Pod koniec tego rozdziału nie ma cliffhangera, yay. Ciężko się go pisało, więc... bawcie się dobrze.
Witamy z powrotem w rzeczywistości, Draco.

Rozdział dwudziesty ósmy: Julia Malfoy

Draco kiwnął zdecydowanie głową i wstał. Musnął palcami fiolki ciemnego eliksiru, które leżały w jego kieszeni, ale szybko poderwał dłoń i skrzyżował ręce na piersi w obawie, że ktoś mógłby to zauważyć. Potem się zmartwił, że Blaise albo Vince zwrócą uwagę na to, więc ostatecznie po prostu odchrząknął.

– No masz ci los – ogłosił. Kłamstwo, które sobie przygotował, nie stoczyło mu się z języka tak gładko jak powinno, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że ćwiczył je większość dnia, ale to nie był problem. Blaise zerknął tylko na niego bez większego zainteresowania, a Vince, pochylony nad swoją pracą domową z zaklęć, tylko mruknął. – W podręczniku nie ma informacji, których potrzebuję. Muszę się wybrać do biblioteki.

Vince znowu mruknął. Blaise przechylił głowę na bok.

– Z jakiego przedmiotu? – zapytał.

– Ja… co? – Jakimś cudem Draco nie przewidział tej sytuacji. Jego kłamstwo zostało zaprojektowane tak, żeby pozwolić mu na samotne wyjście z pokoju z eliksirem. Nie sądził, że nagle zostanie poddany przesłuchaniu.

– Z jakiego przedmiotu idziesz szukać informacji? – Blaise wyłapał jego pełne wahania zająknięcie i teraz przyglądał mu się z zainteresowaniem, założywszy palcem książkę. Nawet Vince podniósł wzrok, mrugając, jakby wiele wysiłku kosztowało go przyzwanie umysłu do rzeczywistości ze skupienia na nauce. – Sam jestem do tyłu z transmutacją. Może się wybiorę z tobą i razem znajdziemy coś dla siebie.

Draco zdobył się na roztrzęsione prychnięcie. Miał nadzieję, że Blaise nie usłyszy w tym dźwięku zdenerwowania, ale wiedział, że nie powinien liczyć na wiele. Nie bez powodu przydzielono Blaise'a do Slytherinu.

– Nie z transmutacji – powiedział zamiast wymyślania jakiegoś innego przedmiotu.

Cisza. Blaise podniósł brwi i kiedy Draco wciąż nic nie powiedział, uśmiechnął się.

– No? To z jakiego w takim razie przedmiotu?

Draco skrzywił się na niego.

– Zielarstwa, skoro już musisz wiedzieć.

To rozwiązało problem. Blaise'owi zielarstwo wisiało, w dodatku ostatnio dostał trzy szlabany za przedrzeźnianie profesor Sprout za jej plecami. Wzruszył ramionami i wrócił do swojej książki. Draco prychnął i ruszył do drzwi.

– Draco?

Zastanawiając się, od kiedy, na litość wszystkiego co normalne, jego współlokatorów tak strasznie obchodziły jego prywatne sprawy, Draco przywołał chorobliwy uśmiech i odwrócił się w stronę Vince'a.

– Tak?

– Wszystko w porządku? – zapytał Vince.

Draco westchnął, przyglądając mu się. Vince był tego roku znacznie bardziej spostrzegawczy, bo nie było przy nim Grega, który zwykle zajmował większość jego uwagi. Draco po prostu żałował, że ten nie zaczął zwracać uwagi na kogoś innego.

– Tak – powiedział. – Po prostu nie lubię być do tyłu akurat z zielarstwem i żałuję, że profesorowie zadali nam tak wiele pracy domowej akurat na cholerne Halloween.

Vince, najwyraźniej uspokojony, kiwnął głową i wrócił do podręcznika o zaklęciach z mocno zmarszczonymi brwiami. Draco zdawał sobie sprawę z tego, że normalnie Greg by mu w tym pomagał. Greg był od niego nieco lepszy w zaklęciach, a obaj przyjaźnili się na tyle blisko, że pomagali sobie nawzajem w każdym możliwym przedmiocie.

Draco jednak miał w tej chwili coś ważniejszego na głowie niż pomaganie komuś, kto akurat odrabiał jakąś pracę domową, czy odczuwanie dziwnych ukłuć od wyrzutów sumienia, więc wymknął się z sypialni i przeszedł do pokoju wspólnego. Ku jego radości Pansy tam nie było, a zazwyczaj leżała rozwalona leniwie na którejś z kanap i ćwiczyła zaklęcia, albo pisała wypracowania, czy rozmawiała o profesjonalnym quidditchu. Tylko ona jeszcze obserwowała go tego roku na tyle blisko, że mogłaby zauważyć jak bardzo jest rozkojarzony.

Dziwne, że w ogóle zacząłem nagle zwracać na to uwagę, pomyślał Draco, wychodząc ostrożnie z lochów. Niewiele w ogóle myślałem o Pansy ostatnio.

No nic, eliksir był gotowy.

Draco zastanawiał się, czy to nie jest dziwne, że jego uwaga tak efektywnie nagle się odwróciła w kierunku innych spraw jak tylko skończył eliksir, ale zbył to wzruszeniem ramion. Za kilka godzin będzie miał zmartwienia zupełnie innego pokroju. Był pewien, że uda mu się przywołać Julię i przekonać ją do przekazania mu mocy, która sprawi, że wreszcie będzie równy Harry'emu.

A wtedy Harry już nigdy więcej nie będzie musiał szukać pocieszenia i miłości u kogokolwiek innego, tak jak to robił, organizując te głupie lekcje i spędzając długie godziny na rozmowach z ludźmi, których Draco nie lubił i wiedział, że są zdecydowanie niegodni poświęcanej im uwagi, jak na przykład ten gnojek, Smith. W ogóle nie będzie czuł, jakby Draco był go w jakiś sposób niegodny. A Draco nie będzie miał wrażenie, że jest przytłaczany cieniem Harry'ego. Wszystko będzie takie, jak być powinno, bo wreszcie będą sobie równi.

Poklepał się po kieszeni z fiolkami i przyśpieszył kroku. Znał idealne miejsce do przywołania ducha Malfoya. Badania, jakie przeprowadzał w bibliotece, zawierały w sobie coś więcej jak tylko podpowiedzi względem warzenia eliksiru i tego, którego przodka powinien wybrać do wezwania.


Draco rozejrzał się po raz ostatni po ukrytym pokoju i kiwnął głową. Tak, miał rację i książki też miały rację. Nikt nie zakłócił spokoju tego miejsca odkąd skorzystał z niego ostatni Malfoy, jego pradziadek. Pozwolił, żeby drzwi się za nim zamknęły z cichym syknięciem i wyszedł na środek pomieszczenia.

Powierzchownie, to był po prostu jeden z wielu nieużywanych w Hogwarcie pokoi. Dla oczu Malfoya jednak był czymś znacznie więcej. Draco rozejrzał się i zobaczył jak delikatne osłony i symbole zaczynają świecić ze ścian, przewodząc moc jasnymi płomieniami w kolorze szarego błękitu, kolorze ich starego herbu, kolorze kamieni, z których była wybudowana rezydencja Malfoyów. Szeptały mu witaj głosem, który mruczał mu wzdłuż kręgosłupa.

Jednej z niewielu rzeczy, której nigdy nie będę zazdrościł Harry'emu, pomyślał Draco, wyjmując fiolki z kieszeni, to jego rodziny. W ogóle się o niego nie troszczyli, a nawet jeśli, to okazywali to w wyjątkowo fatalny sposób. Draco nigdy nie wątpił w to, że jego rodzice go kochają, czy w to, że pochodzi z jednej z najważniejszych rodzin w Wielkiej Brytanii.

I dzisiaj sprawię, że ta właśnie rodzina będzie ze mnie dumna, pomyślał, wbijając wzrok w środek podłogi. Nie było tam żadnego widocznego kręgu, ale był w stanie wyczuć nacisk zgromadzonej tam siły, wzbierającej niemal do punktu, w którym zaczynała go boleć głowa, świadczącej, że kiedyś tam był. Jego pradziadek przeprowadzał tu eksperymenty na więźniach dla Grindelwalda, choć robił to tak niezauważalnie, że nikt nigdy nie odkrył, kto był najskuteczniejszym katem Mrocznego Pana. Draconowi udało się to odkryć wyłącznie dlatego, że przeczytał tak wiele historii dotyczących swojej rodziny i zebrał razem wszystkie podpowiedzi i sugestie jakie znalazł w książkach.

Wyciągnął różdżkę, którą trzymał w kieszeni po przeciwnej stronie do tej, w której były wcześniej fiolki, i wyciągnął rękę przed siebie.

Circino!

Widzisz, Harry, ja naprawdę cię słuchałem, pomyślał, dumny z siebie, kiedy zaklęcie wypaliło krąg w kamieniach, lśniąc tą samą błękitną szarością, którą mieniły się osłony. Jeśli komuś nie chciało się zostać nekromantą i poświęcać czegoś – na przykład nie odzywając się częściej jak dwa razy do roku – jak ojciec Pansy, to musieli narysować okrąg, który uwięzi przywołanego ducha. Draco czytał książki i słuchał, kiedy Harry mu to tłumaczył. Nie miał zamiaru robić tego bezmyślnie. Wiedział, że wielu ludzi zacznie go postrzegać w zupełnie innym świetle, kiedy już zdobędzie potęgę Julii. Nie miał zamiaru czegoś spartolić, kiedy jego cel był już w zasięgu ręki.

To jest jedna z tych spraw, których Harry po prostu nie rozumie, pomyślał ze smutkiem, wyciągając srebrne puchary, w sprawie których musiał napisać do domu i prosić ślicznie swoją matkę, żeby ta mu je przysłała. Nie pojmuje, co oznacza posiadanie takiej potęgi. Nie zauważa, że ludzie się mu niemal kłaniają, nawet kiedy na nich nie patrzy. No nic, ja to zauważam i kiedy już będę miał tę moc, to będę mógł go bronić, a on wreszcie będzie mógł robić ze swoją mocą co tylko mu się będzie żywnie podobało.

To było w głowie Dracona tak bardzo słuszne, że spędził chwilę, rozmarzony, zanim odkorkował pierwszą fiolkę, tę, która miała w sobie gęstszą wersję eliksiru i napełnił nim jeden z pucharów. Następnie wypełnił drugi lżejszą wersją. Ta parowała kiedy ją przelewał, a cienki kosmyk dymu owinął się przy krawędzi pucharu, sięgając w jego kierunku.

Cierpliwości, cierpliwości, pomyślał w jego kierunku Draco, kręcąc głową, po czym zamknął oczy i zmusił się do uspokojenia. To było naprawdę trudne kiedy wiedział, że kulminacja jego marzeń z kilku ostatnich miesięcy znajdowała się zaledwie kilka cali od niego.

Irytujące było to, że kiedy wreszcie wyciszył umysł, głosy, które słyszał, należały do jego matki i Harry'ego, ale nie krzyczeli oni z zachwytem nad jego nowo zdobytą magią, ale zachęcali go, żeby poczekał, żeby obiecał im, że nie wypije eliksiru.

Draco prychnął i otworzył oczy. Przecież dotrzymał danej Harry'emu obietnicy. Poczekał i nie użył jej w halloweenowy poranek. Ale była już noc i zostało mu już tylko kilka minut na wypicie eliksiru, jeśli chciał przed rankiem wezwać ducha Julii Malfoy i wynegocjować od niej jej moc.

Jego matka… Draco skrzywił się lekko. Cóż. Wciąż łamał daną jej obietnicę, używając eliksiru akurat w tę noc ze wszystkich. Ale była czystej krwi. Kiedy już będzie po wszystkim i wyjaśni jej dlaczego to zrobił, zrozumie. Zawsze chciała, żeby był szczęśliwy i żeby miał przed sobą bezpieczną przyszłość. Draco po prostu wykonywał kilka kroków w kierunku tej właśnie przyszłości. Zrozumie jak tylko zobaczy, że nie tylko stał się magicznym dziedzicem Malfoyów, ale też partnerem godnym Harry'ego.

Zrobił krok przed siebie, ostrożnie nie dotykając świecącej, szaro–błękitnej linii kręgu, żeby jej nie rozmazać, po czym ustawił w środku puchar z lżejszym eliksirem. Następnie podniósł własny i wykonał toast w stronę kręgu.

– Julio Malfoy – powiedział, wzywając po imieniu ducha, z którym chciał się skontaktować. – Jestem twoim potomkiem, Draconem Malfoyem, i proszę o twoją pomoc i obecność. – Przechylił kielich i wypił duszkiem jego gęstą zawartość.

Eliksir pomknął w dół jego gardła, pozornie szybciej niż on byłby w stanie go przełknąć. Draco spodziewał się, że będzie musiał się powstrzymywać od rzygania, ale do tego nie doszło. Jego żołądek się co prawda zbuntował, ale chwilę potem uspokoił. Jego wzrok za to zaczął się rozmazywać na brzegach. Nagle szaro–błękitne światło stało się znacznie bardziej obecne i jaśniejsze niż go pamiętał, a otaczające go ściany zrobiły się mniej solidne. Czuł się jakby śnił.

Zobaczył, jak puchar w środku kręgu przechyla się i lżejsza część eliksiru znika w niewidzialnych ustach.

Draco syknął pod nosem. Czyli to było to. Jego przodkini odpowiedziała na jego wezwanie. Oczywiście, że tak, sama pewnie tego chciała. Uśmiechnął się, pozwalając swojej pewności siebie wypłynąć znowu na wierzch. Usiadł spokojnie poza kręgiem i poczekał, aż ta się pojawi.

Kosmyki srebrnego dymu, takie same jak ten, który zawisł nad brzegiem drugiego pucharu, wzniosły się i zaczęły się ze sobą przeplatać. Draco patrzył z fascynacją jak te się krzyżowały i muskały nawzajem, niczym żmije w czasie godów, a potem wiązały ze sobą tak mocno, że nie był w stanie już znaleźć przestrzeni, która tam była jeszcze chwilę temu. Wreszcie zorientował się, że węże wspólnie uformowały bladą, szczupłą, kobiecą rękę.

Draco przełknął ślinę. Wciąż czuł na języku ciężki i gęsty posmak eliksiru.

Inne kosmyki dymu tworzyły pozostałe części ciała, choć wszystkie zdawały się działać niezależnie od siebie: druga ręka, kostka, dłoń, kilka palców, nos. Draco w pierwszej chwili spuścił wzrok, nie chcąc zobaczyć co się stanie, jeśli Julia się zmaterializuje naga. Poderwał jednak szybko głowę kiedy wszystkie srebrne obrazy zbiły się w jeden i nagle zaczął unosić się przed nim przezroczysty obraz kobiety o ledwie określonych światłem kształtach.

Draconowi dech zaparło. Julia Malfoy była niższa niż to sobie wyobrażał, ale z drugiej strony ludzie chyba w tamtych czasach generalnie byli niscy, prawda? Co miało znaczenie, to była jej dumna i szczupła sylwetka, jej podniesiony podbródek, jej niebieskie oczy spoglądające na niego z pełnym zrozumieniem. Po jej plecach spływała kaskada srebrnych włosów, lśniących subtelnie nienaturalnym połyskiem. Miała na sobie przestarzałą, srebrzystą szatę, a może po prostu dym nadał jej taki kolor. Nie przypominała go jakoś szczególnie, ani Lucjusza, ale wiedział, że jego ojciec i tak by ją zaaprobował. Była bardzo malfoyowska.

Draco oblizał usta, mając nadzieję, że zaklęcie podziałało jak należy i Julia zrozumie jego język. Wiedział, że w jej czasach angielski brzmiał zupełnie inaczej i nie ufał swojej zdolności do mówienia łaciną przy kobiecie, która pewnie używała go kiedyś na co dzień.

– Ja… witaj. Jestem Draco Malfoy. Wiesz, kim jestem?

Przez chwilę Julia stała w bezruchu, jakby nasłuchując odległego echa, zamiast jego głosu. Potem jednak skupiła na nim wzrok i kiwnęła szybko głową, gwałtowny, płynny ruch, niemal jak u czapli.

– Jesteś moim wielokrotnie–pra wnukiem – powiedziała, a jej głos był równie eteryczny co jej włosy. – Inaczej nie byłbyś w stanie mnie wezwać. Musimy być w pewien sposób związani krwią.

Draco uśmiechnął się. Z początku był pod wrażeniem, kiedy ją zobaczył, ale to się powoli zmieniało, kiedy zobaczył jak solidnie krąg ją trzymał. Jego boki wzebrały szaro–błękitną mocą kiedy Julia podleciała do jego krawędzi i ścigały ją, póki nie wróciła na środek. W bardzo oczywisty sposób miał nad nią pełną kontrolę i magia nekromancji działała jak należy, niech szlag trafi Harry'ego i jego obiekcje.

– Tak – powiedział. – Jestem potomkiem twojego syna, Oktawiusza. – To wyłącznie sprawiło, że Julia podniosła na niego brew, przypominając mu profesor McGonagall. Odepchnął od siebie tę myśl. Nie powinien myśleć w ten sposób, kiedy właśnie miał dorastać. – Użyłem eliksiru, który jest w stanie uczynić mnie magicznym dziedzicem kogoś z mojej rodziny, ponieważ nie mogę być dziedzicem mojego ojca, więc zwróciłem się do twojego ducha, bo mam wrażenie, że możemy być ze sobą w sympatii. Dlatego cię wezwałem.

Julia przyglądała mu się przez dłuższą chwilę w ciszy. Teraz kojarzyła się Draconowi z Harrym. Starał się jednak nie okazywać zdenerwowania. Nie bez powodu przeszedł przez swój własny trening w dzieciństwie.

– Chcesz mojej magii – powiedziała.

– Żeby zostać twoim magicznym dziedzicem, tak – powiedział Draco i kiwnął głową. A potem kazał sobie przestać przytakiwać. Był pewien, że jak będzie tak za często robił, to te dzikie, niekontrolowane ruchy głową sprawią, że będzie wyglądał jak idiota. – Wiem, że byłaś Lady, a przynajmniej dość potężna, żeby nią zostać. Chciałbym być dziedzicem kogoś potężnego.

– Czemu tak pragniesz tej siły? – zapytała cicho Julia.

– Kocham kogoś, kto kiedyś zostanie Lordem – powiedział Draco. – Albo przynajmniej może zostać Lordem, ale nie chce. Przynajmniej na razie. – Będzie musiał sprawdzić, czy nie uda mu się namówić Harry'ego do zmiany zdania na ten temat. Lordowie zwykle zajmowali się sprawami, które były ponad zwykłą politykę. Harry był zbyt szlachetny i przez to ślepy na to, żeby to zauważyć, ale będzie musiał go wysłuchać kiedy Draco wreszcie będzie tak samo potężny jak on. – Chcę być w stanie go wspierać i chronić jako ktoś mu równy. Zaryzykuje śmiercią, jeśli pokocha kogoś, kto nie jest mu równy. Obaj możemy przez to zginąć.

Julia ponownie zaczęła mu się uważnie przyglądać. Draco zastanawiał się, co jej tak długo zajmuje. Przecież może po prostu powiedzieć tak, albo nie. No i oczywiście, że się zgodzi, więc co jej tak długo zajmuje?

– Czy związanie cię z tym człowiekiem wspomoże jakoś chwałę naszej rodziny? – zapytała Julia.

Że co… Och. Powinienem był się domyślić, że się tym przejmie. Ostatecznie to była ta sama kobieta, która uwiodła własnego brata, żeby zapewnić rodzinie Malfoyów ciągłość i oszczędzić swojemu bratu wstydu posiadania bękarta czy nałożnicy.

– Tak – powiedział Draco. – Tak, wspomoże. W tej chwili żyje jeszcze dwóch Lordów, ale są sobą zaślepieni, utknęli w tym swoim głupim sporze między Światłem a Mrokiem. Harry ma moc, która jest w stanie rozwiązać ten konflikt. On zmieni świat. I myślę, że Malfoyowie powinni wtedy stać u jego boku. Jestem jego najlepszym przyjacielem. Z czasem stanę się jego kochankiem. Obiecuję ci, robię to dla własnych korzyści, ale to z pewnością nie zaszkodzi naszej rodzinie. – Uśmiechnął się do Julii, starając się nadać swojemu tonowi kojące nuty. – W dodatku mieliśmy magicznego dziedzica z głównej linii od ostatnich trzynastu pokoleń.

– Może w takim razie już wystarczy – powiedziała cicho Julia.

Draco zamrugał na nią.

– Jak możesz tak mówić? – zaprotestował. – Nie chcesz, żeby honor i chwała Malfoyów przetrwały?

– Nie za cenę dyshonoru – powiedziała Julia. – Powiedz mi, dziecko, czemu wybrałeś akurat mnie? Dlatego, że naprawdę poczułeś sympatię między naszymi duszami, czy też po prostu przez wzgląd na moją moc?

Draco przymrużył oczy.

– Brzmiałaś na kogoś podobnego do mnie. Wiem jak subtelna, przebiegła i ostrożna byłaś przy używaniu swojej mocy. Ja też bym taki był. Chcę przede wszystkim być w stanie chronić Harry'ego i zapewnić chwałę naszej rodzinie. Obiecuję.

– Powiedz mi, dziecko – powiedziała Julia – jak ci się wydaje, czemu nigdy się nie zadeklarowałam jako Lady?

– No – powiedział Draco – bo jako szara eminencja mogłaś znacznie więcej zdziałać. Poza tym, wydawało mi się, że w tamtych czasach Lordowie i Lady, którzy się oficjalnie deklarowali, zawsze w pewnej chwili kończyli w jakichś bezsensownych wojnach. – Trochę w sumie jak Mroczny Pan i Dumbledore. Może jednak nie chcę, żeby Harry się deklarował jako Lord, jeśli tego rodzaju głupota ma wtedy nim zawładnąć. – Ty załatwiałaś wszystko sprytem, zupełnie jak wtedy, kiedy uwiodłaś swojego brata. Nie udałoby ci się tego zrobić po cichu, gdybyś była Mroczną Panią.

Julia przymrużyła oczy i zwęziła usta. Chwilę później Draco zrozumiał, że ona się uśmiecha. Była jedną z naprawdę nielicznych osób, które w życiu spotkał, które uśmiechały się nie pokazując przy tym zębów.

– Czyli nie zadeklarowałam się jako Mroczna Pani po prostu dlatego, żeby przekonać innych, że jestem niegroźna – powiedziała.

Draco przytaknął.

– Ja też tak mogę. Do szczęścia nie potrzebny mi jest status Lorda. Potrzebuję po prostu Harry'ego, chcę być mu równy i wiedzieć, że mnie kocha i szanuje równie mocno co ja jego.

Julia zamknęła oczy.

– Dziecko – powiedziała bardzo cicho – wyjątkowo źle zinterpretowałeś mój charakter.

Draco zagapił się na nią. Nie. To niemożliwe.

– Nie odpowiedziałabyś na moje wezwanie – powiedział na głos – gdyby nasze dusze nie były sobie sympatyczne. Więc to odgadłem poprawnie.

Julia przyszpiliła go nieodgadnionym spojrzeniem

– Dziecko…

Przestań mnie tak nazywać.

– Nie zasługujesz na żaden inny tytuł – powiedziała Julia ze spokojem, który powoli zaczynał doprowadzać Dracona do szału. – Dziecko, to jest Halloween, noc, w czasie której duchy są najsilniejsze. Byłam w stanie przejść przez bariery ponieważ postanowiłam odpowiedzieć na twoje wezwanie. Byłam ciekawa, wydawało mi się, że jeśli jakiś mój krewniak przywołuje mnie z mojego długiego spoczynku, to prawdopodobnie ma ku temu jakiś naprawdę ważny powód. – Przymrużyła oczy. – Wyobraź sobie moje niezadowolenie, kiedy okazało się, że tak nie jest.

Draco poderwał się na nogi, kiedy zobaczył, jak Julia przelatuje ponad krawędzią okręgu.

– Ale wykonałem krąg – szepnął.

Julia machnęła niedbale ręką i szaro–błękitne światło zniknęło. Draco momentalnie padł na kolana i złapał się za głowę. Był w stanie wyczuć otaczającą ją magię, brzęczący, rozśpiewany rój mocy. Krąg wcześniej to przytłumił, ale w tej chwili było już oszałamiająco oczywiste, że Julia pozostawała w swoim więzieniu wyłącznie dlatego, że sama tego chciała.

W dodatku z całą pewnością była Lady za życia, bez względu na to, czy się nią ogłosiła czy nie. Draco nie miał żadnych wątpliwości, że to była potęga osoby, która była w stanie zniszczyć go jednym machnięciem dłoni, jeśli tylko tego chciała. Moc Dumbledore'a była podobna, a w przypadku Harry'ego było to pocieszające. To było niczym przebywanie w jednym pokoju z dziką panterą, bestią, która już przyłożyła ci swoje żelazne pazury do głowy.

Serce mu tętniło szybko w uszach, a oddech uciekał z płuc w szybkich, głośnych, przerażonych chrypnięciach.

– Zrozum – szepnęła Julia. – Gdybym miała zostać jakąkolwiek Lady, to byłabym Świetlistą.

Draco przetoczył się na plecy i zagapił się na nią. Nie był pewien, kiedy znalazł się na ziemi, ale oto była Julia, unosiła się nad nim, a powietrze wokół niej płonęło żywym ogniem.

– Och – powiedziała Julia – nie, żeby mi na tym jakoś szczególnie zależało, albo żeby w tym leżały moje priorytety. Ale byłoby to niezbędne. Zanim nastąpiło przebudzenie mojej magii, poza paroma niewielkimi incydentami, pojawił się we mnie szczególny dar, fundacja wszystkiego, czym się stałam. Ten dar nie pozwoliłby mi wybrać jakichkolwiek innych ideałów poza Świetlistymi. Gdybym tylko spróbowała się zwrócić w przeciwnym do nich kierunku, zniszczyłabym samą siebie.

Uśmiechnęła się do Dracona.

– Nie mam ochoty na sianie chaosu w Hogwarcie – powiedziała. – Lordowie i dzieci, którzy nie powinni tak wcześnie dorastać do swojej mocy, fuj. Wrócę do mojego spoczynku. Z drugiej jednak strony, nie chcę cię opuszczać bez podarowania ci czegoś, Draconie. Tego właśnie chciałeś, prawda? Zostać moim magicznym dziedzicem?

Draco patrzył na nią, znajdując się już mentalnie gdzieś poza przerażeniem, kiedy Julia sięgnęła do kieszeni swojej srebrnej szaty i wyciągnęła coś, co wyglądało jak rój srebrnych, śpiewających pszczół.

– Musisz nabrać manier – powiedziała. – Oraz cierpliwości, jak i współczucia dla uczuć innych ludzi. Nie chcę, żeby ktoś uważał, że mój dziedzic nie posiada tych zalet. Wydaje mi się, że twój kochanek też to doceni. To nie jest moc na poziomie Lorda, ale nauczyło mnie więcej, niż dowolna inna zdolność jaką posiadałam, o tym, jak należy się poruszać po tym świecie.

Dmuchnęła na otwartą dłoń, a rój pszczół przeleciał przez powietrze niczym pyłek dmuchawca, opadając mu na ramiona.

– Ciesz się swoim darem, Draconie – powiedziała. – Nie zawiedź mnie, mój dziedzicu. – Po czym zniknęła, a szaro–błękitne światło razem z nią.

Draco leżał po prostu w ciemności przez chwilę, dysząc...

A potem pazury zaczęły orać jego mózg, rzeźbiąc go, rozciągając i wykręcając, tworząc nowe ścieżki, a pszczoły żądliły jego skórę, miecze drapały go po kręgosłupie, nieznany mu puch przycisnął mu ręce do ciała, a on krzyczał i krzyczał i na chwilę zemdlał, ogarnięty oszałamiającym bólem.


– Ćśś, Draco. Już dobrze. Obudź się. Już jestem.

Draco, szlochając, zmusił się do powolnego otwarcia oczu i zobaczył nad sobą Harry'ego. Harry trzymał go blisko przy sobie, a jego magia zalała pokój, odsyłając precz pozostałości po bólu wywołanym przez Julię. Draco czuł, jak ten go zalewał, drapał, trzymał w miejscu.

Ból ustał momentalnie. Draco z wdzięcznością pozwolił swojej głowie opaść i westchnął z ulgą.

– Co to było? – Oddychał przez łzy, ale był w stanie szeptać. – Co ona mi dała?

– Ona? – Dłonie Harry'ego zacisnęły się na jego ciele. – Draco... przyzwałeś tutaj Julię, prawda? Ty cholerny idioto. Przecież ci mówiłem, że masz poczekać!

– Poczekałem – zaprotestował Draco. Skrzywił się i dotknął swojej głowy. Tętniła bólem, ale nie tego rodzaju, który towarzyszył nagłemu uwolnieniu magii. Co ona mi takiego podarowała? – Czekałem, aż nie byłem pewny, że już jesteś na tym swoim spotkaniu i dopiero wtedy ją przyzwałem. Nie wiedziałem, że zrobi coś takiego.

– Co ci zrobiła? – Harry oparł Dracona o siebie, tak że ten teraz siedział z głową opartą o ramię Harry'ego, podczas gdy jego ręka obejmowała plecy Dracona. Harry wciąż był mniejszy od Dracona, ale obecność jego magii sprawiała, że zdawał się być znacznie większy. – Wyczułem twój ból przez to zaklęcie, którego używałem, żeby się upewnić, kiedy mnie potrzebujesz, a kiedy nie, ale nie widzę żadnych ran.

– Mentalne – szepnął Draco. – Coś mentalnego. To musiało być to. – Czuł rosnącą irytację wobec swojej przodkini i skupił się na niej, żeby odwrócić swoją uwagę od strachu i nieustannych wrzasków z tyłu jego głowy, które mówiły mu, że zrobił coś naprawdę, naprawdę, naprawdę głupiego.

Harry delikatnie złapał i podniósł jego podbródek, tak żeby spojrzeć Draconowi w oczy.

– Czy ufasz mi na tyle, żebym użył na tobie legilimencji?

Draco przełknął ślinę i kiwnął głową. Nie sądził, żeby cokolwiek Harry mógł zrobić, mogło być gorsze od bólu, jaki zadała mu Julia.

Harry wymamrotał zaklęcie, a jego oczy otworzyły się szerzej i nabrały sennego wyrazu. Draco w milczeniu przyglądał się jego twarzy. Harry wyglądał, jakby przeżył właśnie jakiś potężny szok i, słodki Merlinie, czy te kręgi pod jego oczami zawsze były aż tak widoczne? Wyglądał, jakby się ostatnio w ogóle nie wysypiał.

Co za nonsens, przecież ostatnim razem jak go widziałem...

Draconowi zaparło dech. Kiedy ja właściwie ostatnim razem tak naprawdę na niego spojrzałem? Kiedy ostatnim razem tak naprawdę go dotknąłem, poza pomiataniem nim? Kiedy ostatnim razem właściwie rozmawialiśmy o czymkolwiek, tylko nie o tym przeklętym eliksirze?

Po raz pierwszy był w stanie zobaczyć ostatnie dwa miesiące dokładnie takimi, jakie one były, bez woalki tłumaczeń. To, co zobaczył, napełniło go odrazą. Żądał towarzystwa Harry'ego i jego zainteresowania eliksirem i dostawał wszystko czego zapragnął. Ale Harry przecież zazwyczaj nie był specjalnie spolegliwy.

Bo nie jest. Ale zwykle jest w stanie określić, czego ci potrzeba i od razu ci to dać, przy jednoczesnym kryciu się ze wszystkim innym co robi. Na pierwszym roku ryzykował życiem, żeby obronić swojego brata, zupełnie jak chciała od niego ta mugolka. I kto wie, w co on się tym razem wpakował? Nie poświęcałem mu dość uwagi, żeby zauważyć.

Och Merlinie, ale ze mnie idiota.

Draco zadrżał i podniósł z podłogi ręce, żeby przytulić mocno Harry'ego. Kurwa. O kurwa. Przecież on mógł zginąć, a ja byłem tak zajęty tym jebanym eliksirem i tą pierdoloną książką, że nawet bym nie zauważył.

Harry wydał z siebie zaskoczone mruknięcie, ale nie przerwał swojego transu i nie oderwał oczu od Dracona. Chwilę później odsunął się od niego, przyjrzał się jego twarzy i westchnął.

– Co? – zażądał Draco. – Co to jest?

– Nie spodoba ci się to – powiedział niechętnie Harry. – Nie, jeśli to jest to, co myślę. Słuchaj... skup się na mnie przez chwilę.

To nie takie trudne, pomyślał Draco i zrobił to, co powinien był robić przez cały czas.

Harry przymrużył oczy i nagle Draco podskoczył, kiedy nagle w twarz uderzył go powiew gorąca, niczym nagła fala oparzenia słonecznego. Podniósł rękę przed siebie, ale powietrze nie wydawało się gorące. Po prostu czuł... skwar na swoich policzkach, czole i brwiach.

A potem nagle wrażenie zniknęło. Harry potarł twarz dłonią.

– Co? – zażądał znowu Draco.

– Poczułeś to, ponieważ byłem zły – powiedział cicho Harry. – Wypuściłem trochę gniewu zza moich tarcz oklumencyjnych. Zrobiła z ciebie empatę, Draco, tego rodzaju, który czuje emocje jako fizyczne sensacje na skórze. – Pokręcił głową. – Jak ci się udało w ogóle zrobić sobie coś takiego?

– Powiedział ten, kto ciągle wywraca swoje życie do góry nogami – powiedział Draco, ale to był pusty sarkazm. W głowie mu wrzało. To nie mogła być prawda. Słyszał o empatach. Byli... byli mazgajami. To byli ci ludzie, którzy wyczuwali kiedy jakaś mała dziewczynka zgubiła swojego kotka, albo kiedy jakaś rozżalona czarownica zerwała ze swoim chłopakiem, albo kiedy pierwszoroczna płakała ze strachu, bo po raz pierwszy była z dala od domu. I chociaż byli w stanie się oddzielić od tych emocji, nie byli w stanie zapomnieć, że je czuli. Zwykle wyrastali na obrzydliwie miłych ludzi i pomagali każdemu, komu zdarzyło się akurat cierpieć z jakiegoś powodu, choćby po prostu po to, żeby sami nie musieli czuć bólu, jaki im zadawało to cierpienie, albo starali się wszędzie siać radość i szczęście, tak żeby mogli się w nich pławić.

Pamiętał jednak aż nazbyt dobrze to, co mu powiedziała Julia.

Musisz nabrać manier. Oraz cierpliwości, jak i współczucia dla uczuć innych ludzi.

– Naprawdę to zrobiła – jęknął Draco i ukrył twarz w dłoniach. – Mam przejebane.

– Co więcej – powiedział Harry sucho – jesteś w stanie wyczuć emocje, które pozostały w przedmiotach, o ile te były dość silne. Podejrzewam, że to, co czułeś, to były echa bólu, który ktoś kiedyś praktykował w tym pokoju. To musiała być jakaś komnata tortur, czy coś.

Draco zadrżał.

– Czy to znaczy, że zacznę znowu to czuć jak tylko ty i twoja magia się ode mnie odsuniecie?

– Nie – powiedział Harry. – Mogę cię nauczyć jak się osłaniać tarczami, albo własnoręcznie utkać ci tymczasowe tarcze. Ale to naprawdę silny dar, Draco. Podejrzewam, że Julia była empatką, która nigdy tak naprawdę nie była w stanie uciec od emocji, które otrzymywała od otaczających ją ludzi.

Nic dziwnego, że nie mogła się zadeklarować Mroczną Panią, pomyślał zrozpaczony Draco. A ja...

– Harry, jak ty mnie teraz będziesz szanował? – szepnął. – Chciałem być ci równy, żebyś mógł nabrać do mnie szacunku, ale teraz będę się mazał, będę cierpiał wtedy, kiedy inni ludzie będą cierpieć wokół mnie i to jest po prostu niedorzeczne, ja normalnie nie wierzę, że ona naprawdę mi to zrobiła...

Ukrop uderzył w skórę jego ramion. Harry wyrwał mu się nagle z uścisku i wstał, po czym zaczął chodzić po pokoju, machając rękami. Draco skrzywił się i przesłonił twarz dłonią, co, oczywiście, w żaden sposób nie powstrzymało wrażenia, że jego brwi właśnie płoną.

Ale przecież Harry normalnie schowałby swoją furię za tarczami oklumencyjnymi.

Chyba, że jest na mnie naprawdę, naprawdę zły.

Draco przełknął ślinę.

– Jak mogłeś być aż tak cholernie głupi? – zapytał Harry, warknięciem, który stopniowo rósł w ryknięcie. – Prosiłem, żebyś tego nie robił. Twoja matka prosiła, żebyś tego nie robił. Zaufałem ci, że tego nie zrobisz, Draco. – Odwrócił się i spojrzał na niego wściekle.

Draco się skulił.

– A teraz to zrobiłeś – powiedział Harry – i to zmieni całą resztę twojego życia. Już zawsze tam będzie. A ja będę musiał się tobą zająć i, Merlinie, jak niby mam to wcisnąć obok miliona innych rzeczy, które mam na głowie? Wiesz, mam w sumie ochotę cię tak po prostu zostawić, pozwolić ci się kisić w tych wszystkich emocjach, jakie cię teraz zaczną zalewać, żebyś wybuchał płaczem za każdym razem, kiedy miniesz kogoś, kto właśnie zawalił sprawdzian. Bo właśnie na to sobie zasłużyłeś, za to, że zrobiłeś to sobie, mnie i innym ludziom. – Westchnął na tyle mocno, że poderwał sobie oddechem grzywkę, obnażając przy tym swoją bliznę. Draco zamrugał i dotknął środka swojego czoła. Czuł tam delikatny ból.

– Harry – powiedział.

Jego głos musiał być na tyle łagodny, że dotarł do Harry'ego mimo, że ten ciągnął dalej swoją tyradę, bo obejrzał na niego ze złością.

Czego?

– Czy ty znowu masz koszmary o Mrocznym Panu? – zapytał Draco. I jakim cudem nie zwróciłem na to uwagi? Miał wrażenie, że sumienie zaczyna wyżerać mu wnętrzności.

Twarz Harry'ego momentalnie opuściły wszelkie emocje, a gorące, kłujące wrażenie zniknęło z ramion i twarzy Dracona. Zastąpił je obślizgły, lepki chłód, a Draco był niemal pewien, że to musiało oznaczać strach. Harry odsunął się od Dracona o krok, przyglądając mu się uważnie.

– Czy do ciebie w ogóle dociera waga tego, co sobie właśnie zrobiłeś? – szepnął.

– Mam wrażenie, że dokładnie to, na co zasłużył, Harry.

Draco podskoczył i spojrzał ponad ramieniem Harry'ego. Przez drzwi zaglądała do pokoju przeciętnie wyglądająca czarownica, która kręciła właśnie głową, cmokając językiem. Jej rysy twarzy były niczym, co byłoby warte wspomnienia w liście do domu, ale jej spojrzenie było przeszywające i Draco czuł się pod nim nieprzyjemnie.

– Empatia – powiedziała obca. – Tak i Merlin jeden wie, że mu się przyda. Czas najwyższy, żeby ta wymiętoszona, maleńka duszyczka otworzyła się na doświadczenia innych. Zbyt długo był samolubny. – Draco zastanawiał się z wyższością, jak ona śmie nazywać jego duszę wymiętoszoną.

– Muszę go chronić... – zaczął Harry.

– Musisz go nauczyć jak powinien sam się chronić – powiedziała obca. – A potem wysłać go, żeby przeprowadził własne badania na temat empatów. Niech się nauczy jak korzystać z tego daru, skoro i tak już nie jest w stanie się go pozbyć. Nazywam się Vera i jestem wieszczką – dodała, zauważając nic nie rozumiejący wyraz twarzy Dracona. – Z przyjemnością zabrałabym was obu w tej chwili do Sanktuarium, tobie pokazałabym jak się osłaniać, a Harry'ego nauczyłabym jak odpoczywać, gdybym nie uważała, że lepiej zrobi wam pozostanie tutaj. W dodatku Harry nie chce się stąd bez ciebie ruszyć.

– Nikt nie musi mnie uczyć jak mam odpoczywać. – Harry ponownie zaczął promieniować kłującym gorącem, które Draco czuł na ramionach i twarzy.

Ale dla Dracona najważniejszy był inny fragment jej niewielkiej przemowy. Spojrzał na Harry'ego, który stał z założonymi rękami i patrzył wściekle na czarownicę. Ta postawa w żaden sposób nie kryła sobą głębokiego wykończenia widocznego wokół jego oczu, czy sposobu, w jaki miał skulone ramiona, zupełnie jakby miał ochotę się zwinąć w kulkę niczym jeż. Już nie.

Draco przygryzł wargę. Zarówno jego ojciec jak i matka nauczyli go, co powinien robić, kiedy zrobił coś złego. Przepraszać wyłącznie w ostateczności. Przeprosiny nic nie znaczą.

Ale pokuta już tak.

Kiedy pojmano jego ojca i oskarżono o bycie dobrowolnym śmierciożercą, ten nie mógł po prostu powiedzieć, że jest mu przykro i żyć sobie dalej. Musiał pokazać, że jest wspaniałym członkiem czarodziejskiego społeczeństwa: zacząć się udzielać w sprawach Hogwartu, wpłynąć subtelnie na ministerstwo w sposób, który był akceptowalny, przekazać dotacje na świętego Mungo i tym podobne. Musiał faktycznie zmienić swoje zachowanie.

A skoro Harry nie chciał pojechać do tego całego Sanktuarium bez Dracona, to Draco mógł przynajmniej zrobić tyle, że zmieni swoje zachowanie.

– Ja się nim zajmę – powiedział cicho wieszczce. Vera znowu na niego zerknęła i choć Draconowi wciąż nie podobało się jej spojrzenie, to spodobał mu się sposób, w jaki kiwnęła mu głową.

– Nie bądź idiotą, Draco – powiedział Harry. – To ja się zajmę tobą. Muszę cię chronić, bo to już jest oczywiste, że nie można cię spuścić z oka nawet na jedną, cholerną sekundę, inaczej wpakujesz się w tarapaty...

– No to zajmiemy się sobą nawzajem – powiedział Draco, który powoli dochodził do wniosku, że chyba może wreszcie wstać. Skupił się na Harrym i podejrzewał, że uczucie rześkiego, chłodnego powietrza na skórze oznacza zaskoczenie. Uśmiechnął się. Chyba nawet to polubi.

Postanowił zacząć mówić jakby wieszczki nie było z nimi w pokoju. Chciał coś powiedzieć Harry'emu i nie miało to znaczenia, czy akurat mieli widownię, czy nie.

– Chciałem lordowskiej mocy, tak żeby nasze relacje były sobie absolutnie równe, Harry – powiedział mu Draco. – Tak, żebym mógł cię chronić i się tobą zająć. Ale Julia mi tego nie dała. A ja się wygłupiłem, próbując mimo wszystko po to sięgnąć. Już nigdy więcej tego nie zrobię.

Chyba, że nadarzy się kolejna okazja...

Draco wypchnął tę myśl z głowy. Zmiana, pamiętasz?

– Zamiast tego mam tę empatię – powiedział, patrząc Harry'emu w oczy. – I wiem, że w tej chwili uważasz, że nie powinieneś mi ufać. – Podejrzliwość było kolejnym nieprzyjemnym uczuciem, niczym chodzenie bosymi nogami po patykach. – Ale obiecuję ci, zawsze możesz mi ufać, że cię będę chronić i bronić, i że będę twoim przyjacielem. I jeśli kiedykolwiek poczuję od ciebie coś, co będzie oznaczało, że zrobiłem coś, przez co zacząłeś w to wątpić, to przynajmniej teraz będę mógł się od razu poprawić.

– Ale... – zaczął protestować Harry.

– Jeśli chcesz coś powiedzieć o tym, że nie chcesz mi się narzucać, to się tym lepiej udław – powiedział Draco. – Teraz wszyscy będą mi się narzucać, przynajmniej dopóki nie nauczę się kontroli nad tą cholerną umiejętnością. Sam to sobie zrobiłem i teraz będę musiał nauczyć się jak z tym żyć. A jeśli chciałeś mi powiedzieć, że nie chcesz, żebym się o ciebie troszczył, to o tym w ogóle nie chcę słuchać. Zawsze się o ciebie martwiłem, Harry, poza tymi dwoma ostatnimi miesiącami i jest mi naprawdę przykro z tego powodu.

O proszę. Chłodny powiew zaskoczenia powrócił, no, tym razem w sumie jako lodowata zawierucha. To pewnie oznaczało szok.

– Byłem gnojem, durniem, dupkiem, palantem, jakimkolwiek innym inwektywem, jakim chciałbyś mnie teraz nazwać. Nie oczekuję, że będziesz spędzał cały swój czas na uczeniu mnie. Większości sam będę musiał się nauczyć. – Chociażby dlatego, że chcę się upewnić, że Harry nie będzie się przepracowywał, używając jakichś tarcz, które go będą powoli wykańczać. – Chciałem być magicznym dziedzicem kogoś z mojej rodziny i tym właśnie jestem. Chciałem być silniejszy i się stałem. Naprawdę nie mam powodów do narzekań. Dostałem to, czego chciałem. – Uśmiechnął się i wiedział, że ta mina był mizerna, ale następne słowa były wyjątkowo ważne, a wymówienie ich sprawiało mu ból. – Ja... nie jestem tak potężny jak ty, ale mam nadzieję, że mimo wszystko wciąż jesteś w stanie uważać mnie za przyjaciela.

Harry przyglądał mu się intensywnie. Jego spojrzenie cięło głębiej niż to wieszczki. Draco spojrzał mu w oczy. Był gotów zachęcić Harry'ego do użycia legilimencji, jeśli ten chciał mieć absolutną pewność.

– Będę musiał wejść do twojego umysłu, żeby ci pokazać jak się bronić – szepnął Harry.

– Oczywiście – powiedział Draco i opuścił wszelkie bariery, patrząc Harry'emu w oczy kiedy ten szepnął znowu Legilimens.

Chwilę potem Harry był w jego umyśle, delikatnie splatając tarcze z wizerunków rtęci, pokazując Draconowi jak je kładzie na specyficznych elementach jego umysłu, tak żeby utrzymać jego magię w ryzach, ale nie pozwolić jej na bezruch; solidne kontenery były złe. Harry póki co sam owinie baseny wokół ich celów. Nic go nie będzie kosztowało utrzymywanie ich. Potem jednak już Draco sam będzie musiał się zacząć uczyć jak mógłby to zrobić samemu i w jaki sposób odsunąć te bariery na boki, żeby mieć dostęp do swojego daru, ilekroć będzie chciał go ćwiczyć.

O ile, oczywiście, Draco w ogóle będzie tego chciał.

Draco skorzystał z okazji, zebrał razem własne emocje i trzymał je przy sobie cierpliwie póki Harry nie skończył z tarczami. Wówczas cisnął nimi w Harry'ego, tak żeby ten nie miał najmniejszej wątpliwości co Draco czuł.

Cierpliwość. Zaufanie. Prawdziwe wyrzuty sumienia i pragnienie poprawy. Przyjaźń. Miłość. Agonię, że dopiero teraz zauważył co się dzieje z Harrym. Złość na własną głupotę, że był tak strasznie zajęty swoim eliksirem. Błaganie, ponieważ Draco nie był w stanie tego stłamsić i dlatego, że nie chciał stracić przyjaźni Harry'ego – ale nie chciał też, żeby Harry mu wybaczył po prostu dlatego, że jest Harrym, a Harry przecież wybacza wszystkim. Chciał wiedzieć jak nisko upadł w oczach swojego przyjaciela i jak ciężko będzie musiał pracować, żeby wspiąć się z powrotem na szczyt.

To było przerażające. To było wyzwalające. To było w porządku, ponieważ robił to w zaciszu własnej głowy i tylko Harry był w stanie to zobaczyć, a Draconowi nie przeszkadzało, przynajmniej w tej chwili, że Harry widział wszystko.

Wyczuł podziw Harry'ego i jego szok, a potem ten się wycofał. Draco otworzył oczy, zamrugał i spojrzał ze spokojem na swojego przyjaciela.

Harry miał głowę przechyloną na bok, zupełnie jak ten jego feniks, i przyglądał się Draconowi jakby go pierwszy raz w życiu widział. Wreszcie, bardzo powoli, kiwnął głową.

– Niech będzie – szepnął. – To… może trochę potrwać zanim będę w stanie zaufać ci, że się nie zabijesz w chwili, w której na moment spuszczę cię z oczu, Draco, ale muszę ci zaufać, po prostu dlatego, że mam w tej chwili zbyt wiele innych spraw na głowie. Nie mogę wszędzie za tobą łazić, żeby się upewnić, że dotrzymasz swoich obietnic.

Draco przytaknął i powstrzymał się od wypowiedzenia na głos swojego rozczarowania tym werdyktem. Nie mógł. To nie byłoby sprawiedliwe. Jeśli ma kiedykolwiek znaczyć dla Harry'ego więcej niż, dajmy na to, jego inne obowiązki, to sam będzie musiał na to zapracować.

Jego bratu udało się wrócić w łaski Harry'ego. Nie dopuszczę do tego żeby ten gnojek był w czymkolwiek lepszy ode mnie.

– Przyznam, że to wszystko skończyło się lepiej niż się spodziewałam – wtrąciła się łagodnie Vera. – Muszę cię jednak znowu zapytać, Harry, czy nie rozważyłbyś jednak odwiedzenia Sanktuarium. Zobaczyłbyś wielką poprawę po chociażby miesiącu pobytu.

Harry obejrzał się na nią i pokręcił głową.

– Czy mogę zapytać dlaczego? – Głos Very był tak delikatny, że brzmiał jak pyłek dmuchawca, a Draco zobaczył łzy w kącikach jej oczu.

– Mam tutaj zbyt wiele spraw do załatwienia – powiedział Harry. – Ale to tylko połowa powodu. Druga połowa jest taka, że nie chcę przebywać stale w pobliżu ludzi, którzy są w stanie widzieć mnie w sposób, w jaki ja nie jestem w stanie widzieć ich. Spędziłem już dość czasu w otoczeniu ludzi, którzy byli w stanie mnie kontrolować bo mieli nade mną przewagę, której sam nie miałem w stanie zyskać nad nimi. Nigdy więcej.

– Draco teraz będzie w stanie zobaczyć część ciebie, której nikt inny nie zobaczy – powiedziała Vera. Draco zastanawiał się ze złością, czemu musiała mu zwracać uwagę akurat na to – żeby mimo wszystko zachęcić Harry'ego do pójścia z nią, czy też dlatego, że tak się składało, że to była prawda?

Harry zamrugał.

– Ale to przecież Draco – powiedział. – Ufam mu.

Draco musiał odwrócić głowę, inaczej wszyscy zobaczyliby jego nieprawdopodobnie nieodpowiedni i rozczulony wyraz twarzy. Agresywnie przetarł oczy, zastanawiając się, czy Harry kiedykolwiek zrozumie jak wiele dla niego znaczyły te słowa.

– Rozumiem – powiedziała Vera. – No cóż. Nie będę próbowała zaciągnąć cię tam na siłę, Harry.

– Wcześniej wydawaliście się ku temu nieźle zdeterminowani – warknął Harry.

– Chcę cię za to przeprosić – powiedziała Vera. – Po prostu wyszłam z założenia, że jak tylko się dowiesz w jakim stanie jest twoja dusza i jakie warunki panują w Sanktuarium, to oczywiście, że będziesz chciał z nami pójść. – Westchnęła lekko. – Pamiętaj, proszę, że Sanktuarium zawsze będzie stało przed tobą otworem. Zarówno w czasie świąt szkolnych jak i wakacji.

– Mam opiekuna – powiedział Harry zjeżonym głosem.

Vera nie powiedziała już niczego, co Draco byłby w stanie usłyszeć. Drzwi jednak się otworzyły, po czym zamknęły za nią.

– Draco? – powiedział Harry w chwilę później.

Draco odwrócił się i spojrzał na swojego przyjaciela, który stał z pochyloną głową i rzucał mu tak intensywne spojrzenie, że jego tęczówki niemal zmieniły od tego kolor.

– Tak? – zapytał. Nie był w stanie tego nie zrobić, nie w chwili, w której znajdował się pod takim wzrokiem.

– Muszę wiedzieć, że naprawdę miałeś to na myśli – powiedział Harry. – Że naprawdę zaczniesz pracować nad swoją empatią i tarczami. Jeśli teraz się na tobie jakoś zawiodę, to już nie będę w stanie ci więcej zaufać.

Draco wyciągnął rękę przed siebie, prezentując Harry'emu jej spód.

– Przysięgam – powiedział. – Na mój honor jako Malfoya, na Merlina i moją magię. – Zamilkł, przyglądając się twarzy Harry'ego i znalazł tam to, czego potrzebował. – Na mój honor jako twojego przyjaciela.

Otworzył dłoń, prostując palce, prosty gest, którego nie dzielili z Harrym już od bardzo dawna i czekał.

Harry przysunął się ostrożnie bliżej, wciąż wyglądając jak dzikie, ranne stworzenie i uścisnął mu dłoń.

A potem podszedł jeszcze bliżej i przytulił Dracona, kompletnie się na chwilę rozluźniając. Draco objął go mocno, radując się tą chwilą, ale bardzo wyraźnie świadomy tego jak strasznie krucha ona była jak łatwo byłoby ją zniszczyć.

– Tęskniłem za tobą – szepnął Harry.

Dziękuję, pomyślał gorączkowo, do Harry'ego i może nawet do Julii. Dziękuję za drugą szansę. Tej już nie spartolę, obiecuję.

– Ja też za tobą tęskniłem – szepnął.