Pierwszy z trzech rozdziałów halloweenowych – w których mnóstwo ludzi zauważa rzeczy, które Harry tak bardzo starał się ukryć.

Rozdział dwudziesty szósty: Zaproszenie kogoś niebezpiecznego na herbatę

– No i proszę. Skończony.

Harry zamrugał, kiedy eliksir zakręcił się po raz ostatni i zmienił nagle kolor na czarny. Draco miał rację. Skończyli go. Zobaczył, jak przymuszenie, które owijało się wokół karku i ramion Dracona zadrżało, jakby się przejadło, po czym pękło i się rozpadło.

Draco zamrugał i dotknął lekko swojego ramienia, jakby miał wrażenie, że ktoś go tam przelotnie dotknął. Po chwili zerknął na Harry'ego.

– Już nie mogę się doczekać, żeby go użyć – powiedział. Miał rozmarzoną minę. – Wyobrażasz to sobie, Harry? Wszyscy już się poddali i skreślili mnie jako magicznego dziedzica naszej rodziny, wszyscy poza ojcem, a on wciąż się trzyma tej nadziei tylko dlatego, że nie chce przyjąć prawdy do serca. Ale teraz nie będą mieć innego wyjścia, będą musieli przyjąć to do wiadomości. – Ostrożnie przelał czarną ciecz z kociołka do przygotowanej wcześniej fiolki. Snape'a nie było, a Dumbledore przesiadywał głównie w swoim gabinecie, więc nikt nie pilnował Dracona i Harry'ego i ci mogli korzystać z laboratorium kiedy tylko chcieli. – Już pojutrze będę dziedzicem.

Harry przymrużył oczy, a jego radość ze zniknięcia sieci osłabła.

– Draco. Jutro jest Halloween.

Draco zamrugał na niego.

– Naprawdę? – zapytał, po czym prychnął. – No oczywiście, że tak, Harry. Przecież nie zapomniałem.

– Ale obiecałeś swojej matce, że nie użyjesz eliksiru w Halloween – przypomniał mu Harry. Nie wierzył w to, że Draco zapomniał, tak samo jak w to, że zapomniałby, który mieli tego dnia dzień miesiąca, ale podejrzewał, że miał nadzieję na to, że Harry zapomniał.

Draco otworzył usta, po czym odwrócił się i skupił na czarnym, wirującym eliksirze.

Draco.

Draco spojrzał na niego ze smutkiem ponad ramieniem.

– Naprawdę chcę tego użyć, Harry – powiedział. – Wiesz przecież, że Halloween to moja najlepsza szansa na wezwanie ducha, jakiegokolwiek ducha, a ten eliksir powinien zniszczyć dowolne bariery, jakie wciąż istnieją.

– Obiecałeś swojej matce, że tego nie zrobisz. – Harry skrzyżował ręce na piersi i spojrzał na Dracona surowo. – A teraz chcę, żebyś obiecał to mi.

Draco przygryzł wargę.

– Nie chcę, żebyś mi na cokolwiek przysięgał – powiedział Harry. – Proszę cię, Draco. Po prostu mi obiecaj. Daj słowo. To niebezpieczne. Wiem, że zaklęcie nie wymienia wszystkich konsekwencji tego eliksiru. – W żadnym momencie nie wspomina na przykład o tym, że będziesz przymuszony to ukończenia warzenia go. – Obiecaj, że nie przyzwiesz Julii Malfoy, albo że nie wypijesz eliksiru i nie zaoferujesz jej tego samego.

Draco próbował wyglądać potulnie. Harry'emu przyszło na myśl, że to może jednak była podpucha. Jego przyjaciel tak długo nie wyrażał normalnych emocji i nie przybierał normalnych wyrazów twarzy, że Harry'emu zajmie chwilę nauczenie się ich na nowo.

– A co mi dasz, jeśli ci to obiecam? – wykręcał się.

– Nic – powiedział Harry. – To nie jest układ. Tutaj chodzi o twoje bezpieczeństwo, Draco. Chcę, żebyś był bezpieczny.

Draco kopnął kociołek.

– Obiecaj mi, Draco – powiedział Harry.

Draco pochylił głowę, ale Harry i tak usłyszał jego zbuntowane mamrotanie.

– Co cię to właściwie obchodzi? Będziesz przecież na tym swoim formalnym spotkaniu z moimi rodzicami i innymi niebezpiecznymi, mrocznymi czarodziejami. Spotkaniu, na którym nie mogę się pojawić, bo nie jestem magicznym dziedzicem. – Ostatnie słowa wypluł, po czym łypnął na Harry'ego poprzez swoją grzywkę. – Nie rozumiesz, czemu dla mnie to jest takie ważne? Wydawało mi się, że zrozumiałeś kiedy ci to wytłumaczyłem.

Harry potarł twarz dłonią. Wielu zasyczało na jego ramieniu.

Możemy go oślepić. Wtedy nie będzie w stanie użyć eliksiru.

Cicho bądźcie – polecił im Harry, po czym znowu spojrzał na Dracona. – Rozumiem – powiedział, starając się, żeby jego głos brzmiał tak łagodnie jak to było możliwe. – Naprawdę. Ale, jak sam już wspomniałeś, będę zajęty tym formalnym spotkaniem. – A potem jeszcze jednym, z Peterem i wieszczką. Harry wciąż nie miał zamiaru pozwolić wieszczce spojrzeć na siebie, ale miał zamiar spotkać się z Peterem i zniszczyć jego sieć feniksa na dobre. – A chcę być przy tobie kiedy użyjesz tego eliksiru. Proszę cię, Draco, obiecaj mi, że zaczekasz.

Draco przez długą chwilę patrzył się w pustkę. Harry czekał, nie wiedząc, czy ma wymyślić jeszcze jeden argument, czy nie.

Wreszcie Draco westchnął głośno.

– No dobra – powiedział tonem kompletnie pozbawionym gracji. – Obiecuję.

Harry uśmiechnął się i uścisnął mu dłoń. Był zaskoczony, kiedy Draco skorzystał z tego i przyciągnął go do siebie, żeby go przytulić, ale mimo wszystko musiał przyznać, że to było naprawdę miłe.

– Dziękuję – szepnął. – Wiedziałem, że mogę ci zaufać.

Ramiona Dracona zacisnęły się wokół niego konwulsyjnie, jakby zdawał sobie sprawę z tego, czego Harry nie dopowiedział. Prawie nikomu innemu nie mogę ufać.


Harry zdawał sobie sprawę z tego, że irytował innych Ślizgonów. Stukał palcami w kolano, druga noga mu nerwowo podskakiwała, a jego różdżka w efekcie stukała mu o rękaw.

Nie był w stanie nic na to poradzić. Był poddenerwowany. Wielka Sala była pełniejsza niż kiedykolwiek, wypełniona uczniami z dwóch dodatkowych szkół, które dotarły tego popołudnia. Harry przemógł już w sobie chęć gapienia się na nich, ale wcześniej srebrne włosy półwili z Beauxbatons przyciągnęły jego uwagę, podobnie jak grube futra uczniów z Durmstrangu. Madam Maxine, z Beauxbatons, była w bardzo oczywisty sposób przynajmniej po części olbrzymką, a Karkarow, dyrektor Durmstrangu, sprawił, że blizna Harry'ego zaczęła go piec i swędzieć, kiedy się minęli. Stąd Harry'emu przyszło do głowy, że to mógł być były śmierciożerca. Było całe mnóstwo spraw, o których będzie musiał pamiętać.

W tej chwili jednak bardziej martwił się o innych byłych śmierciożercach, którzy niebawem przybędą do szkoły, nawet jeśli jeszcze nie wiedział do końca w jaki sposób. To była noc Halloweenowa.

– Dobry wieczór, uczniowie.

Harry stłumił w sobie jęk. Dumbledore wstał, żeby wygłosić przemowę. Wokół zabrzmiały zaklęcia tłumaczące, więc przynajmniej będzie mówił tylko raz, ale to oznaczało, że jedzenie pojawi się jeszcze później, przez co Harry pewnie przegapi przyjazd jego sojuszników. Lucjusz powiedział w swoim ostatnim liście, że spotkają się "po obiedzie", ale brał pod uwagę normalne zwyczaje Hogwartu.

– Cieszę się, że nasi przyjaciele z innych szkół raczyli zawitać do Hogwartu z okazji turnieju Trójmagicznego – powiedział Dumbledore, którego oczy błyszczały w sposób, który Harry uznał za maniakalny. Oczywiście, sam też był na skraju cierpliwości. Harry wziął głęboki oddech i kazał się sobie uspokoić. Nawet Draco patrzył ze spokojem na dyrektora, nie wyglądając już na zirytowanego faktem, że będzie musiał zaczekać z użyciem eliksiru. Jeśli on potrafił być zrelaksowany, to Harry też. – Od zbyt wielu lat zaniedbywaliśmy tę wspaniałą tradycję. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie mówiłem do tej pory zbyt wiele na temat samego turnieju, więc pragnę zrobić to teraz, żeby wszyscy uczniowie, nie tylko ci, którzy chcą wziąć w nim udział, zrozumieli jego wagę.

Harry jęknął cicho i rozejrzał się, szukając czegoś, co by odwróciło jego uwagę. Nie znalazł niczego. Wszyscy wyglądali na zainteresowanych tym, co mówił Dumbledore, a brak posiłków na talerzach nie pozwalał mu zająć się jedzeniem.

Milicenta szturchnęła go i syknęła, że ma się wyprostować i przestać przynosić wstyd Slytherinowi. Harry niechętnie wrócił wzrokiem do stołu prezydialnego. Sam nie był pewien, co się właściwie z nim działo. Zwykle byłby w stanie ukryć przed wszystkimi swoje prawdziwe emocje i pozwoliłby się sprawom potoczyć swoim torem.

Miał wrażenie, że to mogło być z powodu braku odpoczynku. Spędził kilka ostatnich dni na zastanawianiu się, jak będzie wyglądało spotkanie z Peterem i wieszczką, układając sobie w głowie, jak przekona Verę do nie patrzenia na niego. Robił to przy okazji pomaganiu Dracona przy ukończeniu jego eliksiru, organizowaniu kilku dodatkowych lekcji, zarówno prywatnych z Connorem, jak i dla wielu młodszych uczniów, a także kiedy się starał przekonać Connora do powiedzenia mu, o czym on się właściwie kłóci z Jamesem (co się skończyło porażką; jego bliźniak po prostu zamykał usta i w ogóle się nie odzywał w tym temacie). Sny o Voldemorcie, które sprawiały, że przez cały ostatni tydzień budził się z krzykiem i krwawiącą blizną, też w żaden sposób nie pomagały.

Nie mógł sobie pozwolić się temu wszystkiemu złamać. Nie wolno mu było. Zmusił się do słuchania tego, co Dumbledore miał do powiedzenia, jakby to była najważniejsza rzecz na świecie.

– ...trzech reprezentantów, po jednym z każdej szkoły. Reprezentanci zostaną wybrani przez Czarę Ognia, która weźmie pod uwagę wrzucone do niej imiona i wybierze te osoby, które uzna za najbardziej godne. Uczniowie ci będą musieli być najbardziej inteligentni ze wszystkich, najbardziej kreatywni i elastyczni, ponieważ wezmą udział w trzech niebezpiecznych zadaniach. – Dumbledore uśmiechnął się, omiatając wzrokiem salę. – Nie niemożliwych do wykonania, zapewniam was, ale naprawdę niebezpiecznych. Każdy uczeń zostanie osądzony przez jury złożone ze stronniczych jak i bezstronnych czarodziejów. Będą przydzielać punkty za wykonanie zadań, a ich ilość będzie zależna nie tylko od ukończenia, ale też tego jak ono zostało zrobione, a także wyjątkowych umiejętności okazanych w trakcie. Uczeń, który po wszystkich trzech zadaniach będzie miał najwięcej punktów, wygrywa turniej, tysiąc galeonów i chwałę i honor dla swojej szkoły.

Szepty wokół zrobiły się podekscytowane. Harry zmarszczył brwi, patrząc na uczniów, którzy omawiali turniej; wyglądało na to, że nawet niektórzy Ślizgoni padli ofiarą tego nonsensu o honorze i chwale. Ciekawe, co ich bardziej interesuje? Pościg, czy sława? Mam nadzieję, że pościg. Sława wcale nie jest taka wygodna, a już na pewno nie jest czymś, za co warto ryzykować życiem.

– Nasi goście przyłączą się do naszych uczniów w czasie zajęć i będą obserwować nasze lekcje – ciągnął dalej Dumbledore – mają jednak swoje własne zadania i plany zajęć, które przyleciały sowami z Beauxbatons i Durmstrangu. Chcemy pozwolić im posmakować hogwardzkiej edukacji, ale przecież nie możemy im pozwolić, żeby kompletnie porzucili swoje prywatne sprawy! – Uśmiechnął się i niektórzy uczniowie zaśmiali się uprzejmie. Harry zerknął tęsknie na drzwi do Wielkiej Sali, zastanawiając się, czy jego sojusznicy czasem już nie przyjechali.

– To wszystko, co miałem do powiedzenia. – Dumbledore klasnął w ręce i jedzenie wreszcie pojawiło się na ich talerzach. – Przyjemnego ucztowania!

Harry usłyszał, jak zaklęcia tłumaczące powtarzają słowa Dumbledore'a po francusku i w przedziwnej mieszance języków wschodnioeuropejskich. Nie tracił czasu i rzucił się na jedzenie, chociaż łokieć Milicenty, wbity mu między żebra, zmusił go do spowolnienia. Jego umysł działał za to coraz szybciej, ale tym razem zdawał się działać też znacznie płynniej, w ten sam sposób, kiedy organizował wszystko jak Snape i Draco po raz pierwszy się tak bardzo zmienili. Miał wiele do zrobienia, ale jeśli tylko będzie tak dalej kombinował, to powinien dać sobie ze wszystkim radę.

Co się z tobą dzisiaj dzieje?

Harry podskoczył lekko, kiedy Milicenta syknęła mu do ucha, po czym odprężył się. Przecież ostatecznie była magicznym dziedzicem swojego ojca i powiedziała mu, cokolwiek niespodziewanie tego popołudnia, że udaje się na to spotkanie razem z nim.

– Po prostu martwię się, że przegapię to spotkanie – szepnął w jej kierunku.

Milicenta przymrużyła oczy, przyglądając mu się. Harry odwrócił od niej wzrok i skupił się na swoim obiedzie. Chleb był nieco czerstwy, ale i tak wolał jego od badawczego wzroku Milicenty.

– Nie przegapisz – mruknęła wreszcie. – Jeśli to wszystko się przeciągnie, to na nas poczekają. – Wzięła niewielki kęs swojego własnego jedzenia, jakiejś francuskiej potrawy, której Harry nie rozpoznawał. – Ale to nie wszystko. Nie przyglądałam ci się jakoś szczególnie, ale na Merlina, Harry, wyglądasz strasznie. Co się stało?

– A co się nie stało? – Harry nie pozwolił sobie rozpocząć tyrady, którą miał na końcu języka. Nie miał zamiaru obarczyć Milicenty swoimi własnymi problemami. – Rany, przepraszam. Nie wysypiam się jakoś ostatnio. – Nie tylko tak się złożyło, że to akurat była prawda, ale też ta wymówka okazała się być na dobrą sprawę dobra na wszystko.

Milicenta żuła przez chwilę z namysłem, jakby chciała zademonstrować jak się powinno przeżuwać jedzenie, po czym pokręciła głową.

– To nie wszystko. Jest w tym coś więcej. No dajesz, Harry, wygadaj się.

Harry podniósł brwi i wrócił do jedzenia.

– Nie mam z czego się, że tak powiem, wygadać, Milicento.

– Właśnie że masz.

Harry ignorował ją przez resztę posiłku, nawet kiedy zaczynała wymyślać swoje własne wyjaśnienia i obrażać go w sposób, na który kiedyś by w jakiś sposób zareagował. Kiedy wreszcie wstali od obiadu, zauważył, że cała sytuacja zaczyna ją drażnić. I dobrze. To znaczyło, że chętniej pomyli jego reakcje z czymś innym niż były naprawdę, albo będzie zajęta własnymi emocjami.

Nie chciał, żeby ludzie się o niego martwili. Jeśli zaczną się martwić, to będą zadawali pytania, a Harry miał zbyt wiele tajemnic do ukrycia. Poza tym, jeśli zaczną się o niego martwić, to mogą mu zaoferować komfort, a on może się okazać zbyt słaby, żeby się mu oprzeć.

Posiłek dobiegł końca, więc wszyscy zaczęli wychodzić z Wielkiej Sali. Większość otaczających ich rozmów dotyczyła turnieju. Harry pokręcił głową i prychnął. Przecież takie sprawy tak niewiele znaczą, jeśli na nie spojrzeć z większej perspektywy. Czemu wszyscy tak bardzo przejęli się tą bzdurą?

Zmusił się do uspokojenia. Przejęli się tym, ponieważ to ma dla nich znaczenie, Harry. Co z tego, że ty się tym nie interesujesz, że dla ciebie to jest nieważne? Dla nich jest. Przecież nie do ciebie należy decydowanie, co inni uważają za ważne, a co nie.

Jego oddech uspokoił się, więc odwrócił głowę i pochwycił wzrokiem spojrzenie Milicenty. Milicenta kiwnęła głową i odsunęli się od tłumu Ślizgonów na tyle wolno, że nikt tego nie zauważył, poza Draconem, który mruknął "powodzenia" tonem, który aż ociekał zawiścią.

Harry westchnął. No nic, niedługo użyjemy tego jego eliksiru i zobaczymy, co się stanie – ale dopiero, jak poweźmiemy odpowiednie środki bezpieczeństwa.

Milicenta ruszyła przodem do pokoju życzeń, oglądając się sporadycznie przez ramię, jakby chciała się upewnić, że Harry naprawdę za nią idzie. Harry oblizał usta, kiedy zaczęli się zbliżać do tego miejsca.

– Jak oni chcą się dostać do środka? – szepnął do pleców Milicenty.

Milicenta wzruszyła ramionami.

– Tata mówił coś, że Dziecię Gwiazd znalazł jakiś sposób na minięcie osłon, które miały zatrzymać służących Mrocznego Pana, tak jak na przykład tego, który się dostał na teren w zeszłym roku.

Fenrir Greyback, podsunął umysł Harry'ego momentalnie. Zadrżał, a jego niepokój wzrósł. Miał nadzieję, że Narcyza zaprzestała kontaktów z oddanymi śmierciożercami w swoich próbach ściągnięcia mu jak największej ilości sojuszników. Przypomniał sobie jednak ranę na jej ramieniu i zwątpił.

Dotarli do pokoju życzeń. Drzwi już były widoczne. Milicenta kiwnęła głową niczemu szczególnemu, po czym odwróciła się i spojrzała Harry'emu w oczy.

– Gotów, Potter?

Harry przechylił głowę na bok. Bardzo rzadko się zdarzało, żeby nazywała go po nazwisku.

– Pewnie – powiedział. – Chyba, że wiesz o czymś, o czym ja nie, a to wszystko to tylko ściema, żeby mnie porwać i osuszyć mnie z magii.

– Nie wszyscy są tacy jak minister. – Głos Milicenty był niesłychanie suchy. – Nie, chodziło mi raczej o to, że zaraz wejdziesz do pokoju pełnego podejrzliwych, mrocznych czarodziejów, doświadczonych w wykrywaniu podstępów, kiedy z taką determinacją unikasz wszelkich pytań dotyczących samego siebie.

Kurwa mać. Jednak nie dała się rozproszyć. Harry podniósł podbródek. No nic, wiem jak sobie z tym poradzić. Tańczyłem bardziej skomplikowane układy.

– Nikt nie będzie musiał mi zadawać takich pytań, bo nikt nie musi się martwić o moje zdrowie – powiedział ze spokojem.

Milicenta uśmiechnęła się do niego z kpiną i odwróciła a powrotem. Kiedy otwierała drzwi, zrobione z jakiegoś grubego, czarnego drewna, którego nie rozpoznawał, skorzystał z okazji i rzucił na siebie kilka bezróżdżkowych uroków. Nie był w stanie ukryć wszystkiego, ale mógł zasłonić cienie pod oczami, czy rozdrażnienie, które mogło się pojawić w liniach wokół jego ust.

To niewielkie poświęcenie, jeśli się chce tańczyć z takimi czarodziejami jak oni.


Hawthorn omiotła pomieszczenie krytycznym spojrzeniem i w końcu uznała, że pokój życzeń zmienił się naprawdę przytulne miejsce. Było w nim wystarczająco dużo foteli dla nich wszystkich, wliczając Pottera i Milicentę, kiedy ci się pojawią. Obicia były miękkie, ciemnozielone albo czarne, ustawione wokół rozpalonego, przyjemnie ciepłego kominka. Ściany wyłożone były białym drewnem, na którym było tak wiele delikatnych wzroków, że Hawthorn miała wrażenie, że widzi pośród nich herb Parkinsonów ilekroć jej spojrzenie powędrowało gdzieś w bok. Oczywiście, pozostali prawdopodobnie widzieli swoje własne herby i motta.

Usiadła w jednym z foteli, czując bardzo wyraźną pustkę obok siebie. Wydawało jej się, że Dragonsbane przybędzie razem z nią, akurat tej nocy, chcąc wreszcie porozmawiać z Potterem normalnie, ale ten powiedział tylko, że to nie byłoby właściwe, a ona nie była gotowa, żeby się z nim kłócić. Potrafił przewidzieć przyszłość, wiedział, kiedy otaczający go ludzie zginą. Strasznie ciężko było się z nim kłócić.

Lucjusz i Narcyza Malfoy usiedli wspólnie na dywanie obok niej, bokiem do kominka, rozmawiając przyciszonymi głosami. Hawthorn nie była pewna, czy się o coś kłócą, czy nie. Powąchała powietrze i uśmiechnęła się. Oboje pachnieli determinacją, co kompletnie nic jej nie podpowiedziało.

Tuż obok kominka, po prawej stronie, siedzieli Adalrico i Elfrida. Elfrida była już w piątym miesiącu ciąży, ale to nie znaczyło, że wyglądała na zmęczoną, czy wynędzniałą, jak wiele innych czarownic. Była puellaris, wiele poddała, żeby być w stanie chronić swoje dzieci w każdym możliwym momencie swojego życia. Jej twarz była rozpromieniona i za każdym razem kiedy Adalrico wspominał o czymś, co mogło w jakiś sposób dotyczyć ich dzieci, wcinała mu się w słowo bardzo energicznym warknięciem. Hawthorn w pełni to aprobowała. Narodziny czystokrwistych dzieci naprawdę rzadko się zdarzały. Dobrze, że przynajmniej to jedno było chronione przez naprawdę potężną matkę.

Po lewej stronie półkola Arabella Zabini rozłożyła się, zajmując całą kanapę, jej włosy spięte mocno srebrnymi spinkami, które nie pozostawiały nikomu żadnych wątpliwości względem jej statusu pieśniarki. Hawthorn napotkała wzrokiem jej spojrzenie i wymieniła niewielkie, ostrożne skinienie głowami. Arabella nigdy nie była śmierciożerczynią i zawsze zdawała się być zainteresowana wyłącznie uczeniem i wychowywaniem swojego syna, oraz pielęgnowaniem własnego piękna – no i śpiewaniem, oczywiście, ale to była już część jej magii i rezultat jej badań. Hawthorn nie miała pojęcia, czemu ta tak naprawdę zgodziła się przybyć na to spotkanie i co właściwie po nim oczekuje.

Obok kanapy Arabelli siedziała skulona postać, otulona ciemną szatą. Hawthorn robiła wszystko, co było w jej mocy, żeby ją zignorować. Pachniała niewłaściwie. Była niewłaściwa. Nikt nie był w stanie zakazać Acies Lestrange pojawienia się na tym spotkaniu, ale i tak sprawiała, że Hawthorn czuła się przy niej niekomfortowo.

Drzwi do pokoju otworzyły się i Potter z Milicentą weszli do środka. Hawthorn odkryła, że zaczęła się pochylać w jego kierunku. Zorientowała się, że tęskniła za magią Pottera, która wlała się do pokoju niczym mruczący dywan śpiewu i siły. Hawthorn pokręciła głową. Tak łatwo mogłabym się od tego uzależnić.

Z Mrocznym Panem też tak było, przynajmniej wtedy, kiedy go pierwszy raz spotkała, nawet jeśli zmienił się w niedługo potem. Harry nie pachniał, jakby miał zamiar się zmieniać. Poza tym, pociąg jego magii był kompletnie nieskrępowany, nie posiadał też pazura przymuszenia, który zawsze pojawiał się w mocy Voldemorta. Szedł przez świat, dziki i wspaniały, i nie kazał nikomu robić czegokolwiek w związku z tym.

Hawthorn wzięła głęboki wdech, starając się wciągnąć jak najwięcej tej magii.

Przymrużyła oczy, kiedy zorientowała się, co wyczuła węchem pod zapachem mocy. Stres, wycieńczenie, bolesne zmęczenie, sama tak pachniała, kiedy była po trzech nocach pełni. Chłopiec wyglądał dobrze, zwłaszcza, że jedynym światłem w pokoju był kominek, ale pachniał, jak ktoś kto jest na skraju załamania, gotów wybuchnąć albo paść.

Hawthorn oparła się na kanapie i powoli skuliła palce. Nie chcę, żeby nam się załamał. Jest naszym sojusznikiem, w dodatku naprawdę potężnym czarodziejem.

Wygląda na to, że jednak na coś się tu dzisiaj przydam.


Harry odprężył się, kiedy zobaczył ludzi w pokoju. Wszystkich spotkał już przynajmniej raz, nawet jeśli ostre, przenikliwe spojrzenie Arabelli Zabini było mu niemal obce.

Nie. Czekaj.

Harry przymrużył oczy, patrząc na zakapturzoną postać, siedzącą na krześle najbardziej oddalonym od niego.

– Kim pani jest? – zapytał, nie orientując się, póki słowa nie opuściły jego ust, że jego magia już zdążyła zidentyfikować zakapturzoną postać jako kobietę.

Czarownica poruszyła się, po czym wstała. Jej głos był tak niski i chropowaty, że Harry mógłby bez trudu pomylić jej płeć.

– Nazywam się Acies Lestrange. – Harry warknął i poruszył nadgarstkiem tak, że różdżka wypadła mu na dłoń, ale czarownica tylko pokręciła ze spokojem głową. – Nie. Nie musi się pan szykować do bronienia się przede mną. Rudolf i Rabastan są moimi naprawdę odległymi kuzynami. Nie jestem dziedzicem głównej rodziny, zaledwie jej odnóża. Nigdy nie byłam śmierciożerczynią. Ale i tak chciałam się z panem spotkać.

Harry odetchnął lekko.

– W porządku – powiedział. – Czemu?

– Pozwoli mi pan na siebie spojrzeć? – Acies podniosła rękę i złapała za rąbek swojego kaptura. – Patrzenie mi w oczy jest cokolwiek nieprzyjemne, ale wyjaśni więcej niż słowa kiedykolwiek byłyby w stanie. Na dobrą sprawę – dodała, po raz pierwszy z tonem humoru w jej głosie – nie sądzę, żeby mi pan uwierzył, jeśli pan nie spojrzy. A ponieważ jest pan vatesem, to już czuję z panem pewne powiązanie.

Harry zamrugał. Naprawdę niewielu ludzi wiedziało, że był vatesem.

– Kim pani jest?

– Tym – powiedziała Acies i odrzuciła swój kaptur.

Harry spojrzał jej w oczy, ale to nie była para ludzkich oczu. Lśniły, a intensywne ciepło zalało mu ciało, jakby płomień wyszedł z kominka. Harry poczuł zaraz po ogniu wiatr, a potem w jego uszach pojawił się stateczny ryk. Wyprostował kolana, żeby nie opaść na podłogę, ale i tak niewiele brakowało. Zgrzytnął zębami, kiedy pojawiła się muzyka podobna do tej, którą słyszał w Grimmauld Place, chociaż był pewien, że po swoim ostatnim słowie Acies nie otworzyła ust.

Nagle sensacje urwały się. Harry spojrzał w górę i zobaczył, że Acies ponownie zasłoniła się kapturem.

– Co to było? – szepnął Harry. Głos mu się trząsł. Spróbował odepchnąć od siebie szok i opanować się, ale okazało się to trudniejsze niż się spodziewał. Tylko pełnia, podczas której biegł przez las i mroczne wrota, przez które przeszedł w noc Walpurgii mogłyby rywalizować z dzikością, której przed chwilą doświadczył.

– Mam wrażenie, że teraz już mi pan uwierzy – powiedziała Acies. – Jeden z moich przodków nabrał obsesji na punkcie krzyżowania krwi magicznych stworzeń i ich zdolności z naszą linią. Niestety, istnieje bardzo niewielka ilość stworzeń, z którymi czarodzieje są w stanie mieć potomków. Kiedy już zapewnił swoim dzieciom te zdolności, ruszył za tymi, z którymi nie jesteśmy w stanie się fizycznie mnożyć. – Acies zaśmiała się i Harry wcale nie był zaskoczony, kiedy poczuł w powietrzu sugestię dymu. – Choćby nie wiem jak się starał, nie był w stanie sprawić, żeby którykolwiek z jego krewniaków przeżył kopulację, ale był w stanie powiązać ich umysły, co zaowocowało wymianą myśli między nimi. Wszystkie jego córki, poza jedną, zginęły od szoku. Przeżyła i miała dzieci, a niektórzy z nas wciąż czują myśli tego stworzenia. Niewielka nas część jest nim.

– I co to było za stworzenie? – zapytał Harry.

– Smok, panie Potter – powiedziała spokojnie Acies. – Najdziksze z magicznych stworzeń. Wyczułam cel, do którego pan zmierza i zobaczyłam pana z daleka. Chciałam zobaczyć pana z bliska, przekonać się, czy naprawdę jest pan vatesem, na którego tak długo czekaliśmy, czy też może po prostu kolejnym kłamstwem. Spojrzał mi pan w oczy i dowiódł pan, że jest pan tym, za co się podawał, kiedy pańska magia obwieszczała to światu. Dziękuję. – Odstąpiła od niego, po czym usiadła z powrotem na swoim krześle. – Uważam się teraz za pańską sojuszniczkę. Pieniądze, które są mi należne z rodziny Lestrange i dowolna pomoc, jaką mogę panu zaoferować, są do pańskiej dyspozycji.

Harry zamrugał, po czym zamrugał jeszcze raz. Kontakt z jej spojrzeniem niespodziewanie go otrzeźwił i sprawił, że czuł się bardziej swobodny niż był od dłuższego czasu, w dodatku wyglądało na to, że za naprawdę niewielką cenę zdobył właśnie kolejnego sojusznika.

– Dziękuję – powiedział niepewnie, po czym odwrócił się i spojrzał na Arabellę Zabini, która leżała obok Acies. – Nadobna pani pieśniarko. Co panią tu sprowadza?

Arabella uśmiechnęła się do niego łagodnie.

– Chciałam pana poinformować, panie Potter – powiedziała, w tym swoim głębokim, drżącym tonie – że posiadam książki, którymi może pan być zainteresowany, książki napisane w wężomowie.

Harry zamrugał.

– Jak je pani zdobyła? – Zastanawiał się, czy oni wszyscy tego przypadkiem nie zaplanowali, tylko po to, żeby go wyprowadzić z równowagi, ale naprawdę w to wątpił.

– Drogi panie Potter. – Arabella pochyliła głowę i spojrzała na niego przez kurtynę rzęs. – Dama nigdy nie wyjawia wszystkich swoich tajemnic. Niech więc panu wystarczy, że je mam. Chętnie podaruję panu jedną z nich, jeśli mi pan coś obieca. To będzie prosta obietnica, oczywiście, i to taka, którą myślę, że i tak by mi pan dał, ale wolę się upewnić. Nie mam najmniejszego zamiaru wiązać się z kimś, kto może działać wbrew moim interesom.

Harry zmarszczył brwi.

– Nie była pani śmierciożerczynią.

– Ale jestem mroczną czarownicą – powiedziała miękko Arabella. – Zarówno zadeklarowaną Mrokowi, jak i kimś, kto używa mrocznej magii, panie Potter. Przeprowadzam moje badania nad pieśniami w sposób, którego ministerstwo raczej nie pochwala, ponieważ moich piosenek można użyć do przekonywania innych do robienia wielu rzeczy, nawet jeśli tylko jedna z nich jest zdolna do czegoś takiego. Chcę od pana obietnicy, że nigdy się pan nie zadeklaruje Światłu. Już dość mieliśmy problemów, kiedy Dumbledore to zrobił. Tak długo, jak nie będzie pan miał zamiaru zostać kolejnym niebezpiecznym elementem, takim jak on, to naprawdę nie będzie mi przeszkadzało dowolne inne sprzymierzenie z czymkolwiek i kimkolwiek innym. Proszę tylko, żeby pan nie robił tej jednej rzeczy. Czy to prawda, że nie zamierza pan być taki jak on? – Harry zorientował się, że jej oczy lśniły jak Blaise'a, kiedy mówiła z pasją. Poza tym faktem wyglądała diametralnie różnie, zarówno żywiej jak i ciemniej niż Blaise.

– Tak, nie mam zamiaru być taki jak on – powiedział Harry. To przynajmniej mógł powiedzieć spokojnym głosem. – To byłaby śmierć moich ambicji jako vatesa. Nie, na Merlina i na moją magię, nie mam najmniejszego zamiaru zostać Świetlistym Panem.

Arabella uśmiechnęła się, jakby ktoś właśnie zaoferował ucałowanie jej dłoni.

– Bardzo dobrze, panie Potter – powiedziała. – W ciągu kilku najbliższych dni wyślę panu tę książkę. Tylko o tym chciałam z panem porozmawiać.

Harry kiwnął głową, po czym zwrócił się w kierunku Adalrico i Elfridy. Milicenta, która siedziała obok swoich rodziców, zaczęła coś mówić, ale jej matka jej przerwała. Jej oczy świeciły jej z mocą, której Harry się po niej nie spodziewał.

– Panie Potter – powiedziała Elfrida, obejmując rękami brzuch – przyszłam, żeby poprosić, by objął pan swoją opieką i formalnym sojuszem również dziecko, które noszę pod sercem.

Harry podniósł brwi.

– Pani Bulstrode – powiedział – zrobiłbym to i bez pani prośby, tak samo jak zakładam, że wy uważacie się za sojuszników dowolnego młodszego rodzeństwa czy kuzynostwa jakie mógłbym posiadać. Skąd u pani to wrażenie, że powinna pani o to dodatkowo zapytać?

Elfrida uśmiechnęła się do niego. Harry'emu dech zaparło, kiedy zobaczył jak bardzo zmieniło jej to twarz, która teraz mieniła się złoto–białą poświatą. Merlinie, ciekawe jak wygląda, kiedy faktycznie musi bronić swoich dzieci.

– Ponieważ – powiedziała z niezachwianą pewnością siebie – świat się będzie zmieniał w miarę, jak pan będzie rósł w siłę. Ja to wiem. Chciałabym, żeby moja druga córka znała tę magię od chwili narodzin. Chcę pana poprosić, żeby był pan obecny przy porodzie, a potem spędzał pan z nią czas jak tylko znajdzie pan wolną chwilę, tak żeby nigdy nie musiała dorastać w tej odrażającej miksturze strachu i fascynacji, którą tak wielu czarodziejów i czarownic czuje, przebywając w pobliżu ludzi posiadających potężną magię. – Nie spojrzała na Adalrico, ale Harry zauważył, że ten i tak się wzdrygnął. – Milicenta jest już w pańskim wieku, więc nie będzie miała okazji poznać pana w ten sam sposób co Marian. Ona będzie żyła w przyszłości, którą pan stworzy. Czy zrobi pan to? Wiem, że Marian będzie zaledwie jednym z wielu dzieci, na które wywrze pan wielki wpływ, ale jest też jedną z niewielu, które mają szansę dorosnąć bez tego strachu, który tak wiele zrujnował już w naszym świecie.

Harry poczuł, że jego spojrzenie ciepleje. Elfrida miała rację. Strach naprawdę kontrolował zbyt wiele w relacjach między zwykłymi czarodziejami i tymi potężnymi, od sposobu, w który śmierciożercy służyli Voldemortowi, po to, w jaki sposób potraktowali go matka z Dumbledore'em.

– Oczywiście, że to zrobię – powiedział cicho. – Jestem zaszczycony, pani Bulstrode, żałuję, że nie ma więcej matek tak oddanych swoim dzieciom jak pani.

Elfrida posłała mu oszałamiająco słodki uśmiech, po czym usiadła z powrotem. Adalrico odchrząknął z zakłopotaniem kiedy Harry na niego spojrzał.

– Ja tu byłem tak tylko na wypadek, gdybyś się nie zgodził – wymamrotał. – Ale tego nie zrobiłeś.

Harry odpowiedział podobnym parsknięciem, po czym odwrócił się w kierunku Malfoyów. Narcyza uśmiechnęła się do niego słabo.

– Przyszłam się po prostu z tobą zobaczyć, Harry – powiedziała. – Jak sobie radzisz?

Ach. Harry powinien był się domyślić, że Narcyza okaże się prawdopodobnie najcięższym wyzwaniem, któremu będzie musiał stawić w tym pokoju. Ostatecznie martwiła się o niego jak się spotkali w tamten weekend.

– Bardzo dobrze, pani Malfoy – powiedział.

Milicenta zakaszlała.

Narcyza przymrużyła oczy i pochyliła się do przodu.

– Naprawdę? – zapytała. – Harry, wiem, że zwykle poświęcasz sobie niezwykle mało uwagi, ale naprawdę powinieneś czasem się sobą zająć. Zdaję sobie sprawę z tego, że niechętnie rozmawiasz o sprawach prywatnych, więc pozwól, że zagaję o nasz sojusz. Jeśli się zapracujesz na śmierć, starając się być vatesem i obrońcą wszystkich, to nie będziesz w stanie nam pomóc. Pamiętaj o tym.

Harry odprężył się. Z tym też wiedział jak sobie poradzić.

– Oczywiście, że o tym pamiętam, pani Malfoy – powiedział. – Nigdy bym do tego nie dopuścił.

– Kłamca.

Harry podskoczył. Słowo nie nadeszło od Milicenty, ani nawet od Narcyzy, która przyglądała mu się z wyjątkowym niepokojem. Nadeszło od strony fotela, na którym siedziała Hawthorn Parkinson. Harry spojrzał na nią i zobaczył, że ta ma przymrużone oczy, a jej nos subtelnie węszy.

Przeklęte uroki, pomyślał Harry, marszcząc na nią brwi. Powinienem był przewidzieć, że nie oszukają wilkołaczego nosa. Czemu w żadnych książkach o urokach nie ma o zapachu, kiedy jest tyle o dźwięku i wyglądzie?

– Pachniesz, jakbyś był chory z przemęczenia – powiedziała cicho Hawthorn. – Domyślam się, że ukryłeś dowody, ale wiem, że tam są. Byłabym zaskoczona, gdyby ich nie było. Moja córka opisała mi w liście, ile się narobiłeś, żeby uratować swojego opiekuna, oraz o prywatnych lekcjach, które prowadzisz i jak wieloma innymi sprawami usiłujesz się zająć jednocześnie. Wszystko to przeciąża twój umysł i ciało, zajmuje ci czas i odbiera cierpliwość.

Przeklęta Pansy! Harry z wysiłkiem zachował spokój na twarzy.

– Inni ludzie już o tym ze mną rozmawiali, pani Parkinson – powiedział. – Obiecuję, sypiam więcej, a jedno z moich zmartwień niedawno się rozwiązało. – Draco skończył ten swój eliksir i jego przymuszenie zniknęło. Oczywiście, że jestem szczęśliwszy. – Jestem gotów podjąć się dowolnych obowiązków, jakich byście ode mnie wymagali. Nie zawiodę was. Jestem gotów to przysiąc na cokolwiek sobie życzycie.

– Bardziej martwimy się, że wykończysz się, usiłując dotrzymać danych nam obietnic, Harry – powiedziała łagodnie Narcyza, ściągając jego uwagę z powrotem na siebie. – Mam wrażenie, że czas najwyższy zaaranżować to, co wiem, że Parkinsonowie i Bulstrode'owie zorganizowali już w zeszłym roku. Poproszę Dracona, żeby ten miał cię na oku. – Zerknęła na Hawthorn. – I jestem pewna, że Hawthorn poprosi Pansy o to samo.

– Z przyjemnością się tego podejmiemy – powiedziała nieoczekiwanie Milicenta. – I tak już to robimy i wspominamy o tobie w listach, które piszemy do rodziców, Harry…

Przeklęta Milicenta. Harry rzucił jej mordercze spojrzenie, które spłynęło po niej jak po kaczce.

– Wydaje mi się jednak, że czas przejść z obserwacji do czynów. – Milicenta uśmiechnęła się do niego szczerze. – Przecież niewiele będzie nas kosztowało upewnienie się, że poszedłeś spać o normalnej porze, czy pilnowanie, żebyś się nie przemęczył, prawda, Harry? Ostatecznie już sam wspomniałeś, że podjąłeś już kroki w tym kierunku.

– Nie potrzebuję nianiek – powiedział Harry, który nie był w stanie już dłużej pomijać tego milczeniem. Odwrócił się w stronę Lucjusza, który przez cały czas się nie odzywał, siedział tylko i przyglądał mu się uważnie. – Proszę pana, prowadzimy taniec sojuszu już od niemal dwóch lat – powiedział cicho. – W Wigilię dobiegnie on końca. Nie rozpocząłby pan tego tańca ze mną, gdyby nie uważał pan mnie za równego sobie, prawda? Wie pan przecież, że nie jestem dzieckiem, nie potrzebuję nianiek.

Lucjusz powoli pokręcił głową, ledwie sprawiając, że jego długie włosy się poruszyły. Harry odprężył się. Zwrócił uwagę wszystkich na Lucjusza, zmuszając go do przyznania, że uważa Harry'ego za równego sobie, inaczej ryzykowałby podważenie własnego honoru, ale i tak podziałało. Na pewno pozostali będą musieli teraz uznać, że skoro Lucjusz szanuje go jako równego sobie, to nie potrzebni mu będą opiekunowie.

– Ufam, że jest pan kompetentnym tancerzem, panie Potter – powiedział Lucjusz. – Przybyłem tu zaledwie po to, żeby się upewnić, że nie zmienił pan zdania w kwestii podarowania mi dowolnej rzeczy, o którą poproszę w tę Wigilię.

Harry odprężył się jeszcze bardziej. Lucjusz jest przewidywalny. Nie bezpieczny, ale Harry znał każdy krok tego tańca i był w stanie wziąć w nim udział bez obawy, że ktoś się nagle zwróci przeciwko niemu.

– Nie, proszę pana – powiedział. – Obiecałem to z wdzięczności za wszystko, co pan dla mnie zrobił – przez co miał na myśli zgodę na uwolnienie Zgredka – i mam zamiar dotrzymać danego słowa.

Lucjusz kiwnął głową. Następnie się uśmiechnął. Harry cofnął się o krok. Lucjusz nie powinien się tak uśmiechać.

– To rzekłszy – mruknął Lucjusz – na nic by mi się nie zdało, gdyby pan się przepracował i padł z wycieńczenia, jak to miało miejsce w czasie świąt zanim zaczęliśmy nasz taniec sojuszu, kiedy to spędził pan cały dzień w skrzydle szpitalnym. Nie mam ochoty otrzymywać czegokolwiek od sojusznika, który nie jest w stanie ustać na nogach. To by źle zadziałało na mój wizerunek. Sugeruję więc, żeby pan pozwolił swoim przyjaciołom się doglądać, panie Potter. Nie ma w tym żadnego wstydu. Wszyscy najpotężniejsi czarodzieje mieli zaufaną straż przyboczną. – Oczy błysnęły mu na moment, a jego prawa dłoń drgnęła, jakby chciał dotknąć Mrocznego Znaku na swoim lewym przedramieniu. – Ich relacje z nimi były definiowane przez ich własne dusze. Mroczny Pan robił… to, co robił. Dumbledore nikogo nie postrzega jako równego sobie, wszystkimi usiłuje manipulować. Jeśli wziąć pod uwagę fakt, że dopiero co się pan zadeklarował, że nigdy nie zostanie Świetlistym Panem i ma pan zamiar pomagać wszystkim wokół siebie, mam wrażenie, że układ zawiązany za zgodą obu stron zadowoliłby wszystkich tu obecnych.

Harry spiął się. Jego umysł zaczął wirować, ale tylko przez chwilę.

Nie wywinę się od tego.

Zmusił się do spokojniejszego oddechu i powiedział sobie, że przecież mogło być gorzej. No to więcej ludzi będzie mu się przyglądało, nie tylko jedna. To nie oznaczało, że ktokolwiek z nich będzie w stanie zobaczyć prawdę. Nikt nie dowie się, co zrobili Lily i James. Tego akurat dopilnuje sam. Nikt też nie musiał towarzyszyć mu podczas spotkań z magicznymi stworzeniami w lesie; Harry mógł przecież zwrócić im uwagę na to, że te stworzenia nie przepadają za czarodziejami i zmusić swoje niańki do pozostania w zamku. Podczas lekcji i tak był obserwowany. Będzie mógł wykorzystać swoją magię do zapewnienia sobie prywatności na czas pisania tego listu, który miał wysłać kilka dni po Halloween.

Najciężej będzie ukryć koszmary, pomyślał, zwłaszcza jeśli nie tylko Draco, ale i Blaise zacznie mnie obserwować. Ale przecież i tak muszę popracować nad iluzjami i urokami.

Spojrzał Lucjuszowi w oczy i przytaknął.

– Jeśli pan się z nimi zgadza, to ufam pańskiemu osądowi.

Zobaczył zaskoczenie na twarzach Hawthorn i Narcyzy, zanim te zdążyły je ukryć. Harry zdobył się na uśmiech dla nich.

Nie zobaczą niczego, czego nie będę chciał, żeby zobaczyli. Bardziej się martwię tym, jak przekonać tę całą Verę do tego, żeby w ogóle na mnie nie patrzyła.

– Czy ktoś jeszcze czegoś ode mnie potrzebuje? – zapytał, zastanawiając się, czy spotkanie nie dobiegnie teraz końca, bo wtedy będzie mógł wyjść i zobaczyć się z Peterem i wieszczką.


Hawthorn oparła się wygodniej w fotelu i słuchała jak pozostali sojusznicy mówią po kolei, że nie, już załatwili wszystko z czym przyszli. Ona również pokręciła głową kiedy Harry spojrzał na nią z zainteresowaniem. Przyszła po prostu po to, żeby zobaczyć, czego chcieli inni i odnowić swoje więzi z Harrym, gdyby okazało się, że te tego potrzebują.

Zdajesz sobie sprawę z tego, że myślisz o nim jak o Harrym?

Zdawała sobie z tego sprawę, ale miała wrażenie, że niewiele mogła na to poradzić. Nigdy nie przypuszczała, że tak się przywiąże do tego dziecka, zwłaszcza biorąc pod uwagę jego potęgę. Bycie śmierciożercą nigdy w ten sposób nie wyglądało, nie mogło w ten sposób wyglądać.

W dodatku miał w sobie osobliwą determinację, przez którą był skłonny prędzej się zamęczyć na śmierć, niż pozwolić komuś ucierpieć. Bronić, chronić i służyć, napisała mu kiedyś Narcyza i chłopak zdawał się wziąć te słowa do serca bardziej niż ktokolwiek znany Hawthorn, która nie była nawet pewna, czy kiedykolwiek czytała o kimś takim.

Nawet, jeśli teraz wygrali, Hawthorn miała wrażenie, że utracili co innego. Była w stanie wywęszyć determinację Harry'ego i domyślała się, że teraz planował kryć się jeszcze skrzętniej niż do tej pory.

Możliwe, że będę w stanie coś zrobić w związku z tym, pomyślała. Nie będzie w stanie odeprzeć "niebezpieczeństwo", jeśli nie będzie wiedział, z której strony ono nadciągnie.

Ostatecznie, jeśli jest nam aż tak oddany, to możemy chociaż tyle dla niego zrobić, że będziemy równie oddani jemu i złapiemy go, kiedy zacznie upadać, dokładnie w ten sam sposób, w jaki on by złapał nas.