Rozdział dwudziesty drugi: Spuść ze smyczy psy wojny

James założył ręce na piersi, pochylił głowę do przodu aż nie dotknął czołem blatu swojego biurka i tak pozostał przez chwilę.

Gdyby się wsłuchał, mógłby wyłapać dźwięki wokół niego: stateczny deszcz za oknami Lux Aeterny, dźwięk zaklęcia lewitującego, rzuconego wściekle na ciężki kufer, a zaraz potem dźwięk kroków osoby, która zwinnie zeszła po schodach. Nie chciał ich słyszeć. Czy raczej, chciał, ale tylko po to, żeby zagłuszyć dźwięk przed chwilą przeczytanych słów, które wciąż rozbrzmiewały w jego umyśle.

Cisza, której w tej chwili pragnął najbardziej, była nieosiągalna.

Po kilku minutach James podniósł głowę, zamrugał, przeczesał ręką włosy, po czym sięgnął po kopertę, która leżała obok i przyciągnął ją znowu do siebie. Wysunęły się z niej dwie kartki. Większą z nich schował z powrotem z miną, która niewątpliwie wyrażała odrazę, po czym podniósł mniejszą, która była niewielkim kawałkiem pergaminu.

Słowa, które były na niej elegancko napisane, były równie proste i niepretensjonalne.

Ojcze:

Wiem, co zrobiłeś Snape'owi. Chcę go z powrotem. Jeśli nie wycofasz swoich zarzutów, opublikuję informacje na temat tego, jaką rolę odegrałeś w moim dzieciństwie. Masz tydzień od dnia aresztowania na wycofanie się z tej sprawy. Jeśli tego nie zrobisz, to w ten czy inny sposób, nie będę już dłużej twoim synem.

Harry.

Palce Jamesa drgnęły, kiedy ten oparł się pokusie przeczytania listu po raz kolejny, żeby znaleźć w nim coś, czego jego syn nigdy tam nie napisał. Wiadomość była prosta, bezpośrednia, druzgocąco przejrzysta i nie pozostawiała żadnych wątpliwości. Harry go nienawidził.

Remus uprzedzał, że tak to się skończy.

James odsunął od siebie i tę myśl, po czym podniósł większy kawałek papieru. Nie został jeszcze opublikowany; podejrzewał, że powinien za to dziękować samemu Merlinowi. Mimo to, został ułożony niczym prawdziwy artykuł, włącznie z nagłówkiem, który niemal palił go w oczy.

HARRY POTTER ZANIEDBYWANY PRZEZ WŁASNEGO OJCA

Brat Chłopca, Który Przeżył ujawnia, że jego ojciec traktował go jak zabawkę

Autor: Rita Skeeter

W szokującym prywatnym oświadczeniu Harry Potter, brat Chłopca, Który Przeżył i niedawna ofiara rzeczonego porwania przeprowadzonego przez ministra Knota, ujawnił, że jego ojciec, James Potter, który ostatnio oskarżył Severusa Snape'a o niewłaściwe wykorzystanie eliksiru szaleństwa, zaniedbywał go w dzieciństwie.

Potter, lat czternaście, absolutnie nie chciał tego nazwać psychicznym nękaniem, ale przyznał, że jego ojciec poświęcał znacznie więcej uwagi Connorowi Potterowi, jego słynnemu bratu, niż jemu, swojemu starszemu synowi. Ich niewielka rodzina mieszkała razem z Lily Evans Potter, mugolaczką, która wyszła za Jamesa Pottera, w domu w Dolinie Godryka przez większość dzieciństwa chłopców.

Po prostu trzymał się ode mnie z daleka – wyjaśnił Potter w prywatnej rozmowie, którą przeprowadził wczorajszego ranka z tą reporterką. – Traktował mnie jak zabawkę, kogoś, z kim może się bawić, kiedy Connor był zajęty albo spał. No i kogoś, kogo się bał, oczywiście, ale starał się z tym kryć. – Potter wierzy, że jego ojciec się go prawdopodobnie bał przez wzgląd na jego magiczną moc, która, jak już zostało wcześniej zaraportowane w Proroku, ostatniego listopada rozwinęła się do potęgi lordowskiej.

Potter wierzy również, że jego ojciec złożył oskarżenie przeciw Severusowi Snape'owi, jego opiekunowi od zeszłego roku, nie dlatego, że pragnie odzyskać swojego starszego syna, ale przez wzgląd na to, co nazwał "rywalizacją" między tymi dwoma mężczyznami, a której podwaliny zostały ułożone jeszcze w czasie ich wspólnych lat w Hogwarcie.

Potter przyznał, że profesor Snape i tak ma złą reputację jako głowa domu Slytherina, ale spodziewał się czegoś lepszego po swoim ojcu, "szlachetnym, czystokrwistym czarodzieju Światła, byłym aurorze."

James Potter zrezygnował ze swojej pozycji aurora w niedługo po tym, jak zaatakowano jego synów w Halloween 1981, kiedy Connor Potter pokonał Sami Wiecie, Kogo. Wierzono wówczas, że zrobił to dlatego, że chciał się ukryć razem ze swoją rodziną, ale według jego syna, dom Potterów był daleki od radosnej sielanki.

Kiedy byliśmy mali, mój ojciec spędził większość swojego czasu z moim bratem – wyjaśnił Potter. – Bardziej go cenił, częściej się z nim śmiał, mocniej go kochał. – Co z niego za kochający ojciec, skoro tak po prostu zapomniał o jednym ze swoich dzieci?

Potter dodał, że ponieważ Connor jest Chłopcem, Który Przeżył, nie widział nic dziwnego w tym, że zyskał od ojca więcej uwagi, ale naprawdę ma do niego żal o to, że ten chce mu teraz odebrać innego człowieka, który postanowił się nim zająć.

W dodatku bał się mnie – oświadczył. Potter wierzy, że jego potencjał do zostania kiedyś Lordem odstraszył od niego jego ojca i nie sądzi, żeby cokolwiek się zmieniło w tej kwestii, skoro jego magia wciąż jest równie potężna.

Oskarżenia wniesione przeciwko Severusowi Snape'owi nie składają się wyłącznie z niewłaściwego wykorzystania nowo stworzonych eliksirów, ale też zaniedbanie zarejestrowania ich w ministerstwie. Rozprawa, póki co, została ustanowiona na mniej więcej środek grudnia. W międzyczasie Albus Dumbledore zajął się nauczaniem eliksirów w szkole magii i czarodziejstwa Hogwart.

Nie zdołaliśmy uzyskać żadnego komentarza od Jamesa Pottera.

James oparł się i potarł oczy. Usłyszał, jak kroki za nim ustają, ale nie obrócił się w ich kierunku. Być może zachowywał się dziecinnie, ale naprawdę nie widział powodu, dla którego miałby to robić.

– Wychodzę – powiedział Remus.

– Szerokiej drogi – burknął James.

Remus wydał z siebie cichy dźwięk, który brzmiał dla Jamesa jak warknięcie.

– Wciąż mógłbyś to uratować, wiesz – powiedział, a w Jamesie na dźwięk tych słów wezbrała stara pogarda. Terapeuta nas wszystkich, aż do samego, gorzkiego końca. – Wiem, że Harry cię teraz nienawidzi, ale jeśli go odwiedzisz, albo jeśli nie masz sił na spotkanie, to chociaż napiszesz list...

– Przestań, Remusie.

Nastała krótka cisza, po czym głos Remusa znowu się odezwał, suchy, wyniosły i zrezygnowany.

– Czyli wolisz utonąć razem z tą swoją dumą, zamiast złapać cię koła ratunkowego? Harry by je rzucił. Wiesz, że by to zrobił.

Ręce Jamesa zacisnęły się na artykule, mnąc go w kulkę. I dobrze. Nie chcę już na to patrzeć.

– To nie takie proste, Remusie.

Głos jego starego przyjaciela zrobił się zimny.

– Może być, inaczej nigdy nie zdołałbym się pogodzić z Peterem. Żałuję tylko, że nie masz dość rozsądku, żeby spróbować zrobić tego samego z ludźmi, na których naprawdę ci zależy. Żegnaj, James. Pamiętaj, jeśli wyślesz list do mnie lub do Petera, to będzie musiało minąć trochę czasu zanim ten nas znajdzie w Sanktuarium. – Odwrócił się, warcząc coś na swój kufer i po chwili James usłyszał zamykające się za nim drzwi. Siedział w ciszy, osłony łaskotały lekko powierzchnię jego umysłu, aż nie poczuł jak Remus wychodzi poza ich obręb, żeby się aportować.

Wtedy, przygryzając wargę, James podniósł pióro i zaczął pisać swoją odpowiedź do Harry'ego.

To naprawdę byłoby proste, gdyby tylko nie miał żony i drugiego syna, którzy mogliby w wyniku tego wszystkiego ucierpieć. Ale miał, a to oznaczało, że mógł dać tylko jedną odpowiedź na bezpośrednią groźbę Harry'ego.

Pisał z ciężkim sercem.

Kiedy wszystko się tak koszmarnie zepsuło? Kiedy Harry zaczął czuć więcej lojalności wobec jednego ze swoich profesorów, zamiast wobec swojej własnej rodziny, do tego stopnia, że ta pozostała niezachwiana nawet wtedy, kiedy ten profesor tak okrutnie upokorzył jego ojca?


– Eliksiry uspokajające – ogłosił Dumbledore tonem pełnym satysfakcji, a jego oczy błyszczały zza okularów–połówek. – Zaczniemy od różnych wariacji prostego wywaru uspokajającego i powoli będziemy pracować nad coraz bardziej skomplikowanymi eliksirami. Otwórzcie, proszę, swoje książki na stronie czterysta trzydziestej siódmej.

Harry zrobił to posłusznie, słuchając w milczeniu podekscytowanego trajkotania Gryfonów. Znacznie chętniej zaczęli przychodzić na te zajęcia odkąd Dumbledore zastąpił Snape'a. Harry musiał też przyznać, że Dumbledore nie był takim złym nauczycielem. Nawet, jeśli nie miał nawet połowy wiedzy teoretycznej Snape'a, to tłumaczył wszystko znacznie wolniej od niego i zachęcał ludzi do ponownych prób, kiedy pierwsze zawiodły.

Harry nie mógł jednak zapomnieć, kim jeszcze Dumbledore jest, zwłaszcza kiedy wyczuł falę przymuszenia, która uspokoiła kłótnię między Blaise'em i Deanem Thomasem, czy kiedy zachęty kierowane w stronę Neville'a nie składały się wyłącznie ze słów. Nie podnosił wzroku, ciężko pracował i starał się nie okazywać, jak koszmarnie się nudził. Snape kazał mu robić w czasie zajęć eliksiry na poziomie siódmego rocznika i chociaż Harry całe życie uczył się jak udawać, że jest mniej kompetentny niż w rzeczywistości, teraz odkrył, że naprawdę ciężko mu było wrócić do poziomu swoich rówieśników.

Wstał, żeby przynieść płatki fiołka i inne składniki, które im się przydadzą, kiedy Draco złapał go za rękę. Harry obejrzał się na niego z zaciekawieniem. Snape usadził ich razem w ławce na kilka dni przed aresztowaniem, a Dumbledore nie widział żadnego powodu, żeby ich przesadzać.

Harry niemal tego żałował. Oczy Dracona lśniły od gorączki, która zaczęła się już kilka dni temu i nie chciała minąć, a czarno–srebrna sieć pulsowała wokół niego, widoczna nawet wtedy, kiedy Harry jej nie wyglądał.

– Harry – szepnął Draco. – Możesz mi przy okazji przynieść sproszkowany róg dwurożca i pazury sfinksa?

Harry momentalnie rozpoznał te składniki. Draco potrzebował ich do tego swojego tajemniczego eliksiru, o którym w dalszym ciągu nie chciał zbyt wiele mówić, ale któremu poświęcił się bez reszty.

– Draco... – szepnął Harry.

– Spokojnie – powiedział Draco. – Chyba uda mi się dzisiaj skończyć jeden z pierwszych kroków wymaganych w eliksirze. Wiele z wymaganych składników jest taka sama jak w wywarze na uspokojenie. – Zamilkł na moment i spojrzał na Harry'ego wyzywająco. – Chyba, że już nie chcesz mi pomagać i muszę sam po nie pójść.

Harry wywrócił oczami i poszedł przynieść Draconowi to, czego on potrzebował. Ostatnimi czasy kłótnie z Draconem miały jeszcze mniej sensu niż zwykle.

Harry parę razy próbował, ostrożnie, dotknąć sieci, zwłaszcza kiedy byli w bibliotece i Draco był pogrążony w kolejnej książce o Julii Malfoy, podczas gdy Harry prowadził własne badania sieci skrzatów domowych i tego, jak je zniszczyć. Sieć Dracona nie reagowała pozytywnie na te próby dotyku. Falowała pod jego palcami, usiłując się od niego odsunąć – raz Harry miał niemal wrażenie, że na niego syknęła – i przylegała bliżej do Dracona, przytulając się do jego głowy, ramion i rąk. Harry był w stanie zobaczyć korzenie sieci, zanurzone głęboko w jego mózgu i nie był w stanie znaleźć żadnego sposobu na pozbycie się jej, nie wyrywając przy okazji połowy poczytalności Dracona. A tego nie miał zamiaru zaryzykować. Sam przeszedł przez coś takiego w Komnacie.

Był zdesperowany i chciał dopilnować, żeby Draco czym prędzej ukończył ten eliksir. Wyglądało na to, że z tym właśnie związana jest jego sieć. Jaśniała, ilekroć o nim mówił.

Sieć powinna go wypuścić, pomyślał nie po raz pierwszy Harry, balansując na tacy potrzebne im składniki, jak tylko ukończy eliksir.

Rozsądna część jego umysłu upomniała go po raz kolejny, że to jest zarówno życzeniowe myślenie jak i szczera nadzieja. I nic więcej.

Usiadł z powrotem przy Draconie jak tylko Dumbledore mijał ich ławkę. Harry rzucił bezróżdżkowy urok, żeby ukryć przed dyrektorem dodatkowe składniki, po czym podniósł wzrok, uśmiechając się lekko.

– Macie wszystko, czego wam trzeba, chłopcy? – Dyrektor wyglądał jak uosobienie dobroci. Harry tylko się mu przyglądał, podczas gdy Draco kiwnął głową, uśmiechając się i nakładając maskę słodkiej niewinności, której noszenie ostatnio opanował do perfekcji, nakładając ją przed każdym, kto nie był Harrym, a kto pytał go o sprawy prywatne.

– Tak, proszę pana, dziękujemy – powiedział Draco, po czym machnął na kociołek różdżką, rozpalając pod nim ogień. Dumbledore kiwnął im uprzejmie głową, po czym ruszył dalej, żeby krążyć po sali i zatrzymał się po chwili, żeby łagodnie zganić Neville'a za kolor jego eliksiru.

– Eliksiry uspokajające – mruknął Draco pod nosem, wrzucając do kociołka szczypty sproszkowanego rogu dwurożca precyzyjnymi ruchami palców. – W naszym wieku. No doprawdy.

– Czy to dlatego właśnie nie robimy własnego? – wymamrotał Harry, miażdżąc w moździerzu płatki fiołka na gładką pastę. Wiedział, co powinien robić równie dobrze co Draco. Słuchał, a nie tylko słyszał, kiedy Draco trajkotał bez końca o tym kroku w produkcji eliksiru.

– Nie tylko dlatego – powiedział Draco poważnie. Mówił, ale jego uwaga była w pełni skupiona na kociołku, w środku którego eliksir nabrał dziwnego, pomarańczowego koloru i Harry'emu się wydawało, że właśnie dlatego następne słowa mu się wymsknęły. – Robimy to też dlatego, żebym mógł zostać magicznym dziedzicem mojego ojca. Albo przynajmniej magicznym dziedzicem kogoś z naszej rodziny. – Uśmiechnął się hardo do Harry'ego. – Wydaje mi się, że to bardzo dobry powód.

Harry zamrugał, a jego ręce zacisnęły się na tłuczku przez moment. Badanie historii Julii Malfoy, do tego ten eliksir, który będzie musiał podzielić na dwie części, jedną gęstą i ciężką, i drugą lekką i mglistą. Że też się wcześniej nie domyśliłem.

– Draco – powiedział cicho. – Czy ty chcesz przywołać do siebie jej ducha?

Draco spiął się nagle, a Harry zobaczył, jak otaczająca go sieć zaczyna świecić tak ostrym światłem, że ludzie wokół nich po prostu już musieli ją zobaczyć. Draco odwrócił się w stronę Harry'ego i spojrzał na niego nieprzyjaźnie.

– Wiesz coś na ten temat? – szepnął.

– Wiem o nekromancji dość, żeby wiedzieć, że jest niebezpieczna, o ile się czegoś w jej imię nie poświęci – powiedział Harry i wrzucił zmiażdżone płatki fiołka w pięciu równej wielkości szczyptach. – A ty tego nie zrobiłeś. – Poczuł, jak serce zaczyna mu szybciej bić i przez chwilę wszystko w klasie było rozmyte poza twarzą Dracona. – I nie wydaje mi się, żebyś jakieś planował.

Draco prychnął na niego, a jego sieć się uspokoiła.

– Nie muszę – odpowiedział z pychą. – Nie, jeśli ukończę ten eliksir przed Halloween. Wtedy duchy krążą po świecie w pełni sił. Usłyszy mnie i przybędzie. Musi. Jestem Malfoyem.

Harry uważał prywatnie, że duch Julii Malfoy niczego nie musi. Kiedy o niej czytał, odniósł wrażenie, że to była niezależna kobieta, po cichu przyzwyczajona do tego, że wszystko się dzieje tak, jak ona tego chce. Jeśli Draco ją wezwie, zwłaszcza w noc, kiedy bariera między światem czarodziejów a światem nekromancji była najsłabsza, to otrzyma odpowiedź, chociaż prawdopodobnie nie taką, jakiej się spodziewa.

– Draco... – zaczął, miażdżąc pazury sfinksa.

Draco złapał go za dłoń. Harry zamrugał. Draco nie dotykał go już od paru dni i Harry z zaskoczeniem i zmartwieniem odkrył, że nie tylko wzrok jego przyjaciela był rozgorączkowany. Jego skóra była niepokojąco gorąca.

– Harry – szepnął Draco – proszę cię, możesz mnie w tym wspierać jeszcze tylko do Halloween? Tylko do tej nocy, proszę. Potrzebuję twojej pomocy z tym eliksirem. Znaczy, no, nie, nie potrzebuję, mógłbym to zrobić sam, ale chcę, żebyś mi w tym pomógł. – Wciągnął głęboko powietrze. – Nie sądzę, żeby tutaj był ktokolwiek, z kim mógłbym tak pracować jak z tobą. Tylko tobie potrafię tak zaufać, jesteś jedynym człowiekiem, któremu w ogóle naprawdę zaufałem.

No kiedy tak to ujął, pomyślał Harry, to jak mógłbym mu odmówić? Wciąż starał się wynagrodzić Draconowi lata zaniedbania ich przyjaźni i zwykłego brania wszystkiego od niego, bez oferowania czegokolwiek w zamian. Prośba Dracona była prosta do spełnienia i oznaczała, że Harry będzie mógł mieć na oku jego gorączkę i sieć. Być może znajdzie też sposób na poluźnienie tej sieci, jeśli się naprawdę do tego przyłoży.

W dodatku będzie miał coś innego do roboty, niż martwienie się o Snape'a i o odpowiedź od jego ojca, która powinna zostać dostarczona najpóźniej jutro.

Kiwnął z powagą głową. Uśmiech Dracona zrobił się słodki, a jego uchwyt zelżał.

– Dzięki – szepnął. – Dzięki, Harry. Naprawdę.

– Ale dzisiaj masz się wyspać – powiedział mu Harry. – Wyglądasz, jakby cię jakaś choroba brała, przez co możesz się pomylić przy eliksirze.

Draco zamrugał i potarł twarz dłonią.

– Masz rację – powiedział. – Niewiele spałem wczoraj, za długo się uczyłem. W sumie od paru nocy już tak miałem. Nie mogę przecież się wykończyć zanim ją przyzwę. Do tego ktoś może zwrócić uwagę, jeśli będę wyglądał na wykończonego. Dzięki, Harry.

Harry rozluźnił ramiona. Będzie musiał poczekać do wieczora, żeby zobaczyć, czy jego sugestia faktycznie podziałała, zanim zaufa jego słowom, ale przynajmniej Draco brzmiał szczerze i Harry będzie mógł znowu z nim o tym porozmawiać przed snem, jeśli będzie trzeba.

Draco spojrzał znowu na eliksir, który teraz powoli robił się niebieski i zmarszczył brwi.

– No masz – powiedział. – Zapomniałem, że będziemy potrzebowali więcej sproszkowanego rogu dwurożca.

Harry zaczął wstawać, ale Draco pokręcił głową.

– Nie, daj spokój, sam pójdę – powiedział i wstał, żeby wyminąć Harry'ego. Jego dłoń zacisnęła się na ramieniu Harry'ego na moment, po czym Draco ruszył szybko do składzika.

Harry odmierzył pół porcji pazurów sfinksa i dodał je do kociołka, po czym zamieszał pięć razy w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Dumbledore znowu go minął, ale tym razem tylko puścił mu oczko. Harry zignorował dyrektora.

Zdał sobie nagle sprawę z cichego mruczenia.

Harry przymrużył oczy i spojrzał w dół. Jego wzrok natrafił na starą książkę, której grzbiet wystawał lekko z torby Dracona. Od razu ją rozpoznał, chociaż nie znał jej tytułu. To była książka, którą Draco zawsze czytał poza biblioteką, ta, która najwyraźniej w ogóle poddała mu pomysł na ten eliksir i do której nie pozwalał Harry'emu zajrzeć.

Teraz, gdyby tylko chciał, Harry mógł po prostu sięgnąć i odchylić lekko książkę, żeby zobaczyć jej tytuł.

Musiał ją dostać od Snape'a, pomyślał Harry, nie będąc w stanie oderwać wzroku od książki, nawet kiedy wrócił do miażdżenia pazurów sfinksa. Mógł ją dostać od rodziców, ale raczej nie miał jej przy sobie przez kilka pierwszych dni szkoły, a na pewno nie przysłali jej sową. Prawie na pewno jest magiczna.

Przez chwilę wiara Harry'ego w Snape'a zachwiała się tak, jak nie robiła tego od lat. Czyżby to on nałożył przymuszenie na Dracona?

Wreszcie pokręcił głową. Nie. Snape nie zrobiłby czegoś takiego. Nie odebrałby komuś w ten sposób wolności. Martwił się, tak jak ja, że Draco nie jest dostatecznie niezależny. Chciał, żeby Draco miał więcej własnych problemów, własnego świata, osobowości. Przecież odebranie mu w ten sposób wolności byłoby sprzeczne z tym zamierzeniem. Sieć musiała się wziąć skądś indziej... a nawet, jeśli jest z książki, to Snape pewnie nie wiedział, że to się tak skończy.

Nie zrobiłby komuś czegoś takiego.

– Jestem z powrotem, Harry!

Harry spojrzał w górę z uśmiechem.

– W samą porę – powiedział, kiedy Draco przeciskał się za nim ze sproszkowanym rogiem dwurożca. Czuł spokój i prawość, nawet kiedy zobaczył nici pełznące po głowie jego przyjaciela. Nie sprawdził książki. To była tajemnica Dracona i Harry miał zamiar poczekać aż ten będzie gotów się nią z nim podzielić. – Dodaj trzy szczypty, dobrze?

Draco uśmiechnął się szeroko i to właśnie zrobił.

Harry zerknął z ukosa na sieć, mieszając eliksir. Ukończą go przed końcem lekcji i będą mogli ją bez obaw przelać do butli i przechować, aż nie będzie potrzebna do pełnego wywaru.

Będę przy nim trwał. Upewnię się, że będzie wolny. Musi być. Jego życie i wolność są równie ważne co wszystkich.


– Potter! Poczekaj no chwilę.

Harry skrzywił się, ale zatrzymał i odwrócił. Moody podczas zajęć pokazał im zakazane klątwy. Harry'emu zrobiło się niedobrze, mimo, że widział kątem oka, że Zachariaszowi Smithowi ta prezentacja w żaden sposób nie zaimponowała. Harry żałował, że nie potrafił przestać myśleć o klątwie zabijającej lecącej w kierunku jego czoła i głowy Connora tamtej dawnej, Halloweenowej nocy, ale zobaczył tę scenę w pewnej myślodsiewni, skazując ich obu na to dziwne życie.

Poza tym, tego właśnie dnia miała przybyć odpowiedź od jego ojca. Harry wreszcie się dowie, czy jego zarzuty zostaną wycofane. Zastanawiał się, czy jutro o tej samej porze wszyscy będą patrzeć na niego ze współczuciem, podziwem i pogardą – jak na chłopca zaniedbywanego przez własnego ojca, chłopca, który zazdrościł Chłopcu, Który Przeżył.

Draco zawahał się na moment, ale Harry pokręcił głową.

– Wiesz – szepnął – wydaje mi się, że zaklęcie siły duszy może ci pomóc w odkryciu, czy twoja dusza jest sympatyczna Julii Malfoy.

Oczy Draconowi pojaśniały, a on sam poklepał Harry'ego pokrzepiająco po ramieniu i wybiegł z sali. Harry westchnął ciężko i odwrócił się, żeby spojrzeć na profesora, który kuśtykał w jego kierunku statecznie, stukając miarowo swoją drewnianą nogą. Robił to z taką gracją, że Harry zapominał czasami o jej istnieniu, tak jak czasami zapominał o chorym biodrze Scrimgeoura, kiedy się z nim spotykał.

Przyzwyczaił się też do patrzenia na twarz Moody'ego – chociaż wciąż przychodziło mu to łatwiej, kiedy jego uwaga była rozproszona na całą klasę, a nie skupiona intensywnie na Harrym. Harry wbił wzrok w punkt zaraz nad jego zdrowym okiem, miejsce, w kierunku którego magiczne oko praktycznie nie patrzyło, odprężył się i czekał.

– Chciałem cię zapytać o coś związanego z klątwą zabijającą – burknął Moody, drapiąc się po swoim oznaczonym bliznami nosie. – Nie chciałem robić z tego afery w czasie lekcji, sam wiesz, za wielu ludzi wokół, ale pomyślałem, że warto by cię zapytać na osobności.

Harry kiwnął głową lekko, choć z napięciem. Nie wiedział, czemu ciągle robił się taki nerwowy przy tym człowieku. Bez względu na ostrzeżenie Rosiera, Moody nic mu do tej pory nie zrobił. Srebrny błysk obroży przypominał Harry'emu od czasu do czasu o Sforze, ale Moody głośno krytykował wszystkie poczynania ministerstwa od czasu aresztowania Snape'a. Był po prostu groźnie wyglądającym nauczycielem, to wszystko. Może nie tak dobrym w nauczaniu jak Remus, ale i tak niezłym.

Chyba jednak Regulusowi udało się zarazić mnie tą swoją niechęcią, pomyślał Harry z ukłuciem niepokoju i odruchowo, jak zawsze kiedy jego imię przyszło mu do głowy, spróbował sięgnąć w kierunku swojego przyjaciela. Wciąż nic. Nieprzyjemna cisza trwała w tej części jego umysłu od równonocy jesiennej.

– ...brat przeżył to – powiedział Moody i Harry z zaskoczeniem zdał sobie sprawę, że nie zwracał uwagi na jego słowa, co mu się zdarzyło praktycznie po raz pierwszy. Kiedy ten były auror coś mówił, to jego uczniowie słuchali. – Zastanawiałem się, czy nie pamiętasz może czegoś z tej nocy? Może wiesz, jakim cudem klątwa nie zadziałała akurat na twojego brata?

Harry zwalczył w sobie pragnienie syknięcia na niego. Wszystkie jego stare, nadopiekuńcze instynkty zaczęły ujadać, ale ściągnął im smycze. Moody nie groził Connorowi. Po prostu zadał pytanie i to pytanie tego rodzaju, nad którym pewnie większość ludzi się zastanawiała, ale pewnie zwróciłaby się z tym do Connora, albo trzymała je dla siebie. Tak czy inaczej, zawsze się czaiło w ich oczach: Jak ci się to udało?

– Nie, proszę pana – powiedział Harry, pozwalając, żeby jego usta opadły z żalem. – Byłem tylko dzieckiem, sam pan wie, do tego to nie ja przeżyłem zaklęcie zabijające. – Nie odrywał od Moody'ego oczu. Jeśli pozwoli im odbiec na bok, to ten się zorientuje, że Harry kłamie. – Ale mógłby pan zapytać o to Connora. Pewnie będzie wiedział lepiej ode mnie. W końcu został mu po tym ślad.

Moody uśmiechnął się do niego drapieżnie, niczym wilk.

– A wiesz, Potter, zabawna rzecz. Zapytałem go o to po jednej z naszych lekcji. Zrobił się blady jak duch i zaczął się jąkać, coś o tym, że nie widział za dobrze. Wiesz może, o co mu mogło chodzić? – Moody pochylił się z zainteresowaniem.

Harry otworzył oczy szerzej w pozornym zaskoczeniu, podczas gdy w umyśle mu zawirowało. Był gotów się założyć, że Connor o mały włos nie wypalił, że widział wszystko w myślodsiewni. W porę sobie przypomniał, że mieli to póki co trzymać dla siebie, ale zabrnął już za daleko, żeby w pełni się od tego odbić. No i w sumie nic dziwnego. Connor nie otrzymał treningu w kłamaniu i zwodzeniu innych, tak jak Harry.

– No wie pan, nasze kojce były zaraz przy drzwiach – powiedział Harry. – Więc kiedy Voldemort...

– Dziwne, że mówisz mu po imieniu – powiedział cicho Moody.

Harry przechylił głowę na bok.

– Myślę, że nazywanie go Sam Wiesz, Kim, jest głupie, proszę pana.

– Dlaczego? – Moody uderzał różdżką o powierzchnię swojej dłoni. Jego oczy były w pełni skupione na Harrym. Ten był po prostu rad, że magiczne oko nie było w stanie odczytać jego myśli. Na wszelki wypadek jednak i tak wzniósł swoje tarcze oklumencyjne.

Harry wzruszył ramionami.

– Bo to głupi tytuł. Gdyby miał jakiś lepszy, to bym go używał. Ale sam sobie wybrał imię Voldemort, więc mam wrażenie, że jego właśnie powinniśmy używać. – Przełknął kolejne słowa: że mógłby go też nazywać Tomem Riddle'em, bo jeśli ktoś na świecie miał prawo do nazywania go w ten sposób, to byliby właśnie Harry i Connor, których opętał parę lat temu. Ale nie widział powodu, żeby o tym wspominać w tej rozmowie.

Moody przyglądał mu się przez moment, po czym burknął i kiwnął głową tak nagle, że wyglądał jak czapla, która przebija dziobem rybę.

– Mów dalej.

– Kiedy Voldemort wszedł do środka – mówił dalej Harry – musiałby rzucić zaklęciem w Connora z góry. Może tyle pamięta, ale przecież nie byłby w stanie zobaczyć, jak ten rzucił klątwę. – Pozwolił zazdrości pojawić się w swoim głosie. Równie dobrze mogę zacząć udawać, jeśli ten artykuł jednak wyjdzie jutro. – Ale to dziwne, wie pan? Nigdy mi nie powiedział, że pamięta cokolwiek z tej nocy.

Moody znowu burknął i postukał się czubkiem różdżki po ustach. Harry starał się nie myśleć o wszystkich wypadkach, jakie mogą z tego powstać, i czekał.

Wreszcie Moody ponownie skupił na nim oboje swoich oczu.

– Myślisz czasami o wolności, Potter?

– Wolności, proszę pana?

– Wolności. – Moody kiwnął poważnie głową. – Wolności, która pozwoliłaby ci... robić co tylko chcesz. Jesteś naprawdę potężny. – Harry zwalczył w sobie chęć wywrócenia oczami, kiedy usłyszał ton, z jakim Moody powiedział te słowa. Moja siła mu imponuje, zupełnie jak wszystkim. Czy w tej szkole jest ktoś, kto jest w stanie zrozumieć, że magia w żaden sposób nie powstrzymuje od bycia złym przyjacielem, zupełnie jak ja byłem wobec Dracona? – Nie myślałeś kiedyś o zignorowaniu wszystkich ograniczeń i po prostu robieniu co ci się tylko żywnie podoba? Tak właśnie zaczynało wielu mrocznych czarodziejów i czarownic, wiesz?

Harry zadrżał na samą sugestię.

– Nie – powiedział.

– Nie? – zapytał Moody, podnosząc lekko ton. Harry przymrużył oczy. Jest zaskoczony. Czemu tak go tym zaskoczyłem, skoro codziennie widzi mnie w szkole?

– Nie, proszę pana – powiedział stanowczo. – Zbyt wielu ludzi bym tym skrzywdził. A to ma dla mnie znaczenie. Naprawdę wielkie. – Zawahał się, ale wciąż nie wiedział, jaki był cel tej rozmowy. Harry jednak nie miał zamiaru obnażać przed nim swojej duszy, jeśli tak przypadkiem o to właśnie Moody'emu chodziło. – Nie chcę tego – zakończył prosto, przestąpił z nogi na nogę i zerknął w stronę drzwi. – Czy to wszystko, proszę pana? Bo ja muszę się pouczyć jeszcze transmutacji i...

– Leć, leć – powiedział Moody, machając na niego lekceważąco ręką, więc Harry wyszedł szybko z sali, kręcąc głową. Dziwne. Nie wiem, na czym on mnie chce przyłapać. Czy jemu się wydaje, że nagle w prywatnej rozmowie wypalę coś o tym, jak to nie chciałbym być mrocznym czarodziejem? Przecież skazałbym się czymś takim na szybką karę śmierci. On nienawidzi mrocznej magii.

Harry obejrzał się szybko przez ramię i zobaczył, że Moody wciąż odprowadza go wzrokiem. Nawet jego magiczne oko nie zwróciło się jeszcze w kierunku planu lekcji, żeby sprawdzić, z kim teraz będzie miał zajęcia.

Harry zadrżał i praktycznie stamtąd uciekł. Pewnie wydaje mu się, że robię się mroczny. No doprawdy. Potężna moc nie zawsze prowadzi do korupcji – a ja i tak przecież nie jestem aż tak potężny. Dumbledore i Voldemort są wciąż ode mnie silniejsi. Chciałbym, żeby ludzie przestali się wreszcie zachowywać, jakby moja magia miała aż tak wielkie znaczenie. Przecież więcej znaczy to, co z nią zrobię.


Harry zobaczył sowy pocztowe i wstrzymał oddech. Były ich cztery, a jedna z nich poleciała w kierunku stołu Gryffindora i wylądowała przed Neville'em, niewątpliwie przynosząc mu podarunek od babci.

Pozostałe trzy przybyły do stołu Slytherina, jedna z nich wylądowała obok Dracona. Pozostałe dwie wyciągnęły nóżki w kierunku Harry'ego, a jedna z nich od razu zaczęła skubać jego jedzenie, jakby przyleciała z naprawdę daleka.

Harry przyjął oba listy i zmusił się do odłożenia na bok tego, który, po wyglądzie pieczęci i koperty, musiał pochodzić z Lux Aeterny. Jego ręce wcale się nie trzęsły, kiedy otwierał list od Snape'a. Wcale.

Harry,

Chciałem przeprosić za moje zachowanie w ostatnim miesiącu.

Harry zamrugał i przyjrzał się uważnie listowi. Słowa dalej tam były. Wymamrotał zaklęcie Aspectus Lyncis, tak na wszelki wypadek, ale żaden urok nie pojawił się nad listem.

Wyglądało na to, że Snape naprawdę to napisał. Harry pokręcił głową ze zdumieniem i czytał dalej.

Przyjaciel polecił mi bardziej ślizgońskie zachowanie i mam zamiar się go posłuchać. Moja rozprawa odbędzie się dwudziestego pierwszego grudnia, w dzień najdłuższej z nocy. Podejrzewam, że ktoś uważa to za niezły dowcip.

Chcę, żebyś na siebie uważał i zbierał siły na ten dzień. Możliwe, że zostaniesz wezwany na świadka. Zdaje się, że możesz też się zaoferować na tę pozycję.

Miej oko na Draco. Zauważyłem, że się zmienił. Napiszę do niego, wyjaśniając moją troskę o niego, ale nie sądzę, żeby moje słowa wywarły na nim większe wrażenie.

Jeśli knujesz jakiś szalony plan uwolnienia mnie, to pragnę ci przypomnieć, że natrę ci uszu, jeśli spróbujesz poświęcić coś bezcennego.

Severus Snape.

Harry zamknął oczy i westchnął ciężko. Zobaczmy więc, co poświęciłem, pomyślał i otworzył list od Jamesa.

Był krótki. Nie musiał być długi.

Harry,

Na Twoją prośbę wycofuję swoje oskarżenia przeciw Smarkerusowi.

Twój kochający ojciec,

James

Harry nie był w stanie się powstrzymać przed triumfalnego okrzyku. Draco oderwał wzrok od swojego listu, który prawdopodobnie był od Snape'a.

– Co to? – zapytał i wyrwał mu pergamin z ręki zanim Harry zdążył się odsunąć. Spojrzał na niego, a po chwili znowu na Harry'ego, oczami szerokimi z zaskoczenia. – Coś ty zrobił? – zażądał od Harry'ego.

Harry machnął ręką.

– A kogo to obchodzi? To już nie ma znaczenia. – Po raz pierwszy od tygodnia poczuł, jak świat się przed nim otwiera. Wciąż nie uwolnił Snape'a, to prawda, ale zrobił już pierwszy krok w tym kierunku. Pozostały już tylko zarzuty ministra, ale Harry będzie musiał poczekać jeszcze trochę, żeby zobaczyć, czy Scrimgeour nie jest w stanie czegoś z nim zrobić; nie wiedział nawet, czy Tonks już zamieniła z nim słowo, czy jeszcze nie. Wtedy spróbuje któregoś z licznych planów, które już opracował.

– Pokaż mi to – zażądała Milicenta i zabrała Draconowi pergamin Jamesa. Zareagowała kolejnym radosnym okrzykiem i pokazała list Pansy, nad którą pochylili się Blaise i Vince, zaciekawieni, a potem pergamin zaczął krążyć wokół stołu.

Milicenta klepnęła Harry'ego w plecy tak mocno, że ten się zakrztusił.

– Nie wiem, co zrobiłeś, Potter – powiedziała, a jej oczy lśniły drapieżnie – ale cokolwiek to było, było tego warte. – Uśmiechnęła się szeroko do Pansy. – Wiem też, kto tak przypadkiem ma szafkę pełną kremowego piwa! Dzisiaj świętujemy!

Naprawdę było, pomyślał Harry, któremu serce śpiewało. Było warte wszystkiego. Zauważył, że jego brat patrzy na niego z niepokojem i uśmiechnął się do niego ciepło. Connor odprężył się, oddychając głośno z ulgą, co zwróciło na siebie uwagę Hermiony. Harry nie był pewien, jak wiele Connor jej powiedział, więc odwrócił wzrok.

Ostatnio przegrałem tak wiele rund, że wygranie jednej jest naprawdę przyjemne.

Jakby z kpiną, czarno–srebrna sieć oplatająca Dracona błysnęła na niego.

Harry przymrużył na nią oczy. Ciebie też się pozbędę, czekaj tylko.