Rozdział dziewiętnasty: Delegacja

– Uwaga, uczniowie. Czy mogę prosić o waszą uwagę?

Harry niechętnie oderwał wzrok od książki, którą właśnie omawiali z Draconem. Draco upierał się, że pewien opisany tam przypadek nieokreślonej czarownicy, która pojawiła się, żeby uratować grupę czarodziejskich dzieci porwanych przez mugoli, którzy chcieli je spalić na stosie, brzmi zupełnie jak coś, co mogłaby zrobić Julia Malfoy. Harry starał się mu wyjaśnić, że w tym czasie Julia Malfoy musiałaby mieć jakieś dwanaście lat, ale miał wrażenie, że mu się to wybitnie nie udaje. Możliwe, że tak było dlatego, że co chwila przerywał dyskusję, żeby zjeść obiad, podczas gdy Draco trajkotał dalej, ale prawdopodobnie miało to więcej związku z koszmarnym uporem jego przyjaciela.

Dumbledore stał za stołem prezydialnym, uśmiechając się i wyciągając przed siebie rękę, jakby miał zamiar przekląć wszystkich w zasięgu wzroku. Harry odkrył, że się odruchowo spiął. Pokręcił głową i oparł się plecami o stół, zakładając ręce na piersi. Nikogo tu nie przeklnie. Nie trzyma się dłoni w ten sposób, jeśli się ma zamiar rzucić jakieś zaklęcie. Uspokój się, Harry. Trening Snape'a zaczyna ci mieszać w głowie.

– Wiem, że wielu z was zastanawiało się, czemu w tym roku odwołaliśmy zajęcia z quidditcha – powiedział Dumbledore i zachichotał, kiedy ze strony stołów Gryffindoru i Slytherinu rozległy się okrzyki. – Odwołaliśmy je, żeby podarować Hogwartowi możliwość skupienia swojej uwagi na innym wydarzeniu. Jak wielu z was słyszało o Turnieju Trójmagicznym?

Harry zmarszczył brwi. Coś mu się obiło o uszy, a może kiedyś ktoś wspomniał przelotnie o tym w którejś książce, którą czytał...

Wyglądało jednak na to, że wielu ludzi wokół niego wiedziało o czym mowa, bo po sali rozszedł się szum rozmów. Harry postanowił, że na przyszłość poświęci tej kwestii więcej uwagi. Zawsze było coś, o czym nie miał zielonego pojęcia, ale czego część mogła skrzywdzić Connora, albo któregoś z ludzi, na których mu zależało.

– Turniej Trójmagiczny – ciągnął dalej Dumbledore, najwyraźniej chętny, by udzielić wyjaśnień – to wielkie zawody, które będą się odbywać pomiędzy trzema europejskimi szkołami magii – Hogwartem, Beauxbatons i Durmstrangiem. Trzy osoby, po jednej z każdej szkoły, wezmą w nich udział, rywalizując między sobą o nagrodę, a także chwałę i honor swojej szkoły. Kiedyś te turnieje odbywały się znacznie częściej niż w dzisiejszych czasach, nie tylko dla dobra uczestników, ale też służyły poprawie i wzmocnieniu więzi między szkołami. Niestety, w pewnym momencie uznano, że zadania są zbyt niebezpieczne, bo reprezentanci często ginęli w trakcie zawodów, więc przerwano tę tradycję. – Dumbledore zamilkł na moment, a Harry nawet ze swojego miejsca był w stanie zobaczyć jak świecą mu się oczy. – Teraz jednak postanowiliśmy ją odnowić! Uczniowie z Durmstrangu i Beauxbatons przybędą do Hogwartu w Halloween, a kilka dni później zostaną wybrani reprezentanci!

Podekscytowany pomruk przebiegł wokół Wielkiej Sali. Ktoś ze strony stołu Gryffindora okazał się dość odważny, żeby ściągnąć na siebie uwagę dyrektora.

– Kto postanowi o tym, kim będą reprezentanci, dyrektorze?

– Czara Ognia – powiedział Dumbledore wesoło. – Przejrzy ona wszystkich potencjalnych reprezentantów z każdej szkoły i poda nam wyłącznie imiona uczniów godnych tego zadania. Ci ludzie będą musieli być sprytnymi i, oczywiście, dobrymi czarodziejami, pełnymi honoru. Czara jednak prawdopodobnie narzuci też własne kryteria.

Harry pokręcił głową, słuchając ściszonych rozmów. Wszyscy wokół zdawali się być jednocześnie przekonani, że to oni powinni reprezentować szkołę, ale też pełni wątpliwości co do tego, czy Czara ich przypadkiem nie odrzuci.

– Kogo to obchodzi? – mruknął do Dracona, który dopiero teraz oderwał się od swojej książki. – Przecież to tylko głupie zawody. Kto by w ogóle chciał walczyć z bazyliszkiem, czy czymkolwiek z czym oni będą musieli się tam zmierzyć?

– To raczej nie będzie bazyliszek – powiedział Draco, marszcząc nos, jakby Harry powinien był sobie zdawać z tego sprawę. – No dobra, a co powiesz o tej? "Na początku wiosny na pagórkach Wiltshire zobaczono spacerującą, piękną kobietę ze srebrnymi włosami, której oczy były zamknięte, jakby śniła."

– Wielu Malfoyów musiało mieć srebrne włosy...

Harry pozwolił się wciągnąć w dyskusję. Dzięki temu nie musiał się już zastanawiać nad tym, czemu Dumbledore obserwował go z lśniącymi oczami zza stołu prezydialnego.


– Panie Harry! Proszę się obudzić!

Harry zamrugał, przeganiając mgłę z oczu i ręką wymacał okulary. Kiedy otworzył zasłony swojego łóżka, zobaczył stojącego obok Zgredka, który przeskakiwał z nogi na nogę. Fawkes unosił się mu nad głową. Harry rozejrzał się pośpiesznie, ale poza mruknięciem od strony Blaise'a, nic nie wskazywało na to, żeby skrzat domowy i feniks obudzili przypadkiem kogoś jeszcze. Harry poczuł, jak obmywa go ulga.

– Co się stało, Zgredku? – szepnął.

– Fawkes zrobił to, co obiecał zrobić – szepnął Zgredek z naciskiem. – Harry Potter ma z nami pójść do Zakazanego Lasu i spotkać się z magicznymi stworzeniami, które chcą zobaczyć vatesa.

Harry wziął głęboki oddech, czując jak serce mu przyśpiesza, aż mu pierś nie zaczęła od niego drżeć. Ale odmowa nawet mu nie przyszła do głowy. Jakżeby mógł odmówić, kiedy Zgredek i Fawkes tak wiele dla niego zrobili tamtej nocy?

– Już idę – powiedział, po czym spojrzał na swoją piżamę. – Czy oczekują, ee, jakiegoś bardziej oficjalnego ubioru niż ten?

Fawkes wydał z siebie zniecierpliwiony trel, a Zgredek przetłumaczył go, nie czekając nawet na prośbę Harry'ego.

– Większość magicznych stworzeń biega po lesie nago, panie Harry. Pan Harry ma się po prostu pojawić.

Harry wzruszył ramionami. Podejrzewał, że powinien się po prostu cieszyć z okazji, bo może się wybrać na jakieś spotkanie w piżamie. Większość jego czystokrwistych sojuszników uznałaby to za osobistą zniewagę.

Złapał swoją różdżkę, upewnił się, że okulary siedzą mu mocno na nosie i pozwolił Zgredkowi złapać się za rękę. Tym razem skrzacia aportacja nie wydała mu się nawet taka dziwna, a po wszystkim był w stanie nawet złapać równowagę i ustać na nogach, wziąć głęboki oddech i odwrócić się do wszystkich. Po raz kolejny byli na tej łące w Zakazanym Lesie, na którą centaury zaciągnęły Dracona w trakcie ich pierwszego roku. Harry zobaczył znajomy pagórek i pośpiesznie ponakładane wtedy głazy, które miały służyć za szubienicę.

Tym razem jednak stał na samym środku łąki, a Zgredek w dalszym ciągu trzymał go za rękę. Fawkes pojawił się w kuli ognia i pozwolił mu zobaczyć jak wiele magicznych stworzeń stało wokół, przyglądając mu się. Harry zadarł głowę do góry i spojrzał każdemu, po kolei, w oczy. To było znacznie łatwiejsze od wbijania wzroku w ziemię i szurania nogami, właściwie to przyszło mu do głowy, że okazało się znacznie łatwiejsze niż miał prawo oczekiwać. Ten taniec przynajmniej był mu znany, a przynajmniej ta ścieżka, jak ją kiedyś określili Zgredek i Fawkes. Wiedział, że jest ciężka, ale przynajmniej była pozbawiona dziwnych zawirowań ludzkiej psychiki, które czasami przyprawiały go o zawroty głowy, jak to ostatnimi czasy mieli w zwyczaju robić jego opiekun czy przyjaciel.

Tuż przed nim stał kontyngent centaurów, którzy mieli ręce założone na piersiach. Jak tylko go zobaczyli, zaczęli tupać przednimi, lewymi kopytami, co było dźwiękiem niskim i regularnym jak bicie serca, ale znacznie bardziej niepokojącym. Harry kiwnął głową dwóm z nim, których rozpoznawał, Firenzowi i Coranowi, którzy wtedy związali Dracona, po czym odwrócił się w lewo, patrząc na pagórek.

Trawa na nim była gęsta od niewielkich, wijących się ciał. Płomienie Fawkesa pozwoliły mu zobaczyć przebłyski złota, zieleni i wielu innych jasnych kolorów. Było tam Wielu i wielogłowe węże, które Harry rozpoznał jako widłowęże. Niektóre z nich miały trzy głowy, inne tylko dwie. Jeśli Harry dobrze pamiętał, dwie głowy zwykle starały się odgryźć trzecią. Ulżyło mu na widok węży. Był rad, że będzie w stanie porozmawiać przynajmniej z niektórymi stworzeniami bez konieczności proszenia Zgredka o tłumaczenie.

Odwracał się dalej, póki nie zobaczył brzegu łąki, która była zaraz za nim, kiedy tu wylądował. Poczuł, jak dech mu zapiera, a w oczach pojawiają się łzy.

Stały tam jednorożce. Bił od nich srebrny blask w ciemności, a ich ciężkie, śnieżnobiałe grzywy i lśniące rogi były tak piękne, że Harry musiał opanować rosnące pragnienie, żeby do nich podejść i dotknąć. Pochylił więc tylko głowę w ich kierunku. Jeszcze nigdy nie widział tak wielu jednorożców zebranych w jednym miejscu, nawet nie spodziewał się, że je tu zastanie. Nie pozwolił swoim łzom jednak na opadnięcie. To było oficjalne spotkanie, a on był czarodziejem, nawet jeśli był vatesem – reprezentował sobą nie jedno z tych stworzeń, ale gatunek, który je uwięził. Nie miał żadnego prawa oczekiwać, że będą pobłażać dowolnej słabości, którą by tu okazał.

Odwrócił się znowu w stronę centaurów. Jakby na ten sygnał, ich kopyta przestały dudnić, a Firenzo wyszedł przed wszystkich, patrząc na niego ze spokojem.

– Harry Potterze – powiedział. – Już się kiedyś spotkaliśmy. Przyszliśmy dzisiaj, ponieważ dowiodłeś swojej wartości w oficjalnym teście, a także dlatego, że twój los jest powiązany z Marsem, który statecznie wznosi się na niebie.

Harry spiął się lekko bezwiednie. To były cokolwiek dziwne pierwsze słowa, jakie padły od strony centaurów. Wydawało mu się, że będą rozmawiać wyłącznie o sieciach.

– Istnieje pewna przepowiednia, to prawda – powiedział. – Ale przepowiednia nie mówi jasno o tym, w jaki sposób będę związany z losami tej wojny.

– Gwiazdy są zawsze jasne, lśnią poza chmurami i burzą. – Firenzo wyglądał na niewzruszonego. – Tylko ich świadectwa potrzebujemy. Weźmiesz udział w wojnie, ale jesteś też naszym vatesem. Wolelibyśmy, żebyś nie zginął, nim nie wykonasz swojego obowiązku wobec naszego gatunku.

Harry zmarszczył lekko brwi, ale kiwnął głową. Nie mogę ich przecież za to winić.

– Problem leży w nadmiernym pośpiechu – ostrzegł ich. – Nie znam się jeszcze za bardzo na sieciach. Jeśli za szybko je zniszczę, to mogę narobić wam równie wiele złego co dobrego.

Twarz Firenza pozostawała spokojna i bez wyrazu.

– Nie rozumiemy cię, Harry Potterze.

Harry potarł czoło. Blizna go lekko szczypała i piekła, ale to pewnie dlatego, że dopiero co śnił mu się Voldemort.

– Wydawało mi się, że chciałeś, żebym was jak najszybciej uwolnił, teraz, albo przynajmniej zanim zginę w tej wojnie.

Vatesa nie wolno pośpieszać – powiedział Firenzo z czymś w rodzaju szoku w głosie. A przynajmniej Harry to zinterpretował jako szok. Ciężko to było określić, centaury generalnie były bardzo uległe. – On zawsze będzie się stawał. Musisz kroczyć ścieżką pomiędzy cierniami i podejmować decyzje we właściwym miejscu. Nikomu nie wolno cię pośpieszać czy ponaglać. Zgodziliśmy się pojawić na tym spotkaniu, żeby cię powiadomić o tym, że wiemy o wojnie, o tym, że Mars świeci. Nie wszyscy się jeszcze z nami zgodzili – jego wzrok pomknął ponad centaurami, głębiej w las, jakby chciał się zwrócić do tych, których tu z nimi nie ma – wierzymy, że do przeżycia potrzebujesz naszej pomocy. Dzięki temu będziesz mógł kontynuować swój proces stawania się.

Harry zadrżał lekko.

– Jaki rodzaj pomocy macie na myśli?

Bez paniki, tylko bez paniki.

Firenzo wrócił do niego wzrokiem, spokojny i niemal opanowany.

– Słyszałeś o tym, do czego były w przeszłości zdolne centaury.

– Wydawało mi się, że to tylko legendy – szepnął Harry. Ostatnia historia o centaurach, które pomogły czarodziejom w wojnie, miała ponad tysiąc lat. Niewielka grupa dwudziestu centaurów przyłączyła się do jeszcze mniejszej grupy czarodziejów i wspólnie zniszczyli czterokrotnie potężniejsze siły wroga. Były szalenie brutalne w walce.

– Nie tylko – powiedział Firenzo. – Od bardzo dawna nie wzięliśmy udziału w żadnej wojnie, Harry Potterze. Jesteśmy gotowi to zmienić, dla dobra twojego jak i naszego własnego. Możemy krzywdzić czarodziejów, jeśli walczymy w obronie innego. Dziura w sieci. – Gdyby był człowiekiem, to pewnie w tych słowach zabrzmiałaby ironia, ale ponieważ nie był, ciągnął swój wywód dalej, w dalszym ciągu beznamiętnie, zupełnie jakby nie powiedział przed chwilą czegoś kompletnie obrzydliwego i przerażającego. – W zamian za naszą wolność oferujemy ci pomoc w twojej walce.

– Nie musicie tego robić – powiedział Harry, myśląc o wszystkich powodach, przez które nie był generałem. Nic nie wiedział na temat strategii czy taktyk wojennych. Jego matka zawsze trenowała go do samotnej walki. Jego podstawowym celem zawsze miała być defensywa, obrona Connora. Nawet teraz, kiedy Snape go trenował w mrocznych sztukach, Harry wciąż nie miał pojęcia o tym, jak rozstawić żołnierzy, jak najlepiej wykorzystać dostępne pole bitwy. Sama myśl o tym sprawiała, że mu się w żołądku wywróciło. Co jeśli ustawi kogoś w złym miejscu i ten ktoś potem przez to zginie? – To z winy mojego gatunku zostaliście spętani. Jestem gotów was uwolnić jak tylko zbadam waszą sieć i poznam wszystkie konsekwencje.

– Tym niemniej – powiedział Firenzo – uznaliśmy, że to będzie w najlepszym interesie dla nas wszystkich, więc tak się właśnie stanie.

Harry zawahał się, zastanawiając, czy nie powinien poprosić centaury o to, żeby walczyli dla kogoś innego, po czym pokręcił głowa. Jedynym człowiekiem, który bez żadnych wątpliwości potrafił rozstawić swoje wojsko na polu walki i dzięki temu wygrać wojnę, był Dumbledore, a wiedział, że nie może ufać dyrektorowi, bo ten równie dobrze byłby gotów wciągnąć centaury z powrotem pod nową sieć.

– Żaden ze mnie strateg czy taktyk – powiedział, uznając, że równie dobrze może im wyjaśnić, czemu tak się waha. – Mogę stracić was w wojnie, waszą wolność, wasze życia, wszystko, jeśli złożycie je w moje ręce.

– Możemy cię nauczyć – powiedział Firenzo beznamiętnym głosem. – W zamian prosimy tylko o poświęcenie się twojej sprawie, vatesie, jak i o odpowiedzenie na pięć pytań od nas.

Harry przełknął ślinę.

– No dobrze.

– Dlaczego chcesz zostać vatesem? – Firenzo równie dobrze mógł być profesor Vector, przepytującą Harry'ego z zagadnień arytmetycznych. Harry odkrył, że łatwiej będzie mu odpowiadać, jak podejdzie do tych pytań jak do abstrakcyjnych zagadnień, niż do czegoś, co może w przyszłości zaważyć na przyszłości i życiu innych ludzi.

– Bo chcę szerzyć wolność – powiedział Harry. – No i dlatego, że czuję się współwinny. Nie wiedziałem o istnieniu sieci i byłem przerażony, kiedy mi je pokazano. W dodatku sam też byłem pod wpływem sieci i nie chcę, żeby taki los spotkał jeszcze kogoś. – Wiedział, że wszystkie jego odpowiedzi są szczere.

– Jak ci się wydaje, kiedy twoja praca, jako vatesa, dobiegnie końca?

Harry zamrugał i zawahał się, zaskoczony pytaniem.

– Nie wiem, czy kiedykolwiek do tego dojdzie – powiedział wreszcie. – Nie wiem, jak wiele jest sieci do rozplątania, jak wiele przymuszeń do zniszczenia, a przynajmniej do próby zniszczenia. Może tak być, że spędzę długie lata na samych negocjacjach, żeby uwolnić skrzaty domowe spod ich sieci. Podejrzewam, że tę sieć będzie najciężej rozplątać. – Potem pomyślał o północnych goblinach, ich sieci przywiązanej do rudymentów i zadrżał. Może jednak nie. – Może mi zejść do końca życia, a może nawet dłużej. A może zginę w czasie wojny i przerwę ją w trakcie. Nie wiem, po prostu nie mam jak na to odpowiedzieć.

Firenzo kiwnął głową, a na jego twarzy nie pojawiło się nic, co mogłoby wskazywać na to, czy ta odpowiedź była poprawna czy nie.

– Jak ci się wydaje, co się stanie z magicznymi stworzeniami kiedy Voldemort wróci do władzy?

Harry pokręcił głową.

– Myślę, że niektórych z was zniewoli, jak to robi z ludźmi, albo puści wolno tych, którzy mogą mu się jakoś przydać. Innych pewnie pozabija. – Nie był w stanie się powstrzymać przed obejrzeniem się na jednorożce. – Albo będzie na siłę utrzymywał przy życiu, bo tak bardziej mu się przydadzą.

Jednorożce go obserwowały. Harry'emu przed oczami pojawiła się niesamowicie intensywna wizja jednorożców pozamykanych w kojcach, w okrutnych warunkach, dojonych z ich krwi i pozbawionych rogów. Zadławił się i poczuł, jak żołądek mu drży, usiłując pozbyć się kolacji. Przełknął ślinę i zdołał skupić wzrok z powrotem na Firenzie.

– Jak ci się wydaje, co się stanie jak wojna dobiegnie końca i strona Światła pozostanie u władzy, jak teraz?

– Kontynuacja sieci – powiedział Harry. – Dumbledore za wszelką cenę chce pozostawić wszystko takim, jakie jest, bez większych zmian. Nie był w stanie zostać vatesem i nie sądzę, żeby był w stanie już teraz nim zostać. Powiedział mi, że do zostania vatesem trzeba poświęcić własną magię. On się raczej do tego nie garnie.

Na twarzy Firenza nie pojawiła się żadna reakcja, ale na to odpowiedział.

– Jeśli poświęcisz swoją magię, to nie możesz być vatesem. Tylko vates ma dość siły, żeby niszczyć sieci.

Ciekawe, czy Dumbledore o tym wie. Harry odrzucił od siebie tę myśl, bo poczuł się niezręcznie. Wiedział, że Dumbledore się martwi nim i jego siłą, ale nie chciał myśleć, że ten znowu stara się aktywnie pracować przeciw niemu. Między nimi panowało coś w rodzaju pokoju i takie podejrzenia mogłyby nim zachwiać.

– Rozumiem – powiedział.

– Piąte i ostatnie pytanie, Harry Potterze. – Głos Firenza zrobił się głęboki i dudniący. Stojące za nim centaury ponownie zaczęły tupać kopytami, a podobny do bębnów dźwięk mieszał się z jego głosem. – Gdybyś miał zdecydować pomiędzy uratowaniem części twoich ludzi, a uwolnieniem magicznego gatunku, to co byś wybrał?

– O których czarodziejach teraz mówimy i jakim konkretnie gatunku? – zażądał Harry.

Tętnienie skończyło się nagle z głośnym trzaskiem, kiedy wszystkie centaury stanęły dęba i jednocześnie opadły na ziemię. Harry podskoczył, zastanawiając się, czy to znaczy, że źle odpowiedział na pytanie i zaraz wszystkie centaury natrą na niego, żeby go zetrzeć z powierzchni ziemi.

– Odnawiamy nasze zobowiązanie – powiedział Firenzo, patrząc na niego szczerze. – Udamy się z Harrym Potterem na wojnę i będziemy brali udział w jego walkach. Wiemy, że zostanie vatesem, albo będzie się nim stawał z jednej chwili do drugiej. – Zawrócił i pokłusował pomiędzy swoich, nie oglądając się na Harry'ego. – Witaj w naszych sercach, dziecię Marsa. Od stuleci nie było w nich żadnego czarodzieja.

Harry pokręcił głową i zaczekał. Wyglądało jednak na to, że to był koniec rytuału z centaurami, więc zwrócił się w kierunku Wielu i widłowęży, wciąż wijących się na pagórku.

– Witam was – powiedział, skupiając wzrok na wężach, żeby się upewnić, że będzie mówił wężomową. – Co mogę zrobić dla mojego beznogiego rodzeństwa?

Odpowiedział mu wymieszany, ponakładany na siebie, falujący syk Wielu.

Tu jest tak wiele sieci. Nie podoba nam się to. Las udzielił nam schronienia, ale jeśli wyjdziemy poza niego, nie pozwoli nam ukąsić czarodziejów, którzy nas skrzywdzili. Dławimy się posmakiem sieci. Uwolnij nas.

– Chcecie wrócić do domu? – zapytał Harry, rozważając możliwe sposoby na przekonanie – cóż, kogoś – do pomocy mu w przesłaniu skrzynki pełnej śmiertelnie niebezpiecznego roju południowo afrykańskich kobr. – Myślę, że jestem w stanie to zaaranżować. Moglibyście znowu żyć w świecie bez sieci.

Chcemy pozostać w lesie – odpowiedział syk. – Stworzyliśmy tu swoje gniazdo i nasze jajka niebawem się wyklują. Ale chcemy, żeby to się stało na naszych warunkach. Nasze dzieci muszą się nauczyć samoobrony, muszą być w stanie wyciągnąć języki i nie poczuć na nich żadnego pęta.

– Obawiam się, że to może mi trochę zająć – powiedział Harry i rozluźnił oczy, tak jak to kiedyś zrobił, kiedy podróżował z Fawkesem, żeby zobaczyć przecinające się wszędzie sieci. Przed nim pojawiła się nowa, wściekle pomarańczowa nić i Harry odgadł, że tę właśnie wyczuwa na sobie Wielu. Zastanowił się, kto mógł ją tu założyć, ale pokręcił głową. To pewnie stare zaklęcie, pozostawione przez jednego z dyrektorów Hogwartu, żeby się upewnić, że dowolne niebezpieczne stworzenie, które postanowi nagle zamieszkać w lesie, nie wyjdzie z niego z zamiarem skrzywdzenia uczniów. – Nie wiem jak długo zajmie mi usunięcie tych wszystkich sieci.

Chcemy, żeby zniknęły.

– A ja powiedziałem, że to mi zajmie trochę czasu – powiedział Harry. Nie sądził, żeby Wielu było głupie, po prostu niesłychanie uparte.

Przyjmujemy to do wiadomości. Ale oczekujemy od ciebie zobowiązania. Wyślemy z tobą parę oczu, tak żebyśmy mieli pewność, że zachowujesz się zgodnie ze swoim zobowiązaniem nawet wtedy, kiedy przebywasz z dala od lasu.

Harry zobaczył delikatne poruszenie przy ziemi i jedna z maleńkich kobr owinęła się wokół jego kostki, po czym ruszyła w górę po nodze. Wyciągnął przed siebie rękę i wąż przemknął po jego piersi, w dół jego ramienia i owinął się wokół nadgarstka. Był tak cienki, że nawet kiedy owinął się dwukrotnie, wciąż nie był grubszy od bransoletki.

– Jak mam cię nazywać? – zapytał Harry węża, robiąc jednocześnie notatkę w głowie, żeby się zawsze upewniać, że pozostanie ukryty. Snape ostatnio zachowywał się jeszcze dziwniej niż zwykle, czasami był chłodny i opanowany, a czasami wybuchał znaną furią. Merlin jeden wie, co zrobi na widok tego węża.

To część nas – powiedział wymieszany syk. – Będziesz się do niego zwracał jak do części Wielu. Poprzez tego malucha wszyscy jesteśmy z tobą, obserwując cię i wszyscy, jeśli będzie trzeba, będziemy mogli przyjść ci z pomocą.

Harry stłumił parsknięcie śmiechem, kiedy sobie wyobraził, co by się stało, gdyby rój Wielu nagle wypłynął z Zakazanego Lasu. To prawdopodobnie znaczyło, że było z nim coś nie tak, skoro jego pierwszą reakcją było rozbawienie, a nie niepokój.

– Skoro tego sobie życzycie – powiedział. – Ale powiedzieliście przecież, że jeśli wyjdziecie poza las, to nie będziecie w stanie zaatakować żadnego czarodzieja.

Możemy to zrobić, jeśli będziemy bronić innego czarodzieja.

Harry przymrużył oczy. Zaczynał się zastanawiać, który dyrektor ustawił w ten sposób sieci i powoli rosła w nim nienawiść wobec tego człowieka.

– Niech i tak będzie – powiedział, po czym spojrzał na widłowęże. Do tej pory rozmawiał z nimi tylko raz, przelotnie, w czasie pełni w zeszłym roku, kiedy biegł przez las z Syriuszem i Remusem. Nie wiedział, czego mogli od niego chcieć, poza zniszczeniem ich sieci.

Trzygłowy widłowąż wysunął się przed innych i podniósł wszystkie karki, żeby mu się przyjrzeć. Harry zwrócił spojrzenie tak spokojnie jak mógł, chociaż sam musiał w pewnej chwili mrugnąć, nawet jeśli wąż tego nie musiał.

Mówiący z wężami – powiedział wreszcie widłowąż, jakby coś go usatysfakcjonowało w tej wymianie spojrzeń. – Nie jesteśmy jak centaury, ani jak Wielu. Nie będziemy się z tobą układać w kwestii atakowania w twoim imieniu, czy chronienia ciebie.

Harry kiwnął głową z ulga.

– Czy jest coś, co mógłbym dla was zrobić, poza zniszczeniem waszej sieci?

Czy słyszysz śpiew?

Harry zmarszczył brwi i przez chwilę nasłuchiwał. Nie słyszał niczego poza wiatrem poruszającym gałęziami i przestępującymi z nogi na nogę centaurami za sobą.

– Nie. Jakiego rodzaju muzykę powinienem słyszeć?

Przyjdź do nas, kiedy usłyszysz muzykę. Upewnimy się, że nauczysz się słuchać.

Widłowąż zawrócił i ruszył szybko w górę pagórka. Inne węże ruszyły za nim i po chwili wszystkie zniknęły. Harry zamrugał. I pomyśleć, że to centaury mają reputację enigmatycznych.

Zaczekał jeszcze chwilę, ale widłowęże nie wróciły, więc zwrócił się w stronę jednorożców. Nie był pewien, jak ma z nimi rozmawiać, póki jeden z nich nie zarżał dźwiękiem, który poniósł się niczym śnieg, Fawkes nie wydał z siebie trelu, a Zgredek nie przetłumaczył tego trelu.

– Chcą, żeby Harry Potter zniszczył ich sieć w tym roku – powiedział, patrząc na niego szeroko otwartymi oczami – w zamian za dług, który jest im winny.

Harry pokręcił głową.

– Nie rozumiem.

Trel, rżenie, trel i po chwili Zgredek znowu tłumaczył.

– Jakiś czas temu miał pan okazję uratować jednorożca i nic pan nie zrobił – powiedział. – Wyczuły pana, kiedy przyszły odbyć żałobę. Nie wiedziały wtedy, kim pan jest. Teraz wiedzą i chcą się dowiedzieć, jak vates mógł ich tak zawieść.

Harry zamknął oczy i odetchnął głęboko. Wiedział już, do czego odnosi się Zgredek. W czasie pierwszego roku widział jak Quirrell żywi się krwią jednorożca, ale ujawnienie się wtedy prawdopodobnie oznaczałoby jego śmierć. Dlatego też patrzył jak Quirrell zabija jednorożca i nie zrobił niczego, żeby go powstrzymać.

– Zabicie jednorożca to grzech – szepnął Zgredek. – Jednorożcom się nie podoba, że ktoś po prostu patrzył jak to się dzieje.

Harry usłyszał delikatne postukiwanie kopyt, miękkie niczym dzwoneczki i otworzył oczy. Jeden z jednorożców ruszył w jego kierunku. Zatrzymał się zaraz przed nim, tak jasny, że Harry musiał przymrużyć oczy, obserwując jego lśniące futro, po czym pochylił głowę. Jego róg zawisł kilka cali od jego serca.

Harry był w stanie sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby jednorożec ruszył przed siebie, skupiając całą swoją moc w swoim karku i przebijając go na wylot.

Nie był w stanie nawet udawać, że by na to nie zasługiwał.

Jednorożec cofnął się i stanął dęba. Harry bezsilnie patrzył jak światło jego rogu opada niczym gwiazda, a potem jak złote podkowy ruszają w stronę lasu.

Pozostałe ruszyły za nim w lśniącym pośpiechu, wyglądając niczym droga mleczna, która postanowiła zstąpić z nieba i zatańczyć w Zakazanym Lesie. Harry podniósł rękę, żeby otrzeć łzy z twarzy i poczuł łaskotanie języka, kiedy Wielu wysunęło się lekko z jego nadgarstka, żeby spróbować soli.

Mogliśmy je ukąsić, obronić cię – powiedział wąż.

– Nie chciałem, żebyście to zrobili – szepnął Harry i zerknął na Fawkesa i Zgredka. – Co się stało? Co postanowiły?

Fawkes zaśpiewał, nisko i melodyjnie. Zgredek przetłumaczył.

– Jednorożce są niewinne, Harry Potterze. Znają dotyk, zapach niewinności. Z tak bliska były w stanie wyczuć, że nie chciał pan śmierci ich pobratymca i gdyby pan mógł, zginąłby pan w jego obronie. Zostało panu przebaczone.

Harry zamknął oczy.

– Powiedziałeś mi kiedyś, że jednorożce zostały spętane dlatego, że były zbyt piękne – powiedział.

– Tak, Harry Potterze. – Harry poczuł lekkie dotknięcie na skórze, kiedy Zgredek pokiwał głową tak energicznie, że uszy mu załopotały.

– Jak wyglądają w takim razie? – szepnął Harry. – Czy raczej, jak będą wyglądały, kiedy już będą wolne, skoro są takie piękne w swojej sieci?

– Zgredek nie wie – powiedział skrzat domowy potulnym głosem.

Harry odetchnął głęboko i otworzył oczy. Łzy zniknęły, to było najważniejsze.

– Muszę zniszczyć ich sieć – powiedział. – Ale najpierw będę musiał zniszczyć coś na mniejszą skalę, żeby się nauczyć jak to właściwie robić, tak żebym wiedział, że to się odbędzie bez naruszania czyjejkolwiek woli. – Spojrzał na Zgredka, a Zgredek zagapił się na niego.

– Zgredku – szepnął Harry – czy chciałbyś być wolny? Mogę przynajmniej zapytać.

Oczy Zgredka robiły się coraz większe, aż nie zdawały się zajmować całej jego twarzy, po czym kiwnął głową w urwanym ruchu.

Harry przytaknął. Och, Lucjusz jeszcze da mi za to popalić, ale nie będę się nikomu narzucał. Nie mogę. Napiszę do niego list i poproszę go o wypuszczenie Zgredka na wolność. Wtedy zrobię co będę mógł. Bez wątpienia będę musiał się poduczyć w kwestii sieci, zanim się podejmę jego, zwłaszcza, że mi kiedyś powiedział, że jego kiedyś została w połowie usmażona, więc będzie się różnić od tej, którą są owinięte inne skrzaty, a już na pewno będą różnice między jego siecią a tą jednorożców.

Ale nie czuł obawy przed wysłaniem tej prośby, ani nawet przed tym, co Lucjusz zażąda od niego w zamian. Miał wrażenie, że promieniuje pewnością siebie do tego stopnia, że lada moment zacznie nią świecić niczym jednorożec.

Chcę to zrobić. Nigdy nie sądziłem, że pojawi się coś, czego będę tak bardzo chciał.

Chcę zobaczyć jak jednorożec wygląda bez swojej sieci.


– Harry!

Harry poderwał głowę z niepokojem, mrugając i zobaczył, że Connor biegnie w jego kierunku przez Wielką Salę w czasie śniadania. Tego ranka spodziewał się otrzymać odpowiedź od Lucjusza, bo wysłał swoją prośbę już kilka dni temu, więc każde nieoczekiwane wydarzenie sprawiało, że podskakiwał na ławce.

Nie pomogło, oczywiście, że Draco wydał z siebie wyjątkowo zirytowany dźwięk, zły o to, że brat Harry'ego się w ogóle zbliżył do ich stołu, albo że Wielu, które chowało się pod rękawem Harry'ego i jadło po kryjomu razem z nim śniadanie, skorzystało z okazji i wysyczało kilka cichych komentarzy na ten temat. Wielu uznało, że nie lubią Dracona. Harry był w tym momencie naprawdę rad z istnienia ich sieci, bo wiedział, że Wielu nie wolno tak po prostu ukąsić jakiegoś czarodzieja poza lasem.

– Co się stało, Connor? – zapytał Harry, wstając i odchodząc kilka kroków od stołu, tak żeby nie przeszkadzali Draconowi.

– List od taty. – Connor pokręcił głową. Harry nie rozumiał wyrazu jego twarzy. Uśmiechał się ustami, ale w jego oczach był niepokój. – Myślę, że powinieneś go przeczytać.

Harry przyjął ostrożnie list. Uznał, że jego eliksir musiał zadziałać, choćby dlatego, że linie nie kręciły się po całej stronie, ale nie wiedział, czego się spodziewać.

Cokolwiek by to nie było, to nie było to, co James napisał, bo Harry poczuł jak ciało przeszywa mu zimny szok, przyciskając ścięgna do kości.

Drogi Connorze,

Chciałem cię powiadomić, że już się czuję lepiej. Harry uwarzył antidotum na eliksir, który dostałem od Snape'a, więc wróciłem do zmysłów. Remus powiedział mi o... wszystkim tym, co zrobiłem pod wpływem. Jest mi koszmarnie wstyd, ale nie będę tracił czasu na żale. Jeśli Harry wini siebie o to, że nie powstrzymał Snape'a na czas, to powiedz mu, żeby przestał. Całym sercem wierzę, że nie miał bladego pojęcia o planach jego opiekuna.

To jednak wzmocniło tylko moją determinację, żeby odebrać mu Harry'ego. Istnieją inne sposoby niż zwykłe podejście przez departament do spraw magicznej rodziny i praw dziecka, sposoby po które powinienem był od razu sięgnąć, jeśli wziąć pod uwagę wszystko to, co wiem o Smarkerusie. Teraz je wypróbuję. Co to będzie? Niebawem się dowiesz, ponieważ mam zamiar ogłosić się z nimi publicznie.

Proszę, nie pokazuj tego listu Harry'emu. Tylko go to unieszczęśliwi. Nie chcę, żeby był bardziej nieszczęśliwy niż jest teraz. Ale po prostu muszę to zrobić. Człowiek, który zrobił coś takiego, nie ma prawa przebywać w pobliżu mojego syna i mieć nad nim jakiejkolwiek kontroli.

Twój kochający ojciec,

James

Harry spojrzał na Connora.

– Ale powiedział przecież, żebyś mi go nie pokazywał.

Connor oblał się rumieńcem i potarł dłonią kark.

– No wiem – wymamrotał, patrząc na swoje trampki. – Ale pomyślałem, że i tak powinieneś go zobaczyć. Przecież jest o tobie. – Poderwał głowę i spojrzał buntowniczo na Harry'ego, zupełnie jakby się spodziewał, że jego brat przyłoży mu za to, że ten się o niego martwi.

Harry uśmiechnął się do niego i pokręcił głową.

– Dziękuję – powiedział cicho i oddał Connorowi list. Szok powoli zmieniał się w nadchodzącą panikę, ale nie chciał, żeby jego brat uznał, że pokazanie mu listu było błędem. Przytulił mocno Connora i poczuł, jak ten obejmuje go w odpowiedzi. Wielu syknęło ze złością, że tak się nimi pomiata, ale Harry ich zignorował. – Dobrze wiedzieć, że mam tutaj przynajmniej jedną osobę, na której mogę polegać.

Connor przytulał go odrobinę dłużej, nawet kiedy Harry był już gotów go puścić, po czym odwrócił się i pobiegł w podskokach w kierunku stoły Gryffindora. Ponad nim, jakby czekał aż Connor sobie nie pójdzie, żeby nie musiał dostarczać listu w obecności Gryfona, Harry zobaczył jak Juliusz opada z framugi okna i leci majestatycznie w jego kierunku.

Wyciągnął rękę, gotów przyjąć puchacza wirginijskiego i nie pozwolił się sobie nawet zachwiać, kiedy Juliusz wylądował i zacisnął na nim pazury tak mocno, że przebił nimi skórę. W jednym z palców trzymał list, który zaprezentował Harry'emu. Harry otworzył go wolną ręką, starając się nie myśleć o przyciskającymi się do jego przedramienia piórami ogona.

Wiadomość była krótka.

Potter,

Prosisz mnie o dwie przysługi, co jest o jedną więcej niż pozwala na to taniec sojuszu. Dlatego też w zamian żądam dwóch przysług w zamian, jedną w tańcu i drugą poza nim. Żądam, żebyś pozwolił mi wybrać, jaki dar chcę od Ciebie otrzymać podczas przesilenia zimowego, a także, żebyś pojawił się na niewielkim zebraniu mrocznych czarodziejów, które mam zamiar przeprowadzić w pokoju życzeń w Hogwarcie w halloweenową noc.

Masz moje pozwolenie na wyzwolenie mojego skrzata domowego.

Lucjusz Malfoy

Harry uśmiechnął się wbrew sobie. Lucjusz był draniem, jego list był niemal nieuprzejmy, ale Harry zachował się podobnie, prosząc o przysługę uwolnienia Zgredka. To był jego pierwszy, prawdziwy krok do zostania prawdziwym vatesem. Harry po raz pierwszy poczuł, jak róże ustępują miejsca cierniom.

– Co ty wyprawiasz?

Harry zachwiał się i niemal stracił równowagę, kiedy Draco go złapał za ramię. Juliusz syknął niebezpiecznie i wzbił się z powrotem w powietrze, krążąc nad Draconem. Harry myślał przez chwilę, że ten się na niego zesra, ale albo przypomniał sobie, że to jest syn jego pana, albo uznał, że takie zachowanie byłoby poniżej godności formalnej sowy. Zawrócił więc i wyleciał oknem Wielkiej Sali ze zjeżonymi ze złości piórami.

Harry pociągnął i wykręcił się spod uścisku Dracona.

– Co masz na myśli? – zapytał swojego najlepszego przyjaciela, który był zarumieniony i znowu patrzył na niego w osobliwy sposób.

– Ty... po prostu nie lubię, kiedy tak dotykasz innych ludzi, tak jak przed chwilą przytuliłeś Connora, to wszystko – powiedział Draco.

Harry przymrużył oczy i instynktownie spróbował czegoś, co mu wcześniej nie przyszło do głowy, skupiając wzrok na czarodzieju w sposób, w jaki normalnie patrzyłby na magiczne stworzenie.

Prawie się porzygał, kiedy zobaczył delikatną, czarno–srebrną sieć pełzającą po twarzy Dracona, jego rękach i głowie. Była delikatna i Harry nie potrafił pojąć, kto mógłby ją na niego rzucić, ale miał wrażenie, że wie, do czego ona służy. To przez nią Draco się tak dziwnie zachowywał, skupiając swoją uwagę na Harrym.

Co, jeśli miał na sobie tę sieć już w zeszłym roku, kiedy był przekonany, że mnie kocha?

To dopiero była niepokojąca myśl, ale Harry odepchnął ją od siebie. Ważniejsze było uwolnienie Dracona spod jego sieci i zrobienie tego tak szybko jak to możliwe.

– To mój brat – powiedział po prostu, a Draco zamrugał, najwyraźniej nie spodziewając się tak łagodnej reakcji. – No chodź, wydawało mi się, że chciałeś mi powiedzieć co cię zainteresowało w tym, co Julia robiła w Szkocji.

Draco pozwolił sobie na odwrócenie uwagi i zaczął wesoło trajkotać o tym, że wydawało mu się, że Julia musiała przybyć do Hogwartu po ukończeniu edukacji i zrobiła szkole coś... potężnego. Harry usiadł obok niego, mrużąc oczy. Wyglądało na to, że teraz będzie w stanie widzieć sieć Dracona przez cały czas, bez względu na to, czy będzie tego chciał, czy nie.

Co cię to obchodzi? – zapytało go Wielu, tak cicho, że prawie by nie zwrócił uwagi na słowa węża, gdyby jego język nie połaskotał go delikatnie. – To tylko jedna sieć pośród wielu. Czemu jest dla ciebie taki ważny?

Harry po prostu pokręcił głową. Draco potrzebuje i zasługuje na swoją wolność równie mocno co każdy. Ale to będzie wymagało utrzymywania delikatnej równowagi. Jeśli ta sieć skupia się na mnie, to jeśli będę dalej z nim spędzał czas, tak jak to robiłem do tej pory, to tylko mocniej się w nim zakorzeni. Będę musiał przypilnować, żeby miał tak wiele swobody jak to możliwe.

Był niemal rad z tego odkrycia, w dziwny, agresywny sposób. Nie tylko oznaczało to, że będzie w stanie uwolnić wcześniej Dracona, ale też powstrzymywało go od zastanawiania się nad tym, co też mógł planować jego ojciec.