Ee… Wiem, że ten tom jest zatytułowany "Wolny człowiek nie zazna spokoju", ale musiałam choć odrobinę ulżyć Harry'emu, inaczej by mi po prostu padł. I patrzcie, to nawet napędza dalej fabułę!

Rozdział trzydziesty: Decus

Harry wypuścił długi, drżący oddech i zamknął oczy.

Nie zniszczę połowy Hogwartu, nie zniszczę połowy Hogwartu…

Stał tak, póki nie przestał się trząść, a jego magia wreszcie się uspokoiła. Ostatecznie musiał się odwołać do schowania części swojej furii za tarczami oklumencyjnymi, ale przynajmniej podziałało. Otworzył oczy i odetchnął.

Rzucił gargulcowi Dumbledore'a ostatnie spojrzenie i mógłby przysiąc, że ten się skulił. Harry ruszył z powrotem do lochów, mając nadzieję, że nie spotka nikogo po drodze. Jego krok był długi, szybki i zły, ale jego magia wzbierała wokół niego niczym pożar lasu tylko od czasu do czasu. To oznaczało, że jakby ktoś go spotkał w złym momencie, to mógłby do niego zagadać.

A Harry naprawdę, naprawdę nie był w nastroju do rozmów, które nie składałyby się z wrzasków.

Kilka minut wcześniej starał się odbyć poważną rozmowę z Dumbledore'em, przekonując go, że zasady zawieszenia broni, które wcześniej między sobą ustalili, oznaczają, że Connor nie może wziąć udziału w turnieju i jego uczestnictwo w nim powinno zostać czym prędzej wycofane. A Dumbledore był na tyle bezczelny, że tylko się do niego uśmiechnął.

– Ależ, Harry, przecież sam się deklarowałeś, że chcesz się zająć treningiem Connora, nie pamiętasz? – powiedział. – To tylko tego część. Jego życie wcale nie jest zagrożone. Przynajmniej tak długo jak ty jesteś w pobliżu. Wiem, że nie dopuścisz do tego, żeby stało mu się coś poważnego.

A ponieważ Dumbledore faktycznie zdawał się w to wierzyć, to sęk zdawał się być w tym, że Harry wiedział, że prędzej by zginął niż pozwolił, by jedno z zadań turnieju zniszczyło jego brata, w dodatku zasady ich pojednania nie wspominały nic o tym, że Harry'emu nie wolno było ryzykować życiem – tak długo jak robił to z własnej, nie przymuszonej woli. Zgodnie z zasadami to nie była nawet groźba, ponieważ Harry był w stanie obronić przed tym Connora, w dodatku wypełniało jeden z warunków, który Harry sam kiedyś zaoferował w zamian za pomoc Dumbledore'a.

Technicznie rzecz biorąc nie narusza niczego, pomyślał Harry, wymierzając ścianie porządnego kopa i krzywiąc się, kiedy trafiony kamień skuł się lodem. Problem w tym, że ten łajdak wykorzystuje każdy możliwy kruczek w dowolnej umowie – kruczki wolnej woli, sieci, praw i magii Światła.

Przeczesał ręką włosy. Zdawał sobie sprawę, że jego zdenerwowanie jest między innymi rezultatem listu od matki, jak i niekończących się koszmarów, które nawiedzały go jak tylko zasypiał, czy nowego stresu związanego z koniecznością pomocy Connorowi w treningu przed turniejem. Nic go jednak nie tłumaczyło z kopania ścian.

Cicho. Cicho. Spokojnie. Wyluzuj się. Za godzinę masz spotkanie z Connorem w bibliotece, żebyście mogli razem się zastanowić, czego może dotyczyć pierwsze zadanie. Powiedział, że chyba ma kilka pomysłów, z tego co usłyszał przypadkiem od starszych roczników.

A przecież nie będzie mógł wtedy krzyczeć.

Harry musiał niechętnie przyznać, warcząc hasło do drzwi pokoju wspólnego Slytherinu i czekając z irytacją na ich otwarcie, że czego naprawdę w tej chwili chciał, to kogoś, na kogo mógłby się wydrzeć, kogoś, kto by w pełni na to zasługiwał i nie uśmiechnie się do niego w odpowiedzi, odpowiadając wymijająco, jak to zrobił Dumbledore.

Był w połowie schodów, prowadzących do sypialni chłopców z czwartego roku, kiedy Milicenta go zawołała. Zatrzymał się i burknął pod nosem.

– Harry. Naprawdę mam to na myśli.

Harry zamrugał i odwrócił głowę, żeby się jej przyjrzeć. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że powiedziała coś więcej jak tylko jego imię.

– Co?

Milicenta przechyliła głowę i przymrużyła oczy.

– Wydaje mi się, że będziesz musiał trochę więcej zjeść w czasie dzisiejszej kolacji – powiedziała. – Wciąż nie jadasz wystarczająco wiele. Nie jadłeś odkąd ogłoszono reprezentantów do turnieju.

– Bo ciężko mi cokolwiek zjeść z zaciśniętymi zębami, kiedy mam wrażenie, że w gardle siedzi mi wielka gula.

Milicenta wzruszyła ramionami.

– A co mnie to? Zjesz dzisiaj coś porządnego, Potter. I naprawdę miałam na myśli to, co powiedziałam wcześniej. Wasza sypialnia od jakichś dziesięciu minut brzmi jak strefa wojenna. Lepiej się tam teraz nie pchaj. Jak cię trafi niewybaczalne, to ja umywam ręce, słyszysz? – Odwróciła się z powrotem i wróciła do czytania grubej książki, którą Harry rozpoznał jako "Historię magii".

Harry spojrzał w górę schodów. Teraz, jak Milicenta zwróciła mu uwagę, to faktycznie to usłyszał: trzaski, szybko mamrotane zaklęcia i coś, co brzmiało jak uderzenia pięścią i piski bólu.

Niemal warknął z wyczekiwaniem, wbiegł po schodach i otworzył drzwi. Idealnie.

Wszedł do środka akurat wtedy, kiedy Draco zrobił unik przed klątwą ciśniętą przez Blaise'a, po czym znowu wystawił głowę.

– Och, czyżby się Blaisiuniek zakochał w kimś z Gryffindoru? To by tłumaczyło te wszystkie maleńkie lwy, które rysujesz na marginesach swoich prac domowych.

– Wcale nie rysuję żadnych lwów na moich pracach domowych, ty nieznośny gnojku! – Harry jeszcze nigdy nie widział, żeby Blaise był aż tak czerwony na twarzy; sam fakt, że w ogóle sięgnął po różdżkę świadczył, że musiał być strasznie zdenerwowany. Cisnął zaklęciem galaretowatych nóg, Draco padł na ziemię, żeby go uniknąć i przetoczył się w bok. Powoli zbliżał się do swojej szafki nocnej i jak tylko się przy niej znajdzie, to złapie za własną różdżkę i wtedy stawi Blaise'owi czoła na równym gruncie. Wyglądało na to, że żaden nawet nie zauważył, że Harry wszedł do pokoju.

– Właśnie że tak – powiedział Draco, który był uradowany i pewny siebie niczym ktoś, kto miał na to niezbite dowody. Wykorzystuje swoją wiedzę o emocjach Blaise'a, zorientował się Harry. On naprawdę był zrozpaczony dlatego, że ktoś dał mu kosza. – Albo nie, czekaj, może jednak nie. Możliwe, że pomyliłem je z małymi serduszkami.

Blaise wydał z siebie skrzek, który skończył się klątwą Abicio. Draco rzucił przed siebie zaklęcie tarczy i patrzył z dumą jak klątwa miotająca Blaise'a rozbija się i znika.

– Zamknij pysk, Malfoy, bo nie ręczę za siebie – powiedział Blaise niskim głosem. Harry przyjrzał się jego twarzy i zobaczył tam jego matkę, co było naprawdę rzadkie. Blaise był niebezpiecznie zły i właśnie nadchodził czas, żeby przerwać tę kłótnię. – Moje zauroczenie to moja sprawa, nie, kurwa, twoja.

– Ale przynajmniej się przyznałeś, że się zadurzyłeś w kim! – Draco wykonał szybki, podrygujący, pełny zadowolenia z siebie taniec. Harry był przyjacielem Dracona, naprawdę, ale w tej chwili zrozumiał, czemu Ron ma ochotę go udusić.

– Ja się przynajmniej do tego przyznaję – wypalił Blaise. – A to więcej od ciebie, co, Draco? Nie, żebyś w ogóle miał jaja, żeby się do tego przyznać. Tak się tego boisz, że prędzej sobie chuja przybijesz do drzewa niż z tym cokolwiek zrobisz! Nie dociera do ciebie, że…

Petrificus Total… – zaczął Draco z miną niewysłowionej furii.

Expelliarmus! – wciął się Harry, kręcąc głową na samego siebie, że tak długo czekał zanim się wtrącił. Złapał obie różdżki, które do niego przyleciały i podniósł brwi, kiedy Draco i Blaise obrócili się gwałtownie w jego stronę i jak jeden mąż spojrzeli na niego złowrogo. – Myślę, że wam już wystarczy – powiedział. Rzucił Draconowi ostrzegawcze spojrzenie, kiedy ten otworzył usta. – A teraz proponuję, żebyście się przeprosili. Jeśli to zrobicie, to zwrócę wam wasze różdżki. – Musiał przed sobą przyznać, że miał nadzieję, że jednak tego nie zrobią. Naprawdę miał ochotę na kogoś pokrzyczeć.

– Nie przeproszę – powiedział przewidywalnie Draco. – Merlinie, Harry, czy ty go w ogóle słyszałeś? On się ze mnie nabijał!

Harry przymrużył oczy, kiedy jego gniew znalazł sobie nową ofiarę.

– Draconie – powiedział. – Masz niesprawiedliwą przewagę.

Czy ja naprawdę nie mogę go spuścić z oka nawet na godzinę bez obawy, że zaraz zacznie szydzić z ludzi? Przecież wie, że nie powinien w ten sposób wykorzystywać swojej empatii. Harry musiał przyznać, Draco zachowywał się znacznie lepiej niż w ostatnich miesiącach, ale wciąż było mu daleko do ideału, a ta kłótnia tylko pokazała, jak daleko.

– Mam to gdzieś! – powiedział Draco. – Nabijał się ze mnie. – Zamilkł, patrząc na Harry'ego wyczekująco i po chwili Harry zorientował się, że ten czeka na jakiś znak, że jego najlepszy przyjaciel jest po jego stronie i rozumie jego cierpienie.

Harry nie był, nie tym razem. Pokręcił głową w kierunku Dracona, po czym odwrócił się w stronę Blaise'a.

– Słuchaj, przepraszam cię za niego – powiedział. – Masz rację, to nie nasza sprawa w kim się zadurzyłeś. – Rzucił Blaise'owi jego różdżkę. – Tylko go nie przeklnij, co? Zrobi się niemożliwy, jeśli to zrobisz.

Blaise rzucił Harry'emu harde spojrzenie, ale kiwnął głową i schował różdżkę do kieszeni szaty.

– Zawsze starasz się szerzyć pokój, co, Potter? – zapytał.

Harry wzruszył ramionami.

– Nie zawsze. Zaraz sobie porozmawiam z Draco i zapewniam cię, będzie to cokolwiek żywiołowa konwersacja. – Zwłaszcza, pomyślał Harry, oglądając się na Dracona kątem oka, że w żaden sposób nie daje po sobie poznać, że jest mu przykro. – Czy możesz nas na chwilę zostawić samych, Blaise?

Blaise pokręcił głową.

– Nie mam pojęcia, jak ty z nim wytrzymujesz – mruknął, łapiąc swoją pracę domową z obrony przed mroczną magią i zmierzając do drzwi. – Albo jak w ogóle wytrzymasz z nim potem.

Harry zamrugał, nie pojmując, co to mogłoby znaczyć, ale ostatecznie odpuścił, wzruszając ramiona. Trącił lekko stopą drzwi, upewniając się, że się zamknęły za Blaise'em, po czym odwrócił się w stronę Dracona.

– To nie była moja wina – powiedział od razu Draco, zanim Harry w ogóle zdążył się odezwać. – On tak po prostu leżał i wzdychał, a ja wszędzie wyczuwałem jego cholerne emocje! Co niby miałem innego zrobić?

– Na przykład się go nie czepiać? – zasugerował Harry przez zaciśnięte zęby.

– Ale nie chciał przestać – powiedział Draco, dąsając się.

– Nie obchodzi mnie to – powiedział Harry. – Obiecałeś mi, że nad tym popracujesz, Draco, że spróbujesz się nauczyć jak używać swojej empatii, że nie będziesz po prostu pozwalał jej zalewać się emocjami innych ludzi. Co cię opętało? Tak… względnie nie najgorzej sobie do tej pory radziłeś. – Bo tak było. Nie, nie było idealnie, ale już dwa tygodnie powstrzymywał się od czepiania się Blaise'a.

Draco wymamrotał coś, czego Harry nie był w stanie usłyszeć.

Harry podniósł brwi.

– Głośniej, Draco. Nie sądzę, żeby duchy twoich przodków były zadowolone z tego, że ich dziedzic mamrocze pod nosem.

To odniesienie, które bezpośrednio zahaczało o Julię, oderwało wzrok Dracona od podłogi i rozpaliło jego temperament.

– Powiedziałem, że czułem się samotnie – powiedział agresywnie. – I byłem zmęczony. I czoło mnie bolało. Twoja blizna krwawi teraz nawet za dnia, kiedy nie śpisz, prawda?

Harry przymrużył oczy. O nie, nie zrobi mi tego, nie odwróci tej rozmowy na swoją korzyść.

– Tak, tak się składa, że faktycznie tak robi – powiedział chłodno. – Co nie oznacza, że masz jakiekolwiek prawo do…

– Kiedy miałeś zamiar mi o tym powiedzieć?

Harry syknął na niego.

– Kiedyś. Prawdę mówiąc, nawet nie przyszło mi do głowy, żeby ci o tym powiedzieć, Draco. To nie tak, że starałem się to przed tobą ukrywać. Możemy przejść do sedna? Bo rozmawialiśmy o nadużywaniu twojego daru.

– Ale rozmawialiśmy wtedy też o tobie – powiedział Draco. – Czy ty tego nie rozumiesz, Harry? Lepiej sobie radzę jak jesteś w pobliżu, przynajmniej wtedy, kiedy jesteś ze mną szczery, bo wtedy mogę się po prostu skupić na twoich emocjach. Kiedy cię tu nie ma, to się nudzę. A Blaise rzucał emocjami po całym pokoju. Naprawdę się spodziewałeś, że zignoruję taką okazję?

– Jeszcze nie – przyznał niechętnie Harry. – Ale jeśli potrzebujesz mnie w pobliżu, żeby sprawnie kontrolować swoją empatię, to znaczy, że jestem dla ciebie jak kula. Musisz uważać, żeby nie zmieniło się to w kulę u nogi.

– Skończysz ty z tymi bezsensownymi porównaniami?

Harry pozwolił, żeby jego magia błysnęła na tarczach.

– Prawdopodobnie to wina mojego niesłychanie nieodpowiedniego wychowania.

Draco, ku zaskoczeniu Harry'ego, zamknął oczy i odetchnął lekko. Po chwili otworzył oczy i zaczął mówić, tak spokojnie jak mógł.

– Słuchaj, jeśli chcesz, żebym się przyzwyczaił do używania tej empatii bez ciebie w okolicy, to wydaje mi się, że powinieneś poprawić moje tarcze. Robią się jakieś cieńsze, czy coś. Uderza we mnie więcej emocji niż zwykle i przebijają się głównie te negatywne jak irytacja, złość, zniecierpliwienie i tak dalej. A w tej chwili czuję twoją furię i wszystko się we mnie spina, gotowe do obrony, co mnie osobiście irytuje, a ty się tą irytacją tylko napędzasz. Jestem empatą, nie mogę się kłócić o każdą bzdurę.

Harry wzdrygnął się i rozluźnił swoją magię, czując się źle, że o tym zapomniał.

– Przestań z tym poczuciem winy, dobra? – mruknął Draco i usiadł na swoim łóżku, po czym spojrzał wyczekująco na Harry'ego. – No, właź mi do głowy. Pieprzone tarcze. Pieprzona empatia. Pieprzony Blaise i to jego pieprzone zauroczenie.

– I pomyśleć, że całujesz swoją matkę tymi ustami – westchnął Harry, ale usiadł na łóżku obok Dracona. To było dziwne, ale czuł się znacznie lepiej w porównaniu do tego, jaki wyszedł z gabinetu Dumbledore'a, nawet jeśli nie wrzeszczał na Dracona do chwili wyczerpania gniewu. Miał wrażenie, że tak zadziałał na niego fakt, że wciąż był w stanie się zwyczajnie pokłócić ze swoim przyjacielem. Tęsknił za tym w ciągu ostatnich miesięcy bardziej niż za dotykiem czy bezsensownymi rozmowami, które potrafili prowadzić z Draconem, o quidditchu, pracy domowej czy czymkolwiek innym. Tęsknił za tym, że był w stanie powiedzieć Draconowi właściwie cokolwiek i dostałby na to jakąś odpowiedź, że był ktoś, z kim mógłby być szczery i kogo naprawdę bardzo, bardzo ciężko było od siebie odgonić.

Draco podniósł brew i Harry zorientował się, że tak po prostu siedział, trzymając w dłoniach głowę Dracona i patrząc się na niego bez słowa. Odchrząknął, zażenowany.

Legilimens – mruknął.

Wszedł znowu do głowy Dracona i znalazł ją w znacznie lepszym porządku niż jak był tu ostatnim razem, w halloweenową noc, kiedy to nieustanny chaos emocji sprawiał, że prawie nie był w stanie odróżnić między sobą pokojów, z których składał się umysł Dracona. Teraz bez problemu był w stanie zobaczyć potężny i piękny budynek, na którego widok jeszcze bardziej się odprężył. To było coś w rodzaju Sanktuarium, które wyobrażał sobie Peter, ale znacznie bardziej uspokajało Harry'ego. Tutaj nikt nie patrzył na niego oczami wieszcza. Nie, żeby kiedykolwiek miał zamiar odwiedzić Sanktuarium i pozwolić komuś tak na siebie spojrzeć. Tutaj jednak w każdym zakątku był w stanie wyczuć obecność Dracona i to właśnie ukoiło jego nerwy.

Ostrożnie sprawił tarcze, którymi była obłożona jego empatia. Faktycznie, niektóre zaczynały się już przecierać. Harry je poprawił, wygładził połączenia między nimi i poprzesuwał niektóre, tak żeby Draco był w stanie częściej odczuwać przyjemne emocje. Wreszcie kiwnął głową i odsunął się, ostrożnie zadowolony z tego, że kilka białych kosmyków wplotło się w rtęć. Jego tarcze były zrobione z rtęci, bo tak go nauczył Snape, ale białe elementy były czymś nowym. Wyglądało na to, że Draco powoli przejmował kontrolę nad tymi tarczami – wplatał je w siebie, jako stałą część swojego umysłu.

Odwrócił się i zmarszczył brwi, kiedy zorientował się, że jego drogę wyjścia z umysłu Dracona zagradzała bariera rzeźbionego drewna. Wzruszył ramionami. Podejrzewał, że znowu Draco chciał mu pokazać coś, co naprawdę czuje, tak samo jak pokazał Harry'emu w Halloween jak strasznie był na siebie zły i jak bardzo było mu przykro. Harry ruszył przed siebie, położył rękę na barierze i delikatnie odepchnął ją z drogi, zanurzając w niej ręce, żeby ją zidentyfikować.

Intensywne, leniwe ciepło, tego rodzaju, które ogarnia cię w miły poranek późną wiosną, kiedy jedyne, co możesz robić, to jeszcze godzinami wylegiwać się w łóżku, patrząc jak promienie słońca wpadają przez okno i powoli zalewają pokój…

Harry minął to w chwilę, zaskoczony, ale dość ogarnięty, żeby pomyśleć, O rany, Blaise miał rację. Draco naprawdę się w kimś zauroczył.

Pokręcił głową i wyskoczył z umysłu Dracona z powrotem we własny. Uśmiechnął się łagodnie do swojego przyjaciela.

– Gratulacje – powiedział. – W kim się zadurzyłeś?

– To nie było zadurzenie – powiedział Draco, momentalnie mrużąc oczy. – To była miłość, ty idioto.

Harry wyszczerzył się, nie pozwalając sobie myśleć o tym, jak dawno się nie uśmiechał w ten sposób. No jasne, że tak myśli. Przecież to Malfoy. Zauroczenia są dla zwykłych ludzi.

– Oczywiście, że tak – powiedział z powagą. – No to powiedz mi. Wokół kogo jest skupiona? Szczęśliwej dziewczyny? Szczęśliwego chłopaka?

Draco po prostu gapił się na niego przez chwilę z otwartymi ustami.

– No ja po prostu nie wierzę – wypalił wreszcie i wstał, żeby podejść do swojego szkolnego kufra, całym swoim ciałem wyrażając urażoną dumę.

Harry wzruszył ramionami. Wygląda na to, że jednak nie chce o tym porozmawiać. No nic, ja i tak miałem się spotkać z Connorem w bibliotece.

Wstał i wyszedł. Draco nawet się na niego nie obejrzał. Wyglądało na to, że chwilę mu zajmie wybaczenie Harry'emu zagajenie o to nieszczęsne zauroczenie, o którym w ogóle nie chciał rozmawiać, a może w ogóle założenie, że to w ogóle było zauroczenie.

Nie szkodzi. Przynajmniej już mi się nie wydaje, że jak się już o coś pokłócimy, to na zawsze. To jedno wciąż działa jak należy, nawet jeśli wszystko wokół mnie wciąż się wali w gruzy.


Harry otworzył jedno oko i czekał przez chwilę w ciszy, póki nie upewnił się, że od strony łóżek Blaise'a, Vince'a i Dracona nie dochodzą go pochrapywania zamiast pełnej skupienia ciszy, w której leżał przez ostatnią godzinę. Usiadł i potarł dłonią czoło, klnąc cicho, kiedy poczuł na palcach krew.

Musiał coś zrobić. Ukojenie, które dostał od Dracona, nie utrzymało się w nim tak długo, jak powinno, bo wyparowało jak tylko wszedł do biblioteki i zobaczył Connora z wielką śliwką na oku. Harry podejrzewał, że musiał oberwać od kogoś, kto wciąż nie wierzył Connorowi, że ten nie wrzucił swojego imienia do Czary – albo wręcz przeciwnie, od kogoś, kto mu uwierzył i wściekł się, że ten i tak został wylosowany.

Próbował wypytać swojego brata, rzucał zawiązaniami do innych uczniów w trakcie rozmowy z nadzieją, że Connor drgnie na dźwięk któregoś z nich, wykorzystał właściwie wszystko poza legilimencją, żeby wyciągnąć od niego informację o tym, kto mu to zrobił. Connor z uporem milczał i jedyne, co powiedział w temacie było wymijającą "chęcią zajęcia się własnymi walkami".

Harry domyślił się, kto to był, kiedy podczas kolacji Gryfon z piątego roku, Cormac McLaggen, pojawił się z pięknym celownikiem wymalowanym idealnie na krzyżu i schodzącym na pośladki, w którego bez przerwy usiłował się wbić niezmordowany gwóźdź, na którym wisiał ośli ogon. Wyglądało na to, że Connor faktycznie sobie poradził, nawet jeśli potrzebował do tego pomocy bliźniaków Weasley.

To i tak nie uspokoiło jego poczucia bezsilności i ta bezsilność – wyciszona, tak żeby Draco nie był w stanie jej wyczuć i się przez nią obudzić – teraz nie pozwalała mu spać.

Harry zamarł, kiedy nagle naszła go nowa myśl. Tak, mógłbym to zrobić, uznał. Wydaje mi się, że już dość informacji zebrałem na ten temat.

– Zgredku! – zawołał cicho. Lucjusz wyraził zgodę na to, żeby Harry wypuścił jego skrzata domowego na wolność, wiec nie powinien teraz mieć obiekcji przed przywoływaniem Zgredka w Hogwarcie zamiast w rezydencji Malfoyów.

Zgredek pojawił się obok jego łóżka z cichym trzaskiem i spojrzał na niego swoimi wielkimi oczami. Harry był naprawdę wdzięczny, że ten nie zaczął od razu trajkotać. Oczywiście, już wcześniej parę razy zdarzyło mu się pojawić w sypialni i nikogo tym nie obudzić, więc być może skrzaty posiadały zdolność rzucania zaklęć wyciszających wokół siebie zanim zaczynały mówić.

– Mam wrażenie, że już dość się nauczyłem o sieciach, żeby cię uwolnić – powiedział cicho Harry.

Wyraz twarzy Zgredka się zmienił. Gdyby Harry nie przywykł już do odczytywania jego min, to by nie zwrócił na to uwagi. Ale w jego wielkich oczach pojawił się płomień, którego tam wcześniej nie było.

– Zgredek bardzo by tego chciał – powiedział mały skrzat.

– To dobrze – powiedział Harry. – Czy możesz mnie jednak zabrać do Zakazanego Lasu? Wolę nie robić tego tutaj, z tymi wszystkimi sieciami skrzatów, które są w Hogwarcie. Wydaje mi się, że póki co podołam tylko tej, która już została naruszona. Do tego wolałbym nie zdjąć przy okazji innych przez przypadek. – Żeby już nie wspomnieć, że nie mam najbledszego pojęcia co do tego jak przekonać Dumbledore'a do wypuszczenia na wolność skrzatów domowych z Hogwartu.

Zgredek kiwnął głową i zrobił krok przed siebie, po czym złapał Harry'ego za nadgarstek. Harry z rezygnacją zniósł ścisk skrzaciej aportacji i na miejscu odkrył, że znajdują się w wyjątkowo suchym i osłoniętym miejscu. Wyczarował niewielkie Lumos, żeby zlokalizować Zgredka i zorientował się, że znajdują się w niewielkiej jamie, zrobionej z pochylonych i poprzeplatanych ze sobą drzew.

Odwrócił się w kierunku Zgredka i przymrużył oczy, lekko stremowany. Sieci Zgredka pojawiły się od razu. Teraz, kiedy Harry wyglądał wyłącznie ich, był w stanie zobaczyć jak się splatają wokół siebie. Tak, tu była sieć, która pętała skrzaty domowe, a tam kolejna, która upewniała się, że polubią niewolę. Harry skrzywił się mimowolnie z obrzydzeniem.

Następnie nawiązał rozmowę, poniekąd po to, żeby odwrócić swoją uwagę od magii, którą próbował wokół siebie zebrać.

– Kim był czarodziej, który już wcześniej próbował cię uwolnić, Zgredku?

Zgredek zamrugał tymi swoimi wielkimi ślepiami i Harry wreszcie się zorientował, że po raz pierwszy zobaczył mrugającego skrzata.

– Pan Zgredka nazywał się Decus – powiedział.

Harry przechylił głowę. Rozpoznał łacińskie słowo na "honor" czy "chwałę".

– Pamiętasz może jak miał na nazwisko?

– Lestrange.

Harry z zaskoczenia niemal wypuścił swoją magię luzem, ale po chwili pokręcił głową i wrócił do jej zbierania. Musiał spleść dokładną replikę sieci, które miał przed sobą, więc znowu skupił się na nich. Nić na lewo, zaraz pod nią węzeł, nić na prawo…

– Pamiętasz może czemu w ogóle chciał spróbować rozwiązać twoje sieci?

– Mistrz Decus chciał być wolny – szepnął Zgredek głosem przepełnionym pragnieniem. Przerzucił wzrok na model sieci, które Harry budował obok w powietrzu. – Mistrz Decus nie był jak inni czarodzieje. Miał w sobie coś innego, coś, co było dzikie i chciało być wolne. Zgredek nie pamięta co to było.

– Smok? – zapytał miękko Harry.

Zgredek zamrugał, a potem oczy mu się zaświeciły.

– Tak, właśnie to! Zgredek pamięta! – Zaklaskał dłońmi i pokiwał głową, aż jego wielkie uszy załopotały. – Tak, smok. Mistrz Decus powiedział Zgredkowi, powiedział, "Tak, smoki są długowieczne. Smoków nie da się oswoić. Smoki są najdziksze ze wszystkich mrocznych stworzeń. Zapamiętaj to, Zgredku. Ktoś kiedyś będzie potrzebował się tego dowiedzieć."

Harry zadrżał wbrew sobie. No tak, Acies jest na tyle dziwna, że ten cały Decus pewnie był jakąś jej bliską rodziną.

– Pamiętasz może co się z nim stało?

Zgredek spojrzał z powagą na Harry'ego.

– Mistrz Decus zaczął tracić rozum. Jego smok był zbyt dziki. Zmuszał go do robienia rzeczy, których mistrz Decus wcale nie chciał robić, och, takich strasznych, złych rzeczy! – Zgredek nagle zasłonił sobie usta ręką i wymamrotał zza niej coś niezrozumiałego.

– Co? – zapytał Harry, patrząc to na oryginał, to na swoją kopię, żeby się upewnić, że wszystko robi jak należy. – Nie przejmuj się, Zgredku, możesz mi przecież powiedzieć. Nikomu nie powiem, obiecuję.

– Zgredek jest złym skrzatem – powiedział Zgredek, zabierając rękę. – Nie wolno mówić źle o swoim panu!

Harry zgrzytnął zębami i odetchnął jednocześnie ustami i nosem.

– Za kilka minut, Zgredku – szepnął – już nigdy więcej nie będziesz się musiał o to martwić.

Sieci były skończone. Harry zdawał sobie sprawę z tego, że fakt, że jego sieci były idealną kopią tych, które tak długo oplątywały Zgredka, nie był wynikiem jakichś nadzwyczajnych zdolności z jego strony. Jego magia przejęła połowę roboty, tworząc maleńkie, skomplikowane supełki w miejscach, które Harry przeoczył, bo mrugnął, albo światło mu się odbiło od okularów w niewłaściwej chwili. Przestał zauważać inne sieci. Jedna, która teraz miała znaczenie, była ta zgredkowa i to, co z nią zrobi.

Harry'emu wydawało się, że w takiej chwili będzie poddenerwowany, albo podekscytowany, bo to przecież pierwszy raz kiedy zdejmie sieć tylko z jednej istoty, zamiast zrywania jej siłą, jak to zrobił w przypadku dementorów. Zamiast tego był spokojny i skupiony, jakby kroczył ścieżką, którą dobrze znał i widział przed sobą.

Vates – szepnął Zgredek.

Słowo zabrzmiało jak sygnał. Harry pochylił się do przodu i przyłożył ręce do sieci. Dzięki swoim badaniom wiedział, co będzie musiał zrobić, ale nie myślał o tym. Jego ciało poruszyło się bez nakazu umysłu, zanim zdążyły pojawić się jakiekolwiek myśli.

Jego dłonie dotknęły przypalonych nitek sieci, a on sam nagle zniknął pomiędzy nimi.

Już nie stał w suchej, niewielkiej jamie z drzew w Zakazanym Lesie, ale mknął w dół nieskończonych sieci, widząc nad sobą przezroczysty sufit i niekończący się rząd przezroczystych ścian wokół niego i nieokreśloną podłogę pod nogami. Machnął nożem przed sobą i przeciął sieć dokładnie przez jej środek.

Kiedy się rozejrzał wokół, zobaczył innych Harrych, machających innymi nożami. Nie był pewien, w której sieci właściwie jest, w oryginale czy w kopii, ale to zdawało się nie mieć znaczenia. Najważniejsze było to, że ją niszczył.

Dotarł do pierwszego supła i przez chwilę spanikował. Co on właściwie miał zrobić z węzłami, które służyły za kotwice dla sieci pętającej wolną wolę stworzenia, które zniewalały, czy zdąży sobie przypomnieć? Mknął poprzez sieci naprawdę szybko.

Ale jego ciało już skakało, obracało się, poruszało, a on dopiero wtedy sobie przypomniał.

Te supły już dość musiały znieść. Nie będzie w stanie ich rozwiązać. W dodatku były za mocno przywiązane i za bardzo skomplikowane, żeby je po prostu poluzować.

Najlepiej będzie je przeciąć.

Harry wezwał swoją magię i wysłał ją przed siebie, jadąc na intensywnej fali uporu i wolnej woli. Myślał o tym, kiedy jego własna sieć feniksa pękła – o tej dobrej tego części, tym momencie w sowiarni, kiedy postanowił się w pełni poświęcić ścieżce vatesa, a nie tej chwili w Komnacie, kiedy Sylarana zginęła i rozerwała większą część jego umysłu na strzępy.

Węzeł został przecięty, a Harry minął go i ześlizgnął się wzdłuż jednej z jego nici, używając go jak rampy, przeciął kolejny szklisty supeł i przeskoczył na rozgałęzienie nici. Zdał sobie nagle sprawę z tego, że się śmieje. Śmiech ten nie był radosny, ale wysoki, dumny i mocny.

Dotarł wreszcie do końca tej sieci, po czym zawrócił, żeby zaatakować kolejną, tę, która sprawiała, że Zgredkowi wydawało się, że lubi niewolę…

I zobaczył, że ta sama zniknęła. Zamrugał i pokręcił głową, ale chwilę później zrozumiał co się stało. Czarodziejom z tamtych czasów musiało się wydawać, że żaden skrzat domowy nie powinien odzyskać kontroli nad własną magią, więc wpletli kotwice wiążące wolną wolę w węzły sieci, która ograniczała ich moce. Skrzatom domowym wydawało się, że same chcą służyć czarodziejom, więc było dla nich oczywiste, że nigdy nie powinny używać przeciw nim magii.

Zgredek był wolny.

Harry złapał oddech i wpadł z powrotem do swojego własnego ciała. Patrzył jak Zgredek prostuje palce, kręci głową i rozgląda się wokół, jakby po raz pierwszy w życiu tak naprawdę widział.

Wreszcie spojrzał na Harry'ego.

Harry w odpowiedzi spojrzał na niego. Spodziewał się, że będzie wzruszony, lekko przestraszony albo podekscytowany, jeśli jego stare wyobrażenia się jednak spełnią, kiedy to próbował myśleć o Zgredku jako o wściekłym czy groźnym stworzeniu. Zamiast tego czuł napływ czegoś, co uznał za radość.

Pokłonił się Zgredkowi i odsunął o kilka kroków od niego. Gdyby Zgredek chciał w tej chwili zniknąć, to Harry w żaden sposób nie miał zamiaru go powstrzymywać.

Zgredek zamiast tego wyciągnął przed siebie swoje długie palce i pstryknął nimi dwukrotnie. Z ziemi nagle podniosła się chmura kolorowych światełek, które uformowały się w bąbelki i zaczęły krążyć wokół Harry'ego. Harry zamrugał i przyjrzał im się, po czym zamrugał ponownie, kiedy zorientował się, że każda bańka zawiera w sobie maleńką, skomplikowaną scenę, ukazującą szczęśliwą rodzinę magicznych stworzeń, za każdym razem innego gatunku. Magia tego rodzaju byłaby dla czarodzieja niezwykle trudna do wykonania i praktycznie niemożliwa do utrzymania.

– Dziękuję, Harry Potterze. – Głos Zgredka był głębszy i całkowicie stracił swój irytujący, płaszczący się ton. – Teraz jestem wolny. Słyszę pieśń lasu. I wiem, co nadchodzi.

Harry oderwał wzrok od bąbelków i spojrzał na Zgredka.

– Co nadchodzi?

Zgredek odchylił głowę do tyłu. Harry zauważył, że jego uszy stopniowo się kurczą, bardziej przylegają do głowy, eleganckie i ostro zakończone.

– Decus Lestrange popełnił samobójstwo ponieważ nie był w stanie zapanować na smokiem, który siał zamęt w jego umyśle – szepnął. – Smoki są najdziksze z nas wszystkich. I to właśnie smoki pojawią się niebawem w Hogwarcie. Noc śpiewa o ich obecności, o ich wizycie, która ma niebawem nastąpić.

Otworzył oczy i spojrzał znowu na Harry'ego. Jego oczy też już inaczej wyglądały, były większe i bardziej zielone, emanowały też kocim blaskiem.

– Smoków nie da się oswoić – powiedział, jakby to było przysłowie albo jakiś rodzaj modlitwy.

Harry'emu dech zaparło na moment. To będzie pierwsze zadanie. Smoki. To musi być to.

– Nawet smoki potrzebują swojego vatesa – szepnął do niego Zgredek. – Są dzikie, ale nie są wolne. Strzeż się jednak, Harry Potterze. Dzikość wyzwala ale, również pochłania. – Spojrzał nagle w ciemność za Harrym. – A ty przyciągasz do siebie zarówno wyzwalającą jak pożerającą jej część bardziej niż jakikolwiek inny czarodziej – dodał.

Harry odwrócił się.

Za nim stał testral, wyciągając długą, smoczą szyję i obwąchując go ostrożnie. Harry stał nieruchomo, kiedy stworzenie podeszło bliżej, praktycznie bezgłośnie stawiając kopyta nawet w głębokich warstwach suchych liści i rozkłada na moment skrzydła. Następnie polizało jego czoło, językiem zimnym jak płyta nagrobna.

Harry podskoczył, po czym zorientował się, że testral musiał wyczuć w powietrzu krew z jego blizny. Pozostał w bezruchu, pozwalając mu wziąć to, czego chciał. Po chwili stworzenie odstąpiło od niego, parsknęło i poruszyło skrzydłem.

– Testral zaprasza Harry'ego Pottera do przelecenia się na nim – powiedział Zgredek.

Harry zamrugał i spojrzał na niego.

– Czemu? Przecież nie zniszczyłem jeszcze ich sieci.

Zgredek roześmiał się. Jego głos też się zmieniał, robił się głębszy i bogatszy w obietnice, niczym rżenie jednorożca czy śpiew feniksa.

– Niektóre magiczne stworzenia szanują cię za to, kim jesteś, Harry Potterze – powiedział. – Niektóre uważają, że nie musisz niczego dla nich robić, żeby udowodnić, że jesteś godzien ich uwagi.

Testral parsknął i uderzył kopytem o ziemię, co Harry zrozumiał i bez tłumaczenia Zgredka. Ostrożnie wskoczył na chudy, ciemny grzbiet, zaciskając uda mocno na żebrach, żeby się przypadkiem nie ześlizgnąć.

Testral stanął dęba. Harry nie był pewien, jak te stworzenia się poruszały przez świat, ale liście na drzewach się przed nimi rozchyliły i Harry patrzył prosto na gwiazdy, a zwłaszcza na czarne miejsca między nimi, na które nie zwracał szczególnej uwagi od czasu nocy Walpurgii.

Testral odbił się od ziemi potężnym kopnięciem zadnich nóg i w dole zniknęły liście, ziemia i śmiech Zgredka.

To, co im wyszło na powitanie, było miejsce pełne wiatru, ciemności i muzyki.

Harry odkrył, że muzyka otacza go ze wszystkich stron, coraz głośniejsza w miarę, jak wzbijali się coraz wyżej. Miał wrażenie, że przynajmniej jej część pochodzi od gwiazd, zupełnie jakby uwolnienie Zgredka udzieliło im głosów, które był w stanie usłyszeć. Była też głęboka pieśń, którą słyszał, kiedy biegł przez las, wesołe tony przetaczające się po pagórkach i dolinach. Część musiała też być w wietrze i radości, jaką czuł, ilekroć się znajdował w powietrzu.

Część też była tą samą pieśnią, którą słyszał w Grimmauld Place Numer Dwanaście, którą śpiewały osłony i stworzenie, ukryte za drzwiami szafy.

Wypuść mnie.

Harry rozłożył ręce. Śmiał się, ponieważ nie miał innego wyboru. Symfonia sięgnęła w głąb niego i siłą wyciągnęła śmiech na zewnątrz. Odrzucił głowę do tyłu i poczuł, jak wiatr rozwiewa mu włosy i łagodzi – po raz pierwszy od wielu dni – ból jego blizny. Ten, jakby w odpowiedzi, wezbrał i po chwili uderzyła w nich prawdziwa nawałnica.

Muzyka robiła się coraz szybsza i bardziej chaotyczna, testral pochylił jedno ze skrzydeł i zrobił szerokie koło. Harry był w stanie zobaczyć pod nimi Hogwart, ciemny i śpiący, jego błonia i jezioro, rozległy las i zakrzywiony w oddali horyzont pięknego świata, który się pod nimi przewijał.

Mógłbyś opuścić to miejsce, powiedział głos, który wydawał się być częścią melodii, a może nawet mrocznego stworzenia z jego wspomnień. Mógłbyś zwiedzać świat, wyzwalać magiczne stworzenia, rozplatać sieci. Jakie niby masz zobowiązania wobec słabszych czarodziejów? Twoja moc stawia cię ponad nimi. Wysłuchaj naszej pieśni. Możesz się nas złapać, a my możemy złapać ciebie.

Harry westchnął i zamknął oczy. Jego oczarowanie nie zniknęło, ale inne impulsy zaczęły dochodzić do głosu.

– Wciąż mam te same zobowiązania co zawsze – szepnął. – Mógłbym walczyć z Dumbledore'em i może nawet bym wygrał, bo on się w żaden sposób nie spodziewa, że atak nadszedłby z mojej strony. Mógłbym zaatakować i pozabijać moich wrogów. Ale nie mogę. Nie zignoruję ich wolnej woli i wcale nie uważam, żebym był od nich w jakikolwiek sposób lepszy tylko dlatego, że mam więcej magii.

Ale chcesz tego, powiedział głos gorliwie. Jakaś część ciebie tego chce.

Harry wzruszył ramionami.

– Bo tak byłoby łatwiej – mruknął. – Ale to nie znaczy, że się zadeklaruję Mrokowi.

Wiatr zelżał, a chór rozśpiewanych głosów zalał go ze wszystkich kierunków.

Przez chwilę Harry pozwolił sobie unosić się pośród tej pieśni, wyobrażając sobie jakby to było, gdyby był po prostu mrocznym czarodziejem. Nie musiałby nikogo torturować, ani zabijać, nie byłby jak Voldemort. Mógłby jednak poruszać się bez ograniczeń, naprawiając krzywdy wyrządzone przez ludzi obdarzonych mniejszą ilością inteligencji od niego. Mógłby uwolnić Snape'a i uwolnić Connora z tego głupiego turnieju, wyzwolić wszystkie magiczne stworzenia. Mógłby uwolnić mugoli od ich ignorancji i strachu przed czarodziejami, uwolnić czarodziejów od ich strachu przed mugolami. Miał dość magii, by poukładać świat dokładnie tak, jak tego chciał.

To mogłoby być takie proste.

Nic nigdy nie jest proste.

Harry poczuł, jak ostry ból spina mu na moment serce i muzyka nagle straciła dla niego cały swój urok. Pogłaskał testrala po karku.

– Czy możesz wylądować? Proszę?

Skrzydlaty koń zanurkował bez protestu i wylądował z Harrym na skraju Zakazanego Lasu. Harry ześlizgnął się z jego grzbietu i przez chwilę tylko stał, opierając się o niego i oddychając głęboko.

Myślenie o jego matce bolało, tak samo jak to, co napisała w swoim liście, jak i to, co jej się wydawało, że otrzyma w odpowiedzi.

Nie mogę zadeklarować się Mrokowi. To byłoby za proste.

Pozwolił sobie posłuchać tej potężnej muzyki jeszcze przez kilka uderzeń serca, po czym klepnął testrala w ramię, pozwolił mu zlizać jeszcze trochę krwi ze swojej blizny, po czym wrócił do zamku i świata ograniczeń, które sam sobie wybrał.