Lojalnie uprzedzam: ten rozdział kończy się cliffhangerem. Jest również wyjątkowo bolesny.
Rozdział dwudziesty siódmy: Jakie jest Światło
Harry wyszedł z pokoju życzeń i zorientował się nagle, że Peter nie powiedział, gdzie będzie na niego czekać z Verą. No, w najgorszym przypadku będzie to musiało mieć miejsce gdzieś poza szkołą, bo podejrzewam, że Dumbledore wciąż nie zdjął tych osłon, które nie pozwalały Peterowi na wstęp do zamku.
Wyciągnął różdżkę z kieszeni.
– Wskaż mi Petera Pettigrew – mruknął.
Jego różdżka zakręciła się raz na dłoni, po czym zaczęła wskazywać statecznie w kierunku drzwi wejściowych. Harry kiwnął głową i zrobił krok przed siebie.
Ręka Milicenty złapała go za ramię, zatrzymując go nagle w miejscu.
– A ty gdzie się wybierasz, Harry? – zapytała z fałszywą wesołością. – Powiedziałeś nam przecież, że ostatnio próbujesz się lepiej wysypiać. Mam wrażenie, że lepiej ci się będzie spało, kiedy wrócisz do naszego pokoju wspólnego, zamiast lunatykowania po korytarzach.
Harry zgrzytnął zębami i poruszył mocno ramieniem, okrężny ruch ręki, którego jego matka go nauczyła do wyrywania się z uchwytu wroga. Zadziałało teraz, ręka Milicenty opadła.
– Mam jeszcze jedno spotkanie – syknął na nią. Jej oczy otworzyły się szeroko, Harry jeszcze nigdy nie widział, żeby tak na niego patrzyła. – Nie musisz wszędzie za mną łazić, a już na pewno nie potrzebuję, żebyś się wtrącała w sprawy, które obiecałem innym ludziom.
Milicenta po prostu odprowadziła go wzrokiem. Harry zastanawiał się, czy planowała go przesłuchać po powrocie do Slytherinu, czy też może po prostu uznała, że w tej chwili i tak nie będzie w stanie go powstrzymać. Nie robił sobie jednak nadziei na to, że już nigdy więcej nie będzie się wtrącała, czy próbowała go opóźnić.
Harry wyminął patrolujących korytarze profesorów i prefektów, kryjąc się pod zaklęciem kameleona ilekroć zachodziła taka potrzeba. Wrota Hogwartu wciąż były otwarte, więc wyszedł nimi na zewnątrz. Zmusił się jednak do zatrzymania się na chwilę i odetchnięcia słodkim powietrzem wolności.
No, może nie aż takim słodkim, pomyślał, krzywiąc się, kiedy dobiegł go bogaty zapach koni, które były wcześniej zaprzęgnięte do powozów Beauxbatons.
Harry odwrócił się i omiótł wzrokiem błonia, skupiając się na kierunku, który wskazywała mu różdżka, ale niczego nie był w stanie zobaczyć. Oczywiście, Peter był prawdopodobnie szczurem i sam też pewnie nie byłby w stanie zobaczyć ukrytego pod zaklęciem Harry'ego. Harry pokręcił głową i opuścił zaklęcie.
– Peter? – zapytał tak głośno, jak tylko śmiał.
Zobaczył niewielkie poruszenie po swojej lewej, po czym w trawie mignął mu nagle szary szczur, biegnący nisko przy ziemi – ruch, który nauczył się rozpoznawać w zeszłym roku. Szczur przysiadł na moment, jakby chcąc oczyścić sobie wąsiki i wykonał łapką gest w jego kierunku. Harry uśmiechnął się i podążył za nim.
Peter poprowadził go wzdłuż muru, w kierunku wieży Gryffindoru i zmienił się z powrotem w człowieka jak tylko wrota wejściowe zniknęły im z zasięgu wzroku. Spędził chwilę na szamotaniu się i dostosowywaniu długości swoich kończyn nim wreszcie odwrócił się w kierunku Harry'ego i wyciągnął do niego rękę.
– Peter – powiedział Harry, ściskając mu dłoń na powitanie. – Dobrze wyglądasz.
I naprawdę tak było. Jego twarz nie była już wychudzona i zastraszona jak w zeszłym roku, a jego niebieskie oczy były pełne dobrego humoru. Harry był pod wrażeniem tego, jak wiele dobrego przyniosło mu tych kilka miesięcy z dala od aurorów i dementorów. Nawet jego uśmiech był swobodniejszy, głębszy, cieplejszy.
– Harry – powiedział Peter. – Tak, czuję się znacznie lepiej, tym bardziej, że udało mi się z tobą zobaczyć. Sanktuarium to nadzwyczajne miejsce. Odpoczynek tam to prawdziwy odpoczynek, bez tego popielowatego uczucia, że się zmarnowało zbyt wiele godzin na sen, które miałem zanim tam trafiłem. Wieszcze widzą dokładnie jakiego rodzaju światło jest ci potrzebne, ile poduszek powinno leżeć na twoim łóżku, żebyś się czuł komfortowo, a kiedy napada cię bezsenność albo strach, zawsze w pobliżu jest ktoś, z kim można porozmawiać. Sanktuarium nie ma normalnego cyklu dnia i nocy przez to, że jest tak otoczone cieniami. – Peter uśmiechnął się z rozmarzeniem. – Nigdy nie sądziłem, że po Azkabanie spodoba mi się w jakimś odciętym od świata miejscu, ale jakże się myliłem.
Harry czuł, że sam zaczyna się rozluźniać, zarówno na widok oczywistej radości i spokoju na twarzy Petera, jak i faktu, że wieszczki wciąż nie było nigdzie widać.
– Gdzie jest Vera? – zapytał, tak tylko żeby się upewnić.
– Zaraz do nas dołączy – powiedział Peter i uśmiechnął się do niego. – Już jestem niemal kompletnie wyleczony. Ale sieć feniksa dalej tam siedzi. A skoro to jest sieć, a ty jesteś na dobrej drodze do zostania vatesem, to pomyślałem, że pewnie dasz radę ją zniszczyć.
Harry zamrugał, zastanawiając się skąd Peter wie o jego postępach na drodze do zostania vatesem i nagle przypomniał sobie, że przecież Peter wspomniał w swoim liście, że Remus tam do niego dołączył. No tak. Pewnie powiedział mu o tym, jak zdjąłem Obliviate z jego umysłu.
– Spróbuję – powiedział Harry. – Ale jeśli zacznie cię boleć, to musisz mi od razu powiedzieć. Wciąż nie mam wprawy w niszczeniu sieci.
Peter zaśmiał się.
– Dzieliłem się z tobą moim bólem już w zeszłym roku, ilekroć coś mi się stało, Harry – powiedział, siadając. – W Sanktuarium tylko nauczyłem się, jak być jeszcze bardziej szczerym. No chodź, daję ci swoją zgodę na użycie na mnie legilimencji.
Harry kiwnął głową i ujął w dłonie głowę Petera. Peter spojrzał mu w oczy z zaufaniem. To dało Harry'emu znacznie więcej pewności siebie niż normalnie, dzięki czemu łatwiej mu było pochylić się i szepnąć:
– Legilimens.
Poczuł znajome wrażenie wiatru porywającego go do przodu i nagle unosił się w miejscu kompletnie mu nieznanym. W zeszłym roku umysł Petera przypominał Azkaban, włącznie z brudnymi, szarymi ścianami i długimi korytarzami pełnymi zamkniętych cel.
To miejsce było białe i przytulne w sposób, który nadawał mu niemal wrażenie prawdziwego domu, z łukowatym zwieńczeniem nad drzwiami wejściowymi, które były lekko uchylone, jakby zapraszając każdego do środka. Harry był w stanie zobaczyć przez jedne z drzwi błyszczące skarby i miał wrażenie, że to musiały być najnowsze wspomnienia Petera. Pozostałe leżały nieco z tyłu, w cieniach, ale nie wyglądało, jakby to miało jakieś większe znaczenie; Peter prawdopodobnie by mu je udostępnił, gdyby Harry tylko o to poprosił. Światło pochodziło z nieznanego źródła, ale sprawiało, że leżące na tapczanach, jasnoszare poduszki błyszczały, kiedy je mijał, podobnie jak kremowe dywany i wiele innych odcieni, które były na tyle różnorodne, że żaden pokój nie wydawał się nudny. Harry zastanawiał się, czy Peter sam ułożył swój umysł na wzór Sanktuarium, czy też może był to naturalny wpływ tego miejsca. Tak czy inaczej, jego słowa o tym, jak tam było spokojnie, wydawały się teraz Harry'emu znacznie bardziej prawdziwe.
Jedyne, co w tej całej bieli było wybitnie nie na miejscu, to sieć feniksa, parszywy, włochaty, złoty pająk, przyczajony w kącie jednego z pokojów. Harry zmarszczył brwi, ruszając w jego kierunku i wyciągając w jego stronę rękę.
– Musisz się stąd wynieść – powiedział jej.
W odpowiedzi otrzymał klekot i syk odmowy, a sieć skuliła się, demonstrując ostatnią część umysłu Petera, której wciąż się trzymała. Harry pokręcił głową i przyklęknął nad nią, przyglądając jej się. Tkwiła w niej maleńka figurka. Po chwili Harry zorientował się, że to replika jego samego.
Harry zamrugał i kiwnął głową. Oczywiście że tak. Peter zdołał uciec z Azkabanu dlatego, że skupił swoją sieć na obowiązku opiekowania się i chronienia mnie, zamiast obowiązku ratowania jego przyjaciół. Nic dziwnego, że jestem kotwicą tego cholerstwa.
Harry opuścił rękę i złapał nią sieć. Ta zasyczała na niego i zrobiła ruch, jakby chciała się owinąć wokół jego przedramienia.
W odpowiedzi wezwał to, co nazywał umysłem vatesa. Dotykające go kosmyki sieci momentalnie obumarły i opadły. Jej złote resztki zadrżały i wydały z siebie pełną drżenia pieśń niepokoju, która pewnie by i sprawiła, że Harry by się zawahał, gdyby nie to, że kiedyś słyszał podobną we własnej głowie.
– Nie – powiedział. – W ogóle nie powinno cię tu być. A już na pewno nie powinnaś byłą tu być tak długo. Wypad.
Cofnął się o krok i owinął drugą dłoń wokół pierwszej. Sieć pojaśniała z desperacją i wystrzeliła kolejny kosmyk w kierunku dywanu. Harry szarpnął w bok i sieć musiała się wycofać zanim znalazła sobie nowe miejsce do zakotwiczenia się. Harry zamknął oczy.
Skupił się na tym, jak brzmiała pieśń prawdziwego feniksa, taką, jaką ją pamiętał, kiedy kładła go do snu tego lata, przed porwaniem, śmierciożercami, aresztowaniem Snape'a i wszystkimi innymi elementami tego bałaganu. Pieśń rozbrzmiała w jego wyobraźni, czysta i niewinna, i zagłuszyła jękliwy dysonans sieci, która starała się wykorzystać ją do swojej obrony.
Prawdziwa piosenka pokonała fałszywą w chwilę i nagle sieć rozpadła mu się w palcach. Harry otworzył oczy i zobaczył, że trzyma nic więcej jak garść złotego pyłu, a jego replika zajęła swoje miejsce pośród starych wspomnień w jednym z białych pokojów, nie mniej ważna od wszystkich pozostałych, ale też, na szczęście, już też nie powód, dla którego Peter miałby żyć.
Harry uśmiechnął się, rozrzucił pył w cienie, ostrożnie, tak by nie miała szans się więcej ułożyć w sieć, po czym zrobił krok w tył, mrucząc jedno słowo i wychodząc z niezwykle ciepłego i przyjemnie oświetlonego umysłu Petera.
Otworzył oczy, mrugał przez chwilę i wreszcie zdołał skupić wzrok na Peterze, który rozglądał się z oszołomieniem. Peter czuł się, jakby ktoś przywalił mu ogromnym młotem w bok głowy, ale guz szybko się wchłonął i stał częścią jego samego.
– Co za… wspaniałe uczucie – wymamrotał. – Jak wolność. – Spojrzał Harry'emu w oczy, a Harry był rozdarty między dumą a zawstydzeniem, kiedy zobaczył na jego twarzy podziw. – Nie sądziłem, że to będzie takie proste.
Harry wzruszył ramionami i odwrócił się lekko, tak żeby nie musieć patrzeć Peterowi w oczy.
– Jeszcze w zeszłym roku by nie było – powiedział. – Sieć więżącą wspomnienia Remusa zerwałem za szybko i pozwoliłem wszystkim emocjom wpłynąć na raz. A wieszcze musieli porządnie osłabić twoją sieć. Zerwanie jej nie było takie trudne.
– Dziękuję, że zwróciłeś mi moją wolność, Harry – powiedział Peter. – A teraz zajmijmy się tym, po co tu przyszedłem. – Usiadł z powrotem na trawie.
Harry odwrócił się z powrotem w jego stronę.
– Nie sądzisz, że powinniśmy najpierw znaleźć jakieś schronienie? – zapytał.
Peter pokręcił głową.
– Nikt nie ma żadnego powodu, żeby tutaj przyjść, a nawet jeśli, to łatwo będzie nam się schować. – Położył specyficzny nacisk na ostatnie słowo, czego Harry nie zrozumiał, cały czas gapiąc się na niego.
Harry kiwnął powoli głową, nie do końca rozumiejąc co się dzieje.
– Co masz na myśli, to po co tu przyszedłeś? – dodał, kiedy jego uszy wreszcie dostarczyły tę część zdania do mózgu. – Wydawało mi się, że chciałeś pozbyć się sieci feniksa.
– To tak, ale chciałem też się z tobą zobaczyć. – Peter pochylił się do przodu i położył jedną dłoń na drugiej. – Harry, nie możesz tak po prostu przyjmować ciągle na klatę kolejnych ciosów, zwłaszcza tego kalibru, jak w ostatnich miesiącach, i żyć jakby nic się nie stało.
Harry zamrugał, lekko urażony, że Peter tak o nim myśli.
– Oczywiście, że mogę – powiedział. – Zostałem wytrenowany pod kątem siły i wytrzymałości, a ostatnimi czasy dodałem jeszcze do tego więcej siły. To miło, że się o mnie martwisz. – To była prawda. Świadomość, że ktoś jeszcze martwi się o niego, podczas gdy jego ojciec, Snape i Draco ostatnio zrobili się tacy dziwni, cieszyła go bardziej niż Harry byłby skłonny przyznać. – Ale naprawdę nie masz o co się martwić. Dobrze sobie radzę, naprawdę. Jak wszystko pójdzie dobrze, ministra odwołają ze stanowiska, a Snape wróci do domu po swojej rozprawie.
Peter po prostu pokręcił głową.
– Co? – Harry przełknął krzyk, który próbował się wydostać z jego gardła. – No co? – powiedział z większym naciskiem. – Czyżby jeden z wieszczów przepowiedział, że Snape już nigdy nie wróci do domu?
– To nie ten rodzaj wieszczy, pamiętasz? – Peter uśmiechnął się do niego, ale w jego minie było coś nieskończenie zmęczonego. – Widzą teraźniejszość, nie przyszłość. I nie, moje kręcenie głową nie miało nic wspólnego ze Snape'em, choć jeśli ktoś potrzebuje pogryzienia po kostkach, to właśnie on. Nie, po prostu martwię się o ciebie. Co byś pomyślał o kimś, komu się przydarzyło do wszystko, co się przytrafiło tobie w przeciągu ostatnich trzech miesięcy? Naprawdę byś pomyślał, że ktoś taki dobrze się trzyma, że dobrze sobie radzi?
Harry podniósł głowę. Znowu to? pomyślał z irytacją. Przynajmniej nie wygląda na to, żeby faktycznie przyprowadził ze sobą tę wieszczkę, jak mówił.
– Oczywiście że nie – powiedział. – Ale ja nie jestem tym kimś. Jestem sobą.
– Czyli jesteś lepszy od innych? – Głos Petera był niesłychanie suchy.
– Oczywiście że nie.
– Silniejszy od nich?
Harry pokręcił głową, starając się ułożyć w słowa to, co naprawdę czuł pod tym względem. Najprawdziwsze słowa były tymi, które ludzie zwykle zbywali, głównie dlatego, że nie rozumieli ich tak, jak on.
– Po prostu… nie znam ich tak dobrze jak znam siebie – powiedział w przypływie nagłej inspiracji. – Nie wiedziałbym na pewno, czy czują się tak dobrze jak twierdzą. Gdyby ktoś mi powiedział, że się już czegoś nie boi, a potem pokazał oznaki strachu, to podejrzewałbym, że mnie okłamuje. Ale ja wiem jak ja się czuję i wiem, że czuję się dobrze. Wiem, że mogę dalej pracować. – Uśmiechnął się do Petera. – W zeszłym roku ufałeś mi na tyle, żeby wyjawić mi tajemnice, które ciążyły ci na sercu przez dwanaście lat. Czemu teraz nie możesz mi zaufać? Nie widzisz, że wszystko ze mną w porządku?
– Bo z całą pewnością nie jest z tobą w porządku, Harry – odezwał się nagle głos zza niego. – Nie było z tobą w porządku odkąd skończyłeś półtora roku.
Harry poderwał się na nogi, instynktownie wysuwając się przed Petera. Wtedy zorientował, że ten się w ogóle nie poruszył, w ogóle nie był zaskoczony albo zdenerwowany. Posłał mu przez ramię zdradzone spojrzenie.
Peter spojrzał na niego kompletnie bez skruchy.
– Vera chciała okazji, żeby przez chwilę poprzyglądać ci się z daleka, Harry – powiedział. – Wieszcze są w stanie zobaczyć od razu całą prawdę na temat ludzkiej duszy, ale potrzebują trochę czasu, żeby przetrawić i zrozumieć to, co zobaczyli. Zgodziła się trzymać się z daleka kiedy zdejmowałeś ze mnie sieć.
– Okłamałeś mnie – warknął Harry, patrząc na niewielką, pulchną czarownicę, która szła w ich kierunku wzdłuż murów zamku. Wciąż była dość daleko, że nie był w stanie zobaczyć wyraźnie jej twarzy, ale był pewien, że patrzy na niego z troską – troską, którą powinna skierować w stronę kogoś innego, troską, która mogła wyjawić jej jego największe sekrety, jeśli tylko na to pozwoli, troską, która może go zachęcić do obnażenia swoich słabości, jeśli tylko spędzi w jej towarzystwie zbyt dużo czasu. Odsunął się od Very. – Zaufałem ci, a ty mnie okłamałeś.
Peter po prostu na niego spojrzał.
– Wcale cię nie okłamałem, Harry – powiedział cicho. – Ostrzegłem cię, że oboje cię odwiedzimy. Powiedziałem, że zaraz do nas dołączy. Uprzedziłem cię, że wieszcze mają dar absolutnej szczerości i absolutnego Światła. Nie wiem, czemu ci się wydawało, że będziesz w stanie się przed tym ukryć i prawdę mówiąc, nie rozumiem, czemu byś chciał. Jeśli chcesz zostać vatesem, to powinieneś dążyć do zrozumienia samego siebie. Nie dostaniesz ku temu lepszej okazji niż ta.
Harry zgrzytnął zębami. Merlinie, jak ja tego nienawidzę. Zawsze nienawidził tych chwil, kiedy dwa jego zobowiązania ciągnęły nim w przeciwnych kierunkach.
Jeśli naprawdę chciał zostać vatesem, to tak, powinien lepiej sam siebie zrozumieć, tak jak to sobie obiecał wtedy w sowiarni, kiedy jego własna sieć feniksa pękła. To, czym się zajmował, czyli uwalnianie magicznych stworzeń, było ważne dla tak wielu istnień, z czarodziejami włącznie. To z całą pewnością nie było coś, co chciałby porzucić.
Ale istniały pewne tajemnice, których nie powinien ujawniać światu – zwłaszcza te dotyczące jego rodziców. Jeśli ta wieszczka naprawdę była w stanie zobaczyć wszystko, to wiedziała już co zrobili Lily i James. Harry tego nie chciał. Zastanawiał się z niechęcią, jakie były szanse na to, że wieszczom się w sądzie wierzy bezgranicznie i nie zmusza się ich nawet do wzięcia veritaserum przed złożeniem zeznań.
Odwrócił się w stronę Very kiedy ta podeszła do niego i pochylił głowę, nie patrząc jej w oczy. Nie miał zamiaru uciekać, ale też nie widział powodu do okazywania jej uprzejmości.
– Jak się pani ma? – zapytał, celowo mrucząc pod nosem.
– Znacznie lepiej od ciebie – powiedziała Vera i jej ostry, rzeczowy ton skłonił Harry'ego do podniesienia głowy. Vera była kobietą, którą mógłby minąć na ulicy Hogsmeade i nawet nie zwrócić na nią uwagi. Jej twarz była spokojna i przeciętna, oznaczona lekkimi zmarszczkami od śmiechu i marszczenia brwi i mrużenia oczu podczas czytania pergaminów. Jej oczy były ciemnobrązowe, choć nie aż tak ciemne jak snape'owe. Miała brązowe włosy, upięte w elegancki kok z tyłu głowy. Nic w niej nie sugerowało, że była kimś, kto byłby w stanie wyrwać czarodziejowi jego tajemnice jednym tylko spojrzeniem.
– Nie wiem o co pani chodzi – powiedział Harry, zdeterminowany by blefować do samego końca. Może jeśli pokażę jej jak bardzo tego nie chcę, to się podda i uszanuje moją prywatność. – Ostatnio osiągnąłem naprawdę wiele i jestem z tego bardzo dumny. Jeden z moich przyjaciół wreszcie przestał być głupi. Spotkałem się z moimi sojusznikami i odesłałem ich zadowolonych. Wydaje mi się, że uda mi się odzyskać mojego opiekuna bez większych kłopotów ze strony ministerstwa.
Vera słuchała go z założonymi rękami. Jej obecność była bardzo solidna. Harry był już pewien, że choć mógłby ją minąć, nie zauważając w niej niczego nadzwyczajnego, to przynajmniej ściągnęłaby na siebie jego spojrzenie. Wyglądała, jakby nic nie było w stanie jej ruszyć z miejsca, jakby żaden widok nie był w stanie jej poruszyć. Harry podejrzewał, że to była dobra cecha dla kogoś, kto szedł przez świat zaglądając bez pytania ludziom do czaszek, a potem czepiał się tego, co tam znalazł.
– Wszystko to osiągnąłeś z kosztem dla siebie – powiedziała Vera, kiedy już miała pewność, że skończył. – Poddałeś czas i wysiłek, które mógł poświęcić ktokolwiek inny, co więcej, zgodziłeś się odpisać na list od kogoś, z kim nigdy więcej nie chciałeś mieć do czynienia i spędziłeś naprawdę wiele czasu na okłamywaniu ludzi, nieprawdaż? Nie chcesz, żeby ktokolwiek się o ciebie martwił. Czemu? Czemu ktoś, kto się tak męczy dla dobra innych, nie pozwala im zauważyć tego, co robi, żeby mogli to należycie docenić?
– Zamknij się – powiedział Harry i szybko zamknął usta. Nie chciał być aż tak nieuprzejmy, naprawdę nie chciał, ale to... to było po prostu za wiele. Odsunął się od niej o krok i poczuł jak dłoń Petera zaciska mu się na ramieniu, delikatnie ale niewzruszenie.
– Harry – wymamrotał Peter – po prostu jej wysłuchaj. To ona przekonała mnie, że nie jestem zły dlatego, że spełniam rozkaz, który przyjąłem przez wzgląd na moją miłość i potrzebę chronienia przyjaciół. Wspominałem jej słowa przez cały mój pobyt w Azkabanie i między innymi dzięki nim udało mi się zebrać w sobie odwagę, żeby się stamtąd wydostać.
– Nie chcę, żeby się na mnie patrzyła – powiedział Harry.
– Za późno na to, Harry. – Głos Very był łagodny. – Już cię zobaczyłam. Ale ty w ogóle nie lubisz, kiedy ktokolwiek się na ciebie patrzy, nieprawdaż? To uwarunkowanie twojej matki wciąż bardzo silnie w tobie siedzi. Odbijasz uwagę od siebie do innych ludzi, uważając, że ich problemy są gorsze od twoich. Chcesz, żeby wszyscy patrzyli na Connora, a nie na ciebie, nawet kiedy zrobisz coś wyjątkowego. Nie chcesz, żeby ktokolwiek odkrył jak wiele sekretów w sobie nosisz, nawet kiedy te powoli cię wyniszczają.
Harry słyszał jak jego własny oddech ucieka mu z płuc w przerażonym, chaotycznym tempie. Nie pozwolił sobie poddać się pokusie odsunięcia się, ucieczki, albo zrobienia czegoś niefortunnego. Musiał przez to przejść, zwłaszcza jeśli Vera znała już wszystkie jego tajemnice. Musiał ją przynajmniej przekonać do tego, żeby nikomu o nich nie mówiła.
– To nie była jej wina – powiedział Verze. – To... nie było najlepsze, co mogła zrobić w tej sytuacji, ale wydawało jej się wtedy, że to było niezbędne do chronienia Connora. Musiałem się ukryć, tak żeby nikt nie zwrócił na mnie uwagi, planując ataki na mojego brata.
– A teraz? – zapytała Vera. – Teraz, kiedy już przyjąłeś do wiadomości, że twój brat może nie być tym, który będzie potrzebował opieki, czemu wciąż usiłujesz pozostać w cieniu? Twoja magia jest naprawdę potężna, Harry. Tak wiele mógłbyś osiągnąć, gdybyś tylko to zaakceptował i przyjął pozycję przywódcy, do czego tak wielu ludzi już cię zachęcało.
Harry obnażył zęby. Mogę to wyjaśnić, ale przecież nie zrozumieją.
– Ludzie są naprawdę wspaniali – powiedział Verze. – A to już brzmi strasznie głupio.
Vera po prostu podniosła brwi.
– Już widziałam twoje usprawiedliwienia, Harry – powiedziała. – Wyjaśnij. Obiecuję ci, nie powiem ci, że cokolwiek co powiesz, brzmi głupio. Wiele innych spraw w twojej duszy kryje się za znacznie bardziej bezsensownymi wyjaśnieniami, jak na przykład to, co ci zrobili twoi rodzice. – Jej twarz po raz pierwszy pociemniała, a ona sama przymrużyła oczy. – Chciałabym spojrzeć im w dusze, gdyby tylko tu byli, chcę zobaczyć, jak to wyglądało z ich strony. Jestem pewna, że znalazłabym tam jeszcze gorsze i bardziej pokręcone wytłumaczenia.
– Chcesz usłyszeć to, co mam do powiedzenia, czy wolisz tak stać i obrażać moich rodziców? – zażądał Harry.
– To pierwsze, oczywiście – powiedziała Vera. – Po raz pierwszy powiedziałeś to na głos, Harry. Nadzwyczajne, nieprawdaż?
Harry skrzywił się na nią. Wiem, o czym mówię i tylko dla mnie to powinno mieć sens. Co za różnica, czy ktoś inny o tym usłyszy czy nie?
– Ludzie są naprawdę wspaniali – powiedział statecznym głosem, ignorując jęczący puls w jego głowie, który przypominał mu jak kretyńsko te myśli brzmiały ilekroć starał się je ubrać w słowa. – Mają... mają swoje własne dusze, swoje własne wewnętrzne światy. Ich istnienie ma znaczenie na tym świecie. Wszyscy są piękni, jeśli się na nich odpowiednio spojrzy. Nawet kiedy krzywdzą innych ludzi, tylko niektórzy robią to tylko po to, żeby ich skrzywdzić, jak Voldemort czy Bellatrix Lestrange. Zwykle jednak mają swoje własne powody. Tych powodów można wysłuchać i je zrozumieć. Chcę ich chronić. Chcę nie dopuścić do tego, żeby ludzie krzywdzili innych ludzi, oczywiście, ale chcę też im wybaczyć i znaleźć jakiś sposób na to, żeby oni sami byli w stanie sobie wybaczyć i żyć dalej, zamiast zamykać ich w Azkabanie, czy innym tego typu miejscu. Azkaban to takie koszmarne marnotrawstwo. Tak wiele potencjału jest w kimś takim jak Snape, którego ludzie po prostu lekceważą tylko dlatego, że w pewnym momencie swojego życia był śmierciożercą, albo w Draco, którego ktoś może zlekceważyć tylko przez wzgląd na jego nazwisko i reputację jego rodziny, albo w Peterze, o którym wszyscy myśleli, że jest po prostu kryminalistą i nikim więcej. – Harry spojrzał na Verę, pragnąc ją skłonić do zrozumienia. – Myślę, że większość ludzi jest w stanie wyleczyć się z ran, które zadali samym sobie, zmienić się, wrócić i spróbować od nowa. Nikt nie przestaje się zmieniać aż do śmierci. Powinni mieć przed sobą jeszcze tak wiele wyborów. Powinni mieć przed sobą tak wiele ścieżek. I to się tyczy wszystkich. Jeśli zostanę przywódcą, to odetnę ścieżki ludziom, którzy zaczną uważać, że są mi winni posłuszeństwo po prostu przez wzgląd na moją siłę. – Harry prychnął i pokręcił głową. – Moc jest dobra tylko wtedy, kiedy służy ludziom to poszerzania ich horyzontów, a nie kiedy ma być... nie wiem, rzucana wokół, kształtowana w ładne światełka, czy co tam.
Vera przez dłuższy czas przyglądała mu się w ciszy. Harry w zamian przyglądał się jej. W miarę mijania sekund, zaczął dochodzić do wniosku, że ona naprawdę zdawała się rozumieć. Nie był w stanie poradzić już na to, że poznała jego tajemnice, ale być może, jeśli przynajmniej jedna osoba naprawdę zrozumie i podzieli to, w co on wierzy...
– Wszyscy, Harry? – powiedziała nagle Vera bardzo cicho. – Wszyscy na to zasługują?
Harry zmarszczył brwi.
– Wygląda na to, że twój wzrok jest jednak wadliwy – powiedział. – Tak, wszyscy. Włącznie z byłymi śmierciożercami. Wydawało mi się, że tyle sama rozumiesz, skoro zaprosiłaś Petera do Sanktuarium. – Poczuł jak ręka Petera zaciska się na moment na jego nadgarstku, ale nie spojrzał na niego. Wciąż był na niego zirytowany.
Vera podeszła kilka kroków bliżej i usiadła na trawie, zdając się nie zauważać tego jak zimna i mokra ona była. Jej oczy były łagodne i pełne smutku.
– Jeśli wszyscy na to zasługują – szepnęła Vera – to czemu ty na to nie zasługujesz, Harry?
Harry odwrócił od niej głowę.
– Po prostu zapytałam – powiedziała Vera. – To było bardzo proste pytanie, Harry. Zachęcasz innych ludzi do tego, żeby byli do pewnego stopnia samolubni i odkrywasz całe ich dzikie piękno, które są w stanie z siebie wydobyć. Czemu w takim razie nie chcesz pozwolić sobie na odkrycie, jak wiele piękna kryje się w twojej własnej duszy?
– Ja to co innego – powiedział Harry. – To mnie nie dotyczy. – Och, Merlinie, ależ on tego nie znosił. Czuł się, jakby ktoś go obdzierał ze skóry, pasek po pasku, odsłaniając jego duszę. Nie, to musi być coś głębszego niż moja dusza. Ją już widziała.
– Powiedz mi, czemu – powiedziała Vera.
– Skoro już to widziałaś, to czemu sama mi nie powiesz? – Harry'emu wydawało się, że jak będzie opryskliwy to ją od siebie odstraszy. Działało to na większość ludzi. Było jedną z jego ulubionych technik odwracających uwagę. Rozmówcy zaczynali być źli na niegrzecznego człowieka i nie myśleli spokojnie, albo uznawali, że ktoś opryskliwy i nadąsany nie zasługuje na ich pomoc.
– Dobrze – powiedziała Vera.
Nie! Nie, niech to Merlin przeklnie, wcale nie chciałem, żeby to powiedziała! Harry obrócił się znowu, chociaż sam nie wiedział, co chciał w tym momencie zrobić. Może miał zaklęcie na końcu języka, może nawet chciał uderzyć nim w Verę. Nie odkrył też, czym by się to skończyło, ponieważ Peter go objął mocno obiema rękami i Harry nie mógł zrobić czegoś, co skrzywdziłoby też Petera. Miotał się nieszczęśliwie przez moment, ale uchwyt Petera był naprawdę mocny.
– Nie potrafisz sobie wyobrazić sytuacji, w której byłbyś równy wszystkim innym – powiedziała Vera głosem niskim i bezlitosnym. – Uważasz, że nie jesteś godzien miłości, o ile nie robisz czegoś dla ludzi, a nawet wtedy oczekujesz, że ta miłość zostanie ci odebrana jak tylko kogoś zawiedziesz, albo się w czymś pomylisz. Chcesz, żeby inni uważali na swoje zdrowie, ale nie obchodzi cię twoje własne, tak długo jak przeciążanie go w jakiś sposób komuś służy. Jesteś gotów wybaczyć innym najgorsze obelgi i krzywdy, które mogliby ci zadać, nawet maltretowanie, które było niewybaczalne, ale bezlitośnie karcisz się przy najdrobniejszych błędach. Zainterweniowałbyś momentalnie, gdyby ktoś przeszedł to, co ty. Kiedy to ciebie spotyka, postrzegasz to jako coś normalnego. Jesteś zainteresowany duszami innych ludzi do stopnia, w którym jesteś gotów w nich utonąć, ale uważasz, że nikt nie powinien znać twojej, ponieważ jest brzydka i nieinteresująca. – Zamilkła na moment. – To chyba z grubsza wszystko, Harry, to jest trzon ciebie. Naprawdę nie postrzegasz siebie jako człowieka, co?
Merlinie, ależ to bolało i Harry chciał tylko, żeby ona wreszcie przestała. Złapał oddech i zrobił co tylko było w jego mocy, żeby odsunąć ten ból od siebie, zwłaszcza, że ręce Petera zacisnęły się wokół Harry'ego niemal boleśnie, a ten wydawał z siebie jakieś absurdalne, przerażone dźwięki.
– Oczywiście, że postrzegam – powiedział, ale jego gardło było tak ściśnięte, że prawie nie mógł mówić. – Mam jedną głowę, dwie ręce, dwie nogi, oczy, nos i uszy we właściwych miejscach...
Vera wyciągnęła rękę i położyła mu dłoń na czole.
– Harry – powiedziała. Jej głos miał pogłos łez. – Nigdy tak naprawdę nie pozwoliłeś się sobie wyleczyć. Zniszczyłeś kilka sieci i niektóre bariery, które cię spowalniały, ale nie wszystkie – tak naprawdę, te, które zniszczyłeś, to były niemal wszystkie te, które powstrzymywałyby cię przed próbami służenia tak wielu ludziom jak to tylko możliwe. Zmieniłeś punkt widzenia ze służenia swojemu bratu na służenie innym. Wciąż nie uważasz, że jesteś wart odpoczynku, spokoju, relaksacji czy miłości. A nie ma ku temu żadnego powodu, żebyś nie miał do nich dostępu, a przynajmniej żadnych logicznych, którymi mógłbyś to sobie wytłumaczyć. Wiesz o tym dobrze i właśnie dlatego nie chciałeś, żebym je wymówiła na głos. Kiedy zostały przed tobą tak wyłożone, nie mogłeś się już dłużej kryć z faktem, że są nielogiczne.
Harry wykręcił głowę, żeby odsunąć się od jej ręki, ale wtedy okazało się, że jego jedyną alternatywą było schowanie twarzy w ramieniu Petera. Spiął się i zamarł w bezruchu.
– Nie rozumiesz – szepnął, upewniając się, że oboje są w stanie go usłyszeć. – Mylisz się. To po prostu... tak już musi być.
– Wcale nie musi – powiedziała Vera. – Nie możesz zrobić wszystkiego, Harry i nikt tego od ciebie nie oczekuje – może poza twoją matką, której z chęcią bym przywaliła. – Jej głos pogłębił się i ton pociemniał na moment, ale po chwili wrócił do normy. – Naprawdę zasługujesz na to wszystko, co dajesz innym. I wydaje mi się, że kiedy stąd wyjdziemy, to sam to zrozumiesz.
Harry odwrócił się i zagapił się na nią. Musiał się oprzeć pokusie wtulenia się z powrotem w Petera. Wiedziałem, że tak to się skończy. Potrzebuję komfortu, ale to jest słabość, na którą nie mogę sobie pozwolić, ani teraz, ani nigdy.
– Co masz na myśli?
Vera podniosła brwi.
– No przecież zabieramy cię ze sobą do Sanktuarium, rzecz jasna – powiedziała. – Twoja dusza jest już niemal rozdarta na dwoje. W sytuacji tak złej jak twoja nie potrzebuję zgody od moich braci i sióstr. Padniesz, jeśli się tobą nie zajmiemy, potrzebujesz spokoju i odpoczynku, a tam je znajdziesz. W miejscu, w którym nie będziesz w stanie się ukryć, nie będziesz mógł się również oprzeć leczeniu.
Harry warknął. Wiatr wezbrał wokół nich, piekąc go w policzki i miotając kokiem Very coraz mocniej w miarę, jak jego magia rosła wokół niego.
– Nigdzie nie idę – powiedział.
– Ponieważ ludzie tutaj cię potrzebują – podsumowała Vera.
– Dokładnie.
– Czyli nie wolno ci być samolubnym? – zapytała Vera. – Nie wolno ci myśleć o własnych potrzebach od czasu do czasu, Harry?
– Proszę cię, przestań tak do mnie mówić – powiedział Harry.
– Jak?
– Jakby ci naprawdę zależało. Nie może ci zależeć. Jesteś obca.
– Wieszczka nie jest obca nikomu, kogo spotka – powiedziała cicho Vera. – Nie w chwili, w której może rzucić okiem na twoją duszę i poznać ją w pełni. Spędziłam długie lata, ucząc się współczucia, ponieważ pierwsza dusza, którą każdy wieszcz musi zobaczyć, jest jego własna, a ja byłam wtedy... naprawdę ciekawa. – Jej głos był lekko drwiący. – Wiem, że Peter powiedział ci, że wieszcze nie są w stanie kłamać, Harry. Nie okłamuję cię teraz. Naprawdę chcę cię zabrać ze sobą do Sanktuarium. Naprawdę myślę, że potrzebujesz odpoczynku i że świat poradzi sobie bez ciebie przez przynajmniej miesiąc. I wydaje mi się, że jak po tym miesiącu inni cię zobaczą, to zrozumieją, czemu. W Sanktuarium nie ma nikogo, kto by się nie chciał tobą zająć, Harry.
– Wyobraź to sobie, Harry – powiedział łagodnie Peter. – Mógłbyś być ze mną i Remusem. Godzimy się, powoli, krok po kroku. Wspomniałem ci o tym w liście. Wiem, że on też z chęcią się z tobą zobaczy.
Harry zorientował się nagle, że jakaś część niego naprawdę chciała pójść z nimi i żądała tego cokolwiek agresywnie. Ale przecież nie mógłby tak po prostu rzucić wszystkich innych zobowiązań w diabły.
– Nie – powiedział.
– Harry... – zaczęła Vera.
Głową Harry'ego szarpnęło nagle w bok, a on sam jęknął. Peter zacisnął znowu ramiona wokół niego, jakby się szykował do łączonej aportacji i chciał go zabrać stąd od razu.
– Harry? – zapytał, gdzieś poza odległym, głębokim światem agonii, w którym Harry właśnie tonął.
Harry czuł się, jakby ogromny hak złapał go za policzek. Chwilę potem zrozumiał co się dzieje. Draco go potrzebował – nie po prostu jego obecności, ale szczerze go w tej chwili potrzebował. Kilka sekund po tej realizacji Harry usłyszał jego przepełniony bólem wrzask, dźwięk, który sprawił, że Harry'emu zadzwoniło w uszach, a całe jego ciało spięło się raptownie.
– Nie mogę – powiedział, do Petera, do Very, do kogokolwiek innego, kto mógłby w tej chwili go słuchać, po czym zebrał się w sobie i skoczył, przeciskając się przez osłony anty–aportacyjne, pragnąc niczego innego jak znaleźć się w tej chwili u boku Dracona.
