Rozdział dwudziesty pierwszy: Po Ślizgońsku

Rufus był rad, że przynajmniej udało mu się wypić do końca herbatę zanim aurorki Tonks i Mallory wróciły z Hogwartu ze Snape'em. Dzięki temu zyskał chwilę, żeby się odprężyć, ukoić nerwy i rozważyć co dokładnie powinien zrobić.

Amelia próbowała udawać, że to po prostu kolejne aresztowanie. Nie było nim, nie w chwili, w której minister osobiście wniósł oskarżenie przeciw więźniowi. Nie mogło nim być, nie w chwili oskarżenia zostały złożone w tandemie z innymi, wniesionymi przez człowieka, który miał wszelkie powody, by nienawidzić więźnia. Można było się tego spodziewać wtedy, kiedy minister został oskarżony o porwanie dziecka, które przebywało w samym środku tej burzy. W dodatku więźniem był prawny opiekun dziecka, które miało moc na poziomie lordowskiej i które mogło naprawdę napsuć krwi ministerstwu, jeśli tylko będzie tego chciało.

Rufus uważał, pijąc spokojnie herbatę, że to wszystko było niepotrzebnie skomplikowane. Amelia ma szczęście, że to ja w tej chwili jestem szefem biura aurorów, znam Pottera i zdaję sobie sprawę z tych wszystkich komplikacji.

Odstawił filiżankę na bok i przyjrzał się papierom rozłożonym na swoim biurku. Wreszcie zdobył dość informacji, żeby zrobić krok przed siebie w kierunku swojego ostatecznego celu. Miał zamiar jednak z tym poczekać. Wiele taktyk zawiodło dlatego, że ktoś postanowił wprowadzić je w życie w niewłaściwej chwili. Nie mógł tak po prostu wbiec do gabinetu ministra i oskarżyć go o wszystko, na co miał dowody, że zrobił. Będzie musiał przejść przez mozolny, bardzo ostrożny, ale za to legalny proces. Przynajmniej teraz będzie miał okazję wybrać moment, kiedy to wszystko się zacznie.

Z drugiej jednak strony, pomyślał, podnosząc oczy na swoje drzwi, kiedy usłyszał jak ktoś zmierza pomiędzy biurkami w jego kierunku, czasami okoliczności wokół mnie się zmieniają i możliwe, że w ogóle nie dostanę swojej szansy.

Ktoś zapukał do drzwi. Rufus wywrócił oczami i kiwnął młodemu Percy'emu, który siedział po drugiej stronie pokoju, przepisując jeden z mniej istotnych papierów. Percy podskoczył, jakby uważał gest swojego przełożonego za bardziej zaskakujący od dźwięku, po czym pośpiesznie podszedł do drzwi, żeby je otworzyć.

Rufus obserwował jego ruchy z namysłem. Percy coraz mniej się odzywał, przepisywał tylko, słuchał i robił się z dnia na dzień coraz bledszy. Rufus zastanawiał się, czy chłopak w ogóle zdaje sobie sprawę z tego, jak wiele się przy okazji uczy i że głównym celem Rufusa nie była kontrola jednego ze szpiegów Dumbledore'a. Było to jednak mało prawdopodobne. Percy wciąż był za bardzo zamotany utrzymywaniem pozornego dramatu w swojej rodzinie, która wyjątkowo ciężko znosiła jego zdradę, którą najwyraźniej okazał, kiedy odmówił przyjęcia stanowiska, które jego ojciec dla niego trzymał.

Tonks wbiegła przez drzwi zaraz po ich otwarciu, niemal rozgniatając Percy'ego o ścianę. Chwilę później wyłożyła się jak długa przed biurkiem Rufusa. Rufus tylko podniósł brew i zaczekał aż ta powie, z czym przyszła. Dziewczyna była dobrą aurorką. Broniłby jej przed każdym, kto by wyraził swoje wątpliwości. Do tego nie próbowała mamrotać z opuszczoną głową, jak by to zwykle robili ludzie, okazując zakłopotanie własną niezdarnością.

– Proszę pana – wydyszała Tonks. – Rozmawiałam z Harrym, znaczy, z Potterem, kiedy pojawiłyśmy się z Mallory, żeby aresztować profesora Snape'a. Poprosił mnie, żebym się z panem zobaczyła i zapytała, czy nie ma czegoś, co mógłby pan zrobić w związku z tą sytuacją.

Rufus zamrugał raz i drugi, po czym pokręcił głową. Wciąż nie potrafił się przyzwyczaić do myśli, że istnieje ktoś z lordowską mocą, kto prosił zamiast żądać. Gdyby to był ktoś ważny dla Dumbledore'a, ten już by tu był, usiłując przekonać ministra do rezygnacji z oskarżeń. Inni Lordowie, których Rufus znał i o których tylko słyszał, nie mieliby żadnych oporów przed zaatakowaniem ministerstwa i obróceniem wszystkiego w proch. Potter wciąż prosił.

Albo mi ufa i wierzy, że się tym zajmę.

Rufus stanowczo stłamsił to osobliwe, ciepłe uczucie, które mu zapłonęło w piersi. Nie mógł sobie pozwolić, żeby być aż tak stronniczym. Lubił chłopca, tak, ale jego ministerstwo było ważniejsze. Gdyby chłopak rzucał bezpodstawnymi oskarżeniami w Korneliusza, to Rufus bez żadnych wyrzutów sumienia by się nim zajął, karząc go chociażby za marnowanie czasu aurorów. Dobrze chociaż, że Korneliusz miał swoje za uszami i że póki co Potter zdawał się rozumieć, że nie może tak po prostu wtargnąć do ministerstwa i przeciągnąć je na swoją stronę.

– I tak miałem taki zamiar – powiedział i zobaczył, jak twarz Tonks się rozluźnia. Hmmm. – Aurorko Tonks – dodał, kiedy ta się wreszcie podniosła i zaczęła otrzepywać swoje szaty.

– Tak, proszę pana? – Zerknęła na niego. Jej brązowe włosy już zaczynały zmieniać kolor na zielony, znacznie weselszy kolor.

– Mam nadzieję, że pamiętasz – upomniał ją łagodnie Rufus – że jesteśmy przede wszystkim wierni sobie nawzajem i prawu, a prywatne sympatie i sojusze muszą pozostać drugorzędne.

Tonks się szybko oblała rumieńcem, a jej policzki zrobiły się pulchne, jakby chciała pomieścić na nich więcej zakłopotania.

– Pamiętam, proszę pana – powiedziała potulnie. – Ja po prostu... no, spotkałam chłopca w czasie wakacji, kiedy jeszcze mieszkał ze swoim ojcem krwi. Po prostu żałuję, że ma takie chaotyczne życie. To niedobre dla niego. I dla wszystkich innych też, jeśli dopuścimy, żeby się za bardzo zestresował i przemęczył – dodała. – Proszę pana.

Rufus kiwnął głową.

– Harry Potter ma swój sposób przyciągania do siebie ludzi – powiedział. – Po prostu pamiętaj, żeby materiał obijający wnętrze jego kieszeni nie zaślepił twojego osądu sytuacji.

Rumieniec Tonks zrobił się jaskrawy, ale ta tylko kiwnęła głową i zdołała wycofać się z biura bez potknięcia czy powiedzenia słowa. Rufus odchylił się na krześle i wyciągnął rękę. Percy już stał za nim cierpliwie i podał mu folder z kopią wszystkich papierów związanych z tą sprawą, począwszy od dokumentu złożonego przez Jamesa Pottera, w którym ten żądał odzyskania praw do swojego dziecka, do jego ostatnich zarzutów.

Rufus przejrzał je pobieżnie, słuchając jednym uchem głosu aurorki Mallory, kiedy ta tłumaczyła więźniowi o tym, jakie ma szczęście. Nie, nie znalazł niczego, co by zwróciło jego uwagę i wpłynęło na pierwszy osąd sytuacji, jaki wywnioskował, kiedy po raz pierwszy czytał dokumenty między wierszami. Tak, Potter będzie zły i nie będzie w tym nic dziwnego. Nie, Rufus nie wierzył, żeby okoliczności złożenia jego ostatnich zarzutów tylko przypadkiem się nałożyły w czasie z oskarżeniami ministra, tak samo jak nie sądził, żeby ministrowi po prostu zależało na dobru jednego z członków jego magicznej społeczności.

Ale to wciąż znaczyło, że Severus Snape był idiotą.


Snape trzymał głowę podniesioną wysoko i oczy wbite przed siebie, nie chcąc zaszczycać nawet spojrzeniem pomniejszych ludzi, którzy na co dzień zajmowali się czymś tak pożałowania godnym jak papierologia. Jadaczka tej przeklętej wiedźmy, która go pilnowała, nie zamykała się nawet na chwilę, ale to nie oznaczało, że musiał zwracać na nią uwagę. Przyszło mu do głowy, że to musiała być Gryfonka, skoro potrafiła trajkotać przez całą drogę ze szkoły do granic osłon i po aportacji do ministerstwa.

– ...nie zdajesz sobie sprawy z tego, ile masz szczęścia. Auror Scrimgeour postanowił zająć się tą sprawą osobiście. Oczywiście, okoliczności są cokolwiek osobliwe, ale ostatecznie to on właśnie przeprowadzał dochodzenie w sprawie rodziców chłopca w zeszłym roku. Nie możemy przecież pozwolić, żeby rodzice Chłopca, Który Przeżył, znajdowali się pod mroczną klatwą, prawda? A auror Scrimgeour nie znosi mrocznej magii. To, co odkrył, było jednak naprawdę niezwykłe. O czym, oczywiście, już sam dobrze wiesz. Może to nawet to ty to rzuciłeś...

Nie, pomyślał Snape, który zaczął w pewnej chwili bezwiednie słuchać, to był Harry.

Harry.

Wiedział, że chłopiec nie miał najmniejszego zamiaru napisać czegokolwiek, co mogłoby być użyte przeciw Snape'owi jako dowód; to było aż nazbyt oczywiste w chwili, w której Mallory ogłosiła, po co przybyła. W oczach jego wychowanka było zbyt wiele zaskoczenia, a na jego twarzy pojawiły się emocje, które, jak Snape wyczuł, były szczere. Ale i tak do tego doszło, a Snape chciał go złapać za chabety i nim za to potrząsnąć. Czemu Harry nie przewidział, że może dojść do czegoś takiego? Nie był na to dość ślizgoński?

I czemu w ogóle uwarzył to antidotum dla Jamesa, skoro musiał dobrze zdawać sobie sprawę z tego, że Snape by tego nie pochwalał?

Snape otrząsnął się z tych myśli kiedy się zorientował, że się już zbliżają do gabinetu szefa aurorów i zrobił co tylko było w jego mocy, żeby osunąć się znowu w chłód. Gdyby ten przeklęty feniks nie pojawił się i nie pokazał mu wizji zniszczenia jego notatek – której prawdziwość teraz go cokolwiek zastanawiała, bo przecież Harry musiał w jakiś sposób poznać składniki eliksiru, żeby móc uwarzyć antidotum dla Jamesa – to nie musiałby się o nic martwić. Stawił by czoła wszystkim oskarżeniom bez żadnych problemów i pokazał by wszystkim, że czepianie się każdej litery prawa jest absolutnie bez sensu. Ale bez lodu, z tymi wszystkimi niepotrzebnymi emocjami, które sunęły w jego kierunku niczym żaby przez błoto, zastanawiał się, czy jest w ogóle w stanie sobie z tym wszystkim poradzić.

Trzeba będzie zobaczyć, pomyślał, kiedy Mallory otworzyła drzwi do gabinetu i wprowadziła go do środka. Scrimgeour jest sojusznikiem Harry'ego. Przecież to musi jakoś zadziałać na moją korzyść.

– Oto on, proszę pana – powiedziała ta nieszczęsna kobieta i posadziła go mocno na krześle, stojącym naprzeciw biurka Scrimgeoura. Snape obejrzał się na nią i posłał jej długie, powolne spojrzenie. Mallory nie dała po sobie poznać, jakby w ogóle to zauważyła. – Czy chce pan, żebym tu z panem została, czy woli pan go przesłuchać na osobności? Jego ręce i magia zostały spętane, sama tego dopilnowałam, mam też przy sobie jego różdżkę – dodała.

Snape spiął się ze złości. Nawet nie zauważył, kiedy podniosła jego różdżkę ze stołu prezydialnego. Jasne, był do niej wtedy odwrócony, ale i tak powinien był zwrócić na to uwagę. Jego ręce naprężyły magiczne, srebrne liny, którymi były związane jego nadgarstki, pragnąc się wydostać z pęt. Wystarczy, że powiem jedno zaklęcie, a sami zobaczycie, do czego zdolny jest mroczny czarodziej.

Powiedział sobie jednak szybko, że powinien się uspokoić i zmusił się do uspokojenia palców. Znowu się zachowywał niedorzecznie, jak dziecko. Nie tak go wychowała matka, nie tak miał się zachowywać czarodziej, który przeszedł na stronę chłodu, żeby przeżyć. Odetchnął głęboko, próbując się odprężyć i wznieść ponad emocje, zobaczyć wszystko racjonalnie, przejrzyście, spokojnie.

– Dziękuję, aurorko Mallory, ale wydaje mi się, że poradzę sobie z nim sam – powiedział głos Scrimgeoura i Snape znowu skupił się na nim. Mężczyzna siedział spokojnie za swoim biurkiem, w pozycji, która prawdopodobnie była przede wszystkim łagodna dla jego chorej nogi, jednocześnie pozostając kompletnie neutralną. Jego żółte oczy nie oderwały się od Snape'a nawet na moment od chwili, w której wprowadzono go do gabinetu. – Prosiłbym jednak, żebyś pozostała zaraz za drzwiami. Kiedy już skończę przesłuchiwać więźnia, będę potrzebował, żeby ktoś go odprowadził do celi.

– Oczywiście, proszę pana – powiedziała ta przeklęta wiedźma, po czym się ukłoniła i wyszła z gabinetu. Snape odprężył się nieco. Podróż w towarzystwie kogoś tak potężnego była naprawdę nieprzyjemna. Gdyby nie był spętany to nie, nie dałaby mu rady. Ale margines błędu w tym przypadku był zdecydowanie zbyt mały, żeby był w stanie się czuć przy niej komfortowo, zwłaszcza z zapieczętowaną magią.

Wiedział, że aurorka by go pewnie ochroniła, gdyby ich nagle zaatakowano, ale nie miał żadnej gwarancji na to, że ktoś zdołałby go ochronić przed nią.

– Ach, Snape.

Wzrok Snape'a przeskoczył na Scrimgeoura w chwili, w której za Mallory zamknęły się drzwi. Nie spodziewał się, że przesłuchanie tak się zacznie, zwłaszcza, że auror dalej był zrelaksowany, a młody Weasley wciąż przebywał w gabinecie. Stary czarodziej pochylał się do przodu i wyglądał na niemal zadowolonego z siebie.

Snape przyglądał mu się przez chwilę krytycznie. To sojusznik Harry'ego, do tego były Ślizgon. Czy przez wzgląd na to ma zamiar mi pobłażać? Czy cały ten jego spokój, który okazał przed tą kobietą, był tylko maską, żeby ją zmylić?

– Jesteś idiotą – powiedział Scrimgeour.

Snape mrugał przez dłuższą chwilę, przeklinając się, że dał się tak zaskoczyć i był kompletnie nieprzygotowany na coś takiego. Wreszcie przymrużył oczy.

– Mam wrażenie, że to podpada pod nękanie więźniów – wycedził przez zęby. – Widzę, że kontynuujecie stare tradycje ministerstwa. – Zbyt długo jednak zeszło mu złożenie tej odpowiedzi w całość i Scrimgeour tylko go obserwował, nie ze złością, którą okazał jak się dowiedział o sposobie w jakim Knot porwał Harry'ego, ale z rozbawioną pogardą w oczach.

– Nie wszystko da się podciągnąć pod nękanie, Severusie – powiedział Scrimgeour. – Czy mogę ci mówić Severusie? Oczywiście, że tak. Jestem od ciebie starszy i wyraźnie rozsądniejszy, jeśli wziąć pod uwagę to, jak się zachowywałeś przez ostatni miesiąc. Bo jesteś idiotą. Głowa domu Slytherina, mistrz eliksirów, który nie potrafił znaleźć subtelniejszego sposobu na okazanie swoim wrogom, że mu się narazili? – Pokręcił głową, cmokając językiem. – Rozczarowujące, doprawdy, że czarodziej, który opuścił ten dom ponad czterdzieści lat temu, musi ganić tego, który żyje w ciągłym kontakcie z nim od ponad dwóch dekad. Nie zachowywałeś się bardzo ślizgońsko, Severusie. Sam fakt, że cię przyłapano na gorącym uczynku, tylko to potwierdza.

Snape zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby tylko obrócił głowę, zobaczyłby gapiącego się na niego młodego Weasleya, któremu opadła szczęka. Sam też się czuł, jakby mu ktoś przywalił w splot słoneczny, chociaż oczywiście nigdy nie pozwoliłby sobie na tak pozbawioną gracji minę. Zimnymi barierami zatrzęsło i ich resztki opadły z jego umysłu. Żaby emocji zaczęły skakać w jego stronę, otaczając go, wirując wokół niego.

Scrimgeour musiał uznać jego zszokowane milczenie za zaproszenie do kontynuacji.

– Skąd się wzięły te wszystkie błędy? Bo było ich, och, tak wiele, że chwilę by mi zajęło wymienienie ich wszystkich. Zacznijmy od tego, że nie podjąłeś legalnych kroków przeciw Korneliuszowi zaraz po porwaniu. Czemu nie? Miałeś przecież naocznego świadka w postaci Harry'ego. Mogłeś wnieść oskarżenie. Ale tego nie zrobiłeś. Nawet, jeśli Harry tego nie chciał, ty powinieneś był się tym zająć. Masz w sobie dość ambicji i bezwzględności, żeby doprowadzić do ściągnięcia ministra ze stołka i gdybyś właściwie wykorzystał oburzenie opinii publicznej, jaka trwała jeszcze przez kilka dni po wydaniu artykułu Skeeter, to może nawet by ci się udało. Tymczasem ty nie zrobiłeś nic. Ciekawe, czemu? – Coś zagrało w kącikach jego ust. – Powiem ci, dlaczego. Ponieważ chciałeś osobiście ukarać swoich wrogów. To zawsze było słabością Ślizgonów, wiesz? Ta chęć, żeby stanąć ponad wijącymi się ciałami osób, których nienawidzimy i pławić się w tym widoku. Można jednak uniknąć tej słabości. Z pewnością nigdy bym się nie spodziewał, że akurat ty padniesz jej ofiarą.

Snape wreszcie odzyskał mowę.

– Co to ma być – zapytał. Na pewno się nie zająknął i nie zapluł, bo przecież Severus Snape nie robi czegoś takiego. – Jakim prawem mnie pouczasz? Wydawało mi się, że to miało być przesłuchanie, a te są przeprowadzane zgodnie z legalnie narzuconymi...

– Och, ależ jest – powiedział Scrimgeour. Odchylił się i założył ręce na piersi, uśmiechając się do Snape'a i wyglądając, jakby był w rewelacyjnie dobrym humorze. – Po prostu przeprowadzam przesłuchanie twojej głupocie, Severusie, która jest tutaj równie winna co ty. I nie potrzebuję do tego Veritaserum, czy bicia, których się niewątpliwie spodziewałeś. Zwykła porcja inteligencji i odczytywania twoich min mi w zupełności wystarczy. Przejdźmy więc do twojego drugiego błędu. Nie podjąłeś żadnych kroków, żeby upewnić się, że twoja przeszłość, włącznie z reputacją śmierciożercy, nie zostanie wykorzystana przeciwko tobie. Dlaczego? To była bardzo łatwa do przewidzenia słabość, a ty ją kompletnie zignorowałeś. To pewnie jednak była kontynuacja starego błędu, a nie coś nowego – dodał Scrimgeour z namysłem. – Przez ostatnich trzynaście lat zachowywałeś się, jakbyś wierzył, że tak długo jak będziesz się krył w Hogwarcie i uczył, to nikt cię nie spróbuje pociągnąć do odpowiedzialności. To jednak już był problem w zeszłym roku, kiedy aranżowaliśmy twoją opiekę nad młodym Harrym. To była kolejna rzecz, do której mogłeś wykorzystać falę dobrej sławy w prasie: pokazać się jako dobry opiekun. Ale tego nie zrobiłeś. – Scrimgeour zamilkł, rzucając mu długie, oceniające spojrzenie.

– Nie mam ci nic do powiedzenia – powiedział Snape, podnosząc głowę i odwracając wzrok. Niestety, jedyne, na co mógł patrzeć w tym gabinecie, były fotografie, których ilość była po prostu niedorzeczna, albo młody Weasley, który wciąż nie zamknął ust.

– I wreszcie twój trzeci błąd, który osobiście uważam za największy – powiedział Scrimgeour, jakby nie słyszał deklaracji Snape'a, albo też się nią kompletnie nie przejął. – Severusie, Severusie, Severusie. Naprawdę? To Gryfoni pozwalają na to, żeby ich szkolna rywalizacja nawet dekady później wciąż miała wpływ na ich życie i prawne decyzje. Ślizgoni zachowują w pamięci dobre wspomnienia i przeżycia związane ze szkołą i wszystko inne spisują na straty, bo to w końcu tylko przeszłość. Ty tego nie zrobiłeś. Być może nie byłeś w stanie, chociaż prawdę powiedziawszy, mam nadzieję, że to nie o to chodzi. Nie możemy pozwolić, żeby ktoś, kto nie jest w stanie się pogodzić z własną przeszłością, wychowywał dziecko tak potężne jak Harry.

Ręce Snape'a zacisnęły się w jego więzach, a on sam oparł się wypaleniu, że Scrimgeour nie miał pojęcia, najmniejszego pojęcia o tym, co Snape wycierpiał z rąk Jamesa Pottera i jego przyjaciół, ani o koszmarnym maltretowaniu, jakie Harry przeżył u swojej rodziny. Nie odezwał się. Gdyby teraz powiedział chociaż słowo, to miałoby ono wagę przysięgi, nawet jeśli zostało wypowiedziane w obliczu bezpodstawnej prowokacji.

– A potem użyłeś eliksiru, którego efekty były bardzo łatwe do odkrycia i powiązania z tobą – powiedział Scrimgeour, którego głos brzmiał na nieco przytłumiony. Snape zerknął na niego i odkrył, że auror ukrył twarz w dłoniach i kręcił nią ze smutkiem. – W dodatku na oczach świadka. Ręce mi przez ciebie opadają, Severusie. Jesteś pewien, że Tiara Przydziału powiedziała Slytherin, a nie Hufflepuff? Chociaż nie, ty jesteś lojalny wyłącznie samemu sobie. – Podniósł głowę i rzucił Snape'owi pełne nagany spojrzenie, którego chyba musiał się nauczyć od Dumbledore'a. – Nie, wiesz co, mam wrażenie, że to jednak musiał być Gryffindor. Tylko ktoś z tego domu byłby zdolny do czegoś tak głupiego.

– Byłem Ślizgonem! – syknął Snape przez zęby, po czym zacisnął mocniej szczęki, ganiąc się za to, że pozwolił, żeby któreś z tych słów go ubodło.

– Tak – powiedział Scrimgeour. – Wiem. Po prostu niespecjalnie dobrym, Severusie. Inaczej zauważyłbyś własne błędy i naprawił je zawczasu. Tymczasem nie dość, że użyłeś eliksiru o bardzo wyraźnych efektach, które łatwo można było powiązać z tobą, ale jeszcze pozwoliłeś jej pozostać tam, gdzie była, zamiast po cichu uwarzyć antidotum i wysłać je tak, żeby nikt się nie zorientował. – Scrimgeour zamknął oczy i pokręcił głową z żalem. – Obserwowanie cierpienia swojego wroga na nic się nie zda, jeśli się przez to traci z oczu swoje cele. A mi się wydawało, że twoim głównym celem było utrzymanie opieki nad młodym Harrym. – Scrimgeour otworzył oczy i skupił je na Snape'ie z nagle pogardliwym wzrokiem. – Ale może się myliłem. Być może, mimo wszystko, podjąłeś się opieki nad chłopcem nie dlatego, że chciałeś dla niego jak najlepiej, ale dlatego, że chciałeś dopiec jego ojcu.

– Wcale nie! – Snape nagle pochylił się gwałtownie do przodu, powstrzymany tylko przez swoje więzy od wstania z krzesła. Jego emocje wirowały pod powierzchnią jego umysłu, kopiąc i wyjąc. – James Potter nic by dla mnie nie znaczył, gdyby tylko przestał próbować odebrać mi Harry'ego!

– W takim razie powinieneś mu pozwolić pozostać niczym bez względu na wszystko – powiedział Scrimgeour, patrząc na niego surowo. – Ślizgoni wiedzą, co najlepiej się przysłuży im i ich najbliższym, i załatwiają to niezauważalnie. Zdaję sobie sprawę z tego, że nasze światy bardzo się między sobą różnią, Severusie, ale wydawało mi się, że przynajmniej pod tym względem jesteśmy do siebie podobni. A to nakarmienie ministra nieznanym eliksirem, w sposób, który nawet Augustus Starrise uznał za podejrzany, było kroplą, która przelała czarę. To właśnie był błąd, który sprawił, że uznałem, że powinieneś trafić do naszego nowego odpowiednika Azkabanu. Miałeś zamiar go zabić, Severusie, czy tylko szantażować?

Szantażować, pomyślał Snape i ugryzł się w język, żeby to mu się czasem nie wymsknęło. Scrimgeour jednak zdawał się odczytać odpowiedź z jego twarzy i kiwnął głową.

– Straciłeś nad sobą panowanie – powiedział auror miękko, niemal łagodnie. – Pozwoliłeś, żeby gniew cię oślepił i nie zrobiłeś niczego, żeby się opanować. Efektem tego teraz są ziejące rany zarówno w tobie jak i młodym Harrym. Przyznam, że osobiście mi się to w ogóle nie podoba, zwłaszcza po tym, jak wiele musiałem się nabiegać za tym, żebyś był w stanie utrzymać opiekę nad chłopcem. – Pochylił się nad biurkiem, nawet przez moment nie odrywając wzroku od twarzy Snape'a. – Co więcej, uwłacza mi to jako Ślizgonowi. Jak mogłeś zrobić coś takiego, Severusie? Dlaczego? Odpowiedz mi, tylko szczerze.

Snape zamknął oczy i oddychał ciężko. Zachowywał się jak rozemocjonowany idiota. Gdyby tylko zdołał odbudować swoje ściany, to byłby w stanie odpowiedzieć jak opanowany, racjonalny dorosły...

Opanowany, racjonalny dorosły, który popełnił te wszystkie błędy, które mu właśnie wymienił Scrimgeour, wciąż przebywając za swoimi ścianami lodu.

Snape zamarł. Przez chwilę czuł drżenie, które zdawało się zaatakować jego żołądek i wspinać się w kierunku jego przełyku. Oszołomiony, zastanawiał się, czy naprawdę zaraz nie zwróci tej odrobiny śniadania, którą zdążył zjeść. Po chwili zorientował się, że jego pięści są zaciśnięte tak mocno, że jego nadgarstki naciskały na liny i skóra mu zaczynała na nich pękać. Pokręcił gwałtownie głową, raz, niepewny, czemu właściwie przeczy.

– No dalej, Severusie – powiedział Scrimgeour, w którego głosie nie pozostał nawet ślad poprzedniej pogardy. – Możesz mi powiedzieć. Musisz mi powiedzieć. Wydaje mi się, że zasługuję na tę odpowiedź, w końcu to ja wyłożyłem przed tobą wszystkie te błędy, zmuszając cię do zobaczenia ich w nowym świetle.

Nowym świetle. Snape zwalczył w sobie chęć histerycznego roześmiania się. No tak, można to i tak nazwać.

Sięgnął umysłem do wszystkiego, co zrobił przez ostatni miesiąc, w dziwnej mieszance własnych wspomnień i słów Scrimgeoura, i aż nim zatrzęsło. Naprawdę to wszystko zrobił? Naprawdę był aż tak głupi? Nie potrafił w to uwierzyć. Czuł się, jakby się budził z jakiegoś snu, pomyślał o eliksirze szaleństwa i Meleagera i zastanawiał się, co on sobie, w imię Merlina, w ogóle myślał kiedy je tworzył. Ich uwarzenie było przedziwną mieszanką niezwykle przebiegłej inteligencji i koszmarnie oszałamiającej głupoty. Och, tak, wspaniale jest uwarzyć eliksir, którego nie da się namierzyć, ale żeby w taki sposób nakarmić nim potem ministra... do tego efekty eliksiru szaleństwa zaczęły się od razu, więc ta przeklęta kobieta z departamentu do spraw magicznej rodziny i praw dziecka musiała wiedzieć, że coś jest nie tak, bo Potterowi odbiło jak tylko Snape się pojawił w pokoju...

I Harry.

Powiedział sobie, że będzie trenował chłopca w mrocznych sztukach tak, żeby ten był w stanie się ochronić, ale nie wyjaśnił mu nawet ćwierci tego, co powinien wiedzieć na temat tych zaklęć – kiedy ich najlepiej używać, jakie wariacje inkantacji stworzą jakie rezultaty, jak je maskować jako zaklęcia Światła, co było zdolnością, która pozwoliła mrocznym czarodziejom przeżyć całe stulecia bez zwracania na siebie uwagi ministerstwa. Po prostu pokazywał jak je wykonać i spodziewał się, że Harry wszystko sam zrozumie. Chłopiec go naśladował, zazwyczaj idealnie i nie żądał żadnych wyjaśnień. Snape tworzył maszynę do zabijania i nawet nie tłumaczył jej, czemu powinna się kryć ze swoją wiedzą – robił wszystko to, czemu chciał położyć kres, odbierając Harry'ego jego rodzinie.

Nie przyszło mu do głowy, nawet przez moment, że Potter nie postanowi po prostu się ukryć w domu, starając się przeczekać działanie eliksiru, albo że Harry nie spróbuje przynajmniej przeprowadzić własnego dochodzenia i uwarzyć antidotum, z prośby brata, albo przez wzgląd na własne sumienie. Nie pomyślał o tym, co Augustus Starrise mógł zauważyć po wejściu do gabinetu Knota. O niczym nie myślał, po prostu reagował i nie próbował przewidzieć skutków.

Przez przynajmniej dwa tygodnie nie sprawdził, jak książka, której używał Draco, wpłynęła na chłopca.

Snape zamknął oczy i wypuścił z siebie powietrze z długim syknięciem.

Jeszcze nigdy w życiu nie zachowywał się tak gryfońsko.

Otworzył oczy i odpowiedział na pytanie Scrimgeoura.

– Zrobiłem to wszystko bo zachowywałem się jak idiota.

Auror po prostu przyglądał mu się przez dłuższą chwilę. Wreszcie uśmiechnął się, jakby był dumny z wyjątkowo powolnego ucznia, który wreszcie załapał jakąś podstawową lekcję.

– Bardzo dobrze – mruknął. – Dobrze. Może jednak jest dla ciebie jeszcze jakaś nadzieja. – Stuknął palcem w pergaminy rozłożone przed nim na biurku, ale Snape nie był w stanie zobaczyć pod tym kątem, co było na nich napisane. – Mam jakieś plany, które mogę posłać w ruch, plany, które nie powstały w wyniku tego całego zamieszania, ale za to nabrały właśnie rozpędu. Wprowadzenie ich jednak w ruch pójdzie znacznie płynniej, jeśli będę miał pewność, że nie będziesz mi tu sprawiał więcej problemów.

– Czego ode mnie oczekujesz? – zapytał Snape ze ściśniętym gardłem. Czuł się jak dureń, prosząc o radę, ale nie widział, co mu innego pozostało po tym, jak Scrimgeour tak entuzjastycznie rozerwał przed nim jego inne błędy.

– Czegoś mądrego – powiedział Scrimgeour. – Subtelnego, czegoś, dzięki czemu twoi wrogowie nabiorą pewności siebie. Czegoś ślizgońskiego. Pochyl głowę i się nie wychylaj przez jakiś czas. Nikt nie będzie się spodziewał zagrożenia z twojej strony, bo i nie damy im do tego żadnych powodów. Jesteś aresztowany. Zostaniesz tutaj i będziesz obrazem pokory i pokuty. Wygląd jest wszystkim na samym początku gry. Jeśli będziesz dalej się miotał i pluł, uporczywie pozostając w swoim idiotyzmie, to tylko dasz swoim wrogom różdżki.

Snape poczuł, jak dłonie mu się zaciskają w więzach, tym razem instynktownie.

– Nie znoszę bezsilności – powiedział. – Zacząłem to wszystko właśnie po to, żeby się nigdy więcej tak nie czuć.

Scrimgeour spojrzał na niego beznamiętnie.

– W takim razie proponuję, żebyś wziął pod uwagę swoje uczucia i swoją nienawiść – powiedział, wstając. – No i nie jesteś bezsilny. Pomożemy ci przecież. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby cię z tego wyciągnąć i jeśli dobrze znam młodego Harry'ego, to ten już wykonał swój pierwszy ruch.

Snape zamrugał. Kolejna konsekwencja, której nie wziąłem pod uwagę.

– Ale co on może? – zapytał. – Ma ciebie jako swojego sojusznika w ministerstwie, ale kto inny mu pozostał?

– Ma tę całą Skeeter po swojej stronie. – Głos Scrimgeoura był niesłychanie suchy. – Podejrzewam, że najpierw spróbuje czegoś z nią. A potem... kto wie? Podejrzewam, że zwróci się do tych mrocznych czarodziejów, których spotkałem tamtego dnia. – Podniósł głos. – Aurorko Mallory! Proszę odprowadzić tego więźnia do celi.

Kiedy drzwi znowu zaczęły się otwierać, Scrimgeour zebrał papiery ze swojego biurka machnięciem różdżki. Te zebrały się przed nim, unosząc się w powietrzu, a Scrimgeour wykorzystał ich szelest do ukrycia ostatnich słów, mrukniętych w stronę Snape'a.

– Naprawdę mam to na myśli, Severusie. Żadnych idiotyzmów więcej, bez względu na to, jakby ci się wydawało, że mogą pomóc. Sam się wpakowałeś w sytuację, w której trzeba ci pomóc, więc pozwól innym zająć się resztą.

Snape opuścił wzrok, nie poddając się swojemu pierwszemu impulsowi, którym była chęć pyskowania. Jego impulsy w ostatnim miesiącu nie były szczególnie pomocne czy słuszne.

– Czy więźniom wolno pisać listy? – zapytał nagle, kiedy Mallory złapała więzy, które pętały jego nadgarstki i zmusiła go do podniesienia się.

– Zostaną przeczytane zanim je wyślemy – powiedział Scrimgeour. – Ale owszem.

Snape kiwnął spokojnie głową. Naprawdę potrzebował się skontaktować z Harrym i Draconem – oba listy będą musiały być, oczywiście, bardzo ostrożnie ułożone w słowa, ponieważ nie chciał nawet myśleć o tym, jak wyglądałaby w tej chwili reakcja Harry'ego na informację, że to Snape nałożył na Dracona przymuszenie, które rozwaliło ich relacje. To będzie musiało nastąpić później. Póki co Harry będzie musiał się skupić na uwolnieniu swojego przyjaciela.

– No chodź już – powiedziała aurorka Mallory, ciągnąc za jego pęta.

– Ostrożnie, Fiona – powiedział Scrimgeour z lekką naganą w głowie. – Już nie jest tak głupi jaki był, kiedy tu trafił.

Ciągnięcie momentalnie ustało, a Mallory zaprowadziła Snape'a w kierunku wind, które, jak podejrzewał, zaniosą go do celi, w której będzie miał naprawdę dużo czasu na myślenie.

Był za to niemal wdzięczny. Miał wrażenie, że to naprawdę mu się przyda.


Rufus już miał wyjść ze swojego gabinetu, kiedy odwrócił się i spojrzał surowo na opanowanego już Percy'ego. Chłopak zamknął wreszcie jadaczkę i ruszył pośpiesznie za nim.

– Proszę pana – szepnął, kiedy mijali biurka. – Czemu pozwolił mi pan to wszystko usłyszeć?

– Ponieważ uważałem, że powinieneś był to usłyszeć – odpowiedział sucho Rufus, nie oglądając się nawet na niego. Chłopak był jednym z tych pełnych potencjału aurorów, którzy nigdy nawet nie rozważali tej ścieżki kariery i których trzeba było powoli i ostrożnie oswoić z tą myślą. Czas był jednak najwyższy, żeby Percy przejrzał na oczy i zobaczył część wspaniałych, niezbędnych, ale też nieoficjalnych spraw, dzięki którym ministerstwo dalej działało i sprawnie chroniło praw przeciętnych czarodziejów i czarownic. I czasami działały przesłuchania, a czasami reprymendy.

Właściwie to Rufus miał wrażenie, że Percy już to załapał. Najtrudniejsze będzie nauczenie chłopca subtelnego odczytywania ludzi, tak żeby wiedział kiedy ochrzan się sprawdzi, a kiedy nie.

A teraz nauczy się czegoś jeszcze – absolutnie legalnego, ale niekoniecznie oficjalnego, zupełnie jak walc roboty papierkowej, który Scrimgeour przeprowadził tego lata, pokazując niekompetentnym idiotom, że nie będą w stanie ukarać młodego Harry'ego za wypuszczenie dementorów. To nie jego wina, że nie byli w stanie dotrzymać mu kroku. Naprawdę inteligentni ludzie, którzy byli oddani ministerstwu i nie nosili w sobie wpływów jakiegoś Lorda, byli w stanie za nim nadążyć. Rufus zawsze był gotowy oddać salut przeciwnikowi, który był tego godny.

I teraz szedł, żeby jednego z tych ludzi przeciągnąć na swoją stronę. Zatrzymał się przed szklanymi drzwiami, z tabliczką z jej imieniem, i zapukał.

– Proszę! – zawołał głos ze środka, więc Rufus otworzył drzwi i wszedł.

Amelia Bones spojrzała na niego zza swojego biurka, poprawiając monokl, żeby móc się mu lepiej przyjrzeć. Była niską czarownicą z siwiejącymi włosami, ale jej kwadratowa szczęka i przeszywające spojrzenie pozwalały jej osiągnąć autorytet, kiedy tylko tego potrzebowała. Była szefową departamentu przestrzegania praw czarodziejów od ponad dekady i teraz przyglądała mu się ze spokojem, jakby dobrze wiedziała, co niesie w rękach i kompletnie jej to nie imponowało.

Rufus był jednak pewny, że nic o tym nie wiedziała, ponieważ wierzył w jej poczciwość. Wyłożył papiery przed nią i kiwnął w ich kierunku.

– Tylko te trzy z góry – powiedział.

Dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że mógł sobie pozwolić na taką bezpośredniość wyłącznie przez wzgląd na ich naprawdę długą znajomość, ale rzecz była w tym, że mógł sobie na to pozwolić. Był zajęty byciem lepszym Ślizgonem niż Severus Snape by był w trakcie miesiąca złożonego wyłącznie z niedziel. Długie spojrzenie, które rzuciła mu Amelia, tylko to potwierdziło, bo zaraz po nim zaczęła czytać stos papierów, który ze sobą przyniósł.

Jej twarz pobladła. Przerzuciła wzrok szybko na Rufusa.

– Jesteś tego absolutnie pewny? – szepnęła.

Rufus kiwnął w kierunku dokumentów.

– To tylko kopie ich archiwów, Amelio, ale bez problemu będę w stanie uzyskać oryginały. Tak, Knot sam stworzył tę swoją Sforę, tak, naprawdę zatrudnił aurorów, których zwolniliśmy za używanie mrocznej magii bez uprzedniego upewnienia się, czy można to zrobić, i tak, naprawdę złapał przed młodym Potterem przynajmniej jedną osobę. – Rufus poczuł drgnięcie w swojej szczęce. Czyny ministra często tak na niego działały. – Do tego... przeprowadził egzekucję na przynajmniej trzech innych.

– Nazwij to morderstwem – powiedziała Amelia, wracając do czytania. – Nie egzekucją.

Rufus odprężył się lekko i zajął krzesło, masując przy okazji swoją bolącą nogę. Percy stanął za nim, ewidentnie nie mając pojęcia co innego miałby ze sobą zrobić. Rufus wzruszył ramionami. Wyglądało na to, że chłopak będzie musiał się też nauczyć sztuki stania z gracją w kącie.

Amelia dotarła do połowy trzeciego pliku, kiedy nagle wyciągnęła różdżkę i przeklęła lustro, które stało w kącie jej biura. To rozbiło się, ale kawałki szkła wyleciały z ramy tylko na kilka cali, po czym złożyły się z powrotem. Rufus uśmiechnął się lekko. Większość szefów departamentów trzymało tego rodzaju lustra gdzieś w swoich biurach, głównie po to, żeby wyładowywać na nich stres.

– Musimy coś z tym zrobić – powiedziała Amelia ponuro, odwracając się w jego kierunku. – Ale co? Co, na litość Merlina? Następne wybory są dopiero za trzy lata, a żeby zwolnić ministra przed końcem jego kadencji, potrzeba zgody całego Wizengamotu. A oni tego nie zrobią. Wiem, że nie. Zbyt wielu z nich sobie wykupił.

– Wizengamot może zrobić coś jeszcze – powiedział Rufus, pochylając się do przodu. – A do tego potrzebny będzie po prostu głos większości, a nie zgoda wszystkich.

Amelia patrzyła się na niego jeszcze przez chwilę. Potem nagle nadzieja i kolor pojawiły się znowu na jej twarzy, a ona sama uśmiechnęła się do niego drapieżnie. Rufus odpowiedział tym samym.

– Nie trafiłeś do Slytherinu bez powodu, co – mruknęła Amelia. To nie było pytanie. – Niech i tak będzie, Rufusie. Zwołam wotum nieufności. Ale wiesz chyba, że nie damy rady przeprowadzić tego zbyt szybko. Wizengamot pewnie nie zbierze się w tej sprawie przed końcem listopada.

– Wiem – powiedział Rufus. – Nie chcę niczego pośpieszać, Amelio. Chcę tylko wyrwać z korzeniami każdy chwast, który został zasiany tutaj przez Korneliusza. Zrobimy wszystko ładnie, legalnie i poprawnie, tak żeby nikt nie był w stanie nas o cokolwiek oskarżyć. – Zawsze go zaskakiwało jak niewielu ludzi sięgało po legalne rozwiązania. Jeśli się nimi zająć jak należy, to przeciwnik nie będzie miał nawet pola do popisu. A Rufus Scrimgeour zawsze wierzył, że najlepsze było neutralizowanie przeciwników, albo przeciąganie ich na jego stronę. Żadne z tych nie pozostawiało im czegokolwiek, o co mogliby go oskarżyć, do czego najwyraźniej prowadziły ulubione sposoby Severusa Snape'a.

Amelia kiwnęła lekko głową.

– Nawet jeśli, to i tak nie będzie takie proste – ostrzegła go. Rufus miał wrażenie, że stara się zwalczyć własną nadzieję równie mocno co jego. – Korneliusz wciąż ma za sobą pieniądze i nie wszystkich przekonają nowe dowody.

– Jeśli się nie mylę – wymamrotał Rufus – niektórzy z bardziej fanatycznych sojuszników Korneliusza przekonali go, że jego strach przed Mrokiem jest usprawiedliwiony i wykorzystują to jako szansę uderzenia w mrocznych czarodziejów. To oznacza świetliste, czystokrwiste rodziny, a zwłaszcza jedną. Wydaje mi się, że wiem, jak jednym ciosem odebrać mu większość tego wsparcia.

Amelia za dobrze go znała i z miejsca wiedziała, o co mu chodzi. Przymrużyła oczy.

– A ile to będzie nas kosztowało, Rufusie?

– Jeśli mi się nie uda? Moje wsparcie. Będę musiał się wycofać – powiedział Rufus. – Ale naprawdę nie sądzę, żeby do tego doszło.

Amelia przyglądała mu się przez dłuższą chwilę. Rufus patrzył jej ze spokojem w oczy. Tak to się musiało potoczyć. Niektóre sprawy po prostu musiały być ryzykowne. On właśnie miał spróbować jednej z nich.

Wreszcie Amelia westchnęła i kiwnęła głową.

– W takim razie idź, zrób to, co uważasz za słuszne – powiedziała. – I lepiej, żebym nic o tym nie usłyszała.

Rufus uśmiechnął się do niej ponuro i wstał.

– Zapewniam cię, Amelio – powiedział. – Czarodziej, którego zaraz wyzwę na pojedynek, sam się upewni, że wszystko będzie legalne i z poszanowaniem dla obu stron.

Skrzywiła się na słowo "pojedynek", ale nie oderwała od niego wzroku.

– Czyli tak jak ty – powiedziała.

Rufus pochylił głowę, po czym wyszedł z jej gabinetu z Percym zaraz za sobą. Biedny chłopak wyglądał na oszołomionego. No cóż, odebrał dzisiaj solidną dawkę edukacji.

A zaraz otrzyma jeszcze lepszą.


– Rufus Scrimgeour. Co za nieoczekiwana przyjemność.

Rufus pochylił się lekko, na tyle, na ile mógł to zrobić samą głową pośród płomieni w kominku, nie spuszczając z oczu twarzy czarodzieja, do którego fiuknął. Augustus Starrise siedział spokojnie na dywanie, odziany w złote szaty, a w jego włosy wplecione były dzwoneczki, które ogłaszały światu jego status maga wojennego, który nie widział żadnego powodu do cichego poruszania się, ponieważ żaden przeciwnik nie dałby mu rady. Trzymał w ręku kieliszek wina, który odstawił, kiedy jego skrzat domowy poinformował go, że ktoś czeka, żeby z nim porozmawiać. Jego oczy były przeszywające i zaciekawione jednocześnie.

– Panie Starrise – powiedział Rufus, pozwalając słowom po prostu stoczyć się po języku – przyszedłem, żeby wyzwać pana na pojedynek, na tydzień od dzisiaj, pod warunkami ustanowionymi w układzie Zachodzącego Słońca z 1163.

Augustus zamrugał lekko, bardzo lekko, po czym pochylił głowę.

– Cena będzie ta sama, co zawsze? – zapytał cicho. – Przegranemu nie będzie wolno się wtrącać w politykę przez rok od pojedynku?

– Jestem skłonny zwiększyć tę stawkę – powiedział Rufus. Nie mógł dopuścić do tego, żeby zwierzyna mu uciekła. – Pięć lat, jeśli to będzie konieczne. Tak, Augustusie, jeśli przegram, to się wycofam. A jeśli ty przegrasz, odsuniesz się od Korneliusza.

Świetlisty czarodziej zamknął na chwilę oczy, po czym pokręcił głową. Dzwoneczki zadzwoniły.

– Wydaje mi się, że rok wystarczy – powiedział. – Przyjmuję twoje wyzwanie. Za tydzień zatańczymy. – Otworzył oczy i posłał Rufusowi uśmiech, który przyzwał stare wspomnienia. – Już nie mogę się doczekać.

– Przypieczętujemy to przy zachodzie słońca – powiedział Rufus, po czym wyciągnął głowę z płomieni i zaczął otrzepywać popiół z włosów.

Wyprostował się i zobaczył, że Percy Weasley przygląda mu się ze zgrozą zmieszaną z fascynacją. Młody czarodziej przełknął parę razy ślinę, zanim znalazł odpowiednie słowa. Rufus czekał, obserwując go i masując starą ranę na nodze.

– Czyli będzie się pan pojedynkował? – zdołał wreszcie wyszeptać Percy.

Rufus kiwnął głową.

– Tak jak słyszałeś. Taniec tego pojedynku opada na czarodziejów w chwili, w której zaczną walczyć. Jeśli Augustus przegra, to przez cały rok nie będzie w stanie udzielić Korneliuszowi, albo komukolwiek innemu, swojego wsparcia lub pieniędzy. Jeśli ja przegram, to przez cały rok nie będę mógł zrobić czegokolwiek poza pracą jako szef biura aurorów. Żadnej polityki związanej z moją pozycją, żadnej polityki ministerstwa, żadnych manewrów w stylu tych, które zasugerowałem Severusowi czy Amelii.

Percy zadrżał i zagapił się na niego.

– A co się stanie, jeśli po pojedynku jednak ktoś się wmiesza w politykę? – szepnął.

– No, to się jak do tej pory stało tylko dwa razy – powiedział Rufus. – Magia zwykle wtedy zstępuje i odcina magowi, który złamał dane słowo, jedną z kończyn.

Percy zamknął oczy i znowu zadrżał.

– Myśli pan, że go pan pokona? – zapytał.

Rufus przymknął oczy, a wspomnienia zatańczyły mu pod powiekami.

– Nie wiem – przyznał. – To od niego dostałem tę bliznę. – Podwinął rękaw i pokazał długą, bladą bliznę, owijającą się wokół jego nadgarstka i mknącą spiralą wokół ręki w stronę ramienia. – To zakończyło nasz ostatni pojedynek. Przegrałem.

Percy praktycznie pisnął.

– Ale proszę pana, jeśli pan przegra...

– Wiem – powiedział Rufus. – Ale nie zamierzam.

Percy tylko się na niego gapił.

Rufus wywrócił oczami i ruszył w kierunku wind. Jeśli chcesz, żeby twoi wrogowie dali ci na dobre spokój, to musisz użyć broni, które wiesz, że zadziałają. Jak masz do czynienia z durnym Ślizgonem, to pokaż mu jego idiotyzm. Jak masz do czynienia ze świetlistym czarodziejem, odwołaj się do świetlistych tańców.

Nie rozumiem, co jest w tej lekcji takiego trudnego do zrozumienia.