Uwaga, przed nami angst.
Jeśli dobrze się przyjrzycie, to zobaczycie zapowiedź przyszłej formy animagicznej Harry'ego.
Wersy, które cytuje w tym rozdziale Rosier pochodzą z "Dolores" Swineburne'a.
Rozdział dwudziesty trzeci: Tancerze Światła
– Tak czy inaczej podejmuje pan ryzyko.
Rufus stłamsił w sobie pragnienie prychnięcia na Kingsleya, kiedy zapinał na nadgarstkach bransolety do pojedynków.
– Zdaję sobie z tego sprawę – powiedział, przełykając kilka przekleństw, które miał ochotę wpleść w to krótkie zdanie. Był niemal – niemal – pewien, że to Albus Dumbledore przyszedł do Kingsleya i zaprosił go do Zakonu Feniksa, a nie, że Kingsley sam wyszedł z tą propozycją, szukając akceptacji Dumbledore'a. Tym niemniej nie był w stanie zignorować faktu, że jeden z jego aurorów pracował dla Świetlistego Pana, który bez przerwy starał się mieszać w sprawy ministerstwa. – Tym niemniej sam się na to zdecydowałem. – Zapiął obrożę do pojedynków na szyi i obejrzał się przez ramię na młodszego czarodzieja, czekając na jego odpowiedź.
Kingsley zarumienił się, choć przy jego ciemnej skórze ciężko było to zauważyć.
– Ja... wiem, proszę pana.
– To dobrze – powiedział łagodnie Rufus, po czym zamknął oczy, żeby poczuć magię obroży, która buczała wokół niego. Nie miała nic wspólnego z tymi przeklętymi cholerstwami, które nosili Gorgon i Morologus, a których zdjęcie niemal kosztowało ich ich poczytalność. Ta obroża po prostu odnotowywała, że postanowił rozpocząć ten taniec z własnej woli i przez cały czas pozostawał w jej granicach. Pomimo konsekwencji, które groziły za złamanie danego słowa i wtrącenie się w politykę przed końcem rzeczonego roku, sercem tego wszystkiego nie było przymuszenie, co było narzędziem Mroku, a wybór. – W takim razie chodź ze mną.
Odwrócił się i wyszedł ze swojego gabinetu z różdżką lekką w kieszeni i bransoletkami i obrożą równie lekkimi na jego nadgarstkach i szyi. Kulał, jak zawsze, ale to w żaden sposób nie zakłócało jego marszu. Kingsley szedł za nim, mamrocząc ze złością pod nosem. Młody Percy już czekał na dziedzińcu, który mieli specjalnie przygotowany do pojedynków na pierwszym piętrze.
Rufus czuł na sobie spojrzenia aurorów, kiedy mijał ich biurka, słyszał wiele cichych "powodzenia, proszę pana". Kiwał im delikatnie głową, ciesząc się z gładkiego pirytu, który głaskał mu szyję ilekroć obroża podskoczyła. Jego aurorzy wiedzieli, że wybiera się na pojedynek z Augustusem Starrise'em i niektórzy z nich zdawali sobie sprawę z tego, co to oznacza. Żaden z nich nie wiedział o wotum braku zaufania, który Amelia miała zamiar przedstawić dzisiaj Wizengamotowi. Postanowiła zaczekać z tym do końca pojedynku i Rufus nie był w stanie w żaden sposób jej przekonać do zrobienia tego wcześniej. W końcu wzruszył ramionami i się poddał. Mimo wszystko wciąż była jego przełożoną.
Ale nie teraz, pomyślał Rufus i przeszyło go poczucie intensywnej radości. Udawał się na dziedziniec pojedynkowy, w którym dochodziło do najstarszego testu ze wszystkich, a cokolwiek tam zaszło, było wyłącznie sprawą jego i jego przeciwnika. A on miał zamiar dopilnować, żeby wszystko się odbyło jak należy, z bransoletami, obrożą i wiedzą o wszystkich zaklęciach, jakie będzie mógł tam użyć, otaczającą go ciasno, niczym druga skóra.
Rufus Scrimgeour zadeklarował się Światłu kiedy miał dwanaście lat. Wielu ludzi twierdziło, że zwariował, żeby się deklarować w tak młodym wieku i to w dodatku kiedy był Ślizgonem.
Rufus nigdy nie żałował tej decyzji. Nawet przez moment. Światło miało najlepsze metody załatwiania właściwie wszystkiego, jeśli tylko się podeszło do niego z rozsądkiem. Bo chyba jednak lepszym określeniem byłoby, że zawierało najlepsze metody załatwiania wszystkiego. Najlepiej jest pozwolić ludziom na podejmowanie swoich własnych decyzji, przy jednoczesnym utrzymywaniu ich w ryzach, które nie pozwolą im na naruszenie wolnej woli kogoś innego i robienie wszystkiego w absolutnej szczerości i harmonii tak długo jak to jest możliwe. Tamtego dnia Rufus spojrzał na Światło i Mrok i uznał, że zna drogę, która pozwoli mu osiągnąć wszystko, czego potrzebował.
Białe kosmyki światła zaczęły mu się pojawiać pod powiekami. Uśmiechnął się. Nie otwierał oczu, więc światło wystrzeliło do przodu, pokazując mu ścieżkę, którą będzie mógł przejść nie potykając się o nic.
Wszyscy czarodzieje i czarownice, których mijał, zajęci zwykłym dniem ministerstwa, urywali rozmowy na jego widok, a wielu kłaniało mu się i schodziło mu z drogi. Rufus był w stanie to zobaczyć nawet z zamkniętymi oczami. Ponad białą ścieżką uformował się drugi rodzaj widoku, a Światło wskazywało mu drogę.
Ci, którzy pracowali i żyli pośród Światła musieli używać swoich oczu na wiele różnych sposobów.
Rufus otworzył swoje kiedy wyszedł z windy i skierował w stronę dziedzińca. Czuł, że jego przeciwnik już na niego czeka, gorący niczym letnia bryza i równie cierpliwy. Augustus Starrise zawsze był cierpliwy, a przynajmniej od czasu pewnej pamiętnej nocy trzynaście lat temu.
Rufus przeszedł przez drzwi, które pozornie wyglądały na zupełnie normalne, z Kingsleyem wciąż idącym zaraz za nim, po czym wyszedł na dziedziniec. Nie mogli znajdować się na zewnątrz, ale tak to wyglądało. Światło wypełniało tę przestrzeń od ściany do ściany. Winorośl wspinała się po tych ścianach, które były zrobione z idealnie ułożonych na sobie białych kamieni, a na nich kwitły, wzniesione ku niebu potężne kwiaty w kształcie trąbki i o niemal tej samej wielkości. Ich płatki były złote z jasnymi pasmami, które przypominały Rufusowi kolory, które widział, kiedy przycisnął dłoń do zamkniętych mocno oczu. Trawa była gęsta i miękka niczym kocyk niemowlęcia, w bardzo ciemnym kolorze, niemal bliższym purpurze niż zieleni.
Zanim jego wzrok spoczął na Augustusie, Rufus pozwolił sobie jeszcze rozejrzeć po ogrodzie. Kiedy tak na nie patrzył, ponad ścianami statecznie zaczęły się wznosić fontanny gwiazd, które zmieniały się w pary białych ptaków, wielkich niczym pawie i mających w sobie coś z feniksów, mimo że nie wydzielały żadnego ciepła. Ptaki usiadły na murze i zaczęły im się uważnie przyglądać. W każdej parze jeden patrzył na niego, a drugi na Augustusa.
To byli świadkowie rytuału, którzy przybyli, żeby się upewnić, że taniec zostanie idealnie przeprowadzony. Jeśli jeden z biorących w nim udział czarodziejów złamie dane słowo i wtrąci się w politykę przed upłynięciem obiecanego roku, ptaki stopią się w jedno, potężne zwierzę, które przybędzie w południe, żeby wyrwać mu jedną z kończyn.
Rufus przez chwilę po prostu oddychał, niemal oszołomiony i przytłoczony obecnością magii Światła, gęstej, czystej i silnej. Wydawało mu się, że będzie potrzebował więcej czasu, żeby dojść do siebie, ale wyglądało na to, że tak częste wystawienie na obecność młodego Harry'ego pomogło mu zwalczyć uczucie nieważkości, które się zwykle odczuwało stojąc w samym środku tak potężnej siły.
Kiedy się wreszcie odwrócił w kierunku swojego przeciwnika i pokłonił, pomyślał, że jego przebywanie w szkole w pobliżu młodego człowieka, znanego jako Tom Riddle, który był starszym od niego o trzy lata Ślizgonem i który promieniował lordowską mocą przez niemal cały czas też pewnie pomogło. Nawet jeśli było niewielkim faktorem, kiedy zdecydował się na zadeklarowanie Światłu.
Augustus również się pokłonił, po czym stanął przed nim z twarzą bez wyrazu i spokojną niczym żelazo. Rufus pogłaskał swoje ramię, delikatnie śledząc opuszkami palców linię blizny, którą mag wojenny mu zostawił po ich ostatnim pojedynku.
Było to zaraz po upadku Voldemorta z rąk Connora Pottera, kiedy Augustus przybył, pytając o imię aurora, który przebywał z jego siostrą, bliźniaczką, Albą Starrise, w noc, kiedy ta popełniła samobójstwo i nie zdołał jej od tego powstrzymać.
Rufus patrzył na twarz Augustusa, ale widział, sam nie wiedział jak, inne oczy, wbite w pustkę i martwe, ponad wywieszonym językiem i złamanym karkiem. Jej złote włosy wisiały w bezładzie, blade, idealne i piękne. Alba Starrise, ostatnia ofiara Voldemorta przed jego upadkiem. Zostawił ją dosłownie na trzy minuty, kiedy poszedł zrobić jej herbaty, a ona i tak zdołała się w tym czasie powiesić.
Rufus zdawał sobie sprawę z tego, jakie miał wtedy szczęście, że zdołał uciec wyłącznie z blizną. Było tak dzięki temu, że był po prostu aurorem, który zawiódł Albę, a nie człowiekiem, który... zrobił jej cokolwiek, co śmierciożercy jej zrobili. Augustus nigdy nie poznał imion tych śmierciożerców, ale w nastroju, w jakim był po utracie swojej bliźniaczki, był gotów przywołać Caerimonia Inrevocabilis, najpotężniejszy i najsurowszy pośród starych rytuałów Światła.
Ten konkretny rytuał odbierał życie temu, kto się na niego powołał, ale również odbierał, bez wyjątku, życie lub życia wszystkim wrogom, przeciw którym został wezwany. Rufus o nim czytał. Jeszcze nigdy nie widział, żeby ktoś go użył.
Tamtego dnia niemal był jego świadkiem.
Blady, cierpliwy, spokojny Augustus Starrise czekał, aż Rufus skończy swoją inspekcję. Wówczas pochylił głowę.
– Stary przyjacielu – powiedział. – Gdzie są twoi świadkowie?
Rufus kiwnął głowę w tył, na Kingsleya.
– Ten za mną – powiedział i usłyszał szelest piór ptaków, kiedy te pochyliły się, nasłuchując intensywnie. – Kingsley Shacklebolt jest aurorem i służy Świetlistemu Panu. – Poczuł, jak Kingsley podskakuje, mocno zaskoczony i był rad, że nauczył się kryć ze swoim uśmiechem. – Czy przejdzie przez twoją inspekcję?
– Bez wątpienia – powiedział Augustus. – Oto pierwszy z moich świadków. – Wyciągnął rękę i przyzwał do siebie bladego, młodego człowieka, który do tej pory stał w cieniu jednego z kwiatów w kształcie trąbki. Dzwoneczki zadzwoniły delikatnie na końcu jego jednego warkocza. Augustus uśmiechnął się ostro. – Oto mój siostrzeniec i dziedzic, Pharos Starrise. Czy przejdzie przez twoją inspekcję?
Rufus przyjrzał się Pharosowi i musiał przyznać, że wybieg Augustusa był godny podziwu. To był syn Alby; każdy rys jego twarzy to ogłaszał.
– Bez wątpienia – przyznał. – Moim drugim świadkiem jest Percy Weasley.
Percy stał do tej pory w kącie, jakby miał nadzieję, że nikt go nie zauważy. Teraz podszedł, szurając nogami i z opuszczoną głowa. Wzdrygnął się, kiedy Augustus na niego spojrzał.
– Percy jest synem czystokrwistego, świetlistego rodu – powiedział Rufus spokojnie. – Czy przejdzie przez twoją inspekcję?
Augustus kiwnął głową.
– Znam Weasleyów – powiedział. – Chociaż nie spodziewałem się, że jeden z nich będzie pracował właśnie dla ciebie, Rufusie.
Rufus po prostu podniósł brwi i nic nie powiedział. Technicznie rzecz biorąc Percy nie miał dla niego pracować, ale kilku naprawdę oddanych sprawie czarodziejów musiałoby się przekopać przez dosłowną górę roboty papierkowej, żeby to odkryć.
– Gdzie jest twój drugi świadek, Augustusie?
Augustus obnażył zęby w uśmiechu, który upodobnił go do Lucjusza Malfoya. Rufusa ubawiła myśl o tym, jak bardzo obu z nich, mrocznemu i świetlistemu, nie spodobałoby się to porównanie.
– Jest wszędzie wokół nas – powiedział. – Dedykuję ten pojedynek mojej siostrze, Albie, Rufusie, którą kochałem, a którą ty zawiodłeś. Jest tutaj dzisiaj ze mną w krwi, którą z nią dzieliłem i krwi jej syna, Pharosa, oraz w Świetle, które zawsze było jej prawdziwym i naturalnym domem.
Rufus przymrużył oczy zanim zdołał się powstrzymać i poczuł jak jedna z jego bransolet zaczyna dyndać, kiedy przestąpił z nogi na nogę, zmieniając środek ciężkości. To był cios poniżej pasa, Augustusie. Oddałbym lewą rękę, żeby ją powstrzymać i ty dobrze o tym wiesz.
Augustus uśmiechnął się łagodnie.
– Warunki Zachodzącego Słońca są surowe – powiedział, zaczynając swoją część rytuału. Ptaki nachyliły się jeszcze niżej. – Jeśli przegram, muszę przysiąc, że od razu wycofam się z pomagania Korneliuszowi Knotowi, oraz przestanę żądać praw dotyczących łapania mrocznych czarodziejów, przez cały rok. Jeśli ty przegrasz, Rufusie, musisz przysiąc, że powstrzymasz się od wszelkiej polityki, nawet tej, która ma miejsce w twoim gabinecie i przez rok będziesz wyłącznie się skupiał na swojej pracy jako szefa biura aurorów. – Zarzucił głową, sprawiając, że jego długie włosy, gęste od dzwonków, zadzwoniły. – Masz ostatnią szansę, żeby się wycofać, Rufusie.
– Nie wycofam się – powiedział Rufus, podając poprawną odpowiedź. – Przysięgałem to w słońcu. Zakończę to w Świetle. – Wyciągnął różdżkę.
Augustus wydał z siebie niski, gorliwy dźwięk, niczym pies gończy, który napiera na obrożę, przytrzymywany w miejscu przez smycz, po czym wyciągnął własną różdżkę, zrobioną z jakiegoś białego drewna, którego Rufus nie rozpoznał na pierwszy rzut oka.
– Czyli zaczynamy – powiedział.
– Dokładnie – powiedział Rufus i pokłonił się. Poczuł, jak Kingsley i Percy spinają się za nim, zobaczył jak Pharos nerwowo zmienia pozycję za swoim wujkiem. Oczy Augustusa nie oderwały się od jego nawet na chwilę. Były wytrenowane, pełne dumy. Był lepszym wojownikiem. Pozostała trójka – czwórka, poprawił się w myślach Rufus – dobrze o tym wiedziała.
On i Augustus też o tym wiedzieli.
Właśnie dlatego Rufus wybrał takie, a nie inne zaklęcie. Bransolety na jego nadgarstkach rozgrzały się i zaczęły tryskać niewielkimi iskrami. Gdyby Augustus się mu przyjrzał, to zauważyłby i zrozumiał znaczenie tych ozdób. Nie były te małe i giętkie, niemal nic nie ważące rzeczy, które nosiłby wojownik mający zamiar wiele się ruszać w czasie walki. Te były ciężkie, zrobione z wypolerowanej platyny i lśniły niczym woda tknięta przez ogień, kiedy Rufus zbierał się w sobie i czekał na rozpoczęcie pojedynku.
Rufus nie miał zamiaru używać żadnych zaklęć, które sprawiłyby komuś rany. Był świetlisty i preferował zaklęcia polegające na współczuciu i szczerości. Preferował tę definicję Światła i stosował się do niej kiedy tylko mógł. W czasie pracy w ministerstwie czasami trzeba kłamac, ale prawda zawsze była lepsza.
Ptaki na murach wzniosły skrzydła, po czym opuściły je gwałtownie po kolei, powodując gwałtowną falę, która przeleciała przez ogród.
– Diffindo – szepnął Augustus.
Zaklęcie poleciało w kierunku ręki, w której Rufus trzymał różdżkę. Oczywiście, że tak. Rufus nawet nie spróbował się przed nim bronić, pozwalając, żeby przecięło spód jego ręki, cienka linia krwi, która i tak bolała jak wszystkie demony. Zobaczył, że oczy Augustusa otworzyły się szerzej w zaskoczeniu.
Wtedy ten wreszcie zwrócił uwagę na bransolety, które zaczęły świecić tak jasno, że nie dało się ich już zignorować, a jego zaskoczenie zmieniło się w zrozumienie.
Było już jednak za późno. Rufus spojrzał mu w oczy, uśmiechnął się i szepnął:
– Probo Memoriter Meus.
Pojawiła się błękitna sieć zaklęcia, lśniąca i promieniująca światłem. Rufus zamknął oczy, kiedy sieć się uwiesiła na jego umyśle, prosząc o pozwolenie wydobycia wspomnień, którymi chciał się podzielić. Rufus udzielił swojej zgody i światło odskoczyło od niego. Otworzył oczy i patrzył ze spokojem jak Augustus Starrise obserwuje wizję.
Wszystko – wyłącznie z punktu widzenia świadka – zostało wlane prosto do jego własnego umysłu, dzieląc emocje i odczucia Rufusa tak samo jak widoki.
– Czy mogę prosić o filiżankę herbaty?
Rufus poczuł, jak mu się serce ściska. Oczy Alby Starrise były przerażone, niemal załamane, a ona sama trzymała głowę pochyloną, jej złote włosy opadały na jej twarz. Wydawało mu się, że wiedział, co śmierciożercy jej zrobili, a jeśli miał rację, to... cóż. Nikt nigdy nie powiedział, że czarownicę trzeba dotknąć, żeby ją zgwałcić.
– Oczywiście, moja pani – powiedział, a instynktowna uprzejmość wpajana mu przez całe dzieciństwo pojawiła mu się na ustach. Odebrał jej różdżkę; nie miała jak sobie zrobić krzywdy, a ten mały, zielony, pusty pokoik był wystarczająco ponury. Rufus nie miał serca jej odmówić. – Zaraz ją przyniosę.
Opuścił pokój zdeterminowanym krokiem, tylko lekko się krzywiąc, kiedy jego chora noga naciskała na ziemię. Zazwyczaj posłałby któregoś ze stażystów i zostałby sam z Albą, ale tego dnia wszyscy byli zajęci sprzątaniem ostatniego miejsca, które zaatakowali śmierciożercy. Miał wrażenie, że Voldemort musiał być tego dnia w szampańskim humorze, zupełnie jakby szykował coś naprawdę koszmarnego w nadchodzących dniach.
Dobrze sobie jednak poradzili. Uratowali Albę i kilka innych czarownic, które były więzione przez śmierciożerców od wielu dni. Teraz dopiero miała się zacząć prawdziwa przeprawa: leczenie wspomnień, które sprawiły, że oczy Alby Starrise wyglądały w ten sposób.
Trzy minuty zajęło Rufusowi znalezienie kubka, podgrzanie herbaty szybko wymamrotanym zaklęciem i powrót do pokoju.
Trzy minuty zajęło Albie Starrise zawiązanie wokół drewnianej powały banera, który gratulował jakiemuś byłemu bohaterskiemu aurorowi, obwiązanie drugim końcem swojej szyi, wejście na łóżko, na którym siedziała i zeskoczenie.
Rufus wiedział, że nie słyszał trzasku jej złamanego karku, ale wydawało mu się, że i tak go słyszy, odbijający się niekończącym się echem w jego uszach, niczym dźwięk jego własnego poczucia winy, razem z brzękiem filiżanki z herbatą roztrzaskującej się na podłodze. Gapił się na nią i gapił. Minęło dużo czasu zanim jeden z aurorów go znalazł i odprowadził na bok, po czym przerwał materiał zaklęciem i łagodnie opuścił ciało Alby na podłogę.
Rufus momentalnie wrócił do polowania na śmierciożerców, opętany furią i żalem na własną bezradność. Kiedy Voldemort padł następnego dnia przed Chłopcem, Który Przeżył, Rufus nie był pewien, czy mu ulżyło, czy nie. Tak, Mroczny Pan i jego zło zniknęło z tego świata, ale Rufus miał wrażenie, że Alba Starrise nie otrzymała żadnej sprawiedliwości za to, co ją spotkało.
W nadchodzących latach przyszło mu się nauczyć, powoli i boleśnie, że niewiele sprawiedliwości można było uczynić dla tych, którzy już nie żyli.
Rufus zamrugał i odsunął się o krok, kiedy wspomnienie dobiegło końca.
– Niewiele sprawiedliwości dla zmarłych – szepnął, jakby odbijając echem własne myśli, po czym podniósł wzrok na Augustusa Starrise'a. – Ale tak wiele wciąż można zrobić dla żywych. Póki ktoś żyje, mogę im pomóc, mogę im wynagrodzić szkody, które im poczyniono.
Świetlisty czarodziej gapił się na niego szeroko otwartymi oczami, dysząc ciężko. Białe ptaki na ścianach zamarły kompletnie.
– Diffindo – powiedział znowu Augustus Starrise, ale zaklęcie było słabe i prawie nie doleciało do celu. Rufus przyjął płytkie cięcie na wierzch ręki i swoje drugie zaklęcie powiedział niemal łagodnie.
– Petrificus Totalus.
Augustus Starrise, potężnie osłabiony po zobaczeniu śmierci swojej siostry i to w taki sposób, że nie był w stanie już dłużej winić czarodzieja, który stał przed nim, jego pomyłka kłująca go w serce niczym sztylet, opadł na ziemię.
Rufus podszedł do niego i przyklęknął przy Augustusie, kiedy białe ptaki wzniosły skrzydła i ponownie je opuściły.
– Wybacz mi, Augustusie, że musiałem ci to pokazać – szepnął. – Ale już po wszystkim. – Wrócił do słów rytuału. – Niech nasz taniec dobiegnie końca pod Światłem, poprzez Światło i w Świetle. Pierwszy krok należał do ciebie, Augustusie Starrise, a ostatni do mnie. – Zamilkł na moment i zdjął zaklęcie, czekając na sprzeciw Augustusa, który ten wciąż mógł wyrazić w tym momencie tańca, nawet gdyby zrobił to tylko oczami, ale nic się nie stało. Rufus kiwnął głową. – Zgodnie z twoją przysięgą, musisz przez rok nie wspierać w żaden sposób Korneliusza Knota i zaprzestać ścigania mrocznych czarodziejów i prób zaciskania praw przeciw nim. – Wstał i kiwnął głową. – Odejdź w spokoju. – Odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia.
Dotarł niemal do końca ogrodu, kiedy usłyszał za sobą słaby głos Augustusa.
– Rufusie.
– Tak? – Rufus odwrócił się. Ciężkie bransolety wciąż lśniły niczym słońce i Augustus skrzywił się na ich widok. Rufus opuścił rękawy tak, by te zakryły blask na tyle, na ile to było możliwe. Obwieszczały wszystkim jego niewinne intencje, ale teraz już było po pojedynku, więc powinny odpocząć.
– Czy wiesz, kim byli? – szepnął Augustus. – Kim byli ci śmierciożercy, którzy zrobili to mojej siostrze?
Rufus zamknął oczy. Czyli jednak niczego się nie nauczył.
– Nie – powiedział cicho. – A nawet gdybym wiedział, to bym ci tego nie powiedział, Augustusie.
– Co? – Głos Starrise'a był przepełniony bólem. Dzwoneczki w jego włosach obijały się o siebie, kiedy ten powoli wstawał. – Jak możesz tak mówić? Czułeś ból kiedy umarła, wiem że tak...
– Ponieważ – wciął się Rufus – zabiłbyś ich bez procesu. Ja chcę ich zaprowadzić przed oblicze sądu, jeśli kiedykolwiek uda mi się ich złapać. – Przyszpilił Augustusa surowym spojrzeniem. – W ten sposób oni dotrą na swój proces żywi, a ty wciąż będziesz mógł obejrzeć jak zostaną osądzeni.
– Ale mógłbym się powołać na...
– Minęło już trzynaście lat, Augustusie. – Rufus pilnował, żeby jego głos był tak łagodny jak to było możliwe, ale miał wrażenie, że odrobina odrazy jednak się przemknęła, bo Augustus momentalnie zamknął usta. – Może pozwól jej wreszcie spocząć w spokoju?
Odwrócił się i opuścił dziedziniec zanim zdążył usłyszeć coś jeszcze. Białe ptaki zdążyły zniknąć, a magia Światła już zanikała, pozostawiając go ponownie w zwykłym, skomplikowanym, pomieszanym i przytłumionym świecie.
W którym wygrałem pojedynek, a Amelia niebawem wniesie przed Wizengamot wotum braku zaufania przeciw Knotowi.
Mimo to czuł się pusto w środku, jakby właśnie zszedł z góry, a w środku głowy ryczała mu cisza.
– Harry? No chodź, Harry.
Harry wywrócił oczami i pozwolił Draconowi odciągnąć się od świętujących Ślizgonów. Przynajmniej zaczekał godzinę, pozwalając Harry'emu się cieszyć ze wszystkimi. To oznaczało, że uwaga wszystkich skupiała się teraz głównie na tym, komu uda się zbalansować więcej pustych butelek po piwie kremowym na czole, zamiast na nazywaniu go "Chłopcem, Który Ocalił Snape'a", co robili od chwili zejścia do lochów. Mógł opuścić imprezę pod wyłącznie odprowadzany zawiedzionym wzrokiem Milicenty. I Pansy. Och, i Blaise'a też. No i, cóż, kilku pięcio i szóstoroczniaków. Harry pochylił głowę.
Przestańcie się na mnie gapić, próbował na nich bezgłośnie wrzasnąć, ale wtedy po drugiej stronie pokoju rozległ się brzęk tłuczonego szkła i uwaga wszystkich wróciła tam, gdzie miała być. Harry odetchnął lekko z ulgą i zamknął za nimi drzwi do sypialni chłopców z czwartego roku, po czym odwrócił się i spojrzał z zaciekawieniem na Dracona.
Draco już wygrzebywał książkę eliksirów ze swojego kufra. Odwrócił się, żeby spojrzeć na Harry'ego z powagą.
– Postanowiłem ci powiedzieć więcej – powiedział. – Naprawdę mi pomogłeś, Harry, i nie zadawałeś głupich pytań. Chyba zasługujesz na to, żeby wiedzieć.
Harry pochylił głowę, czując się zaszczycony.
– W porządku, Draco. Co chcesz mi powiedzieć?
Draco wskoczył na swoje łóżko i otworzył książkę. Kłująca magia momentalnie zalała pokój, a Harry zobaczył jak sieć na głowie Dracona nadyma się i pulsuje, niczym pająk jedzący swoją ofiarę. Harry przymrużył na nią oczy. Tak, to książka rzuciła na niego tę sieć, jestem tego pewien. Pewnie nie pokazała mi się wcześniej, bo Draco nie chciał mi z własnej woli powiedzieć o tym, co robi. Teraz chce i magia w jakiś sposób oddziałuje na sieć.
Nie lubię tej sieci. Naprawdę jej nie lubię.
– Popatrz – mówił Draco, wskazując na przepis. Harry musiał wleźć na łóżko i pochylić się nad nim, żeby móc go porządnie zobaczyć. – To jest przepis, który chcę zrobić. Pokazuje mi, jak wezwać ducha moich przodków i stać się jej lub jego magicznym dziedzicem. Będę w stanie odziedziczyć tę magię tak długo jak nasze dusze są sobie sympatyczne. – Uśmiechnął się szeroko do Harry'ego. – To znaczy, że ojciec będzie musiał mnie uznać jako magicznego dziedzica Malfoyów.
Harry walczył ze sobą, żeby nie warknąć na stronę. Książki też nie lubił, zwłaszcza teraz, kiedy już się upewnił, że to ona rzuciła na Dracona sieć. Był przekonany, że Snape tego nie zrobił, bo przecież Snape nie rzucał sieci na ludzi. Zbyt blisko poznał uczucie niewoli. Ale i tak będzie musiał odpowiedzieć za to, że dał Draconowi książkę, która zrobiła to za niego.
– A dlaczego dla ciebie to takie ważne, żeby zostać magicznym dziedzicem? – zapytał Harry, wyciągając rękę, żeby prześledzić palcem jedną z linii przepisu. Teraz, kiedy był w stanie zobaczyć w pełni jak bardzo była skomplikowana i jak wielu badań wymagała, gorliwość Dracona do jak najszybszego ukończenia jej na nowo go zdziwiła. Draco nieczęsto był taki... oddany. Inteligentny, tak, pełen pasji, tak, ale nie tak bardzo skupiony na jednej sprawie.
Strona zadrżała mu pod palcem jak tylko jej dotknął i wyglądała, jakby miała zamiar się sama z siebie przewrócić. Harry drgnął i szybko zabrał rękę. Wyglądało na to, że Draco w ogóle tego nie zauważył.
– Ponieważ, Harry – powiedział cicho, spuszczając oczy na dół – muszę być magicznym dziedzicem jeśli mam mieć dostęp do najlepszych zalet czystokrwistego społeczeństwa. Żeby być dla kogoś partnerem biznesowym, na przykład, albo żeby otrzymywać pewne prezenty, czy żeby wziąć udział w niektórych rytuałach czy spotkaniach. Nawet to spotkanie sojuszników, które przeprowadziliśmy z tobą w ministerstwie, w którym wzięli udział Parkinsonowie i Bulstrode'owie? Gdyby ktoś chciał zrobić zadymę, czepiając się szczegółów, to nie mógłbym wziąć w nim udziału. Mój ojciec ciągle powtarza, że prędzej czy później zamanifestuję sympatię do jego duszy, ale robię się coraz starszy i naprawdę nie sądzę, żeby kiedykolwiek do tego doszło. – Podniósł wzrok i pochwycił wzrok Harry'ego. – Rozumiesz już? To jest... naprawdę dla mnie ważne. Chcę wiedzieć, że nie jestem od nikogo gorszy. Chcę mocy, która pozwoli mi się obronić, jeśli ktokolwiek mnie zaatakuje i żebym mógł chronić ludzi na których mi zależy. Wiem, że możesz tego nie rozumieć, bo masz moc równą lordom i zawsze ją miałeś, ale ja naprawdę, naprawdę tego chce. – Pochylił znowu głowę i przytulił książkę do siebie. – A naprawdę nie widzę innego wyjścia.
– Draco – szepnął Harry i ostrożnie, wiedząc dobrze, że Draco w takim nastroju może w każdej chwili może zacząć na niego krzyczeć, delikatnie go objął. Przyszło mu to łatwiej niż się spodziewał, bo siedział zaraz za swoim przyjacielem. Draco odwrócił się nagle i schował twarz w piersi Harry'ego. Harry spiął się, po czym zmusił do rozluźnienia każdego mięśnia po kolei.
Nie mogę szybko się poderwać w takiej pozycji, nie mogę być gotowym do walki w chwilę, ale to nie szkodzi, zapewnił siebie. Nic mnie tu nie zaatakuje.
Skupił się na wlewaniu siły i komfortu poprzez swoje ramiona do Dracona, bez używania swojej magii. Draco dalej się nie odzywał.
– Do tego chcesz być mi równy – powiedział wreszcie Harry.
– Tak – szepnął Draco. – Dlatego właśnie tak bardzo mam nadzieję, że Julia Malfoy była Lady, Harry. To nie w porządku, że ty mnie zawsze chronisz. Ja też chcę cię czasem ochronić, wiesz?
– Och, Draco – powiedział Harry, ugodzony niesprawiedliwością tego komentarza. – Przecież mnie chroniłeś. W zeszłym roku, kiedy Connor rozrywał mnie na strzępy i rok wcześniej, kiedy poszedłeś ze mną do Komnaty, i...
– To mi nie wystarczy – powiedział Draco, wysuwając lekko szczękę w upartym geście, który Harry znał aż za dobrze. – Chcę być ci przynajmniej równy, Harry. Zbieranie cię do kupy kiedy wracasz rozbity, albo utrata przytomności w Komnacie i nie zobaczenie całej walki... to mi już po prostu nie wystarcza. Mogę być w ten sposób z tobą, ale nie mogę walczyć u twojego boku. A ja naprawdę tego chcę.
Harry zamknął oczy. Draco miał rację; nawet nie rozważał tego pod tym kątem. Widział tylko jak bardzo Draco mu się narzuca i pominął fakt, że intensywna lojalność Dracona mogła zostać ukojona wyłącznie zdolnością chronienia kogoś jeszcze. To prawda, że wiele nad tym nie myślał. Poruszał się pośród własnej magii, był przez nią chroniony i kojony i często mu umykało, że inni czarodzieje często nie mogą robić tego, co on, albo przynajmniej, że on to po prostu zrobi za nich. Ale czemu oni sami nie mieliby mieć tych zdolności, nie tylko zdolni do podejmowania własnych decyzji, ale też do działania według nich?
Harry otworzył oko i spojrzał na pulsującą czarno–srebrną sieć. Przychodzi mi pewien powód, dlaczego nie.
Ale jeśli to przymuszenie było powiązane z przeklętą książką i przeklętym przepisem, to powinno zniknąć jak tylko Draco ukończy ten przeklęty eliksir.
Harry kiwnął głową.
– Zrobię wszystko, co będzie w mojej mocy, żeby ci pomóc, Draco – szepnął. – Ukończymy ten eliksir przed Halloween, obiecuję.
Draco wydał z siebie dźwięk, który mógł być westchnieniem, chlipnięciem, a może nawet krótkim, szczęśliwym chichotem, po czym odwrócił się w pełni do Harry'ego, chociaż go nie przytulił; rękami wciąż obejmował książkę.
– Dziękuję, Harry – szepnął. – Och, Merlinie, jak ja się za tobą stęskniłem.
Harry otworzył usta, żeby go zapytać, co miał przez to na myśli, po czym z powrotem je zamknął. Naprawdę się od siebie zdystansowali – nawet więcej niż się Draconowi wydawało, bo Harry mu o wielu sprawach nie mówił.
Harry chciał być z nim znowu tak blisko jak byli kiedyś. Nagła fala pragnienia go zalała w ten sam sposób, w który zrobiła to kiedyś, jak się zorientował, że wreszcie znalazł ścieżkę, która mogła zacieśnić z powrotem jego relacje z Connorem.
– Ja też za tobą tęskniłem – powiedział.
Draco uśmiechnął się do niego szeroko i, cud nad cudy, przez resztę wieczoru rozmawiali o profesjonalnym quidditchu i jak w ogóle profesor Flitwick śmiał zadać im tak wiele pracy domowej, zamiast o tym przeklętym eliksirze. Harry leżał obok niego i komentował jego uwagi, przez cały czas obserwując jak sieć drży i się wije. Wyglądało na to, że wreszcie zdała sobie z niego sprawę i próbowała unikać jego wzroku, nie tracąc przy okazji uchwytu na głowie i ramionach Dracona.
Już wiem, czym jesteś, pomyślał Harry, mając nadzieję, że sieć go usłyszy. Rozerwę cię na strzępy za to, że tak mieszasz w głowie mojego najlepszego przyjaciela.
Harry śnił.
Od razu wiedział, że to jest sen – podpowiedziała mu to osobliwa ciemność, ostre, czyste dźwięki wokół niego i fakt, że czuł solidną podłogę pod...
Stopami?
Harry rozejrzał się gwałtownie, co mu w niczym nie pomogło, bo było za ciemno. Był jednak w stanie stwierdzić, że to ciało było inne od tego, do którego był przyzwyczajony, był teraz czymś średniej wielkości i chodzącym na czterech nogach. Na szczęście, kiedy zakradał się w kierunku migoczącego światła płomieni i przyciszonych głosów, odkrył, że to nowe ciało przynajmniej cicho chodzi.
Zamarł gwałtownie na granicy światła. Od razu rozpoznał jeden z głosów. Wysoki i zimny, tonu Voldemorta nie sposób było zapomnieć.
– Wszystko przygotowane, Evanie?
– Tak, mój panie – powiedział śmierciożerca wesoło. – Twoi lojalni sprzymierzeńcy, których ilość rośnie z dnia na dzień dzięki nieocenionej pomocy Fenrira Greybacka, niecierpliwie wypatrują twojego powrotu.
Harry przesunął się lekko w bok, próbując się lepiej przyjrzeć. Jak tylko jego wzrok ogarnął lepiej okolicę, zorientował się, że jest na zewnątrz, a otaczająca go gęsta ciemność pochodziła z grubych pni masywnych drzew. Ognisko płonęło na niewielkiej polanie. Nos Harry'ego drgnął, kiedy dobiegły go różne dochodzące stamtąd zapachy, ale nie pozwolił sobie na odwrócenie uwagi teraz, kiedy wreszcie znalazł tych ludzi.
Głos Voldemorta dochodził z czegoś, co wyglądało jak maleńki tron, owinięty zwojami potężnego węża. Nagini, zorientował się Harry i zamarł, żeby go przypadkiem nie zauważyła.
Ale czy była w ogóle w stanie? Harry wiedział, że to musiał być sen, być może wizja.
Harry nie był w stanie zobaczyć samego Voldemorta i nie próbował, zwłaszcza teraz, jak już zobaczył Nagini. Dlatego zamiast tego obserwował Rosiera, który stał przed tronem i właśnie prostował się po zamaszystym ukłonie.
– A co z tymi, którzy niegdyś byli moi? – zapytał Voldemort, którego głos pogłębił się z niechęci. Harry czuł, jak jego czoło zaczyna go piec. – Co z tymi, którzy kiedyś byli mi lojalni, ale teraz obrócili się przeciwko mnie?
– Wciąż są odwróceni, mój panie – powiedział Rosier, nie wyglądając w żaden sposób na zakłopotanego tym faktem. – Niestety.
– Działasz mi na nerwy – powiedział Voldemort. – Bellatrix!
Cień z boku oderwał się od innych i Harry zobaczył kobietę, którą ostatnio widział kiedy ta trzymała w szponach Cho Chang. Kulała wyraźnie, a jej prawa ręka wciąż była zrujnowana, ale trzymała różdżkę w lewej dłoni.
– Torturuj go – powiedział Voldemort, brzmiąc na znudzonego.
Bellatrix machnęła różdżką i Rosier padł pod Crucio. Wił się, miotał i dyszał z bólu, oczywiście. Chwilę jednak zajęło Harry'emu zidentyfikowanie dziwnego dźwięku, który się rozlegał pomiędzy jękami, a kiedy to zrobił, położył uszy po sobie.
Rosier się śmiał.
– Przeszedłem z odległego portalu – powiedział jakimś cudem, pomiędzy konwulsjami – do świątyni, gdzie grzechem jest się modlić. Co z tego jednak, skoro służyli tam wyłącznie śmiertelni? – Przetoczył się i leżał tylko, uśmiechając się do Bellatrix, opierając się bólowi, który w bardzo wyraźny sposób wciąż przeszywał jego ciało. – Och, nasza pani tortur – szepnął – co z tego?
Bellatrix uśmiechnęła się do niego krzywo.
– Oszalałeś, Evan – powiedziała.
– Ach, piękne, pełne pasji ciało – powiedział Rosier, którego oczy zawisły na jej prawym nadgarstku – które nigdy nie zaznało serca!
Bellatrix zerknęła w kierunku tronu, po czym krótkim machnięciem różdżki przerwała zaklęcie. Rosier leżał tam jeszcze przez chwilę, dygocząc, po czym podniósł rękę, żeby otrzeć z ust ślinę. Harry nie był pewien, czy czuć ulgę, czy nie, kiedy zobaczył, że w tej ślinie nie było krwi.
– Ale choć twój trzon jest słodki – szepnął. – Wciąż radośnie ci służymy, wciąż radośnie.
– Wysyłam cię na negocjacje z olbrzymami, Evan – powiedział Voldemort, wciąż znudzonym tonem. – Lepiej, żebyś tym razem mnie nie zawiódł. Im się wciąż wydaje, że jestem ich vatesem, więc powinni cię chętnie posłuchać.
Rosier kiwnął Voldemortowi głową, po czym wstał, wracając do siebie szybciej, niż Harry uważał za normalne. Uśmiechnął się do Bellatrix.
– Mój panie. Nasza pani tortur – powiedział. – Do zobaczenia. – Pokłonił się im i pokuśtykał w las.
– Co teraz, mój panie? – Głos Bellatrix był nieszczęśliwy i zrezygnowany kiedy siadała u stóp tronu. Nagini odsunęła się jej z drogi z syknięciem pełnym protestu.
– Teraz – powiedział Voldemort – czekamy na słońce. – Zaśmiał się, co było dźwiękiem, którego Harry już nigdy więcej nie chciał usłyszeć. – Ciesz się, że kłopotliwy osobnik, z którym byłaś powiązana więzami krwi, a który ciągle się wtrącał i próbował mnie szpiegować, wreszcie zaznał wiecznego odpoczynku.
Znowu zaczął się śmiać, a ból w bliźnie Harry'ego stał się nie do zniesienia, aż w końcu ten nie obudził się nagle, dysząc ciężko.
Odkrył, że wciąż leży w łóżku Dracona. Zasnął, owinięty wokół swojego przyjaciela. Odsunął się od niego ostrożnie, a Draco wymamrotał coś sennie i przewrócił się na bok, przytulając do książki. Harry przełknął ślinę i przyłożył palce do swojego czoła. Kiedy znowu na nie spojrzał, były całe we krwi. No tak.
Wyślę Narcyzie wiadomość, postanowił, idąc na palcach do łazienki. W ten weekend musimy iść do Grimmauld Place i w miarę możliwości znaleźć Regulusa.
– Zabierzesz nas ze sobą?
Harry podskoczył i spojrzał w dół, na ruch pod swoimi stopami. Wielu – a przynajmniej jeden wąż z Wielu; Harry podejrzewał, że to nie był ten sam, który mu towarzyszył do tej pory, ponieważ tamten zaczął tęsknić za bliskością swojego roju i wrócił do lasu – podniosło głowę i przyglądało mu się jasnymi oczami. Harry przyklęknął tak, żeby wąż mógł wspiąć się po jego ramieniu. Maleńki język wystrzelił i skosztował krwi z jego blizny, co sprawiło, że Harry zadrżał.
– Jeśli chcecie ze mną pójść – szepnął, po czym wszedł do łazienki, żeby zmyć krew ze swojego czoła. W lustrze jego twarz wyglądała na bladą, poważną, zmęczoną i pełną rys powstałych w wyniku bólu i zmęczenia.
Naprawdę przyda mi się każda pomoc. Voldemort wraca do Brytanii. I to z olbrzymami! Co ja mam z nimi zrobić? Do tego o co mu chodziło z tym słońcem?
Harry zwalczył w sobie pokusę oparcia głowy o ścianę i po prostu trzymania jej tam przez chwilę. Czasami zastanawiał się, czemu to właśnie on musi się o wszystko martwić.
Bo nikt inny nie jest w stanie, powiedział sobie surowo, prostując się. Przynajmniej na razie. Connor może wciąż zostać człowiekiem, który nas wyzwoli od Voldemorta, ale nikt inny nie jest vatesem i nikt inny nie otrzymuje ostrzeżeń o poczynaniach Mrocznego Pana jak ty.
Dorośnij, Harry. Rób, co do ciebie należy. To jest niezbędne, zawsze było, a przyjmowanie pomocy to nie to samo co rezygnacja z obowiązków.
Harry obmył krew z blizny, umył zęby i poszedł spać.
