To rozdział łączący dwa wątki. Nic na to nie można poradzić, parę rzeczy po prostu musi się tutaj wydarzyć.
Rozdział dwudziesty piąty: Układ Świetlistego Pana
Harry zmarszczył brwi, patrząc na Connora.
Connor zamrugał na niego.
– No co?
Harry wskazał gestem opuszczoną klasę – trzecią, której do tej pory używali do nauki, bo żadnemu z nich nie chciało się wracać do tej, w której odbyło się wiele gorzkich kłótni, a druga była w tej chwili okupowana przez snape'owy eliksir Meleagera.
– Ilu ludziom ty właściwie o tym powiedziałeś, co?
Connor rozejrzał się wokół i wzruszył ramionami w sposób, który Harry uważał, powinien mieć w sobie więcej pokory.
– No wiesz, Ron i Hermiona i tak już o tym wiedzieli. A Ron mógł, być może, ewentualnie, wspomnieć coś przypadkiem o tym Neville'owi. Ale to ci chyba nie przeszkadza, nie? Przecież lubisz Neville'a.
Harry wywrócił oczami.
– Connor, tu jest połowa domu Gryffindora. I przynajmniej ćwierć Ravenclawu. I… kogo tu jeszcze niesie? – Drzwi otworzyły się i do środka weszło kilku uczniów, których Harry nie rozpoznawał, ale którzy mieli krawaty Hufflepuffu. Z ich wzrostu Harry wywnioskował, że musieli być z siódmego roku.
Jeden z nich wyszedł do przodu, wyciągając rękę na powitanie. Harry uścisnął ją niepewnie, nie dlatego że obawiał się jakiejś sztuczki z jego strony, ale głównie dlatego, że to było po prostu dziwne, że siedmioroczni mieliby przyjść i słuchać kogoś z czwartego roku. Ten chłopak przynajmniej miał szczery, otwarty wyraz twarzy i szare oczy, które przypominały Harry'emu Syriusza, choć te były znacznie bystrzejsze i jaśniejsze niż kiedykolwiek syriuszowe.
– Nazywam się Cedrik Diggory – powiedział, uśmiechając się lekko do Harry'ego. – Puchon z siódmego roku. Mam nadzieję, że nie będziemy ci przeszkadzać. Zachariasz po prostu nie był w stanie się zamknąć, ciągle wszystkim mówił o tych lekcjach, a naprawdę rzadko się zdarza, żeby coś tak zaimponowało temu małemu… – Zamilkł na krótki moment i Harry był w stanie usłyszeć wszystkie nieuprzejme słowa, jakie mogły tu wylądować. – Koledze – zakończył gładko Cedrik – że pomyślałem, że warto byłoby się przekonać, o co tyle szumu.
Harry kiwnął głową, przeszukując mentalną teczkę o Diggorych. Świetlista rodzina, mieszkali niedaleko Weasleyów, bardziej od nich sprzymierzeni Światłu. Tradycyjnie Puchońska i czystokrwista rodzina, choć mieli wielu krewnych w innych domach, poza Slytherinem, oraz parę razy w ciągu ostatniego stulecia wchodzili w związki z mugolakami. Harry podejrzewał, że byłby w stanie ufać Cedrikowi tak długo jak ten trzymał się od niego przynajmniej na odległość ramienia.
– W takim razie witam was – powiedział, wzruszając ramionami. – Mam wrażenie, że będziemy rozmawiać na tematy, które już opanowaliście dawno temu, ale i tak dziękuję za przybycie.
Cedrik kiwnął mu głową, po czym zaprowadził grupę Puchonów na tył klasy. Harry stał z jej przodu i strząsnął z siebie pokusę zalania się potem. Tego rodzaju uwaga była zrozumiała, ponieważ ludzie, którzy mu ją poświęcali, oczekiwali od niego tego, co Harry był pewien, że jest w stanie zaoferować. Napotkał wzrokiem spojrzenie Luny i zobaczył jak ta się uśmiecha do niego spokojnie, jakby nie była w stanie nawet wyobrazić sobie, że mógłby ich w jakiś sposób zawieść. Spróbował pochwycić w ten sam sposób wzrok Cho, ale zobaczył, że ta wpatruje się w Cedrika i to, co zobaczył na jej twarzy sprawiło, że podniósł brwi.
Och. Ciekawe, czy Cedrik nie ma więcej jak jednego powodu do pojawienia się na tych zajęciach.
– No dobrze – powiedział na głos. – Na ostatnich zajęciach omawialiśmy naturę mrocznych i świetlistych czarodziejów i nie wiem, czy chcecie dalej o tym słuchać. – Zerknął na Hermionę, której pióro już wisiało nad pergaminem. – Mogę ciągnąć tę lekcję dalej, ale…
– Pokaż nam jakieś zaklęcia. – To był Zachariasz Smith, który opierał się o jedną z ławek, jakby siadanie jak wszyscy było w jakiś sposób poniżej jego godności. – Chyba, że jesteś zbyt potężny i boisz się, że skrzywdzisz któreś z obecnych tu dzieci, oczywiście.
– Najpierw wyżyj się na Smith'cie – Harry'ego dobiegło mruknięcie Rona.
Harry nie był w stanie powstrzymać uśmiechu.
– Wiecie chyba, że nie wolno nam używać magii poza zajęciami – powiedział niewinnie. Mimo to pozwolił swojej różdżce opaść na dłoń. Nie miał zamiaru pokazywać wszystkim jak łatwo przychodziła mu magia bezróżdżkowa. Niech im się wydaje, że było to możliwe wyłącznie w takich chwilach jak na boisku quidditcha w zeszłym listopadzie, kiedy jego moc nagle eksplodowała.
– Ale to tylko na korytarzach – powiedziała Hermiona, bardziej wywyższającym się tonem niż Harry kiedykolwiek od niej słyszał. Zorientował się, że ona pewnie też chciała zobaczyć jakiś pokaz magii. Odłożyła nawet pióro na bok i pochyliła się do przodu, składając ręce przed sobą na ławce. – Jesteśmy w klasie. Wydaje mi się, że możesz nam pokazać trochę magii, Harry.
Harry wzruszył ramionami.
– No to co chcecie zobaczyć? Magię ofensywną, defensywną, czy… – W ostatniej chwili ugryzł się w język i nie dokończył zdania. Nie mogę im przecież pokazać mrocznych sztuk, na litość Merlina!
– Ofensywną – powiedział Zachariasz, zanim ktokolwiek zdążył się odezwać. – Słyszałem, że to twoja słabość, a jeśli nie umiesz atakować, to jak niby miałbyś nas poprowadzić do boju?
Harry podniósł brew. On naprawdę czepia się wszystkich, co?
– W porządku – powiedział. – Mam nadzieję, że pozwolisz mi chociaż wybrać zaklęcie?
– No chyba, Potter – powiedział Zachariasz. – Nie będzie mnie obok ciebie na polu walki, żeby cię prowadzić za rączkę i mówić ci co masz robić.
Kilku ludzi parsknęło śmiechem, ale więcej pochyliło się do przodu, nie odrywając wzroku od twarzy Harry'ego. Harry stłumił w sobie zdegustowane westchnięcie i wycelował różdżką przed siebie. Przez krótką chwilę jedyne, co mu przychodziło do głowy, były mroczne zaklęcia, ponieważ tylko tego uczyli się przez kilka tygodni przed swoim zniknięciem Snape'a.
Otrząsnął się i normalna magia wróciła do niego.
– Speculum Ardoris! – powiedział wyraźnie.
Z końca jego różdżki popłynęła struga ognia, znacznie bardziej kontrolowana niż wtedy, kiedy tworzył ją z pomocą bezróżdżkowej magii, bo teraz ta miała tunel, przez który mogła przepłynąć. Harry momentalnie zaczął się zastanawiać, czy byłby w stanie zrobić to samo bezróżdżkową magią, po prostu używając swojego ciała jako pojemnika.
Potem jednak musiał się skupić na zaklęciu, które miało tendencje do strzelania na około płomieniami, jeśli mu się nie poświęciło dość uwagi. Stworzył za jego pomocą oszałamiająco jasne lustra tuż przed twarzami każdego z uczniów, co przestraszyło ich na tyle, że sami sięgnęli po różdżki i kilku z nich nawet rzuciło paroma zaklęciami. Ogniste lustra je odbiły i kilku ludzi straciło przytomność zanim Harry odwołał zaklęcie.
Zachariasz przyglądał mu się beznamiętnie, kiedy Harry cucił dziewczynę powaloną jej własnym zaklęciem oszałamiającym.
– Wydawało mi się, że to było zwykłe zaklęcie defensywne – powiedział.
Harry wzruszył ramionami.
– Bo nim jest. Ale można je posłać, kiedy się chce skołować przeciwnika. Ten ogień jest gorętszy i jaśniejszy od zwykłego. Sięga do umysłów ludzi i sieje w nich panikę, u niektórych do tego stopnia, że zaczynają rzucać zaklęciami, mimo że zdają sobie sprawę z tego, że to głupi pomysł.
Zachariasz wyszczerzył się do niego.
– Jesteś w porządku, Potter – powiedział, budząc leniwie jednego z Puchonów. – Będzie z ciebie dobry przywódca wojenny.
Harry przymrużył oczy i wybrał ofiarę leżącą obok Zachariasza, żeby poćwiczyć na niej swoje Ennervate.
– O co ci znowu chodzi? – szepnął. Miał wrażenie, że mówił na tyle cicho, że nikt poza nimi nie był w stanie go usłyszeć. – Te lekcje są dla Connora, żeby mógł się zacząć uczyć jak być dobrym przywódcą. To on będzie musiał nas poprowadzić do boju przeciwko Voldemortowi. Chłopiec, Który Przeżył, pamiętasz?
Harry uznał, że Zachariasz jest naprawdę denerwujący, kiedy przygląda się komuś z namysłem.
– Czemu mielibyśmy robić z niego przywódcę wojennego? – zapytał. – Czemu nie powinniśmy skorzystać z tego, którego już mamy?
– Bo ja nie jestem Chłopcem, Który Przeżył – powiedział Harry i podszedł do chłopca, który w jakiś sposób zdołał wywołać u siebie poparzenia trzeciego stopnia, mimo że od zaklęcia, którego użył na ognistym lustrze powinny mu się pojawić co najwyżej bąble na dłoniach.
– Ośmielę się nie zgodzić – szepnął Zachariasz. – Jeśli Chłopiec, Który Przeżył ma być naszym championem, którego potrzebujemy do pokonania Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, to ty nim jesteś.
Harry spiął się, ale z premedytacją nie obejrzał się na irytującego Puchona. On tak naprawdę nic nie wie. Zgaduje tylko.
Dodał w myślach, że to, że to były przerażająco trafne odgadnięcia, w dodatku takie, które mogą wpłynąć na otaczających ich ludzi, nie miał z tym nic wspólnego.
Kiedy ocucili ostatnią osobę, Harry wrócił pod tablicę.
– Właśnie dlatego popisywanie się magią w zamkniętej przestrzeni jest niebezpieczne – wytknął im sucho. – Jesteście pewni, że nie wolelibyście jednak mieć lekcji historii?
– Ja chcę spróbować tego zaklęcia – powiedziała przewidywalnie Hermiona, wstając z ławki z wyciągniętą już różdżką. – Ale czemu wymówiłeś to Speculum Ardoris? – Wymówiła zaklęcie dokładnie tak samo jak Harry, tylko z większym naciskiem na akcenty. – Wydaje mi się, że już kiedyś słyszałam o tym zaklęciu, ale akcenty były w innych miejscach.
– Zmiana położenia akcentów transformuje to zaklęcie z defensywnego na ofensywne – wyjaśnił Harry. – Zamiast otaczać się ogniem, rzucasz nim w przeciwnika, żeby go oszołomić.
Hermiona zmarszczyła brwi i położyła rękę na biodrze.
– Ale jakim cudem nigdy nawet o tym nie słyszałam? – powiedziała, sprawiając, że to zabrzmiało, jakby samo istnienie wariacji zaklęć, o których nigdy nie słyszała, było niezwykłą zbrodnią. – Skąd ty to wytrzasnąłeś?
Harry nie widział powodu, żeby jej tłumaczyć, że wymyślił to sam, przypadkiem, podczas wakacji przed drugim rokiem.
– Z książki, której pewnie nie ma w hogwardzkiej bibliotece – powiedział wymijająco. – Nasz ojciec jest czystokrwisty, pamiętasz? Tacy ludzie lubią trzymać wiele wyjątkowych książek wyłącznie dla siebie.
Hermiona westchnęła i pokiwała głową.
– Chcesz spróbować? – zapytał Harry.
Hermiona ostrożnie wycelowała różdżką i wymówiła zaklęcie, kładąc nacisk na te same sylaby co wcześniej Harry.
Z jej różdżki wyleciał słaby płomień, owijając się w tarczę i powoli lecąc w kierunku Zachariasza. Harry wykonał Accio i przywołał zaklęcie z powrotem do nich, kręcąc głową.
– Musisz się skupić na swoim przeciwniku, albo przeciwnikach, inaczej poleci w stronę osoby, o której akurat myślisz – wyjaśnił, tylko dla siebie trzymając myśli o tym, że to ciekawe, że Hermiona myślała akurat o Zachariaszu. Zwykle poza lekcjami zdawała się ignorować Puchona.
Hermiona po raz kolejny kiwnęła głową, tym razem patrząc na niego z powagą i przy drugiej próbie udało jej się stworzyć przed nim tarczę ognia. Harry znał na to przeciwzaklęcie, oczywiście; wzniósł Protego, a połączenie dwóch zaklęć, które były gotowe odbijać się nawzajem w nieskończoność zdestabilizowało ogniste lustro. Hermiona zamrugała na niego, kiedy jej płomyki czerwonego i złotego zaklęcia rozwiały się w nicość.
– No dobra, a to jak zrobiłeś? – zapytała.
Harry z przyjemnością poświęcił się wyjaśnianiu kryjącej się za tym teorii, zwłaszcza, że w tej chwili już nie tylko Zachariasz i Hermiona byli zainteresowani tym, co się działo wokół nich. Connor wykonywał niewielkie ruchy różdżką, mrucząc zaklęcie pod nosem. Ron stukał swoją różdżką nerwowo w ławkę, chociaż przestał, kiedy się zorientował, że Harry na niego patrzy; starał się jak mógł, żeby wymówić zaklęcie poprawnie, ale jedyne, co wyczarował to kilka małych smug czarnego dymu. Siedmioroczni Puchoni już zdążyli się ustawić w krąg do pojedynków, a Harry wcale nie był zaskoczony, kiedy zobaczył, że to był pomysł Cedrika.
Harry zauważył Lunę. Siedziała i patrzyła się z podziwem w sufit, chociaż kiwnęła i odwróciła się w jego kierunku, kiedy do niej podszedł.
– Wszystko w porządku, Luna? – zapytał łagodnie Harry. Nie spędził z nią wiele czasu tego roku szkolnego, ale wcześniej nie wydawała się aż tak rozkojarzona i rozmarzona. Zerknął na sufit, ale nie był w stanie zobaczyć, co ją tak w nim zafascynowało.
– Nie widzisz starych tarcz? – szepnęła Luna.
– Starych tarcz? – Harry posłusznie spojrzał znowu w górę, mrużąc tym razem oczy, ale znowu nie był w stanie niczego zauważyć.
– Tak – powiedziała Luna. – Kiedyś ta klasa musiała wytrzymać oblężenie. Stare meble tak twierdzą. – Dotknęła krzesła, na którym siedziała. – To mówi mi o Heldze Hufflepuff.
Harry zagapił się. To krzesło z pewnością nie wyglądało na tak stare.
– Och, nie, nie znało jej osobiście – powiedziała Luna. – Słyszało historie od starego biurka, a to biurko od czegoś jeszcze od niego starszego, a tamto od czegoś innego i tak dalej. – Pogłaskała ławkę czule. – Nie chcą tak naprawdę ze mną rozmawiać. Po prostu mają w sobie starą magię, a ja ją umiem wyczuć.
Harry przysiadł na ławce obok niej. Hermiona pouczała Connora i Rona, Cedrik uczył Cho i Puchonów, którzy się do nich przyłączyli, a Zachariasz chodził po klasie i wytykał wszystkim błędy w ich technice. Nikt go w tej chwili nie potrzebował.
– A co to krzesło mówi o Heldze Hufflepuff?
Luna wykonała gest obejmujący całą klasę.
– To kiedyś był jej prywatny gabinet. Chowała się tutaj i medytowała, a czasami wymyślała nowe zaklęcia, żeby chronić ziemię. Uwielbiała ogrodnictwo, wiesz, ale nie była w nim za dobra. Wymyśliła zaklęcia, które chroniły jej ogród przed chwastami, szkodnikami i żukami. – Luna zamknęła oczy, jakby w medytacji. – I kiedyś przeżyła w tej sali oblężenie przeprowadzone przez Slytherina.
Harry zamrugał.
– Wydawało mi się, że tylko Slytherin i Gryffindor byli wrogami, nie Slytherin i wszyscy inni.
– Och, to było wtedy, kiedy już zwariował – powiedziała z powagą Luna, otwierając oczy i przyglądając mu się znowu. – Jestem pewna, że zrobił to niechcący.
Harry zmarszczył brwi, myśląc o książce historycznej o Slytherinie, którą dostał od Narcyzy Malfoy podczas swoich pierwszych świąt u Malfoyów.
– Nie przypominam sobie, żeby gdzieś było napisane, że on zwariował – powiedział wreszcie. – Po prostu opuścił szkołę, bo był tak zdegustowany Gryffindorem, że już nie był w stanie tego znieść.
– Krzesło mówi co innego – powiedziała Luna.
Harry z nową determinacją przyjrzał się ławce, przy której siedziała Luna. Czyżby Luna naprawdę była w stanie wyczuć wibracje magii pozostawionej przez innych ludzi, nie potrzebując do tego zaklęcia? To byłaby użyteczna umiejętność. Wyjaśniałaby też, czemu była przez cały czas tak bardzo rozkojarzona. Widziała świat, z którego istnienia większość czarodziejów nawet nie zdawała sobie sprawy. Skłonienie jej, żeby poświęciła rzeczywistości choć odrobinę uwagi, musiało być nie lada wyczynem.
– Czy umiesz wykonać Speculum Ardoris? – zapytał, starając się zmusić do nie ciągnięcia tematu i zadawania jej więcej pytań na temat jej zdolności. Nie chciał, żeby Luna czuła się zaatakowana, czy pod presją, a sam Harry też nie chciał brzmieć, jakby starał się ustalić w jaki sposób mógłby wykorzystać jej zdolność na polu walki, kiedy interesował się nią przede wszystkim jako człowiekiem.
– Aż do tego ranka nikt poza tobą nie potrafił go wykonać – powiedziała Luna – wymówionego w ten sposób.
Harry prychnął.
– Przecież powiedziałem Hermionie, znalazłem je w książce…
– A twoja różdżka mówi, że wcale tego nie zrobiłeś – powiedziała Luna. – Żarzyła się tą magią już od kilku lat. Myślę, że to ty je wymyśliłeś.
Harry westchnął.
– W pewnym sensie tak, ale wolałbym, żeby inni ludzie się o tym nie dowiedzieli.
Luna kiwnęła głową.
– Rozumiem. Gnębiwtryski – powiedziała, jakby to wszystko tłumaczyło, po czym wyciągnęła różdżkę i wstała, żeby przyłączyć się do ćwiczeń.
Harry pokręcił głową i wstał, akurat wtedy, kiedy drzwi do klasy się otworzyły. Harry odwrócił się, myśląc, że ktoś jeszcze postanowił się do nich dołączyć.
Jego nastrój momentalnie się zmienił, kiedy się zorientował, że do sali wszedł profesor Moody. Pokłonił się byłemu aurorowi, myśląc intensywnie. Czemu tutaj przyszedł? Może wyczuł magię i przyszedł się upewnić, że nie ćwiczymy żadnych mrocznych sztuk? A może spróbuje zrobić coś dziwnego, jak wtedy, kiedy rozmawiał ze mną ostatnim razem?
– Tak mi się wydawało, że czuję dochodzącą stąd magię – mruknął Moody, odpowiadając przynajmniej na jedno z pytań. – Co tu się wyprawia? – Skupił wzrok na Harrym, jakby wychodził z założenia, że cokolwiek by to nie było, Harry musiał być tego przywódcą.
Jestem nauczycielem, nie przywódcą, pomyślał Harry z irytacją, ale nic dobrego by nie wynikło z pokazania Moody'emu tej emocji, więc tego nie zrobił.
– Chciałem nauczyć mojego brata trochę historii czystokrwistych, proszę pana – powiedział. – Connor zaprosił swoich znajomych, a oni chcieli zamiast tego zobaczyć jakieś zaklęcie. Teraz ćwiczymy Speculum Ardoris. – Upewnił się, że tym razem wymówił zaklęcie tak, jak wtedy kiedy się go używa defensywnie i miał wrażenie, że ramiona Moody'ego rozluźniły się lekko.
– Dobrze, bardzo dobrze – powiedział Moody. – Dodatkowe zajęcia, co? Chcecie być gotowi na walkę z Mrocznymi Panami?
– Cóż, Connorowi na pewno się to przyda, proszę pana – powiedział Harry i odwrócił się, żeby przywołać swojego brata gestem. Connorowi zaklęcie wychodziło naprawdę dobrze, a przynajmniej tak się Harry'emu wydawało, kiedy obserwował go kątem oka. – Chcesz pokazać panu profesorowi czego się dzisiaj nauczyłeś?
Wyraz twarzy jego brata świadczył o tym, że to bynajmniej nie było marzenie jego życia, ale mimo to wziął głęboki oddech, wyciągnął różdżkę, po czym ostrożnie rzucił Speculum Ardoris przed sobą.
Moody rozwiał ogniste lustro niemal z rozleniwieniem, ale przyglądał się im z zamyśleniem.
– Może powinienem częściej prowadzić praktyczne zajęcia, żebyście mogli sobie poćwiczyć w czasie zajęć – mruknął.
Harry powstrzymał się od pokiwania głową, ale zobaczył, że wielu ludzi przytakuje gorliwie, nawet siedmioroczni. Dziwne, pomyślał. Wychodził z założenia, że marudzenie Moody'ego o tym, że powinni być nieustannie czujni i pokazywanie im zaklęć, których nie mogli legalnie przeprowadzać, jak Niewybaczalnych, było jego metodą wychowawczą dlatego, że byli dopiero na czwartym roku i nie mógł im zaufać z poważniejszą magią. Wyglądało jednak na to, że starsze roczniki były podobnie traktowane.
– W takim razie niewielka demonstracja – powiedział Moody, uderzając różdżką w dłoń. – Co powiesz na pojedynek, Potter?
Harry może i spróbowałby udawać, że Moody'emu chodziło o Connora, gdyby oczy profesora, to prawdziwe i to magiczne, nie były skupione na nim. Westchnął lekko i wyciągnął swoją cyprysową różdżkę.
– Jeśli pan sobie tego życzy – powiedział cicho.
To było niesamowite, albo zabawne, albo oba na raz, jak szybko ławki zostały odsunięte na boki, pozostawiając Harry'emu i Moody'emu wolne miejsce, w którym mogli swobodnie się poruszać. Luna rzuciła Harry'emu ostatnie spojrzenie.
– Przynajmniej to nie heliopata – powiedziała, po czym przyłączyła się do pozostałych uczniów, opierających się o ściany. Ona ostatnia cokolwiek powiedziała. Wszyscy pozostali byli cicho, czekając i wpatrując się w nich intensywnie.
– Zaczynajmy w takim razie – powiedział Moody, po czym ukłonił się Harry'emu.
Harry pokłonił się w odpowiedzi, a w jego umyśle wrzało od zaklęć, których mógł użyć w pojedynku, z kilkoma przypomnieniami. Prowadź magię wyłącznie przez różdżkę. Żadnych zaawansowanych zaklęć. Żadnych mrocznych sztuk. W miarę możliwości po prostu się broń, ale nie pozwól mu się zorientować, że się wokół tego skupiasz.
– Diffindo! – padło pierwsze zaklęcie Moody'ego, a Harry wniósł zaklęcie tarczy, ledwie pamiętając, żeby wymówić towarzyszące mu zaklęcie. Pochwycił wzrokiem spojrzenie Moody'ego i zorientował się, że profesor obrony nie ma zamiaru mu pobłażać. – To prawdziwy pojedynek, Potter – szepnął Moody, po czym jego drugie i trzecie zaklęcie wystrzeliły w Harry'ego. – Finite Incantatem. Abicio!
Harry opadł na ziemię, kiedy jego tarcza rozmyła się i przez miejsce, w którym stał, przemknęło zaklęcie miotające. Uznał, że musi coś zrobić, inaczej będzie wyglądał, jakby po prostu się koił przed profesorem.
– Haurio – mruknął, rzucając na swoją lewą rękę jadeitowo zieloną tarczę, która będzie w stanie wchłonąć większość rzuconych w nią klątw, po czym wybrał zaklęcie, które znał głównie dlatego, że było modne jakichś dwadzieścia lat temu, w czasie pierwszego powstania Voldemorta. Moody powinien je znać, w końcu już wtedy pracował jako auror. – Obturbo!
Wiedział, że uszy Moody'ego momentalnie zostały zalane irytującym brzęczeniem. Za moment dźwięk przeniesie się do ucha wewnętrznego, powodując utratę równowagi. To doprowadzi do szybkiego zakończenia tego pojedynku…
A przynajmniej tak powinno było się stać, gdyby Moody nie przymrużył po prostu na niego oczu.
– Finite Incantatem – warknął. – Abicio!
Fala zaklęcia była za wielka, żeby zaklęcie absorbujące było w stanie wchłonąć je w całości i tym razem sięgnęło Harry'ego. Był rad za brak ławek za nim, kiedy poleciał dziesięć stóp w tył i wylądował, przetaczając się przez ramię. Lily nauczyła go jak upadać, nawet jeśli wtedy robiła to z myślą o tym, że kiedyś może spaść z miotły. Szybko wstał z powrotem.
– Occaeco Manicula – wymamrotał Harry, wchodząc w tryb bronienia się przed wrogiem. Żadnych mrocznych sztuk, przypomniał mu jego umysł, ale miał już posiniaczone plecy i ramiona od upadku, i nie był w stanie już dłużej udawać, że to był zwykły pokaz dla innych uczniów, albo że będzie w stanie dalej kryć przed profesorem jak wiele zaklęć zna. Gdyby tak to się dalej utrzymywało, to Harry może skończyć z poważnymi obrażeniami i wyląduje w szpitalu na czas rekonwalescencji, niezdolny pomóc komukolwiek z czymkolwiek.
Moody podskoczył, kiedy mała, niewidzialna dłoń go uszczypnęła. Harry posłał atak na jego dłoń, starając się go nakłonić do rozluźnienia uchwytu i puszczenia różdżki. Nie sądził, żeby zwykłe Expelliarmus byłoby w stanie zadziałać na doświadczonego aurora, ale dłonie zawsze były bardziej podatne na ataki i uszczypnięcie w nią z pewnością było znacznie bardziej upierdliwe.
To nie znaczyło, oczywiście, że Moody był gotów się przez to poddać, co pokazał przyglądając się Harry'emu z namysłem, ostentacyjnie ignorując wysiłki niewidzialnej rączki. Ledwie Harry się wyprostował, a Moody już wycelował w niego różdżką.
– Sentire calamitatem noctis!
Harry jęknął, kiedy uderzyło go mentalne zaklęcie. Nagle poczuł, jak wiele snu stracił ostatnio – prawdopodobnie od rozpoczęcia szkoły, bo wtedy Moody spotkał go po raz pierwszy, a to zaklęcie musiało mieć fundament w wiedzy, jaką o przeciwniku miał rzucający. Niczego teraz nie pragnął bardziej, jak po prostu położyć się spać i tak spędzić kilka dni i nocy, zwyczajnie śpiąc, nie pomagając Draconowi z jego eliksirem, nie martwiąc się o Snape'a czy o pomaganie magicznym stworzeniom, czy o nauczanie kogokolwiek, albo pilnowanie siebie i…
Harry rzucił bezróżdżkowe, niewerbalne Finite Incantatem i poderwał głowę, po raz kolejny spoglądając Moody'emu w oczy. Wiedział, że nie wyobrażał sobie emocji, które tam zobaczył, choć i tak go zaskoczyły. Moody wyglądał, jakby jednocześnie się bał i nabrał szacunku do Harry'ego.
Przecież nie radzę sobie z nim tak dobrze, pomyślał Harry ze zdziwieniem, po czym zrobił unik, kiedy Moody posłał w niego kolejne zaklęcie miotające. Harry zastanawiał się, czy facetowi po prostu pomysły się skończyły, czy też może z jakiegoś powodu po prostu lubił tę klątwę.
Harry odczekał dłuższą chwilę, biegając wokół kręgu uczniów, unikając klątw i zaklęć, którymi ciskał w niego Moody, po czym niewidzialną ręką uszczypnął mocno nerw na jego dłoni, krzycząc jednocześnie:
– Expelliarmus!
Różdżka Moody'ego wyleciała mu z dłoni i Harry zdołał ją złapać. Odetchnął ciężko i pokłonił się Moody'emu. Stłamsił w sobie pokusę, żeby wymamrotać coś nieskładnego, paść na podłogę i zasnąć. Zaklęcie zaległego snu naprawdę mocno w niego przywaliło. Powinienem lepiej się sobą zająć, pomyślał, rzucając różdżkę z powrotem jej prawowitemu właścicielowi. Muszę być gotów, kiedy Draco, Connor, albo ktokolwiek inny będzie mnie do czegoś potrzebował.
– Tak, więcej zajęć praktycznych z pewnością nam się przyda w czasie lekcji – mruknął Moody, nawet przez chwilę nie odrywając wzroku od Harry'ego.
– Cieszę się, że tak pan myśli – powiedział Harry, po czym odwrócił się, żeby odpowiedzieć na pytania, które miała do niego jego mieszana klasa, prawie nie zauważając kiedy Moody wymknął się z sali. Jeśli to był jakiegoś rodzaju test, to Harry miał wrażenie, że go zdał.
Niezamierzoną konsekwencją, oczywiście – przynajmniej Harry jej nie chciał, a był pewien, że Moody w ogóle o niej nie pomyślał – było to, że teraz wszyscy chcieli się nauczyć wszystkich zaklęć, które zostały użyte w czasie pojedynku, a nie wszyscy byli w stanie wykonać je wszystkie, więc ludzie zaczęli się dąsać, a potem Harry musiał spędzić trochę czasu na cuceniu ludzi, którzy zostali oszołomieni odkryciem ilości straconego snu, wszystko to przez cały czas marząc wyłącznie o powrocie do łóżka.
Nie mogę tego zrobić, przypomniał sobie po raz pięćdziesiąty, budząc Hermionę. Mam zbyt wiele na głowie.
– Ach, Harry. Wejdź, proszę.
Harry ostrożnie wszedł do gabinetu dyrektora. Prawda, Dumbledore wysłał mu uprzejmą notatkę w trakcie obiadu, zapraszając go do siebie, i prawda, Harry nie miał akurat nic do roboty. Nawet Draco go nie potrzebował, zajęty ostatnimi, czasochłonnymi, ale względnie prostymi krokami potrzebnymi do ukończenia eliksiru. Tak długo, jak Dumbledore nie starał się go skrzywdzić albo złamać któryś z układów, które obiecał przestrzegać, to czemu niby Harry miałby się nie pojawiać?
Harry uważał też, że to, że każdy mięsień w jego ciele go bolał i wył o łóżko nie było wystarczającą wymówką.
– Usiądź, proszę – powiedział Dumbledore i Harry zorientował się, że zamyślił się akurat obok fotela. Pokręcił lekko głową i zajął miejsce. Odmówił zaoferowanemu cukierkowi i spojrzał na dyrektora.
Dumbledore przymrużył oczy, a jego mina nabrała przenikliwości. Głaskał brodę, jakby wiedział o czym, o czym Harry nie miał zielonego pojęcia.
Całkiem możliwe, pomyślał Harry. Ostatnio wszyscy zdawali się mieć jakieś tajemnice. Connor pisał prywatnie do Jamesa i powiedział, że nie chce, żeby Harry się wtrącał w jego kłótnie z ojcem. Hermiona zaczynała z zainteresowaniem odwzajemniać zaloty Zachariasza Smitha, zresztą całe mnóstwo innych ludzi też zdawało się zaczynać uganiać za innymi, chociaż ci przynajmniej chowali się z nimi w ciemnych zakamarkach szkoły. McGonagall wróciła do nauczania z nową werwą, której brakowało jej przez ostatnie dwa miesiące, więc Harry uznał, że coś musiało się jej przytrafić. Draco mówił, że jego eliksir wszystkich zaskoczy, mimo tego, że Harry już o nim wiedział, a Blaise Zabini bezwstydnie sugerował, że dobrze wie o spotkaniu, jakie miało nastąpić za parę dni między Harrym a Lucjuszem Malfoyem i innymi mrocznymi czarodziejami.
– Podejrzewam – powiedział Dumbledore – że nie przyszło ci do głowy poprosić mnie o pomoc, inaczej już wcześniej byś się tutaj pojawił.
Harry zamrugał, po raz kolejny wyrwany z ciągu myśli.
– Co proszę?
– Jestem Naczelnym Magiem Winzengamotu, Harry – powiedział Dumbledore łagodnie. – Jeśli chcesz się pozbyć Knota ze stanowiska i upewnić się, że Severus wyjdzie wolno po swojej rozprawie w grudniu, to będziesz potrzebował mojego głosu. A mimo to nie przyszedłeś do mnie z prośbą o pomoc.
Harry spiął się. Kolejna komplikacja, której naprawdę w tej chwili nie potrzebuję.
– Wyszedłem z założenia, proszę pana – powiedział – że zrobi pan co należy.
– Ach – Dumbledore pokręcił głową. – Ale co należałoby zrobić w takim przypadku? Co jest złe, a co dobre? Wielu filozofów i czarodziejów się już zastanawiało nad tym pytaniem.
Harry obnażył zęby.
– Przecież wie pan, że Knot jest złym ministrem, dyrektorze – powiedział – zwłaszcza teraz, kiedy Voldemort powraca. Potrzebujemy kogoś silnego u władzy, a Knot ma tendencje do wpadania w histerię i chowania się w cieniu. Już dawno sam powinien był pan go wymienić na kogoś innego. A Snape… aresztowano go przeze mnie, nie z jego winy. Mógł pan to im wytłumaczyć. Rozumiem już trochę politykę, jaką prowadzą Lordowie. Pańska magia mogłaby panu zagwarantować wiele rzeczy.
Dumbledore westchnął.
– Owszem, Harry, mogłaby, ale w miarę możliwości naprawdę wolę pracować razem z prawem i pozwalać ludziom podejmować ich własne wybory. Ostatecznie jestem Świetlistym Panem. A mieszkańcy Wielkiej Brytanii sami, z własnej woli, wybrali Knota na stanowisko ministra i to niejednokrotnie. Nie widziałem powodu, żeby się z nimi sprzeczać, zwłaszcza, że Korneliusz najwyraźniej sprawdzał się na tej pozycji.
– A kiedy mnie porwał? Co pan zrobił, jak się pan o tym dowiedział? – zażądał Harry. – Czemu pan nie zareagował? Prawie pozbawił mnie magii, dyrektorze. Przecież nie możemy na to pozwolić. Jeśli zostanę charłakiem, to dwie możliwe interpretacje przepowiedni – ta, w której jestem opiekunem Connora i ta, w której jestem żołnierzem, który jest w stanie pokonać Voldemorta – przepadną.
– Niekoniecznie, Harry – powiedział Dumbledore. – Wciąż pozostaje miłość i wierzę, że to właśnie ona, a nie magiczna siła, jest kluczem do pokonania Voldemorta.
Harry zgrzytnął zębami i nie zaszczycił tego stwierdzenia odpowiedzią. Jak do tej pory Dumbledore częściej mu przeszkadzał niż pomagał. Wyglądało jednak na to, że wciąż nie przeszło mu rzucanie Harry'emu kłód pod nogi.
– Czego pan chce? – zapytał zamiast tego Harry.
Dumbledore uśmiechnął się do niego szeroko.
– Ach, tak, Harry, już się martwiłem, że nigdy nie zapytasz – powiedział. – Jestem gotów zawrzeć z tobą układ, bardzo prosty. Jeśli zrobisz to, o co cię poproszę, to gwarantuję ci, że zagłosuję przeciw Knotowi i za wolnością Severusa. To wszystko.
Harry zagapił się na niego.
– Przysięga pan to na Merlina i na swoją magię?
– Przysięgnę ci nawet na antyczne tańce, jeśli tego będziesz chciał – powiedział Dumbledore. – Ale dobrze. Na Merlina i na moją magię, zagłosuję przeciw Knotowi i za Severusem jeśli Harry Potter wypełni swoją część układu.
Magia osiadła na nich, zacieśniając więzy, które Harry czuł niczym obnażone miecze ocierające mu skórę. Magia Dumbledore'a była potężna. Dzięki temu nie będzie żadnych wątpliwości, że dotrzyma obietnicy.
Harry kiwnął powoli głową.
– I czego pan ode mnie oczekuje?
– Czegoś, co, jak myślę, zwiększy twoją zdolność do miłości i wybaczenia, dzięki czemu zwiększy też twoje szanse w walce przeciw Mrocznemu Panowi – powiedział Dumbledore łagodnie. – Kilka dni po Halloween przyjdzie do ciebie list. Zostanie on napisany na pergaminie zaczarowanym tak, żeby osoba, która będzie na nim pisała, była w stanie napisać wyłącznie prawdę. Chcę cię prosić, żebyś odpisał na ten list na tym samym rodzaju pergaminu; mam trochę, mogę ci go użyczyć. To wszystko. Musisz mi zagwarantować, że przyjmiesz i przeczytasz ten list, a potem na niego odpiszesz. Nie chcę cię prosić o ciągnięcie tej rozmowy dalej, nawet jeśli ten, kto napisze do ciebie ten list, odpisze ci. Chcę, żebyś wysłał tylko tę jedną odpowiedź.
Harry przełknął ślinę. Podejrzewał, że ta sprawa miała gdzieś drugie dno – oczywiście, że tak, w końcu to był Dumbledore – ale musiał przyznać, że propozycja brzmiała nadzwyczaj atrakcyjnie. Tylko jeden list i Dumbledore zagłosuje tak, jak tego chce Harry.
Tylko jeden. To przecież nie takie trudne. A jeśli ma być szczery, to przynajmniej wiem, że nie chodzi o żaden kolejny bezsensowny, polityczny taniec.
– Zgadzam się – szepnął.
Dumbledore uśmiechnął się szeroko.
– Wspaniale, mój chłopcze! Tylko o tym chciałem z tobą porozmawiać. Czy masz jakieś pytania?
Zaczekał uprzejmie, ale Harry tylko pokręcił głową. Nie przewidział tego niebezpieczeństwa, a teraz zostało ono od niego odsunięte, za niewielką cenę.
Jak wiele innych niebezpieczeństw jeszcze na mnie czyha? Jak wiele innych niewielkich poświęceń będę musiał jeszcze dokonać, żeby się upewnić, że wszystko pójdzie jak należy?
Harry wrócił do pokoju wspólnego Slytherinu. Nie był już zmęczony, ale musiał posiedzieć w ciszy i zastanowić się, co jeszcze mogło mu umknąć.
Albus zamknął oczy kiedy Harry wyszedł. To było takie proste, ale znaczyło dla niego i dla osoby, która napisze ten list, tak wiele – a dla Harry'ego pewnie z czasem będzie znaczyło jeszcze więcej, chociaż przełamanie pierwszych lodów będzie najcięższe.
Naprawdę przyda mu się doświadczyć więcej miłości i przebaczenia. Powoli staje się bezmyślną maszyną, myśli wyłącznie o przeżyciu i przeskakuje z jednego obowiązku na drugi. Musi się nauczyć kochania i godzenia się z najważniejszymi ludźmi w jego życiu. Severus jest istotny, oczywiście, ale drugorzędny.
Albus nie był w stanie zaoferować Harry'emu wsparcia, którego ten tak bardzo teraz potrzebował – chłopiec i tak by mu nie zaufał, nawet gdyby spróbował – ale był w stanie przyprowadzić kogoś, kto był.
Harry mi jeszcze za to podziękuje przed końcem roku, jestem tego pewien.
