka zajrzał Ron.

– Znajdzie się miejsce dla mnie? – zapytał, pochwycając wzrok Harry'ego.

Harry zamrugał.

– Pewnie. Ale po co ci to? – Harry miał zamiar uczyć Connora historii i filozofii, więc naprawdę wątpił, żeby Ron był tymi tematami jakkolwiek zainteresowany, a nawet jeśli, to pewnie już posiadał wystarczającą mu wiedzę po prostu dlatego, że wychował się w czystokrwistej rodzinie.

– Connor powiedział, że jesteś dobrym nauczycielem, kiedy się postarasz. – Ron wzruszył ramionami i przysiadł przy jednej z ławek, po czym bezmyślnie pogłaskał jej czysty blat. – Do tego mi się nudzi. Ten rok nie będzie taki sam bez quidditcha, wiesz – dodał z głęboką odrazą w głosie.

– Nie pozwalają nam grać? – Harry odniósł wrażenie, że praktycznie wszyscy w szkole wiedzą więcej o tym, co się dzieje w jej murach od niego. Jasne, był zajęty Snape'em i Draconem, do tego starał się znaleźć ciało Regulusa i od paru dni słał Skeeter sugestie tego, co powinna poruszyć w swoim następnym artykule, ale miał wrażenie, że nie przeoczyłby tak ważnego ogłoszenia.

Ron spojrzał na niego z wyrzutem.

– Nie. A dyrektor tylko uśmiechnął się tajemniczo i nie chciał wyjaśnić, dlaczego. No przecież musiałeś go słyszeć, Harry, mówił o tym wczoraj przy obiedzie.

– Och – powiedział Harry, przypominając sobie, że poprzedniego dnia badał dla Dracona nekromancję i tak się zaczytał, że przegapił obiad. Wzruszył ramionami. – Nie, sorry, ale ciekawe czemu? Jesteś zupełnie pewien, że dyrektor nic o tym nie wspomniał? – To by tłumaczyło, czemu profesorowie, z wyłączeniem Snape'a, ostatnio tyle między sobą plotkowali, ale Harry nie rozumiał w jaki sposób zakaz gry w quidditcha miałby obchodzić kogokolwiek poza głowami domów.

– Powiedział tylko, że później zrozumiemy. – Ron opuścił głowę na ławkę. – Wiem, że to wspaniały człowiek i w ogóle – tata w ogóle mówi, że to geniusz – ale czasami zachowuje się jak czubek.

Harry prywatnie zgodził się z tą opinią.

– No dobra, w takim razie...

Drzwi znowu zaskrzypiały i Hermiona weszła do środka, po czym zajęła miejsce przy jednym z biurek. W przeciwieństwie do Rona zauważyła, że w sali jest niespotykanie czysto, ale tylko podniosła na Harry'ego brew, po czym wyciągnęła pergamin, pióro i kałamarz ze swojej torby, z którą się nigdy nie rozstawała i o której Harry zawsze myślał, że jest pełna książek.

– A ciebie co tu z kolei przygnało? – zapytał Harry. Jeśli w tej szkole jest ktoś, komu nie są potrzebne dodatkowe zajęcia, to byłaby to właśnie Hermiona.

– Mogę wyjść, jeśli mnie to nie chcesz – powiedziała Hermiona.

Harry spojrzał na nią uważnie, słysząc jej skrzywdzony ton. Westchnął, kiedy go rozpoznał. To prawda, że ostatnio strasznie zaniedbywał Hermionę. Nie wiedział też, jak mógłby jej to wynagrodzić. Polityka, rozmowy z Fawkesem – który nie mógł mu wiele zaoferować, kiedy w pobliżu nie było domowego skrzata, skłonnego do tłumaczenia – do tego Draco i Snape zajmowali mu większość czasu, ale i tak powinien był znaleźć chociaż kilka godzin, które mógłby spędzić z nią od czasu do czasu.

– Nie, daj spokój – powiedział. – Po prostu wydawało mi się, że już wiesz o wszystkim, czego bym nie spróbował tutaj uczyć.

Hermiona skrzywiła się jeszcze bardziej.

– A mi się wydawało, że w bibliotece znajdę więcej informacji o rytuałach czystokrwistych – mruknęła. – Strasznie dużo książek ma zdania w stylu "A to, oczywiście, łączy się z rytuałem skorpiona, który rodzina Starrise przeprowadzała w czasie pełni, żeby zapewnić sobie zwycięstwo nad przeciwnikami", ale nigdy nie tłumaczą, czym ten cały rytuał skorpiona właściwie jest. Jestem pewna, że strasznie dużo mnie omija, a naprawdę chcę się dowiedzieć wszystkiego co możliwe.

Harry odprężył się. Łatwo mu było zrozumieć motywację Hermiony. Zastanawiał się, jakim cudem udało jej się uniknąć Ravenclawu.

– No cóż, podejrzewam, że uczenie trzech ludzi nie będzie się aż tak różniło od uczenia jednego.

– Sześciu.

Harry podniósł brwi, kiedy do klasy weszła Cho, uśmiechając się wesoło do niego. Luna weszła zaraz za nią, posyłając Harry'emu cokolwiek nieokreślony uśmiech. Za nimi weszła Padma Patil. Tę Harry zmierzył niepewnym wzrokiem, ale jeśli dzieliła jakąkolwiek tendencję swojej siostry, Parvati, do nieustannego chichotania, to w żaden sposób nie pokazała tego po sobie, kiedy zaczęła metodycznie układać swoje książki i pergaminy na brzegu jednej z ławek.

– No dobrze. – Harry nie tracił czasu na pytanie ich, po co przyszli. To były Krukonki, do tego Krukonki, które, z tego co zauważył, wydawały się szczerze zainteresowane uczeniem się. – W takim razie pozwólcie, że zacznę. – Rozejrzał się po klasie podejrzliwie, ale wyglądało na to, że nikt więcej już nie chciał się przyłączyć. – Connor, jak ci się wydaje, z kim spędzisz najwięcej czasu na przekonywaniu do przejścia na twoją stronę? – Skupił wzrok na swoim bracie, nie czując żadnych wyrzutów sumienia, że stawia go w centrum uwagi. Czas najwyższy, żeby Connor zaczął się uczyć jak sobie radzić ze skierowaną na siebie uwagą publiki, bo ta zaczęła go omijać wzrokiem, kiedy ludzie szeptali i śmiali się z porwania Harry'ego.

Connor oblał się rumieńcem.

– Ja, ee... Mroczni czarodzieje?

Harry przechylił głowę na bok.

– Uważasz, że staną ci na drodze?

– A nie?

Harry pokręcił głową.

– Mroczni czarodzieje nie chcą wszyscy tego samego, nie dzielą nawet tych samych przekonań – powiedział, łatwo wpadając w rytm nauki, którego nauczył się od matki. – Tak na dobrą sprawę mamy dwa główne rodzaje mrocznych czarodziejów, chociaż wciąż wrzuca się ich do tego samego worka. Mamy zadeklarowanych, przysięgłych Mrocznemu Panu, albo jakiemuś ideałowi – zwykle strasznie przewrotnemu – poprzez którego starają się utrzymywać mroczną magię legalną. A z drugiej strony mamy czarodziejów i czarodziejki, którzy po prostu używają mrocznych zaklęć. – Harry zauważył z rozbawieniem, że pióro Hermiony śmigało po jej pergaminie. No, to nie tak, że to go jakoś specjalnie zdziwiło. Starała się uczyć dosłownie wszystkiego, a ich dotychczasowi profesorowie obrony przed mroczną magią nie omówili specjalnie historii tego, jak magia Mroku i Światła w ogóle pojawiła się w magicznych rodzinach. – Obie strony praktykują to, co się nazywa mrocznymi rytuałami, tańcami i zwyczajami czystokrwistych. Podobne podziały pojawiają się również wśród świetlistych czarodziejów, tylko że oni, oczywiście, podążają za Świetlistymi Panami i walczą o utrzymanie wszystkiego w takim samym porządku, w jakim świat trwał już od kilku stuleci, odkąd mieliśmy ostatniego ministra, który naprawdę tolerował mroczną magię. Ich rytuały się między sobą diametralnie różnią.

Hermiona poderwała głowę, a w jej oczach pojawiło się napływające zrozumienie.

– To dlatego znajdowałam tak wiele różnych rytuałów – szepnęła. – Niektóre musiały być mroczne, a inne świetliste.

Harry kiwnął głową.

– Jeśli jednak chodzi o to, jak są ze sobą powiązane, albo które rytuały są świetliste, a które mroczne... no, mogą na przykład polegać na wolnej woli albo przymuszeniu. Mogą też polegać na oswajaniu, ujarzmianiu i ograniczaniu, albo wypuszczaniu na wolność, wyzwalaniu, zdziczeniu. Mogą też się skupiać na wykrywaniu prawdy, co jest określane jako magia Światła, albo ukryciu i podstępie, co jest typowe dla Mroku.

Harry zauważył, że Connor słuchał tego wszystkiego ze zmarszczonymi brwiami, wyglądając jakby naprawdę żałował, że nie przyniósł ze sobą własnego pergaminu.

– Ale przecież wielu ludzi używa uroków czy iluzji, a nie nazywamy ich mrocznymi sztukami – powiedział.

Harry ponownie kiwnął głową.

– Nie nazywamy ich tak. Są mroczne, ale tylko, jeśli wziąć pod uwagę jedną z definicji. A definicji jest naprawdę wiele. Jedna z nich stwierdza, że magia Światła często wymaga kooperacji, podczas gdy magia Mroku jest wykonywana zwykle w pojedynkę.

Hermiona nawet to sobie zapytała.

– To wiedziałam – powiedziała w obronie własnej, kiedy Harry zerknął na nią. – Po prostu twój sposób opisu jest znacznie bardziej zrozumiały i przejrzysty.

Tylko ona mogłaby tak na to spojrzeć, pomyślał Harry z rozbawieniem, po czym spojrzał nad pochyloną głową Hermiony, coś, do czego dopiero ostatnimi czasy zaczynał się przyzwyczajać, bo wreszcie podrósł na tyle, by być w stanie to zrobić. Do dobra, ona i Krukonki. Ron i Connor wyglądali na lekko oszołomionych.

– Miałem czas, żeby nad tym pomyśleć i poukładać sobie to w głowie.

Hermiona spojrzała na niego przeciągle.

– Słyszałam coś o tym – powiedziała. – Ale żadnych szczegółów. Skąd ty właściwie wiesz tak wiele o mrocznych sztukach i rytuałach, Harry?

– Chyba po prostu miałem szczęście – powiedział Harry. – Do tego mam naprawdę dobrą pamięć. Zwykle wystarczy, że przeczytam jakąś książkę tylko raz, żebym zapamiętał większość zawartych w niej informacji. – Tak się składało, że to była prawda, ale przy okazji dzięki niej był w stanie zgrabnie ominąć niezręczny moment, kiedy któraś z dziewczyn mogłaby zacząć zadawać pytania o to, czemu dostał tak wiele rygorystycznego treningu w dzieciństwie. Harry nie miał ochoty mówić im o tym, co pewnie już same podejrzewały, że miał zostać opiekunem Connora. Nie miał też zamiaru rozwodzić się o sieci feniksa, bo pewnie też nazwałyby to dręczeniem. Nie miał za to żadnych wątpliwości, że w ogóle nie zrozumieją, czemu to wszystko w ogóle nastąpiło. – Dlatego właśnie, Connor, będziesz musiał przekonać do siebie mrocznych czarodziejów, którzy są zadeklarowani, ale też takich, którzy nie są nawet w żadnej koalicji, tak samo jak świetlistych, a także indywidualnych czarodziejów, którzy nie są ani jednym, ani drugim.

– A gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla mugolaków? – zapytała Hermiona. Harry odniósł wrażenie, że jest naprawdę, szczerze tym zainteresowana. W dodatku to nie był temat, który chętnie podejmowano w Hogwarcie, prawdopodobnie poza mugoloznastwem, ponieważ nikt nie chciał wejść na tereny dyskusji, w których trzeba zająć którąś ze stron.

– To zależy, czy w ogóle zdecydują się zostać w świecie czarodziejów, czy nie, a jeśli tak, to gdzie – powiedział Harry. – Czasami deklarują się Światłu albo Mrokowi. Czasami zawierają związek małżeński z rodziną, która już dawno temu się zadeklarowała, więc się dostosowują. Czasami używają zarówno mrocznej jak i świetlistej magii, właściwie wszystkiego poza niewybaczalnymi klątwami, więc pozostają gdzieś po środku. Ale wielu z nich wraca po prostu do mugolskiego świata.

Hermiona pokręciła głową.

– To głupie.

– W tym się z tobą zgodzę, Granger – powiedział ostry głos od strony drzwi. – Nie ma sensu marnować edukacji na ludzi, którzy i tak wykorzystają ją w niewłaściwym celu.

Harry poderwał głowę. Tym razem nie usłyszał nawet skrzypnięcia drzwi. Draco tam stał, patrząc wprost na niego, i wyglądał na absolutnie wściekłego.

Harry opuścił głowę i poukładał tarcze na tarczach. Był zirytowany na Dracona o to, że ten zapomniał o jego porannych zajęciach z Connorem. Ale czemu właściwie był zirytowany? Oczywiście, że Draco i tak by chciał, żeby Harry rzucił wszystko i przyszedł do niego.

Czuł, jak cały jego umysł się zmienia i przekształca, adaptując się w maleńką, cichą rzecz, którą ostatnio bywał przy Draconie, ale jedno zerknięcie na twarz jego przyjaciela wystarczyło, by się przekonał, że to nie wystarczy.


Draco postukał palcem w książkę. Być może pozwolił się rozpuścić, ale przyzwyczaił się już do tego, że Harry pojawiał się kiedykolwiek Draco by tego nie chciał; nie miał wątpliwości, że Harry pewnie pilnował go za pomocą jakiegoś zaklęcia. A teraz trasa do biblioteki zajmowała mu zdecydowanie dłużej niż powinna, nawet jeśli był na samym dole w Wielkiej Sali, czy na boisku quidditcha, jak się Draconowi z początku wydawało.

A potem przypomniał sobie, że Harry wspomniał coś o tym, że tego ranka miał uczyć Connora o przywództwie.

Zupełnie jakby ten palant miałby coś z tych lekcji wyciągnąć, pomyślał Draco i wstał, po czym wyszedł gniewnie z biblioteki. Ruszył w stronę klasy, w której Harry starał się w zeszłym roku "edukować" Connora. Jeśli są gdzieś, to pewnie tam. Harry musiał się przekonać wreszcie, że czasem Draco też go przecież potrzebował.

Tylko, że ich tam nie było. Draco zaczął chodzić od jednej nieużywanej klasy do drugiej, co zajęło mu nierozsądnie dużo czasu, więc kiedy wreszcie ich znalazł, jego temperament już niemal się z niego wylewał. Wszedł akurat, kiedy Granger powiedziała, że szlamy są głupie, jeśli po całej edukacji w Hogwarcie wracają do mugolskiego świata. Draco musiał się z nią zgodzić.

Spojrzał na Harry'ego.

Przez chwilę poczuł się okropnie, kiedy zobaczył jak oczy Harry'ego otwierają się szerzej, po czym jego wzrok opada na podłogę, a jego cała postawa się zmienia, przepływając z niemal nauczycielskiej, na taką, którą Draco mógł bez problemu sobie wyobrazić stojącą lub siedzącą obok niego, nastawioną, żeby dać, bez zwracania na siebie jakiejkolwiek uwagi. Przypomniało mu to o zeszłym roku, kiedy to Harry wciąż się zachowywał w ten sposób w pobliżu swojego brata. Jeśli istniała chociaż jedna osoba, do której Draco nie chciał być porównywany, to był Connor Potter.

Szybko jednak odrzucił od siebie ten pomysł. Harry'emu pewnie po prostu było żal, że traci tu z nimi swój czas, kiedy mógłby go spędzić z Draconem. I czy Draco nie poświęcił mu dość uwagi w zeszłym roku, kiedy pojawiał się przy jego boku za każdym razem, kiedy Harry tego chciał? Harry był mu to po prostu winien.

– No chodź do mnie – powiedział, idąc w stronę Harry'ego.

Weasley momentalnie poderwał się na nogi i zaszedł mu drogę. Draco skrzywił się na jego widok. Nie miał czasu na użeranie się z Weasleyem. Miał Harry'ego i eliksir do uwarzenia, a eliksir i Harry to było wszystko, czego w tej chwili potrzebował. Och, jasne, czasami jeszcze rozmawiał z innymi ludźmi, bo przecież nie mógł poświęcić całego swojego czasu na badania czy rozmowach z Harrym, ale Weasley z pewnością nie musiał się znaleźć pośród tych ludzi.

– Z drogi – powiedział.

Weasley miał czelność pokręcić głową. Był cały czerwony, a oczy mu lśniły. Draco miał zajadłą nadzieję, że ten kretyn ma jakieś pojęcie na temat tego, jak okropnie w takich sytuacjach wygląda, chociaż nie był pewien, czy nie przecenia tym jego inteligencji.

– Jak możesz tak pomiatać Harrym? – zażądał. – Nie możesz tak po prostu wydawać mu rozkazów.

Draco zamrugał.

– Wcale mu niczego nie rozkazałem. Po prostu powiedziałem mu, jak teraz będzie wyglądać sytuacja. – Był pewien, że dał Harry'emu wybór swoim tonem. To nie był rozkaz, ani przymus. Wiedział, że Harry ich nie cierpi i że spędzał z Draconem tak wiele czasu ostatnio dlatego, że tego szczerze chciał, a nie dlatego, że ktoś mu kazał. – No chodź, Harry – dodał, wyglądając ponad ramieniem Weasleya, upewniając się, że tym razem jego ton był łagodny. Harry wciąż nie podniósł wzroku. – Przecież chcesz spędzić ze mną czas na badaniach, prawda?

Harry nie odpowiedział. Draco poczuł, jak znowu wzbiera w nim gniew. Potrzebował pomocy Harry'ego, czego nie potrzebował, to Harry'ego spędzającego czas z tymi frajerami, pośród których, jak Draco zauważył z lekką kpiną, była ta zdzira Chang. Niby czemu Harry miałby chcieć w ogóle spędzić z nimi czas? Przecież żadne z nich nie przyjaźniło się z nim, nie poświęcali za niego życia, żadne z nich nie kochało Harry'ego jak on.

A jeśli któreś z nich go kocha, to lepiej dla nich, żeby trzymali się od niego z daleka.

Czasami Draco miał wrażenie, że sam nie rozumie swojego własnego umysłu, w całości zajętego oszałamiającym wirem emocji i ambicji, ale to, co w pełni rozumiał, była ta część, która twierdziła, że Harry jest wyłącznie jego i nikogo innego. Czuł się tak już od lat, ale wcześniej nie wiedział dlaczego, a teraz nie miał zamiaru zignorować to odkrycie.

Czego w tym momencie w ogóle nie rozumiał, to czemu Harry jeszcze niczego nie powiedział. Powinien przecież, skoro był tak zainteresowany pracą z Draconem, ale on tak tylko tam siedział z pochyloną głową, jakby oszołomiony, wciąż wbijając wzrok w podłogę. Wyglądał, jakby starał się uspokoić swój oddech, jakby odwlekał atak paniki. Ale Draco wiedział, kiedy Harry miewał ataki paniki. Zdarzały się tylko wtedy, kiedy był opętany przez złego Mrocznego Pana, albo kiedy za dużo osób się na niego patrzyło. Żadna z tych sytuacji nie miała teraz miejsca, więc to nie mógł być atak paniki.

– No chodź, Harry – powiedział znowu, zły o to, że w ogóle musi się powtarzać.

Od strony drzwi po raz kolejny rozległ się głos:

– Merlinie, ale z ciebie nadęty dupek, Malfoy.


Jeśli istniało coś, co urażało Zachariasza Smitha, to te momenty, kiedy ktoś się popisywał swoim brakiem inteligencji.

Był skłonny przyznać, że niektórzy ludzie nie wiedzieli zbyt wiele na temat różnych spraw (z jego doświadczenia w Hogwarcie "niektórzy ludzie" oznaczali "większość uczniów"), ale to była ignorancja i tę zawsze można było naprostować. Jeśli ktoś chciał się czegoś dowiedzieć, to zawsze mógł się zapytać. Jeśli ktoś się zorientował, że czegoś o czymś wcześniej nie wiedział i nikt tego nie zauważył, ten ktoś zawsze mógł w pośpiechu nadrobić zaległości. Mieli pod ręką bibliotekę, czy umysły rezydujące w głowach profesorów, przynajmniej ich większości. Zachariasz nie wierzył w to, że ktoś się może urodzić głupim. To była tylko ignorancja, zwykły rezultat tego, co się działo, kiedy ktoś nie poświęcił dość czasu na douczenie się.

Wierzył jednak w głupotę popełnianą z własnej woli i ją właśnie zobaczył w pełnym rozkwicie, kiedy wszedł do klasy, do której, jak zobaczył przypadkiem, zupełnie przypadkiem, jakieś dziesięć minut wcześniej weszła Hermiona Granger.

Poczuł się osobiście urażony, kiedy zobaczył jak Draco Malfoy stał przed Harrym Potterem i mówił do niego, zupełnie jakby to nie było absolutnie oczywiste, że Potter wchodził w coś, co jego prababcia nazywała avuluchią. Zachariasz uważał, że wiedziała, o czym mówiła, skoro była wilą i w ogóle, i oto właśnie widział to na własne oczy. Potter chciał zrobić dwie rzeczy na raz, każda z tych spraw była nagląca i obie chciał naprawdę doprowadzić do końca, przez co nie mógł się zdecydować tylko na jedną z nich, co posłało go w mentalny paraliż.

Merlinie, Malfoy powinien był zauważyć, że coś jest nie tak choćby przez wzgląd na to, jak on się wgapia w podłogę. Przecież Potter się tak zwykle nie zachowuje.

– Merlinie, ale z ciebie nadęty dupek, Malfoy – powiedział Zachariasz, przeciągając zgłoski, otwierając drzwi na oścież i opierając się o framugę. Jego wzrok zatrzymał się ma moment na Hermionie, kiedy ta się odwróciła, żeby spojrzeć w stronę drzwi, ale to był tylko zbieg okoliczności, naprawdę. A nawet jeśli tak się złożyło, że zauważył, że zdążyła już zapisać cały pergamin i chciał kiwnąć głową z aprobatą, to co z tego? Przecież nie będzie z niej kpił za to, że jest mądra. – Skąd ci przyszło do głowy, że wolno ci traktować Pottera jak małego, pluszowego smoka? Prawdziwi czarodzieje przestają się bawić tymi smokami kiedy mają sześć lat.

Malfoy oblał się rumieńcem. Zachariasz kiwnął głową, rad, że jego podejrzenie się potwierdziło.

– Ty nie przestałeś, co? Pewnie bawiłeś się nim, póki nie dostałeś swojego listu z Hogwartu. Dopiero wtedy go odłożyłeś na półkę i udawałeś, że nigdy o nim nie słyszałeś.

– Zamknij się, Smith. – Malfoy miał czelność na niego syknąć, zupełnie jakby naprawdę wydawało mu się, że zdoła kogoś uciszyć kogoś, kto był od niego znacznie bardziej inteligentny. – Nie masz pojęcia o czym mówisz.

– Owszem, mam – powiedział Zachariasz, w pełni już wchodząc do klasy. Zauważył siedzące w niej trzy Krukonki, wszystkie z dobrych rodzin, z dobrego rodzaju świetlistych, więc kiwnął im głową. Doprawdy, z Malfoya musiał być koszmarny idiota, jeśli wydawało mu się, że Potter nie był bezpieczny w tej grupie.

Nie wierzył jednak we wrodzony idiotyzm, jedynie we wrodzona ignorancję, a to oznaczało, że może pomóc Malfoyowi i go doedukować.

Zachariasz uśmiechnął się. Wyglądało na to, że jednak będzie się tu dobrze bawił.

– Odłożyłeś swojego małego, pluszowego smoka zaledwie dzień przed tym, jak dostałeś swój list z Hogwartu, albo godzinę po jego przeczytaniu – powiedział, skupiając swoją uwagę z powrotem na Malfoyu. Nadęty dupek. Cholerny chwalipięta, który wszystkim wciska przed nos swoje bogactwo i pychę. Ciekawe, czy ojciec mu już powiedział, że jego pradziadek był jednym z najbiedniejszych czystokrwistych swoich czasów? Wygrali większość swoich dziedzicznych dóbr biorąc udział w nielegalnym hazardzie i od tego czasu zachowują się, jakby kasa się ich trzymała od wieków. Stare imię, nowe bogactwo i zero zdrowego rozsądku. – A potem okazało się, że to i tak nie ma znaczenia, bo jak tylko się tu dostałeś, znalazłeś sobie nowego pluszowego smoka. Uczepiłeś się Pottera, jakby ten był w stanie spełnić każde twoje życzenie.

Zachariasz zamilknął na moment, żeby przyjrzeć się czarodziejowi, który wreszcie oderwał wzrok z podłogi i patrzył na niego w osłupieniu. Magia Pottera biła wokół niego niczym strumień ledwie utrzymywany w miejscu dzięki narzuconej sobie tamie, rzeka, która zaczyna falami wylewać się ponad przeszkodą, gotowa by ich wszystkich utopić.

– No – poprawił się Zachariasz – on akurat pewnie byłby w stanie spełnić każde twoje życzenie.

Wrócił wzrokiem z powrotem do twarzy Malfoya.

– Ale to nie oznacza, że powinieneś od niego żądać, żeby spróbował, wiesz? Lord należy do wszystkich. Tak samo jak vates. – Jego prababcia powiedziała mu o vatesie, podczas jednej z ich wielu sesji, kiedy Zachariasz miał po prostu siedzieć obok niej w celu "nauczenia się czegoś". Zachariasz wiele wyciągnął z tych spotkań. – Dlatego właśnie nie będzie uczył tylko jednej osoby, ani też spełniał życzeń tylko jednego człowieka. To byłby egoizm tak samo z twojej strony jak i z jego. On należy do całego świata czarodziejów i powinien obdarzać swoją magią każdego, kogo tylko zechce.

Zachariasz spojrzał znowu na Pottera i jeśli po drodze zerknął w bok, żeby podziwiać twarz Hermiony, to przecież nie tak, że ktokolwiek by to zauważył. Nie istnieli ludzie głupi od urodzenia, ale Zachariasz wierzył szczerze, że niektórzy ludzie byli bardziej inteligentni i mieli większą zdolność do obserwacji od innych i ze wszystkich ludzi zebranych w tym pokoju, tylko Hermiona mogłaby mu dorównać pod tymi względami. Jeśli tego chciała, to tylko ona pewnie by to zauważyła.

Potter wbijał w niego wzrok, jakby wciąż nie rozumiał, co właściwie Zachariasz chciał przez to wszystko osiągnąć.

Niebiosa, chyba nie jest jeszcze nim aż tak źle? Zachariasz zmarszczył brwi na tę myśl. Może jednak było. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że zachowanie Malfoya i jego traktowanie innego czarodzieja jak pluszową zabawkę tak strasznie odcisnęło się na kimś takim jak Potter, inaczej zareagowałby już wcześniej.

No cóż, lepiej późno niż wcale.

– Udzielam ci zgody na użycie na mnie legilimencji, Potter – powiedział. – Wiem, że ją znasz. Zajrzyj do mojego umysłu i zobacz na własne oczy, że to, jak cię Malfoy traktuje, jest po prostu złe.

– Zamknij się, Smith! – wypalił znowu Malfoy, zaciskając bezsilnie ręce.

Zachariasz spojrzał na niego chłodno. Był w stanie się przed nim obronić, jeśli będzie trzeba. Wolał jednak nie doprowadzić teraz do takiego zamieszania. Tu chodziło o Pottera.

– Sam się zamknij, Malfoy – powiedział. – Tak potężny czarodziej jak Potter zasługuje na przynajmniej tyle szacunku, żebyś nie wchodził nam w drogę, przynajmniej do chwili, w której nie odmówi mojemu zaproszeniu.

Zerknął na Pottera, który z kolei patrzył się beznadziejnie na Malfoya.

– Potter? – zapytał.

Harry zerknął na niego i Zachariasz przymrużył oczy. No doprawdy. Ile wahania może być w kimś tak potężnym? Jak będziemy to mieli za sobą, to zacznę do codziennie dręczyć, bez kitu. Nie możemy sobie pozwolić, żeby był taki słaby.

– No dalej, Potter – powiedział. – To przecież proste zaklęcie. Jedno słowo. Przecież daję ci moją pełną zgodę. – Przywołał wspomnienia, które chciał, żeby Potter zobaczył w pierwszej chwili, jak tylko wejdzie do jego umysłu. Nie znał się na oklumencji, ale wiedział, że to ułatwi czarodziejowi, który po raz pierwszy wchodzi do nieznanego mu umysłu, znalezienie tego, czego potrzebuje, bez niepotrzebnego przedzierania się przez mgłę wymieszanych wspomnień. Zachariasz nie był też w pełni przekonany, że Potter by go czymś takim nie skrzywdził.

Legilimens – szepnął Potter.

Zachariasz poczuł dziwne wrażenie skręcania i popychania, jakby ktoś odciągnął zasłonę, która przesłaniała jego myśli, a z której istnienia nie zdawał sobie sprawy. Zebrał się w sobie, żeby nie walczyć z intruzem, ale po tym pierwszym wrażeniu nie nastąpiło nic, na co by zwrócił uwagę. Oparł się o stojącą obok ławkę i zanucił, czekając.

Wspomnienie było na samej powierzchni umysłu, dostępne bez problemu.

Ale nie rozumiem, o co ci chodzi, babciu – powiedział Zachariasz, siedząc u stóp wili w świetle padającego z okna słońca. Jej pokój był zawsze oświetlony, dość by poruszyć serce Zachariasza i przywołać uśmiech na jego twarzy nawet w czasie dni, kiedy zimowe niebo było ciemne i nieprzyjemne. Tutaj, światło zawsze było złote.

Mówię o vates, moje drogie dziecko, o stworzeniu magii i wolności tak ekstremalnej, że nic nie byłoby w stanie jej uwięzić. – Położyła dłoń na głowie Zachariasza i potarła jego czoło kciukiem. Zachariasz zadrżał. Był za młody, żeby w pełni zrozumieć, co potrafią z człowiekiem zrobić wile, ale ponieważ dzielił z nią krew, była w stanie go ukoić i oczarować samym dotykiem. – Musiała znać siebie na wylot i na wskroś, ale straci swoją pozycję w chwili, w której spróbuje zmusić kogoś do zrobienia czegoś, czego ten człowiek zrobić nie chce. Jak już tu będzie, wyleczy i uwolni te wszystkie biedne stworzenia, które wciąż są spętane sieciami.

Zachariasz przemyślał sprawę naprzód, jak to miał w zwyczaju nawet w tym wieku.

A co się stanie, jeśli vates jest słaba, albo zamknie się w klatce?

Głos jego babci stał się naraz smutny i zimny.

Wtedy umrze, a coś pięknego i wolnego na zawsze zniknie z tego świata.

Kiedy wspomnienie dobiegło końca Potter wyszedł z jego głowy, a Zachariasz otworzył oczy. Zobaczył jak Potter dygocze, więc pokręcił głową i zacmokał językiem o podniebienie. Wyglądało na to, że czas najwyższy zastosować jakiś bodziec.

– Doprawdy, Potter – powiedział. – Naprawdę ci się wydawało, że nikt nie zauważy, że nikt nie zacznie się zastanawiać, czemu nagle zacząłeś się inaczej zachowywać?

– Po prostu zachowywał się tak, jak ja chciałem, żeby się zachowywał – powiedział Malfoy.

Zachariasz uśmiechnął się krzywo. Malfoy brzmiał jak żałosny, mały chłopiec.

– Zauważyliśmy – powiedział Potterowi. – W tej szkole znajduje się naprawdę wielu ludzi, którzy zwracają uwagę na wszystko, co robisz. Wszystko. I nie mamy zamiaru pozwolić, żeby potencjalny Lord, albo nawet ktoś o wiele od niego wspanialszy, został zrujnowany tylko dlatego, że postanowiłeś się schować w klatce. Będę stał obok tej klatki i dziugał cię patykiem, póki z niej nie wyjdziesz, rozumiemy się? Musisz znaleźć inne wyjście, niż się tylko chować, Potter.

– A co, jeśli są tacy, którzy potrzebują, żebym się schował? – szepnął Potter, tak cicho, że pewnie tylko Zachariasz go usłyszał. – Jeśli mam im służyć i ich chronić, to czy nie powinienem się schować?

– No to są głupi – powiedział Zachariasz, uznając, że może jednak czas zacząć wierzyć w istnienie głupich ludzi. – I jeśli to ci właśnie powiedzieli, jeśli tego właśnie od tego chcą, to powoli niszczą to, co z czasem byłoby w stanie zalać nawet ich życie światłem. Powiedz mi, jak wielkim kretynem trzeba być, żeby zrobić coś takiego? – Zerknął na moment w bok. – No – dodał – można być kretynem, ale można też być Malfoyem, co jest jeszcze gorsze.

Malfoy splunął na niego. Zachariasz się uśmiechnął szeroko. Już od kilku dni nie miał okazji do dobrej kłótni.

Zauważył też, że kiedy mówił, Hermiona kiwała głową. Poczuł, jak w piersi rozwija mu się coś ciepłego i miękkiego, ale zbył to jako dumę. Dobrze wiedzieć, że najmądrzejsza czarownica w szkole potrafiła rozpoznać zdrowy rozsądek, kiedy ten przemawiał tuż przed jej nosem.

Wyglądało na to, że Malfoy w dalszym ciągu nie był w stanie znaleźć języka w gębie, więc Zachariasz mówił dalej do Pottera, chociaż wzrok już wbijał w swojego przeciwnika.

– My też cię potrzebujemy, Potter. Będziesz musiał nauczyć się jak zbalansować pragnienia jednych ludzi względem pragnień innych, co już pewnie usłyszałeś wcześniej, od magicznych stworzeń. To nie są Malfoyowie. Ale będą w stanie zaakceptować cię takim, jaki jesteś.

Z drugiej strony, żadne z nich nie jest tak bystre jak ja.

– A nawet, jeśli jeszcze nie usłyszałeś tego od nich, to słyszysz to teraz ode mnie – dodał Zachariasz. – Bądź przyjacielem, ale bądź też vatesem i Lordem. – Wiedział, że "Lord" to nie było do końca dobre określenie, ale nie wiedział, czy vates w ogóle miał jakiś swój odpowiednik w mowie czarodziejów. – Przestań pozwalać ludziom traktować cię jak pluszowego smoka.

Poczuł, jak oddech Pottera staje się płytszy, a jego magia wzbiera niczym fala. Wreszcie Potter poderwał się i wybiegł z pokoju.

Malfoy ruszył się, żeby pójść za nim, ale Zachariasz już miał gotowe słowa, które tylko czekały na końcu języka.

– A może się pomyliłem i jest na odwrót, co, Malfoy? Może to on ma cię na sznurku. Smok prowadzący kretyna, a to ci dopiero.

Oczywiście, że to go sprowokowało do odwrócenia się i reakcji. Zachariasz uśmiechał się szeroko, ukontentowany. Zajmował się kimś, kogo należało wreszcie sprowadzić do poziomu, Potter go wysłuchał i może wreszcie przestanie się zachowywać jak pluszowa zabawka, a Hermiona przesłaniała dłonią usta i chichotała, słuchając jak obraża Malfoya.

Wszystko było jak należy.


Harry oparł się o ścianę, dysząc i próbując złapać oddech. Nie wiedział dokładnie, gdzie jest – gdzieś na trzecim piętrze. Nie poświęcił wiele uwagi na sprawdzenie, gdzie biegnie. Najbardziej zajęty był swoim umysłem, w którym wirowało od myśli i idei, których wcześniej nie wziął pod uwagę, a które teraz przebijały się niczym promienie światła przez rozbite, brudne okno.

Och, kilka z tych myśli już parę razy przemknęło mu przez głowę, ale z jakiegoś powodu nie przyłożył do nich większej wagi. Harry zamknął oczy, przeczesał ręką włosy i wziął głęboki oddech. Kawałki szkła zamigotały i cięły głęboko.

Wiem, że Snape i Draco mają dla mnie znaczenie, ale przecież nie mogą znaczyć więcej od wszystkich ludzi na świecie. Czemu się zachowywałem, jakby tak było? Jeszcze kilka miesięcy temu nawet nie przyszłoby mi to do głowy. Nie, nawet miesiąc temu. Zanim Snape się nie zaczął martwić o mnie tak bardzo, że zmienił swoje nastawienie do mnie, nie dopuściłbym, żeby...

Tu zalała go fala wspomnień o wszystkim, na co wcześniej by się nie zgodził: Draco odpędzający od niego jego przyjaciół, Draco dyktujący mu jak ma spędzać czas, Snape pomiatający nim w ten sposób, Snape upokarzający jego ojca.

W takim razie czemu teraz pozwalam, żeby do tego doszło?

Znał odpowiedź. Chciał im wynagrodzić swoje poprzednie zachowanie, które sprawiło, że Draco i Snape tak się zaczęli o niego martwić. Chciał im pokazać, że mu na nich zależy i tak, jest w stanie robić to, czego od niego potrzebują, być kompletnie niewymagającym wychowankiem i przyjacielem, zamiast tylko brać wszystko od nich, jak to robił do tej pory. Narobił tak wiele błędów w przeszłości, że nie chciał dopuścić, żeby te się kiedykolwiek powtórzyły.

Ale oto popełnił kolejny. Zamiast zbalansować ich relacje, przedobrzył i wziął wszystko na siebie.

Harry skrzywił się na samego siebie i potarł ramię, mając wrażenie, że prawda go nacięła i teraz zaczyna wyciekać razem z jego krwią.

Do tego zapomniałem. Zapomniałem o tym, co sobie obiecałem wtedy w sowiarni, kiedy Connor uwolnił moją magię spod resztek sieci feniksa, co sobie obiecałem, kiedy odkryłem, że jestem w stanie zostać vatesem. Muszę znać samego siebie. Muszę wiedzieć, kiedy kłamię, albo popełniam błędy.

A to było zarówno kłamstwo jak i błąd.

Harry zwiesił na chwilę głowę, ale już czuł w sobie narastającą irytację. Nie chciał tracić czasu na żałowanie swoich błędów. Chciał je naprawić.

Ale co mi właściwie pozostało? Jeśli się z powrotem zmienię, to przecież wszystko się tylko jeszcze bardziej zepsuje, bo pozbawię Snape'a i Draco tego, czego teraz potrzebują. A ja nie chcę już nigdy więcej brać ich za pewnik.

Harry zastanowił się, ale tylko przez chwilę. Ostatecznie został przydzielony do Slytherinu nie bez powodu. A coś takiego już kiedyś zrobił, wyłożył i zastosował odpowiednie plany, kiedy potrzebował ukryć specyficzne dary i tendencje nawet przed Lily.

Mogę się ukryć, ale nie w klatce, jak to ujął Zachariasz – za maskami. Mogę się upewnić, że Snape i Draco wciąż będą mieli to, czego chcą, czego potrzebują. A przy innych ludziach mogę się zachowywać inaczej i dawać im to, czego oni potrzebują ode mnie. Jeśli stanie mi się coś, o czym nie będą chcieli się dowiedzieć, to mogę im po prostu o tym nie mówić. Jeśli Snape albo Draco zaczną nastawać na wolną wolę innych ludzi, albo wtrącać się w coś, co będę musiał zrobić jako vates, wtedy będę mógł się odnieść do kłamstw.

To było rozwiązanie tak proste, tak oszałamiające, że Harry zamrugał, zastanawiając się, czemu wcześniej mu to nie przyszło do głowy.

Ale na to też, rzecz jasna, znał odpowiedź. Ponieważ tak bardzo mi zależało na uwadze Snape'a i Dracona. Nie chciałem, żeby mnie opuścili. Wydawało mi się, że muszę to zrobić, żeby zatrzymać ich przy sobie.

Ale to był błąd. Kiedy jeszcze mieszkałem z Lily, wystarczyło mi słowo pochwały raz na jakiś czas. Teraz też powinno mi wystarczyć.

Harry wciągnął głęboko powietrze w płuca, czując jak te napinają się, żeby utrzymać wszystko w środku, po czym wypuścił wszystko aż do samego końca. Owinął swój umysł z powrotem tarczami oklumencyjnymi, bo usłyszał zbliżające się kroki.

– Harry? – Draco wyszedł zza zakrętu i spojrzał na niego z pokrzywdzoną miną. – Jak mogłeś mnie tam tak zostawić?

– Wybacz, Draco – powiedział miękko Harry, po czym podszedł do drugiego chłopca, żeby go przytulić. Poczuł zaskoczenie Dracona i jego spięcie ramion, ale to zignorował. Draco potrzebował, żeby ktoś go częściej przytulał. Harry wciąż nie robił tego wystarczająco często. – Wydawało mi się, że będziesz na mnie zły, bo Zachariasz cię atakował poprzez mnie.

– Nie, nie – powiedział Draco, a jego twarz promieniowała szczęściem. – Chodź, popracujmy teraz nad tym eliksirem, dobra? Możesz mi obiecać, że nie będziesz więcej się słuchał Smitha? I tak wygadywał tam same głupoty.

– Oczywiście, Draco – powiedział Harry. Kłamstwo łatwo spłynęło mu z ust. Zapamięta to, a w tym stanie, kiedy był z Draconem i robił to, co Draco od niego potrzebował, nietrudno będzie mu dotrzymać tej obietnicy.

Był w stanie to zrobić. Miał bardzo dobrą pamięć. Do tego miał za sobą lata doświadczenia w zwodzeniu innych. Póki mógł dawać innym ludziom to, czego potrzebowali i chcieli, to przecież nie mogło być w tym nic złego.

Do tego teraz mam się na oku. Jak tylko zobaczę, że coś jest nie tak – a na pewno w pewnej chwili znowu gdzieś popełnię błąd – to się zaadaptuję i poprawię. Tak będzie lepiej.

A niebawem napiszę list do Narcyzy i upewnię się, że Snape nie dowie się o sposobie, w jaki mam zamiar zrobić antidotum dla Jamesa. Tylko by się rozzłościł, gdyby się dowiedział.