Rozdział osiemnasty: Nie lekceważ skrzata domowego

Harry tupnął nogą i zadrżał. Nie zdawał sobie sprawy jak koszmarnie zimno było w lochach nocą. Z drugiej strony jednak, zwykle o tej porze był albo już pod kołdrą, albo w pokoju wspólnym Slytherinu, siedząc przy ogromnym, rozpalonym kominku.

Z pewnością nie czaił się przy gabinecie Snape'a, ukryty pod zaklęciem kameleona, czekając na odpowiedź, którą miał nadzieję tej nocy otrzymać. Wysłał list jak tylko ułożył sobie ten plan w głowie. Ale co, jeśli to w jakiś sposób uraziło Lucjusza? Może w ogóle nie odpisze? Albo...

Harry niemal podskoczył z zaskoczenia, kiedy obok siebie usłyszał trzask aportacji. Rozejrzał się pośpiesznie i zobaczył, że Zgredek stoi spokojnie tuż obok niego. Skrzat domowy kiwnął mu uprzejmie głową na powitanie, najwyraźniej nie mając problemów z zobaczeniem poprzez zaklęcie kameleona.

– Zgredek przyszedł pomóc Harry'emu Potterowi – powiedział, po czym podał mu dwa listy, które miały na sobie jego imię. Harry rozpoznał charakter pisma Narcyzy na jednym z nich, więc otworzył go najpierw, bo już wiedział, co będzie w tym od Lucjusza.

Drogi Harry,

W rzeczy samej, martwię się o Regulusa i smuci mnie, że mój uparty kuzyn nie opuścił osłon zanim nie zniknął, albo zginął (musimy wziąć pod uwagę każdą okoliczność). Z przyjemnością spotkam się z Tobą przed Grimmauld Place numer 12, chociaż nie mogę Ci obiecać, że będziemy w stanie wejść do środka. Kiedy byłam tam ostatnim razem, napotkałam wyjątkowo silne osłony, zupełnie jakby chroniły ukrytego w środku dziedzica rodu. Jeśli jednak chcesz się ze mną zobaczyć i spróbować wejść mimo wszystko, to z przyjemnością podejmę się tej szansy. Może za parę tygodni? W najbliższym czasie będę zajęta tańcem.

Narcyza Malfoy

Harry odprężył się, oddychając lekko z ulgą. Przynajmniej będzie mógł zrobić coś, co być może pomoże w jakiś sposób Regulusowi, chociaż z opisu Narcyzy, nie był pewien, czy w ogóle będą w stanie się dostać do środka, żeby spróbować pomóc.

Wreszcie otworzył list od Lucjusza, podczas gdy Zgredek czekał cierpliwie, rozglądając się z zainteresowaniem po korytarzu, jakby jego kamienne mury były w jakiś sposób fascynujące.

Drogi panie Potter,

Nawet nie będę próbował zrozumieć, czemu życzy pan sobie pożyczyć mojego skrzata domowego na ten wieczór. Udzielę jednak na to zgody, w ramach mojego daru na równonoc jesienną. Proszę pamiętać, że w tym tańcu pozostał już tylko jeden krok. Wiem dobrze, jaki dar mam nadzieję otrzymać w dzień przesilenia zimowego.

Lucjusz Malfoy

Harry wywrócił oczami i złożył list. Jak zwykle arogancki. To chyba jego naturalny styl bycia. Spojrzał na Zgredka.

– Zgredku, czy chcesz tutaj być i mi w czymś pomóc? – zapytał. Już mniejsza z tym, że taniec sojuszu zmusił go do formalnego poproszenia Lucjusza o użyczenie mu jego skrzata domowego; nie miał najmniejszego zamiaru zrobić czegokolwiek, co byłoby wbrew naturalnej wolnej woli Zgredka, czy jego przekonaniom.

– Zgredek chce tu być i pomagać – powiedział spokojnie Zgredek. – Zgredek przeczytał list, który pan Harry wysłał panu Malfoyowi. – Pochylił się do przodu i zmierzył Harry'ego surowym spojrzeniem z miną, która zawsze zaskakiwała Harry'ego, bo ten nie widział jej nigdy u żadnego innego skrzata. – Usługa, przy której pan potrzebuje pomocy, brzmi niebezpiecznie. Zgredek będzie chronił Harry'ego Pottera.

Harry odkaszlnął z zakłopotaniem.

– Mam nadzieję, że jednak nie okaże się niebezpieczna, Zgredku – powiedział. – Nikogo nie powinniśmy tam spotkać.

– Tam, czyli gdzie, Harry Potterze? – Zgredek po raz pierwszy otworzył szeroko oczy, przez co wyglądał bardziej podobnie do typowego skrzata domowego. – Czy Zgredek ma wejść do legowiska smoków w Zakazanym Lesie?

– Nie...

– Czy Zgredek ma upolować jednorożca dla jego krwi?

– Nie...

– Czy Zgredek... – Zgredek wziął głęboki oddech, po czym ściszył głos. – Czy Zgredek ma wejść do sypialni Slytherinu, żeby ukraść spodnie pana Dracona?

Harry spojrzał dziwnie na Zgredka. Czasami miał wrażenie, że wszyscy wokół niego widzieli i rozumieli coś ogromnego, co krąży wokół niego. Wszyscy, tylko nie on sam. Czasami pojawiały się takie uwagi, jak ta, które pewnie w jakimś kontekście miałyby sens, ale nikt go do tego kontekstu nie dopuścił.

– Nie, Zgredku – powiedział. – Zakradniemy się do gabinetu profesora Snape'a i ukradniemy stamtąd notatki na temat pewnego eliksiru. Nie sądzę, żeby tam jeszcze był, bo dzisiaj udał się wcześniej spać. – Harry powiedział sobie stanowczo, że wcale nie czuje żadnego poczucia winy z powodu wlewania bardzo delikatnego wywaru usypiającego do kielicha Snape'a w czasie ich kilku ostatnich sesji treningowych. Musiał być delikatny, inaczej Snape by go wyczuł i pewnie by mu się oparł. Jedynym jego efektem i tak było zmuszenie Snape'a do ziewnięcia i zasugerowania mu, jak wspaniale byłoby się już położyć spać. W tym czasie raz tylko został na nogach do późna, warząc eliksiry w swoim laboratorium, przez co Harry cierpiał katusze, czatując przy jego gabinecie, z obawą, że Zgredek pojawi się akurat tej nocy. – Tylko szybki rekonesans i uciekamy stamtąd. Ale jeśli napotkamy jakąś magię, z którą nie będę mógł sobie poradzić, to mogę potrzebować twojej pomocy. – Wydawało mu się to bardzo prawdopodobnym. Wiedział co nieco o mrocznych zaklęciach, którymi Snape chronił swoje laboratorium, ale nie znał wszystkich.

– Czemu Harry Potter się zakrada do laboratorium profesora Snape'a? – szepnął Zgredek. – Zgredek myślał, że profesor Snape jest przyjacielem Harry'ego Pottera.

Harry zawahał się. Zgredek miał rację... do pewnego stopnia. Z pewnego specyficznego punktu widzenia. Kiedy Harry przebywał w pobliżu Snape'a i owinął się tarczami oklumencyjnymi, żeby ukryć niepotrzebne emocje, jakie czuł wobec swojego opiekuna, to był w stanie uwierzyć, że to, co Snape robi, było dobre i słuszne. Ale kiedy się od niego oddalił i pozwalał swoim emocjom płynąć swobodnie, wiedział, że musi w jakiś sposób pomóc Jamesowi i jeśli to oznaczało, że będzie musiał się zakraść do laboratorium i ukraść notatki, to niech i tak będzie.

Poza tym, jego jedyną alternatywą było użycie na Snape'ie legilimencji i znalezienie jego wspomnień z warzenia eliksiru. Harry nie chciał narzucać swojemu opiekunowi swojej woli, w dodatku podejrzewał, że nie byłby w stanie tego zrobić niezauważalnie. Gdyby Snape przyłapał Harry'ego na próbie odczytania jego umysłu, jego gniew byłby niewyobrażalny. Dlatego ta opcja i tak była bezpieczniejsza, mimo wszystkich zaklęć, jakie Snape mógł użyć do chronienia swojego laboratorium.

– Jest moim przyjacielem – powiedział Harry, decydując się na szczerość. – Ale zrobił coś, co wydaje mi się, że jest złe. No, czasami mi się tak wydaje. Chyba. – Nie był pewien, jak komukolwiek opisać obecny stan swojego umysłu, nawet samemu sobie. Nabrał takiej wprawy w wyskakiwaniu i chowaniu się z powrotem za swoje tarcze, pozwalając sobie być inną osobą przy różnych ludziach – spokojną, podekscytowaną, aktywną albo pasywną, w zależności od potrzeb – w ciągu kilku ostatnich dni, że czasami miał wrażenie, że jest całkowicie złożony z masek. Po prostu musiał otworzyć pudełko, wybrać odpowiednią i po chwili był w stanie poradzić sobie z kolejną osobą, która potrzebowała jego pomocy.

– Zgredek rozumie – powiedział Zgredek, kłaniając się lekko. – Pan Malfoy często robi rzeczy, które Zgredek uważa za złe, ale Zgredek i tak się go słucha.

Harry zamrugał, po czym uznał, że nie powinien być rozzłoszczony, a zaszczycony faktem, że został porównany do skrzata domowego. Odwrócił się w stronę drzwi do gabinetu Snape'a.

– No dobra – szepnął, po czym wyciągnął przed siebie rękę. – Acclaro.

Linie zaklęć i osłon pojawiły się wokół drzwi do gabinetu. Harry skrzywił się. Biorąc pod uwagę zdolności Snape'a do eliksirów, nie mógł mieć żadnej pewności, że to były wszystkie zabezpieczenia. Przechylił głowę na bok i przyjrzał się tym, które rozpoznał, łącznie z trawiastą zielenią zaklęcia odrzucającego, ukrytego pod grubymi pasmami zaklęcia, które zachowałoby w sobie obraz dowolnej osoby, która przeszłaby przez te drzwi, kiedy Snape'a nie ma w środku.

Większość z tych zaklęć mógłby usunąć, ale podejrzewał, że to by uruchomiło jakieś alarmy w umyśle Snape'a, które przebiłyby się przez kruchą barierę eliksiru usypiającego.

Zawahał się, przypominając sobie opis zaklęcia, które znalazł, czytając o historii Pierwszej Wojny. Przez bardzo długi czas aurorzy nie byli w stanie ustalić, jakim cudem śmierciożercy ciągle uciekają z ich pułapek. Wreszcie zorientowano się, że śmierciożercy byli w stanie przegonić wszystkie możliwe zaklęcia tak długo, jak nie próbowali tego zrobić na zbyt dużej powierzchni, po czym aportowali się albo używali świstoklika, jak tylko znaleźli się w jej środku. Zaklęcie było wyjątkowo kruche i znikało jak tylko śmierciożerca z niego zniknął, ale póki trwało, było w stanie odseparować go od dowolnej magii w otoczeniu, przy okazji – i ta część interesowała w tym momencie Harry'ego najbardziej – nie informując żadnego aurora o tym, że ich zaklęcia zostały zakłócone.

Potrzebował tylko, żeby to zaklęcie pozwoliło mu wejść do środka.

Finite Incantatem Glomero!

Magia wezbrała w nim z nieznanym mu drżeniem, w sposób, w jaki zawsze to robiła, kiedy po raz pierwszy rzucał jakieś zaklęcie, po czym przed jego dłonią pojawił się szybko rosnący bąbel powietrza, który płynął spokojnie przed siebie. Harry pocił się z samego wysiłku utrzymywania tego zaklęcia. Oczywiście, jeszcze nigdy tego nie zrobił, w dodatku pierwsza próba odbyła się bezróżdżkowo. Naprawdę powinienem częściej używać mojej różdżki, pomyślał, patrząc jak osłony i zaklęcia na drzwiach znikają.

Wreszcie kula była wielkości drzwi, więc Harry przez nie przeszedł, pilnując, żeby Zgredek nie został w tyle. Drzwi zatrzasnęły się za nimi, a Harry patrzył, jak zaklęcie rozwiewa się z lekkim syknięciem. Pomyślał niemrawo, że przecież śmierciożercy mieliby jeszcze więcej problemów z rozstawieniem go, jeśli aurorzy, którzy próbowali ich usidlić, byli od nich potężniejsi. Harry odniósł wrażenie, że sama potęga i wiek zaklęć na drzwiach Snape'a musiała mieć jakiś związek z tym, że nie był w stanie utrzymać kuli zbyt długo.

Zgredek stuknął go w ramię. Harry podskoczył i obejrzał się.

Zgredek przyjrzał mu się uważnie.

– Następnym razem – skrzeknął – Zgredek z przyjemnością aportuje Harry'ego Pottera na drugą stronę drzwi.

Harry uśmiechnął się wbrew sobie. Nawet mi do głowy nie przyszło, żeby go poprosić o pomoc.

– Dziękuję, Zgredku – powiedział, odwracając się w kierunku laboratorium. – Mimo wszystko mam nadzieję, że nie będziemy musieli tego więcej robić.

Jedynym światłem w laboratorium była świeczka, która unosiła się na powierzchni eliksiru w kociołku ustawionym za biurkiem Snape'a. Paliła się tak już od wielu dni. Harry wiedział, że nie powinien jej dotykać. Był zaskoczony tym, jak strasznie pusto teraz wyglądał ten pokój, pełen kurzu i martwy, bez Snape'a, który nadałby mu iskry ciepła i życia. Pokręcił głową, żeby zrzucić z siebie to nieprzyjemne wrażenie, po czym podszedł do biurka Snape'a.

Zgredek ruszył za nim.

– Czego Harry Potter szuka?

– Dowolnych notatek, które miałyby na górze nazwę eliksiru – powiedział Harry, przyglądając się zamkniętej szufladzie. Zaklęcie zamykające było banalnie proste i zastanawiał się, czemu takie jest, póki nie zauważył niebezpiecznie wyglądającej igły, która przebiłaby mu palce, gdyby spróbował otworzyć szufladę ręką. Pokręcił głową. Snape to straszny paranoik. – Albo czegokolwiek, co ma na sobie napisane James Potter.

Zgredek kiwnął głową i teleportował się na drugą stronę pokoju. Harry słyszał ciche piski i pykanie, domyślił się więc, że Zgredek pomagał sobie swoją magią w szukaniu. Nie odwrócił się. Ufał Zgredkowi bezwarunkowo.

Przejrzał pobieżnie kilka na wpół zapisanych kartek, które niczym nie przypominały pełnych przepisów na eliksiry, po czym zamarł. Najbliższy kawałek pergaminu zamigotał, jakby zapisane na nim słowa były tylko urokiem, który ukrywał to, co tam było tak naprawdę napisane. Harry wrócił do niego i przymrużył oczy.

Eliksir Meleagera.

Harry podniósł notatkę i szeptem rzucił zaklęcie Aspectus Lyncis, kiedy się zorientował, że słowa nie chcą przestać mu migotać przed oczami. To zerwało urok z pergaminu, a słowa uspokoiły się i pozwoliły się odczytać.

Eliksir, którego zadaniem jest imitacja i odwrócenie losu Meleagera. Albowiem nasz żywot jest niczym płomień świecy, jeśli porównać go do gór i rzek.

Harry znał legendę Meleagera, którego życie zostało związane z płonącą pochodnią i który zginął, kiedy jego matka w rozpaczy cisnęła pochodnią w ognisko, kiedy Meleager zabił jej braci, a swoich wujków. Potrafił sobie wyobrazić, co związany z taką legendą eliksir byłby w stanie zrobić, chociaż oczywiście, Snape nie był na tyle głupi, żeby to opisać w swoich notatkach. Harry zauważył, że jego głowa odwraca się, bardzo powoli, w stronę kociołka z eliksirem, na którym unosiła się świeczka.

Podszedł do niego powoli i pochylił głowę, wąchając. Kiedy się zorientował, że czuje czekoladę i że ma rosnącą ochotę spróbowania eliksiru, odchylił się szybko w tył i zamknął oczy, zwalczając kilka różnych emocji.

Ten eliksir pachniał i wyglądał jak ten, który Knot zlizał ze swoich palców, kiedy Snape i Harry odwiedzili ministerstwo. Harry nie wiedział, czy Snape stworzył eliksir Meleagera wyłącznie z myślą o Knocie. Nie wiedział też, czy Knot z pewnością zginie, kiedy świeczka zgaśnie.

Wiedział jednak, że na to właśnie wszystko wskazywało i w tyle umysłu poczuł chory podziw. Czy Snape naprawdę był gotów zabić ministra, do tego w taki sposób, że nikt nie byłby w stanie powiązać tego z nim? Przecież gdyby potem sprawdzono ciało na obecność eliksirów, nie rozpoznano by tego konkretnego, bo to był kompletnie nowy wynalazek. Co więcej, Snape mógł go nawet zrobić ze składników, które zniknęłyby w chwili, w której zakończyły swoją pracę – to była jedna z taktyk, którymi podzielił się tego lata z Harrym. W ten sposób nikt nie znalazłby niczego podejrzanego w czasie obdukcji.

Harry sprawdził trzymany w ręku pergamin. Tak, eliksir Meleagera zawierał kilka takich składników.

Zauważył, że ręce mu się trzęsą, jego oddech przyśpieszył, a jego serce zaczęło mu walić tak mocno, że w uszach mu tętniło, a jego wzrok się rozmazał. Snape chciał zabić ministra po prostu dlatego, że był zły o porwanie Harry'ego i jego wtrącanie się w kwestii praw rodzicielskich. Nie było innego wyjaśnienia. Z tego, co było Harry'emu wiadomo, jeszcze przed tymi wakacjami, Snape kompletnie ignorował fakt, że ich minister w ogóle istniał. Być może miał do niego jakiś zaległy żal o aresztowanie i zniewagi, jakich doznał jako śmierciożerca, ale Harry szczerze w to wątpił. Zbieg okoliczności był w tym momencie po prostu za duży.

Miał zamiar kogoś zabić. Nie w walce, nie dlatego, że go o to poprosiłem, ale dlatego, że tego chciał, bo chciał się odpłacić za zło, które mi wyrządzono.

To było absolutnie nie do przyjęcia. Nie potrafił tego postrzegać inaczej jak przegięcie, zwłaszcza, że znajdował się poza swoimi tarczami oklumencyjnymi. Harry może i byłby w stanie zrozumieć, gdyby Snape stworzył to dla swojego osobistego wroga; człowiek, który nałożył tak wiele zaklęć i osłon na drzwi do swojego laboratorium, bez żadnych wątpliwości mógłby wymyślić coś takiego, nawet, gdyby go nigdy nie użył. On jednak chciał zabić kogoś w imieniu Harry'ego, co w pewnym sensie sprawiłoby, że Harry byłby za to pośrednio odpowiedzialny.

Harry nie byłby w stanie tego znieść. Choćby nie wiem, jak bardzo by nie chciał rozzłościć Snape'a, jak bardzo by nie kochał swojego opiekuna, to pewnych spraw po prostu nie był w stanie tolerować.

Otworzył oczy i niepewnie przyjrzał się eliksirowi Meleagera. Oczywiście, jednym z problemów było to, że nie wiedział, co by się stało, gdyby go jakoś naruszył. Jeśli świeczka zgaśnie, to Knot umrze, a przynajmniej skończy z nieuleczalnymi oparzeniami. Snape pewnie miał zamiar szantażować ministra i zgasiłby świeczkę wyłącznie, jeśli Knot nie spełniłby jego żądań.

Możliwe jednak, że Harry opacznie zrozumiał powiązanie eliksiru z legendą i jeśli w ogóle dotknie kociołka, to w jakiś sposób zakłóci jego działanie, a może nawet sprowokuje do działania.

Był pewien tylko jednej rzeczy: nie mógł zostawić tego eliksiru pod opieką Snape'a, bez względu na to, jakby nie musiał się potem kryć z faktem, że to on go zabrał. Nie zniósłby, gdyby Knot zginął po tym, jak Harry dowiedział się już o istnieniu eliksiru.

Wyciągnął rękę i wolę, a jego magia poleciała do przodu i delikatnie zaczęła lewitować kociołkiem, unosząc go w powietrze i pilnując, żeby świeczka nie zgasła. Harry odetchnął z ulgą, kiedy nie uruchomiły się żadne osłony. Wiedział, że Snape zwykle nie używa osłon na swoich kociołkach, bo ich magia mogłaby wejść w reakcję ze składnikami eliksiru, ale jeśli istniał jakiś eliksir, który mógłby być wyjątkiem, to byłby to właśnie ten.

– Panie Harry.

Harry wydał bardzo surowy rozkaz każdemu swojemu mięśniowi, zakazując im się wzdrygnąć i nie dopuszczając do tego, żeby kociołek pełen eliksiru Meleagera spadł na podłogę. Odwrócił się i uśmiechnął do Zgredka.

– Tak, Zgredku?

– Zgredek znał papier, na którym jest napisane James Potter – powiedział Zgredek, machając plikiem papierów, po czym podał je Harry'emu, żeby ten mógł się mu przyjrzeć.

Harry odetchnął z ulgą, kiedy zobaczył imię swojego ojca nabazgrane na górze pierwszego pergaminu, nawet jeśli pisząca to ręka przyciskała pióro tak mocno, że niemal go naderwała. Poniżej znajdowała się lista składników. Już wcześniej miał podejrzenia co do tego, które z nich mogłyby sprawić, żeby jego ojciec się zachowywał w ten sposób i faktycznie – niektóre z nich się tu znajdowały. Mimo, że Snape tego nie dodał w swoich notatkach, antidotum będzie względnie łatwe do zrobienia. Ten eliksir był delikatny i skomplikowany, ostrożnie skomponowany tak, żeby odwracał od siebie uwagę. Jego antidotum będzie musiało być brutalnie silne, eliksir, którego zadaniem będzie rozedrzeć i przebić się przez te delikatne i subtelne łańcuchy magii.

Był też problem, oczywiście, uwarzenia tego antidotum i upewnienia się, że Snape nie będzie go winił o zabranie notatek o eliksirze Jamesa i kociołka z eliksirem Meleagera.

Harry zawahał się tylko przez kilka chwil, nim wreszcie nie przyszła mu do głowy odpowiedź. Na jego ustach pojawił się słaby uśmiech.

– Dziękuję, Zgredku – powiedział. – Bardzo mi pomogłeś. Jeśli chcesz, możesz już wracać do rezydencji Malfoyów.

Zgredek przyjrzał mu się z rozwagą, nie ruszając się z miejsca.

– Czy Harry Potter nie będzie potrzebował pomocy przy warzeniu eliksiru?

Harry zamrugał.

– Nie no, oczywiście, każda para rąk się przyda. Ale nie byłem pewien, czy będziesz chciał ze mną zostać i dalej mi pomagać.

Zgredek wyciągnął rękę i bardzo delikatnie poklepał Harry'ego palcem z boku głowy. Harry znowu zamrugał.

– Harry Potter powinien częściej prosić o pomoc – powiedział Zgredek, po czym złapał go za ramię. – Gdzie Harry Potter chce uwarzyć ten eliksir?

Umysł Harry'ego momentalnie przeskoczył do obrazu opuszczonej klasy, w której starał się nauczać Connora i pozostałych, ale wiedział, że najpierw będzie musiał się udać do swojego pokoju, żeby zabrać swój kociołek i potrzebne mu składniki. Powiedział o tym Zgredkowi i poczuł, jak skrzat go aportuje, dziwne uczucie, jakby ktoś go wycisnął ze świata, po czym z powrotem go do niego włożył. Ku jego uldze, kiedy się rozejrzał po pokoju, kociołek z eliksirem Meleagera pojawił się tu razem z nimi.

Harry podbiegł do swojego kufra i wyciągnął kociołek, różdżkę, woreczek zmiażdżonych płatków fiołka, fiolkę smoczej krwi, szczyptę włosów demimoza i kilka innych rzeczy, które się przeciwstawią co bardziej niestabilnym składnikom eliksiru, którym Snape nakarmił Jamesa. To było naprawdę znakomite dzieło, ale nawet takie wywary mogły być zniszczone najprostszymi metodami.

Kiedy Zgredek podszedł do niego, żeby go aportować razem ze składnikami, Harry pokręcił głową i podszedł do łóżka Dracona. Odsunął zasłonę i przez chwilę patrzył jak Draco śpi.

Obserwując go, Harry miał wrażenie, że jego sen zrobił się ostatnimi czasy znacznie bardziej niespokojny, ale też dużo bardziej satysfakcjonujący. Draco zwykle nie miał żadnego wyrazu twarzy, kiedy spał. Teraz często się uśmiechał i mamrotał niewyraźnie listę, która brzmiała jak składniki eliksiru, kiedy się rzucał na łóżku, starając się znaleźć wygodną pozycję. W tej chwili Draco miał głowę wbitą w poduszkę, a jego blond włosy były rozwiane w kilku kierunkach. Mamrotanie było tak ciche, że niemal niesłyszalne.

Jeśli Snape się posuwa za daleko, to czy to znaczy, że Draco też?

Harry przymknął oczy. Draco wciąż nie powiedział mu, do czego służy ten jego eliksir, albo czemu szuka wszystkiego na temat Julii Malfoy, nie pozwolił mu też przeczytać tej książki, ale Harry uważał, że z czasem pozna więcej szczegółów. Jeśli Draco miał zamiar skrzywdzić kogoś swoim eliksirem...

To Harry mu na to nie pozwoli.

Harry westchnął i pozwolił zasłonce opaść. Buntowanie się przeciw swojemu opiekunowi i najlepszemu przyjacielowi było takie proste kiedy spali.

Kiwnął do Zgredka.

– Czy możesz zabrać mnie z tym wszystkim do drugiej klasy od schodów na siódmym piętrze? – zapytał

Zgredek pokłonił się, aż mu uszy załopotały, złapał go za rękę i aportował ich stamtąd.


– Harry Potter musi się obudzić.

Harry poderwał głowę z zaskoczeniem. Na dobrą sprawę wcale nie chciał zasypiać. Właściwie, ostatnie co pamiętał, to było odliczanie mieszania, które musiało się odbywać w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara, i obserwowanie jak eliksir nadyma się i powoli zaczyna rozjaśniać, by ostatecznie przybrać barwę złamanej bieli, o ile notatki dotyczące oryginalnego eliksiru się nie myliły.

– Czy skończyłem... – zapytał Harry, podnosząc głowę ze stołu i tarmosząc sobie włosy. Opadło z nich trochę kurzu, ale klasa nie miała czasu na porządne obrośnięcie brudem od jego ostatniej wizyty w niej.

– Tak, panie Harry Potterze – powiedział Zgredek i kiwnął w stronę czegoś za nim. Harry odwrócił się i odetchnął lekko. Jego kociołek był pełen białawego eliksiru, która powinna zneutralizować składniki, które siały zamęt w ciele i umyśle Jamesa.

Kociołek z eliksirem Meleagera stał w kącie klasy, wciąż pełen lśniącej cieczy, na której unosiła się świeczka. Harry spojrzał na niego bezsilnie. Wciąż nie miał bladego pojęcia, co zrobić z tym cholerstwem, poza tym, że wiedział, że trzeba ją schować w bezpiecznym miejscu. Każda ingerencja w eliksir może Knota sparzyć, zabić, albo nawet, znając Snape'a, rozerwać go na kawałki.

Harry ostrożnie użył zaklęcia czyszczącego na fiolce, w której wcześniej była smocza krew, po czym wlał do niej białawą substancję. Następnie zawahał się, zerkając na Zgredka. Nie potrzebował pomocy w udaniu się do sowiarni i wysłaniu tego eliksiru do Remusa, który poda go Jamesowi, ale chciał poprosić Zgredka o coś innego.

Skrzat domowy odwzajemnił spojrzenie, jego oczy były wielkie, poważne i lśniące.

Nie mogę, pomyślał Harry. Tak wiele już dla mnie zrobił, pomógł mi przeszukać pokoje Snape'a, dostać się tutaj i uwarzyć ten eliksir.

– Dziękuję ci, Zgredku – szepnął. – Nie wiem, jak bym sobie z tym wszystkim poradził bez ciebie. Mam nadzieję, że bezpiecznie wrócisz do domu. – Nie wiedział, rzecz jasna, czy w ogóle istniało coś, co byłoby w stanie powstrzymać skrzata domowego przed aportacją, ale życzenie wydawało się na miejscu. Odwrócił się i wyszedł z klasy.

Zgredek złapał go za nadgarstek. Harry zatrzymał się i spojrzał w dół.

– Harry Potter może przynajmniej zapytać – powiedział Zgredek. – Zgredek wie, że to nie będzie rozkaz.

Harry poczuł, że się rumieni. Czy moja mimika jest aż tak oczywista? A może chodzi o to, że jestem przy kimś, komu nie muszę kłamać?

– Ja... Zgredku, nie musisz...

– Zgredek woli sam zaoferować swoją pomoc – powiedział Zgredek, tupiąc cicho nogą. – A jeśli Harry Potter poprosi go o coś, co pomoże mu w jego drodze do zostania vatesem, to Zgredek z przyjemnością to zrobi.

W sumie to też mógłbym przy okazji zaaranżować. Harry uznał, że może sprawa nie będzie aż taka zła, jeśli powiąże to, o co chciał poprosić Zgredka ze świadomym krokiem w kierunku zostania vatesem.

– Byłbym naprawdę wdzięczny, gdybyś zapieczętował ten pokój tak, żeby nikt nie był w stanie wejść do środka i dotknąć eliksiru Meleagera – szepnął. – Chciałbym też zorganizować... delegację, spotkanie, cokolwiek, z magicznymi stworzeniami, które są zainteresowane rozmową z vatesem. Póki co zerwałem tylko jedną sieć. Chyba już czas zerwać ich więcej.

Uśmiech Zgredka mógłby rozpalić słońce. Podniósł rękę i nad jego dłonią pojawiła się delikatna kulka płomieni, która szybko się powiększyła i zmieniła w Fawkesa. Fawkes wydał z siebie skrzek, który Harry zinterpretował jako irytację o to, że go tak nagle wezwano, po czym rozluźnił się i zaczął długi trel, który brzmiał jak jakiś sygnał. Harry nie miał pojęcia, co on mógł oznaczać dla feniksa i skrzata.

– Fawkes czekał, aż Harry Potter podejmie w tej sprawie jakąś decyzję – powiedział Zgredek. – Fawkes od razu poleci i powie stworzeniom w Lesie, które czekają na informację, że vates chce się z nimi spotkać.

Harry poczuł, że znowu zalał się rumieńcem. Właściwie to chciał poprosić Fawkesa o pomoc w innej sprawie i teraz...

Fawkes wydał z siebie dźwięk, który zaczął się jako szczebiot, ale szybko przeszedł w drżący trel. Zgredek zaśmiał się i pokręcił głową.

– Fawkes mówi, że musisz przestać tyle myśleć, Harry Potterze – powiedział. – Jeśli ci czegoś potrzeba, tak długo jak to nie jest złe, możesz o to przynajmniej poprosić Fawkesa, zamiast nad tym rozmyślać.

Harry kiwnął głową, wziął głęboki wdech i spojrzał na feniksa.

– Chcę, żeby Snape pomyślał, że eliksir Meleagera został kompletnie zniszczony, mimo, że ministrowi się nic w związku z tym nie stało. Tego właśnie od ciebie chcę. Nie mogę cię poprosić, żebyś to naprawdę zrobił, bo nie wiem, co się wtedy stanie z eliksirem, ale zdołasz przekonać o tym Snape'a, jeśli...

Fawkes słuchał całego planu z ewidentną aprobatą; Zgredek nawet się nie kłopotał tłumaczeniem jego coraz bardziej podekscytowanych ćwierknięć, aż do ostatniego.

– Fawkes się zastanawiał, kiedy Harry Potter wreszcie przejrzy na oczy i zobaczy jak wiele złego robi mistrz eliksirów – powiedział Zgredek, patrząc na Harry'ego z lekką naganą.

Harry pochylił głowę. Fale mrozu i gorąca groziły ponownym zalaniem go, kiedy znowu pomyślał o tym, co Snape mógł zrobić z tym eliksirem i że on byłby za to pośrednio odpowiedzialny. Musiał jednak się z tym pogodzić i zrobić to, co należało. Merlin jeden wiedział, że potem będzie miał dość czasu na rozmyślanie nad tym, co zrobił jak należy, a co mógł zrobić lepiej. Już powoli dochodził do wniosku, że jego ostatni plan z okłamywaniem wszystkich wyraźnie nie działał, skoro para magicznych stworzeń była w stanie bez problemu zauważyć, że w dość oczywisty sposób potrzebował pomocy.

– Przepraszam – szepnął. – Ja... spróbuję coś z nim zrobić. Jeszcze nie wiem co, ale coś wymyślę.

Fawkes wylądował na jego ramieniu, sprawiając, że Harry zachwiał się pod jego ciężarem, po czym przytulił łepek do jego policzka, nucąc cicho. Po chwili wzniósł się w powietrze i zniknął w kuli ognia, a Harry wiedział, że najpierw przeniesie się do gabinetu Snape'a, a potem do Zakazanego Lasu.

– Zgredek zapieczętuje ten pokój – powiedział skrzat domowy, po raz kolejny łapiąc Harry'ego za nadgarstek. – Harry Potter nie musi się o to martwić.

– Dziękuję, Zgredku – szepnął Harry i pobiegł do sowiarni. Do świtu nie zostało dużo czasu, a chciał wysłać eliksir do Remusa zanim wróci do łóżka.

Sprawdził w biegu swoje włosy i szaty na obecność kurzu i plam po eliksirze. Nikt się nie mógł dowiedzieć o tym, co zrobił tej nocy.

Jego umysł wrócił do zmartwionych min Zgredka i Fawkesa.

Przynajmniej na razie.


Snape otworzył drzwi do swojego laboratorium i został powitany zapachem ognia.

W pierwszej chwili pomyślał, że eliksir Meleagera się w jakiś sposób przewrócił przez noc i od świeczki zajęła się reszta. Ale kiedy spojrzał w tamtym kierunku, zobaczył bardzo znajomego feniksa, siedzącego pośród popiołu w miejscu, w którym wcześniej stał kociołek i spokojnie układającego sobie piórka.

– Co to ma znaczyć?

Snape jeszcze nigdy nie słyszał, żeby jego głos był taki zimny. Czuł, jak bardzo niewielka ilość szoku stara się przebić na powierzchnię; wiedział, co Fawkes musiał zrobić i miał wrażenie, że wie, dlaczego. Odsunął jednak od siebie te myśli. Zrobił to, co było niezbędne, by zapewnić Harry'emu absolutne bezpieczeństwo. Póki będzie przebywał umysłem na poziomie lodu, nie wybuchał gniewem, a umysł Harry'ego był spokojny, bystry i efektywny. Wiedział, że to, co robi, jest słuszne.

Fawkes podniósł głowę i zaczął śpiewać.

Matka Snape'a powiedziała mu, że żadna ilość lodu nie ochroni go przed pieśnią feniksa. Odkrył, że siedzi na podłodze, mimo że nie miał pojęcia, jak się tam znalazł, a jego ręce obejmowały jego głowę, zupełnie jakby zwykłe ciało było w stanie powstrzymać muzykę, która była w stanie stawić czoła i zniszczyć wszelkie zło. Pieśń go zalała i wyciągnęła na światło dzienne jego emocje, te, które do siebie nie dopuszczał odkąd opadł na zimny poziom swojego umysłu – czyli wszystko poza zimną furią.

Zobaczył, jakby we śnie, jak Fawkes pojawia się ponad kociołkiem pełnym eliksiru Meleagera, obejmuje go, po czym niszczy go płomieniami o barwie czerwieni, złota i błękitu. Feniks, oczywiście, będąc stworzeniem czystego Światła i ognia, był w stanie zaabsorbować płomień świecy bez gaszenia jej, dzięki czemu osoba, która już była pod wpływem eliksiru, nie doznała żadnych obrażeń. Wreszcie feniks przeniósł się do jego biurka i zniszczył notatki, jakie Snape zrobił na temat tego eliksiru, jak i na temat eliksiru dla Pottera.

Ten eliksir był zły. Intencje Snape'a były złe, a on sam wyszedł poza swoje obowiązki ochrony dziecka, które chciał otoczyć opieką. Fawkes, niezależne stworzenie Światła, które opuściło swojego poprzedniego pana, kiedy ten stał się dla niego zbyt mroczny, nie był w stanie tego znieść.

Cała wizja była rozmyta i nierealna, jakby tak naprawdę wcale nie miała miejsca, albo jakby Snape nie był w stanie w pełni pojąć istoty tego, co ptak chciał mu przekazać. Nie miał jednak żadnych wątpliwości co do tego, że Fawkes tego nie pochwalał, bo nagana przepełniała każdą surową, pełną miłości nutę.

Snape znalazł się w samym sercu cyklonu emocji, na które w ogóle nie był przygotowany i nie był w stanie sobie z nimi poradzić. Próbował je zwalczyć, ale nie był w stanie póki pieśń feniksa trwała. Klęczał tylko, dysząc, resztką sił nie pozwalając sobie na płacz.

Ciężki, ciepły ciężar opadł na jego ramię, niemal przewracając. Opuścił ręce i spojrzał feniksowi w oczy.

Fawkes dziobnął go, szybki, gorący ruch, który pozostawił maleńki ślad przypalonej skóry na jego policzku. Następnie rozłożył skrzydła, wzniósł się w powietrze, zmienił w kulę ognia i zniknął.

Snape pozostał na klęczkach i zamknął oczy, oddychając ciężko w ciszy, która po tej całej muzyce zdawała się przytłaczająca.

Poczuł, jak żal w nim wiruje, razem z poczuciem winy i paniką, która była tak bardzo podobna do tej, którą poczuł po ataku śmierciożerców w to lato. Czuł się zupełnie jak wtedy, kiedy Harry niemal zginął od klątwy płonącej krwi i zaczął kląć, cichym, niskim głosem, zupełnie jak wtedy miał ochotę.

Jego ostrożnie zbudowana ostoja została zrujnowana. Nie był pewien, jak wrócić do zimna.

Wiedział jednak, że musi przynajmniej spróbować, inaczej nie będą w stanie zrobić żadnych postępów. Eliksir Meleagera został zniszczony, ale ministerstwo wciąż stanowiło dla Harry'ego niebezpieczeństwo. Musiał znaleźć na to jakiś sposób, inaczej znowu będzie bezsilny.

A Snape nienawidził poczucia bezsilności.

Podźwignął się na nogi i wziął szczyptę proszku fiuu, żeby fiuknąć dyrektora. Powie Dumbledore'owi, że się dzisiaj źle czuje i nie przeprowadzi swoich lekcji. Do tej pory tylko raz poprosił o coś takiego. Był pewien, że Albus się zgodzi, jak tylko zobaczy, w jakim jest stanie.

Jeden dzień. Tylko tyle masz czasu. Musisz się stać tym, kim byłeś, albo zawiedziesz Harry'ego i zawiedziesz siebie.

Gdyby tylko ta cholerna pozostałość po pieśni feniksa przestała się wreszcie odbijać echem po pokoju, a wrażenie, że popełnia błąd, przestało się obijać w jego umyśle.