Kilku ludzi spróbuje tutaj metaforycznie przyłożyć Harry'emu w łeb. To nie zawsze działa, ale z drugiej strony, ludziom zwykle długo zajmuje dotarcie do niego.

Rozdział trzydziesty pierwszy: No to czas udać się do ministerstwa

Harry zamknął oczy. Był zmęczony po całym wieczorze i nocy, spędzonych na szukaniu sposobów, w jakie Connor mógłby pokonać smoki, koszmarze, długiej sesji z Draconem, polegającej na wyjaśnieniu koszmaru, ale miał wrażenie, że mimo wszystko powinien dać sobie z tym radę. Właściwie to wycieńczenie mogło mu w tym przypadku wręcz wyjść na dobre.

Expelliarmus – szepnął, wykonując gest ręką.

Jego różdżka, którą włożył do ręki drewnianej figury, ustawionej po przeciwnej stronie pokoju, odskoczyła od niej gwałtownie. Harry poczuł, jak uśmiech delikatnie ciągnie za kąciki jego ust i był za bardzo zmęczony, żeby się mu stawiać.

Tak. Idealnie. Moja bezróżdżkowa magia naprawdę działa lepiej, kiedy używam mojego ciała jako pojemnika, niż kiedy pozwalam jej swobodnie latać wokół siebie. A jeśli nie będzie się unosiła wokół mnie, uderzając w ściany niczym skrzydła i nawiedzając umysły wszystkich wokół mnie, to innym ludziom też będzie przy mnie łatwiej.

Podszedł, żeby podnieść swoją różdżkę z podłogi, nucąc pod nosem. Zamarł, kiedy usłyszał za sobą skrzypnięcie otwierających się drzwi. Z tego, co mu było wiadomo, nikt nie wiedział, że Harry przebywał właśnie tu, w niewielkiej sali w lochach, której Snape kiedyś często używał do ćwiczenia z nim zaklęć pojedynkowych, podczas gdy reszta uczniów miała z nim szlabany w jego gabinecie.

Harry odwrócił się płynnie, zaciskając palce na różdżce i zamrugał, kiedy zobaczył stojącego w progu Dumbledore'a. Wyprostował się, ale nie powiedział ani słowa. Nie miał pojęcia, czemu dyrektor postanowił go znaleźć, ale ostatnimi czasy, ilekroć inicjował rozmowy między nimi, kończył w znacznie gorszej pozycji niż był na początku. Wbił więc tylko wzrok w twarz Dumbledore'a i czekał.

– Harry, mój chłopcze. – Dumbledore kiwnął mu głową, jakby nic się nie stało. Harry chciał się wściec i wypalić, że owszem, stało się, ale tylko odchylił głowę do tyłu. – Mam nadzieję, że jesteś gotów na naszą wycieczkę do ministerstwa? – ciągnął dalej, rozglądając się po pokoju z zainteresowaniem, jakby jego puste ściany miały do zaoferowania cokolwiek więcej niż tylko zgniliznę i nierówne cienie powstałe od pochodni.

– Jaka wycieczka do ministerstwa? – Harry ustawił jedną stopę za sobą. Był teraz ustawiony tak, że w razie potrzeby mógł uskoczyć w kilku kierunkach. – Wiem, że dzisiaj odbędzie się rozprawa Knota, ale wydawało mi się, że miał pan zamiar zagłosować za brakiem zaufania.

– Bo tak będzie, Harry, tak będzie. – Dumbledore uśmiechnął się do niego przelotnie. – Jestem bardzo zadowolony tym, jak wywiązałeś się ze swojej części umowy. Lily osobiście pokazała mi list od ciebie.

Harry obwiązał swoją magię, która chciała wybuchnąć i uciec z jego ciała we wszystkich możliwych kierunkach, po czym przytaknął.

– Obawiam się jednak, że oczekują od ciebie pojawienia się razem ze mną – powiedział Dumbledore, wzdychając lekko i machając nieznacznie ręką. – Chodzi o jedną z tych starych formalności, które już nikogo nie obchodzą, że na takim spotkaniu muszą pojawić się wszyscy, którzy byli w jakiś sposób związani z wprowadzeniem sprawy w ruch, żeby Wizengamot miał możliwość zapoznania się ze sprawą z każdej możliwej strony i porozmawiać z dowolnym świadkiem.

– Ale ja właściwie nie miałem z tą sprawą nic wspólnego – sprzeciwił się Harry.

– Nie, ale według Amelii Bones, byłeś głównym powodem dla którego w ogóle zdecydowała się na zasugerowanie tego wotum.

Harry oblał się rumieńcem. Czuł na sobie łagodne spojrzenie Dumbledore'a i to już było nieprzyjemne. Nie chciał znaleźć się w sali sądowej, w której wielu ludzi będzie w stanie go zobaczyć i wskazać palcem jako tego chłopca, przez którego Knot ma teraz kłopoty.

– Nie musisz nic mówić – zapewnił go Dumbledore. – Formalności nie sięgają aż tak daleko, żeby cię do tego zmusić. Masz być tylko obecny, a jeśli ktoś zada pytanie, na które byłbyś w stanie podać więcej szczegółów, to wystarczy, że porozmawiasz z obecnym na sali skrybą. Twój udział może być ograniczony.

Harry odprężył się. Kiedy Dumbledore pojawił się tu tak nagle, kompletnie go zaskakując, obawiał się, że ten zaskoczy go czymś znacznie większym i bardziej nieprzyjemnym niż to. Bał się, że Dumbledore stara się zrobić z niego świadka, czy coś.

– W takim razie, jeśli pan pozwoli, będę gotów panu towarzyszyć jak tylko zjem śniadanie – powiedział.

– Ależ nie ma pośpiechu, drogi chłopcze – powiedział Dumbledore, odsuwając mu się z drogi. – Rozprawa ma się odbyć w południe, a ponieważ otrzymaliśmy specjalne pozwolenie na aportowanie się prosto do ministerstwa, to dotarcie na miejsce nie zajmie nam wiele czasu. Chciałbym jednak, żebyś pojawił się w moim gabinecie nie później jak o wpół do dwunastej.

Harry kiwnął krótko głową i ostrożnie minął Dumbledore'a w drzwiach. Od jego wzroku przechodziły go już ciarki.

Tym razem jednak nie był w stanie sobie wyobrazić, w jaki sposób miałby to być jakiś plan Dumbledore'a. I czemu by miał nim być? Może dyrektor po prostu chciał, żeby Harry zobaczył jego głos na własne oczy, ale wtedy nie musiałby w ogóle nawiązywać do tych formalności, które wymagały jego obecności. Nie, wyglądało na to, że formalność była jak najbardziej prawdziwa, a jeśli Dumbledore przy okazji by coś z tego miał, to byłaby to sprawa zupełnie poboczna.

Harry będzie musiał jednak odnowić swoje uroki zanim wejdzie do sądu, jak i kilka zaklęć defensywnych, których nauczył się w przeciągu ostatnich dni, kiedy razem z Connorem przeszukiwali księgi w nadziei znalezienia jakichś zaklęć, które oszukałyby smoki. Wokół sądu pewnie będzie wielu dociekliwych ludzi, którzy lubili wsadzać nosy w nie swoje sprawy, może nawet inni reporterzy poza Skeeter. Nie chciał, żeby wyszli z plotkami, w których Chłopiec, Który Zaciągnął Knota Do Sądu wyglądał, jakby słaniał się na nogach, blady, zmęczony i zdenerwowany.


– Nie było cię w łóżku, Potter – było powitaniem Milicenty tego dnia, kiedy usiadł na swoim miejscu przy stole Slytherinu. Miała przed sobą dwa talerze pełne jedzenia i jeden z nich popchnęła w kierunku Harry'ego. – Jedz, potem pogadamy.

Harry zmarszczył na nią brwi.

– Wiesz, naprawdę mogłabyś już przestać mnie traktować jak dziecko – powiedział i zaczął jeść.

– Zacznij się zachowywać jak dorosły to przestanę – powiedziała Milicenta. Rozejrzała się, ale ich strona stołu była w większości pusta; Pansy lubiła w niedziele pospać dłużej, Blaise i Vince już zjedli i poszli Merlin raczy wiedzieć gdzie. Draco był w bibliotece i szukał informacji na temat empatii. Tego Harry był pewien. Milicenta pochyliła się w kierunku Harry'ego i ściszyła głos. – Naprawdę powinieneś już z tym skończyć, wiesz? Ludzie zaczynają zauważać.

Harry przełknął wokół guli, która zdawała się zamarznąć w jego gardle. Kolejny problem. Kolejny, kurwa, problem.

– Nie wiem, o czym mówisz – powiedział.

– Ludzie zaczynają zwracać uwagę na to, że ktoś musi cię zaganiać do snu, czy zachęcać do jedzenia. – Milicenta zjadła elegancki kęs, nawet na chwilę nie odrywając od niego wzroku. – To, na co oni zwracają uwagę, zauważą też ich rodzice, przynajmniej niektórzy z nich. Nie możesz sobie pozwolić na to, żeby wyglądać słabo, Potter, tak samo jak twoi sojusznicy nie mogą sobie na to pozwolić. Musisz się wreszcie wziąć w garść. Wszelkie twoje zwycięstwa będą nic nie warte, jeśli po ich uzyskaniu nie jesteś w stanie ustać na nogach, albo jeśli będziesz musiał spędzać po każdej z nich tygodnie w skrzydle szpitalnym. – Podniosła brew, co było miną, którą zwykle przybierała przed dobiciem przeciwnika. – Plos, większość ludzi zacznie wątpić w twój zdrowy rozsądek.

Harry skrzywił się, żując jedzenie i zastanawiając się nad tym. Jasne, nie chciał, żeby jego opinia publiczna ucierpiała, bo przez to oberwie się po uszach też jego sojusznikom. Ale jak mógłby przestać? Nie byłby w stanie zdobyć niektórych ze zwycięstw, które zdobył dla innych, gdyby nie poświęcał dla nich czasu posiłków czy snu.

– Mógłbym popracować nad magią, której używam do powstrzymywania ludzi przed zauważaniem – zaoferował. – Znalazłem kilka zaklęć, które…

– To nie wystarczy, Harry – głos Milicenty zrobił się cichy i intensywny. – Rozwiąże zaledwie połowę problemu. Jeśli zajedziesz się na śmierć, to zaczniesz w końcu popełniać błędy. Co gorsza, magia ci zacznie wariować, a potrzebujemy jej do osiągnięcia własnych zwycięstw.

Harry dziugał widelcem jedzenie, bo całkiem już stracił apetyt. Milicenta jednak nachylała się coraz bardziej i bardziej, aż jej surowe spojrzenie stało się wszystkim, co był w stanie zobaczyć. Obiecywało furię, prawdopodobnie publiczne wyrzuty i scenę, jeśli zaraz nie skończy śniadania. Harry westchnął i wrócił do jedzenia.

– Nie wiem co zrobić – przyznał wreszcie po kilku minutach jedzenia i dumania.

– Ja wiem. – Milicenta była wyraźnie zadowolona z siebie, ale w tym momencie Harry nie był w stanie jej za to winić. – Deleguj, Potter, na litość Merlina. Poproś ludzi o pomoc. Nie próbuj robić wszystkiego sam. Wszyscy najlepsi przywódcy tak robią.

Harry powstrzymał się od zwrócenia jej uwagi, że przecież nie jest przywódcą. I tak by go zignorowała.

– Rzecz w tym, że większość z tego, co robię, to są sprawy, którymi muszę się zająć osobiście – sprzeciwił się. – Albo przez wzgląd na siłę mojej magii, albo dlatego, że pomagam tym, którzy ufają tylko mi.

– Wymień jedną. – Milicenta splotła dłonie i położyła je przed sobą na stole, przyglądając mu się z niewinnym zaciekawieniem, ale Harry'ego nie zmyliła nawet na moment. Zawsze tak wyglądała w klasie tuż przed tym jak udowodniła komuś jego pomyłkę.

– Na przykład moje obowiązki vatesa – wymamrotał Harry. – Większość magicznych stworzeń nie będzie chciało rozmawiać z nikim innym jak ze mną.

Wielu poruszyło się na jego ramieniu i wysunęło łepek poza rękaw.

Co jest na śniadanie? – syknęło.

Mięso – odpowiedział Harry i nakarmił je, po czym zwrócił się do Milicenty. – Widzisz? Większość czarodziejów nie jest wężousta.

– No to nie pomogę ci w negocjacjach z widłowężami czy kobrami – Milicenta machnęła ręką. – Przecież niektóre z tych stworzeń potrafią mówić po angielsku, Potter.

– Centaury, ale…

– A one przyjmą delegację tak długo, jak wyznaczysz kogoś i dopilnujesz wszystkich formalności. – Milicenta wywróciła oczami. – Merlinie, ależ ty czasami jesteś głupi, Potter. Przecież wystarczy, że wyślesz mnie do nich z czymś symbolizującym wasze pierwsze spotkanie. Wydawało mi się, że o tym wiedziałeś.

Harry skrzywił się.

– Nie pomyślałem o tym – powiedział cicho.

– I to jest twój problem, Potter, nie myślisz. Zrujnuje cię to, jeśli tak dalej pójdzie. – Milicenta pokręciła na niego głową. – I myślę, że gdybyś tylko przyznał, że potrzebujesz pomocy, to znalazłbyś więcej chętnych rąk do pomocy niż ci się wydaje. Większość ludzi będzie naprawdę podekscytowana i chętna do pomocy przy tak wielkim projekcie. Gryfonom spodoba się całe to trzymanie wszystkiego w tajemnicy, a czystokrwistym z innych domów przypadną do gustu ceremonie. A ci, których rodziny są formalnie z tobą w sojuszu, wreszcie poczują, że robią coś dla sprawy.

Harry przytaknął powoli.

– W takim razie znajdę ci kamień w kształcie jajka. Kiedy pierwszy raz ich spotkałem, to musiałem taki kamień zniszczyć żeby uratować Draco życie.

– Uratować mu… – Milicenta zamilkła i pokręciła głową. – Nieważne. Naprawdę nie chcę znać wszystkich szczegółów tej waszej dziwacznej relacji.

Ucichła i patrzyła na Harry'ego, jakby oczekiwała jakiejś reakcji na to, ale Harry tylko spojrzał na nią z lekkim zaskoczeniem.

– Nie winię cię – powiedział wreszcie. – Szczegóły przyjaźni muszą się wydawać postronnym wyjątkowo nudne.

Milicenta warknęła coś o ślepocie i beznadziejnych idiotach, po czym uderzyła ręką w stół.

– Cieszę się, że mogę ci jakoś pomóc. Wiem, że Pansy i Blaise też by się chętnie za coś zabrali. A Draco… Harry, mam nadzieję, że rozumiesz, że ten chłopak by się dla ciebie zapracował na śmierć, gdybyś tylko go o to poprosił. Po prostu nie wierzę, że już wcześniej nie zacząłeś z tego korzystać.

– Wszyscy macie własne życia.

– I są częścią twojego. Na litość Merlina – powiedziała znowu Milicenta, ale tym razem brzmiała na mniej niezadowoloną. – No dobrze, jeśli nie masz dzisiaj nic innego do zrobienia, to…

– Idę do ministerstwa, zobaczyć na własne oczy głosowanie w sprawie wotum nieufności do Knota – powiedział Harry i wrócił pośpiesznie do jedzenia. Miał jeszcze kilka godzin przed spotkaniem z Dumbledore'em, ale chciał ten czas wykorzystać najlepiej jak tylko mógł. Niespodziewana utrata większej części dnia wprowadzi straszny zamęt w jego planach. – Najwyraźniej istnieje jakaś formalność, która nakazuje przy takich okazjach pojawienie się wszystkim, którzy byli w jakiś sposób związani z wprowadzeniem tego w życie.

– Tak, faktycznie, jest taka formalność – powiedziała Milicenta i delikatnie złapała go za nadgarstek. – Harry – powiedziała i czekała w bezruchu aż ten się na nią nie spojrzał. – W razie, gdyby cokolwiek się działo, leć do departamentu gier i sportów. Mój wujek tam pracuje. Thor Bulstrode. Możesz na nim polegać.

– Ja tylko idę obejrzeć rozprawę – powiedział Harry, którego nagłe napięcie w głosie Milicenty wzięło kompletnie z zaskoczenia.

– To polityka, Harry. – Milicenta posłała mu słaby uśmiech, który nie sięgnął jej oczu. – Nic nie jest tylko jedną sprawą.

Harry kiwnął głową, wyrażając tym zgodę i zrozumienie, więc Milicenta puściła jego nadgarstek i wróciła do własnego śniadania. Harry jadł dalej, trochę wolniej tym razem, ponieważ jego umysł obijał się dookoła, organizował na nowo jego pojęcie otaczającego go świata. Mieszkał przez większą część roku w Hogwarcie i tak wiele spraw dotyczących go się tutaj wydarzało, że czasami zapominał, że jego sojusze postrzegały go w większej, światowej skali.

Muszę częściej o tym pamiętać, pomyślał i zapisał to sobie na mentalnym zwoju, który schował obok tysięcy innych obowiązków, których listy trzymał w prywatnej bibliotece.


Harry odniósł wrażenie, że sala sądowa, w której zbierał się Wizengamot, bez problemu uszłaby jako jedno z pomieszczeń u nich w lochach. Było wystarczająco ponure, z gołymi kamiennymi ścianami oświetlonymi przez pochodnie umieszczone w zwierzęcych rogach, które wydawały się Harry'emu subtelnie nie na miejscu, chociaż to mogło mieć większy związek z zaklęciami na nie nałożonymi, które nie dopuszczały do ich zgaśnięcia. Na samym środku pokoju znajdował się fotel oplątany łańcuchami. Tuż nad nim unosił się balkon sędziów i Harry zauważył, że większość członków Wizengamotu już się tam zebrała. Spiczaste kapelusze kiwały sobie wzajemnie, przeciskając się między fotelami.

– Tędy, Harry.

Harry pokręcił głową i ruszył za Dumbledore'em przez balkon. Harry zobaczył jego ustawiony na samym środku fotel i małe krzesło ustawione dokładnie za nim, miejsce dla Harry'ego. Jeszcze więcej napięcia uciekło z jego mięśni na ten widok. Nikt go w ogóle nie zobaczy. On, z drugiej strony, mógł się swobodnie rozglądać i przyglądać wszystkim wokół, a jeśli wyciągnie szyję, albo rzuci niewielkie zaklęcie widzenia, to zobaczy też ponad krawędzią balkonu i będzie mógł bez problemu obserwować Knota.

– Khem, khem.

Harry odwrócił głowę i zobaczył wbite w siebie oczy Umbridge.

Czarownica stała i patrzyła się na niego. Nie uśmiechała się, nie bawiła się niewielkimi, różowymi kokardkami przyszytymi do blezerka, który nosiła pod szatami i który tylko nadawał jej groźniejszy niż zwykle wygląd. Harry podejrzewał, że chciała go wciągnąć w pojedynek spojrzeń, ale odwrócił się od niej zanim w ogóle do tego doszło i zajął miejsce, które załatwił mu Dumbledore.

Nie chciał na nią patrzeć. Przypominała mu o bólu, który sprawił drugiemu człowiekowi, o obrzydliwych rzeczach, które się w nim kryły. Rzucił zaklęcie widzenia, które zmieniło niewielki kawałek powietrza przed nim w okienko, które pozwalało mu spojrzeć przez lity kamień na Knota, który usiłował się wygodnie umościć na fotelu na środku sali. Objął okienko dłońmi, żeby nikt inny nie był w stanie go zobaczyć.

– Panie Potter.

Harry poczuł, że się spina, ale nie podniósł wzroku.

– Tak, Madam Umbridge?

– Co za uprzejmy chłopiec – powiedziała tym swoim przesłodzonym, dziecięcym głosikiem. – Drobna rada, słodkie dziecko. Jeśli dzisiaj nie stanie się to, z czym wiążesz tak wielkie nadzieje, to lepiej, żebyś zaczął się oglądać za siebie, zamiast wbijać tylko wzrok w swoje dłonie.

– Potrafię patrzeć w wielu różnych kierunkach, Madam Umbridge – wymamrotał Harry. – To nie powinno być trudne.

Wyczuł, że zamarła obok niego, jakby zastanawiała się nad kolejną nieprzyjemną groźbą, ale po chwili pokręciła głową i poszła zająć swoje miejsce. Harry zadrżał. Wcale go nie zdziwiła nowina, że Umbridge została awansowana przez Knota do Wizengamotu, żeby zagłosować za zatrzymaniem go na stanowisku. Miał tylko nadzieję, że większość innych czarodziejów i czarownic podąży za głosem Dumbledore'a.

– Panie Potter.

To był głos kolejnej czarownicy, ale taki, którego Harry nie rozpoznał, więc zaryzykował spojrzenie w górę. Przed nim stała niesłychanie stara czarownica, której twarz była tak poznaczona zmarszczkami, że Harry nie był w stanie zobaczyć nawet fragmentu gładkiej skóry. Delikatny blask jej magii podpowiedział mu, że wcale nie była specjalnie potężna, po prostu niezwykle kontrolowała to, co było w jej posiadaniu. Musiała być starsza od Dumbledore'a.

Zacisnął rękę przed swoim sercem i pokłonił się, bo w ten sposób kiedyś młodzi ludzie wyrażali szacunek wobec starszych od siebie. Na ustach czarownicy pojawił się pełen melancholii uśmiech, który zmienił ułożenie niektórych jej zmarszczek.

– Od dekad nie widziałam tego gestu – mruknęła. – Nikt już nie okazuje szacunku jak należy, nie to, co za dawnych czasów. – Wyciągnęła niewielką, zgrabną dłoń, którą Harry delikatnie uścisnął. – Nazywam się Gryzelda Marchbanks, panie Potter. Podejrzewam, że mamy wspólnych przyjaciół.

Harry kiwnął szybko głową. Słyszał o tej kobiecie, siedziała w Wizengamocie od lat.

– Dyrektora Dumbledore'a, Madam?

– Nie tylko jego – powiedziała Gryzelda i pochyliła się w jego kierunku – Niektórzy z nich są znacznie niżsi od Albusa Dumbledore'a.

Harry zamrugał i nagle przypomniał sobie coś jeszcze na temat Gryzeldy, co kiedyś zasłyszał, ale zapomniał: była podobno kiedyś powiązana z grupą goblinów, które planowały rebelię przeciw czarodziejom. Przełknął ślinę.

– Czy pani też próbowała kiedyś zostać vatesem, Madam? – zapytał, również ściszając głos.

Gryzelda mrugnęła do niego z powagą.

– Nigdy nie miałam dość mocy, żeby się samej tego podjąć – powiedziała. – Ale niech ci wystarczy, że wiem na ten temat dość, że kiedy mewy i szpaki zaczynają z podekscytowaniem latać w te i z powrotem, wiedziałam, że ktoś wyjątkowy podarował nam to, na co wszyscy tak długo czekaliśmy. Szansę.

Harry domyślił się, że mewy musiały być od goblinów z północy. Pozostało mu podejrzewać, że te z południa używają szpaków.

– Jak już będzie po wszystkim, to chciałbym zamienić z panią słowo, gdyby to pani nie przeszkadzało, Madam.

– Jaki uprzejmy – powiedziała Gryzelda, w niezwykły sposób powtarzając to, co usłyszał wcześniej od Umbridge, po czym kiwnęła mu głową i poszła zająć swoje miejsce. Harry odprowadził ją wzrokiem.

Wygląda na to, że skoro mogę mieć wrogów, z których istnienia nie zdawałem sobie sprawy, to niespodziewani sojusznicy też się zdarzają.

– Proszę wszystkich o zajęcie miejsc! Proszę siadać!

To był czarodziej, który nosił na szyi stary, ciężki medalion sądowego skryby i za którym Harry instynktownie nie przepadał, choćby przez wzgląd na jego nadęty ton. Usiadł na swoim krzesełku i skupił swoją uwagę na okienku. Knot usiadł na spowitym łańcuchami fotelu i patrzył na lożę Wizengamotu. W miarę jak przeskakiwał z twarzy na twarz, na jego własnej pojawiały się coraz to nowe emocje, nadzieja, rozpacz, odraza, żal i niepewność. Harry pokręcił głową. Czy on się nigdy nie nauczył kryć ze swoimi emocjami?

– Wizengamot zebrał się, żeby zagłosować nad wotum nieufności wobec ministra Korneliusza Knota – powiedział skryba, czytając ogromny, oficjalnie wyglądający zwój. – Amelia Bones zainicjowała zwołanie zgromadzenia. Naczelny mag Albus Dumbledore będzie mu przewodził.

– Dziękuję, Edgarze – powiedział Dumbledore i wstał. Harry zobaczył, że głowy wszystkich obróciły się w jego kierunku jak tylko się poruszył. Delikatny poblask jego mocy mu to zapewnił. Harry pokręcił głową. Mogę mieć tylko nadzieję, że kiedyś uzyskam podobną kontrolę nad własną mocą. – Zgodne z statutem Wizengamotu, oskarżony ma prawo do obrońcy. Czy postanowiłeś się zrzec tego prawa, Korneliuszu, czy może jednak kogoś wezwiesz?

– Nie jestem oskarżony – powiedział Knot i pochylił się w fotelu, cały rozdygotany. – To po prostu wotum zaufania albo jego braku. W najgorszym wypadku stracę potem pracę, a nie wolność czy życie.

Z dźwięku jego głosu, Dumbledore się do niego uśmiechnął.

– Mój błąd – mruknął. – Wybacz mi. Czasami to wszystko mi się myli. – Ciche parsknięcia rozległy się od niektórych członków Wizengamotu. – No dobrze więc, Korneliuszu. Ufam, że wiesz, czemu zgłoszono wotum przeciw tobie.

– Znam te wszystkie niedorzeczne oskarżenia – powiedział Knot. – Chcę ich wysłuchać wszystkich i chcę ich wysłuchać teraz.

– Jak sobie życzysz – powiedział Dumbledore i kiwnął w kierunku siwej czarownicy z monoklem i ostrym podbródkiem, która siedziała kilka miejsc dalej. Harry obrócił się, żeby się jej przyjrzeć i uznał, że to musiała być Amelia Bones. Zdecydowanie wyglądała na wystarczająco silną, żeby nią być. Wstała z ponurym wyrazem twarzy, trzymając w rękach zwój.

– Ministrze magii Korneliuszu Knocie – odczytała na głos. – Jest pan oskarżony o następujące zbrodnie: Stworzenie swojej własnej, prywatnej policji, nazwanej Sforą, w której zatrudniał pan byłych aurorów, zwolnionych za niekompetencję i zaniedbywanie swoich obowiązków, czym naraził pan dobro publiczne. Egzekucję trzech osób bez wyroku sądu, czym złamał pan ich podstawowe prawa. Aresztowanie przynajmniej jednej osoby za pomocą swojej Sfory, czyniąc siebie arbitrem tego co jest dobre, a co złe, a pozycja ministra nigdy pana do tego nie upoważniła. Porwanie czternastoletniego czarodzieja znanego jako Harry Potter, sprowadzenie go do ministerstwa bez jego opiekuna, czym naraził pan dziecko na niebezpieczeństwo i legalne kłopoty, z którymi legalnie nie mogło sobie poradzić samo. Użycie na wcześniej wspomnianym Harrym Potterze magicznego artefaktu, który spróbował odebrać mu jego magię, czyli odwołanie się do średniowiecznej kary, na którą skazywano kiedyś wyłącznie najbardziej niebezpiecznych recydywistów. Wykorzystanie przywilejów, które ministrowi przysługują wyłącznie w okresie stanu wojennego, nie ogłosiwszy wcześniej wojny, przez co podważył pan autorytet Wizengamotu. Wcielanie w życie praw ograniczających wyłącznie mrocznych czarodziejów i mroczne talenty bez konsultowania ich wcześniej z resztą ministerstwa, czym po raz kolejny podważył pan autorytet Wizengamotu.

Oskarżeń było więcej, ale Harry uważał, że nie musi ich wszystkich słuchać. Oparł się wygodniej, kręcąc głową i patrząc jak Knot coraz niżej osuwa się w swoim fotelu, w miarę jak były wymieniane kolejne punkty z listy. Głos Madam Bones był spokojny i donośny, ani razu się nie zająknęła.

Harry zaczął ukradkiem zerkać na członków Wizengamotu, usiłując ustalić jak będą głosować. Kilka twarzy było nie do odczytania i z nich niczego się nie dowiedział. Większość jednak w miarę rozwijania się zwoju wyglądała na coraz bardziej zdegustowanych. Harry miał wrażenie, że nawet jeśli on ich nie obchodzi, ani ludzie, których Knot nielegalnie aresztował i pozabijał, to przeszkadza im fakt, że w tych całych swoich szalonych knowaniach Knot kompletnie ich zignorował. Byli częścią rządu i nie mieli szans utrzymania prawdziwej władzy jeśli pozwolą Knotowi pozostać na stanowisku ministra. Chyba to właśnie zaczynało do nich powoli docierać. Harry odprężył się kiedy lista oskarżeń wreszcie dobiegła końca i Madam Bones pochyliła się do przodu, przyglądając się Knotowi jakby ten był jakimś wyjątkowo interesującym okazem robala.

– Czy chce pan może dodać coś do tej listy? – zapytała. – A może chce pan wnieść sprzeciw względem któregoś punktu?

Harry zerknął z powrotem na okienko, które wciąż osłaniał dłonią. Knot wyglądał na wyjątkowo nieszczęśliwego.

– Wszystko co zrobiłem – powiedział – zrobiłem dla dobra magicznej Brytanii. Ponadto większość tych oskarżeń została zebrana przez ludzi, którym w żaden sposób osobiście nie zaszkodziłem, prawda? Nikt nie przyszedł do mnie w sprawie nielegalnych egzekucji. To moi polityczni wrogowie uznali, że zachowałem się niewłaściwie.

Rozłożył ręce przed sobą i przerzucał wzrok z twarzy na twarz.

– Większość z was zna mnie osobiście – powiedział. – Jestem dobrym czarodziejem, z dobrej, zadeklarowanej Światłu rodziny, który zawsze się starał robić wszystko co w mojej mocy, żeby służyć światu. Kto mnie w tej chwili atakuje? Gryzipiórki, którzy nie mają nawet odwagi pokazać swoich twarzy w sądzie. Nie ma tu nikogo, komu w jakiś sposób osobiście zaszkodziłem, nikogo, kto ośmieliłby się stanąć przede mną twarzą w twarz i zobaczyć jak krwawię. Wszystko to zostało obwieszczone beznamiętnym głosem z obojętnego dystansu. Och, tak, bardzo łatwo tak rzucać oskarżenia, prawda, kiedy nie trzeba potem patrzeć oskarżonemu w oczy? Ale na tej sali nie ma ani jednego świadka, który mógłby potwierdzić chociaż jedno z tych oskarżeń.

Harry zamknął mocno oczy. Czuł, jak serce mu wali w piersi, mocno i ciężko. Nikt na niego nawet nie spojrzał, poza Gryzeldą. Wyglądało na to, że nikt go nawet tu nie zauważył. Jego własna moc była osłaniana przez tą Dumbledore'a, a jego krzesełko stało w zacienionym i bezpiecznym miejscu. Wcale nie musiał wstawać i podważać słów Knota. Przecież i tak by przegrali. Zrobili to za późno i wyglądało na to, że nie zrobili dość. Harry nie musiał reagować na przechwałki Knota.

– Mylisz się – powiedział inny spokojny, donośny głos, który nie należał do Madam Bones. – Między nami znajduje się czarodziej, który miał odwagę przyjść dzisiaj i pokazać ci swoją twarz, a jest to najmłodsza z twoich ofiar.

Harry otworzył oczy, obrócił głowę i zobaczył wbite w siebie spojrzenie Scrimgeoura. Siedział za Madam Bones, jego kulawa noga leżała przed nim na niewielkiej pufie, a jego oczy były spokojne i bezlitosne.


Rufus zdał sobie sprawę z obecności młodego Harry'ego niemal od razu. Zbyt często przebywał w pobliżu Dumbledore'a, by nie zauważyć delikatnego dodatku, wzmocnienia jego mocy. Zwalczając przymus patrzenia na starego czarodzieja, silny nawet wtedy kiedy Amelia odczytywała oskarżenia, odwrócił twarz we właściwym kierunku i zobaczył Harry'ego, połowicznie ukrytego w cieniu.

Wiedział, czemu Dumbledore go przyprowadził i zauważył swoją szansę kiedy Knot wygłosił tę idiotyczną przemowę i wyzwał kogoś do stanięcia przed sobą.

Rufus poczuł ukłucie sympatii wobec chłopca, którego zielone oczy mówiły aż zbyt wyraźnie, że wcale nie chciał tego robić, że gdyby tylko dano mu jakiś wybór, to w ogóle nie zaszczyciłby Knota reakcją.

Harry jednak nie rozumiał jeszcze do końca jak działało ministerstwo. Knota można z niego wyrwać, ale pozostawi on po sobie korzenie, zwłaszcza tę obrzydliwą ropuchę, Umbridge. Rufus nie miał jednak zamiaru pozostawić mu żadnych korzeni szacunku. Najlepiej będzie, żeby Knot w swoich ostatnich chwilach w Wizengamocie został kompletnie zdruzgotany, tak żeby starszyzna nie miała absolutnie żadnej wątpliwości, że podjęła dobrą decyzję.

A Dumbledore zdawał się być aż zanadto rad z utrzymywania chłopca w ukryciu. Rufusowi zdawało się, że ten spróbuje się nim popisywać, co zrobiłby, gdyby chciał pokazać, że ma Harry'ego pod kontrolą. Ale nieważne, co Dumbledore w tym momencie chciał właściwie osiągnąć, bo Scrimgeour miał zamiar zrobić coś kompletnie odwrotnego.

Powstań, Harry, powiedział cicho Rufus w swoim umyśle. Chyba już za długo pozwalaliśmy sprawom pozostawać w ukryciu. Są na tej sali tacy, których twoje istnienie zaskoczy, a tak naprawdę nie powinno być.


Harry przełknął ślinę i wstał. Poczuł, jak spojrzenia wędrują w jego kierunku, krzesła szurają, a szyje się wyciągają niewygodnie.

– Być może młody Potter powinien przejść się na środek sali, tak żeby wszyscy zainteresowani byli w stanie go zobaczyć? – zaproponował spokojnie Scrimgeour.

Harry zadrżał, mając wrażenie, że wbite w niego spojrzenia wędrują mu po plecach niczym stado pająków, ale pochylił głowę i wyszedł z balkonu sędziów, skąd został pokierowany dalej i po chwili znalazł się na środku sali sądowej. Zignorował opadniętą szczękę Knota. Odsunął się jednak na tyle, żeby nie musieć wykrzywiać boleśnie własnego karku i spojrzał na członków Wizengamotu.

– No dobrze, Korneliuszu – powiedziała Madam Bones lekko rozbawionym tonem – mówiłeś coś, że żaden z oskarżycieli nie ma odwagi spojrzeć ci w oczy? Czy masz coś do powiedzenia panu Potterowi?

Harry zerknął na Knota kątem oka. Minister był biały jak śmierć i aż nadto był oczywisty fakt, że niczego nie zaplanował na tę ewentualność. Otwierał i zamykał usta bezgłośnie, wyglądając jak lis złapany w sidła.

– Panie Potter – powiedziała wreszcie Madam Bones. – Czy ma pan coś do powiedzenia ministrowi Knotowi?

Spojrzenia przybrały na sile. Dla Harry'ego to uczucie, że tak wiele osób zwraca na raz na niego uwagę było tak niewłaściwe, tak nienaturalne, że miał ochotę z miejsca obedrzeć się ze skóry.

Ostrożnie wepchnął swój dyskomfort pod powierzchnię basenu rtęci, tak jak go kiedyś nauczył Snape. Miał okazję zrobić tu coś dobrego, coś, co miało znaczenie dla wielu ludzi, nie tylko dla niego. Może mimo wszystko powinien jednak podziękować Scrimgeourowi za podarowanie mu tej szansy, nawet jeśli w tym momencie wcale nie miał na to ochoty.

Odwrócił się i spojrzał na ministra. Knot patrzył na niego z lekkim zaciekawieniem, jakby nie był pewien, co od niego usłyszy. Harry skupił się na jego spojrzeniu i tylko jego świadomości, że on tu jest. Tak było łatwiej, niż wtedy, kiedy zdawał sobie sprawę z pełzających po nim oczu wszystkich wokół. Merlinie, ale on szybko oddycha, jeśli zaraz nie…

Harry odciął ten tor myśli, nie pozwalając im na kontynuację. Spojrzał Knotowi w oczy i zaczął.

– Zawsze mi się wydawało, że minister to ktoś, kto służy dobru publicznemu, proszę pana – powiedział cicho. Wiedział o akustyce sali sądowej i ostrożnie ułożonych zaklęciach, które i tak przekażą wszystkim jego słowa. – Nie wiem nawet, skąd mi się to wzięło. Po prostu się tego nauczyłem jak byłem mały i przyswoiłem to sobie jak wszystkie dzieci, które dowiadują się czegoś w tym wieku. Poczynania ministerstwa zacząłem kwestionować już w zeszłym roku, kiedy uchwalono legalne ograniczenia dotyczące wilkołaków. Bardzo bliski mi przyjaciel, Remus Lupin, jest wilkołakiem. Przyjmował regularnie wywar tojadowy przez cały rok. I on działał. Wreszcie powstał eliksir, który mógł dać wilkołakom nadzieję, a ministerstwo im ją zabrało z powrotem, zakazując im wychowywania dzieci, utrzymania płatnej pracy, posiadania kont w bankach. Byli o krok od zostania produktywnymi członkami społeczeństwa, a teraz będą jeszcze bardziej zdesperowani niż kiedykolwiek. To chyba zniszczyło większość mojej romantycznej iluzji, przez jaką postrzegałem ministerstwo. Już nie uważałem, że działają dla dobra magicznej Brytanii. Wyglądało na to, że pracują dla części magicznej Brytanii, a pozostałych mają w poważaniu.

Harry zawahał się. Jego oddech wciąż był przyśpieszony, zahiperwentylowałby się, gdyby tylko sobie na to pozwolił; jego ciało, tak samo jak otrzymany od Lily trening, nie były przekonane do rozumowania umysłu, który twierdził, że obserwuje go tylko jeden człowiek. Impuls do ucieczki jednak stopniowo słabł. Był w stanie to zrobić. Da sobie radę.

– A pan to tylko potwierdził, kiedy pan mnie porwał tego lata – zakończył. – Wtedy zrozumiałem, że nawet dzieci nie są przed panem bezpieczne. Wydawało mi się, że nikt w ministerstwie nie spróbuje mnie zaciągnąć na nielegalną rozprawę, że ktokolwiek spróbowałby mnie zabrać gdziekolwiek bez wiedzy mojego opiekuna, że ktokolwiek spróbuje tutaj odebrać mi moją magię. A pan zrobił to wszystko i…

– Wcale nie! – przerwał mu nagle Knot.

– Mogę przynieść myślodsiewnię, panie ministrze, jeśli pan sobie tego życzy – zaoferowała Madam Bones, tonem zaniepokojonej troski.

Harry poczuł, jak wszystko w nim zamiera. Nie. Jeśli do tego dojdzie to wszyscy zobaczą jak krzywdzi Umbridge, a Harry nie chciał pamiętać o tym, co wtedy zrobił. Pełen obrzydzenia wstyd podszedł mu do gardła niczym wymiociny.

Knot jednak, na szczęście, skulił się i wycofał z tej opcji.

– Nie – powiedział. – Nie. Chciałem tylko powiedzieć… Chodziło mi tylko o to, że zaszły wtedy pewne okoliczności, których dziecko nie byłoby w stanie zrozumieć. – Zaoferował Harry'emu obrzydliwie przesłodzony uśmiech, na który Harry odpowiedział pełnym lekceważenia spojrzeniem.

– Proszę je nam w takim razie opisać, panie ministrze – powiedziała Madam Bones. – To jest naprawdę poważna sprawa i choć to jest, oczywiście, zaledwie wotum zaufania albo jego braku, więc po tej rozprawie nie skończy pan w Azkabanie, to i tak chcielibyśmy, żeby każda sytuacja była w pełni zrozumiana przez wszystkich. Wszelkie okoliczności, nawet nieoczekiwane przypadki, powinny zostać w pełni wyjaśnione.

Knot znowu pobladł.

– Nie życzę sobie o tym dłużej rozmawiać – powiedział i spróbował podnieść głowę w geście urażonej dumy.

Madam Bones odczekała chwilę, po czym odezwała się znowu.

– Czy chce pan jeszcze coś dodać, panie Potter?

Harry pokręcił głową. Wiem, że Scrimgeour pewnie chce, żebym zrobił coś więcej niż tylko tyle, ale nie wiem, o co mu w tym wszystkim chodziło i naprawdę nie chcę już tutaj dłużej stać.

– Tylko tyle, że tamten dzień w nieodwracalny sposób zniszczył zaufanie, jakie pokładałem w ministerstwo – powiedział. – Mam wrażenie, że byłbym w stanie mu znowu zaufać, ale tylko, jeśli zobaczę jak dzisiaj zostaje wymierzona sprawiedliwość. – Pokłonił się lekko, żeby zaznaczyć, że skończył mówić.

– Dziękujemy, panie Potter – powiedziała Madam Bones. – Proszę wrócić na swoje miejsce.

Harry wszedł z powrotem po schodach i opadł z ulgą na swoje krzesełko. Wizengamot mamrotał i wiercił się niespokojnie, większość siedzących w nim czarodziejów i czarownic oglądała się na niego przynajmniej raz, po czym wracali do własnych rozmów. Harry pochylił głowę i poczuł, jak rumieniec wpływa na jego policzki, a jego serce dudni coraz mocniej, ostatecznie zagłuszając szumem w uszach szepty.

Czy Scrimgeour osiągnął to, co miał zamiar przez to osiągnąć? Mam nadzieję. Na pewno tego więcej nie zrobię.


Rufus patrzył z lekkim uśmiechem jak Harry wraca na swoje miejsce i pokręcił głową. Chłopiec zdawał się nie pojmować tego, co dokonał, nawet jeśli przemawiał naprawdę krótko i bardziej obszernie opowiedział o problemach wilkołaków niż o sobie. Wciąż był młody, przynajmniej z wyglądu, ale miał dość odwagi, żeby stawić czoło ministrowi, a Knot nie był w stanie mu w żaden sposób odpowiedzieć. Ostatnie chwile ministra zostały zniszczone, a on sam wyglądał jak słabeusz, którym był i Rufus nie miał już żadnych wątpliwości, że Wizengamot zagłosuje za brakiem zaufania, który wywali Knota z posady.

Co więcej, magia chłopca wylała się z niego niczym żar feniksa jak tylko ten oddalił się od ochronnej aury Dumbledore'a.

Sytuacja zmieniała się na oczach Rufusa, maleńkie strumyki myśli zaczynały wędrować po głowach starszyzny. Harry zmieniał świat po prostu po nim chodząc i to samo wydarzyło się tutaj. Rufusowi to nie przeszkadzało. Świat powinien ulec zmianie, a nowy minister będzie dobrym tego początkiem.

I wszystko pozmienia się jeszcze bardziej. Amelia powiedziała mu – no, powiedziała wielu ludziom – o jej własnych planach. Rufus zachował swoje w tajemnicy.

Obserwował ze spokojem jak Amelia poprosiła o głosowanie. Trzech członków Wizengamotu zagłosowało za pozostawieniem Knota jako ministra. Dwóch się wstrzymało. Trzech było nieobecnych.

To zostawiło ich z czterdziestoma trzema czarodziejami i czarownicami, którzy oznajmili, że nie ufają Korneliuszowi Knotowi i nie życzą go sobie dłużej na stanowisku ministra. Amelia ogłosiła swój głos z lekkim uśmiechem, Dumbledore spokojnym tonem i zerknięciem w kierunku Rufusa, kiedy głosowanie krążyło po sali.

Rufus spojrzał mu w oczy. Och, tak, krzyw się na mnie, Świetlisty Panie, skoro już musisz. Odzyskam moje ministerstwo i za chwilę zobaczysz, w jaki sposób tego dokonam.

Amelia klasnęła dłońmi i dwóch aurorów Rufusa podeszło do Knota, żeby odeskortować go do jego gabinetu – czy też pokoju, który jeszcze kilka minut wcześniej był jego gabinetem.

– A teraz – powiedziała Amelia – zdaję sobie sprawę, że przed chwilą nastąpiła wielka chwila, ale nie możemy pozostawić zbyt długo naszej biednej wyspy w zawieszeniu. Proponuję zwołać nagłe głosowanie na nowego ministra i sugeruję, by nie miało ono miejsca później jak pierwszego stycznia. W międzyczasie Wizengamot będzie rządził Brytanią. Czy ktoś chce zgłosić sprzeciw?

Zapadła ogłuszająca cisza. Ludzie, którzy byli po stronie Knota, jak zauważył Rufus, włącznie z tą okropną babą, Umbridge, skrzywili się, ale nie odezwali.

Amelia kiwnęła głową.

– Obowiązują nas wszystkie zasady dotyczące nagłych wyborów. Kandydaci na ministra mogą zaoferować swoją kandydaturę dowolnego dnia przed nowym rokiem. Mogą prowadzić kampanię, w której dozwolone są wszystkie legalne zagrania do których zwykle odwołano by się w czasie zwykłych wyborów. W tej chwili chciałabym ogłosić moją kandydaturę na to stanowisko.

Rozległo się kilka zaskoczonych głosów, ale niewiele. Amelia od dawna kultywowała sobie grunt pod nogami. Rufus kiwnął głową i czekał.

Amelia rozejrzała się z lekkim znudzeniem w oczach.

– Czy ktoś jeszcze chciałby zgłosić już teraz swoją kandydaturę?

Rufus odkaszlnął lekko i wstał. Poczuł, jak zaskoczone spojrzenia przeskakują na jego osobę – nawet jeśli wzrok Dumbledore'a był zniesmaczony. Rufusowi się to spodobało.

– Ja – powiedział spokojnie.


Harry zamrugał, po czym pokręcił głową. Och. Czyli to dlatego mnie wezwał. Musiało to mieć jakiś związek z jego własnymi przygotowaniami pod kampanię. Może chciał mieć absolutną pewność, że Knot wyleci ze stanowiska.

Harry wzruszył ramionami i wyrzucił to z głowy. Zrobił to, co miał tutaj do zrobienia, może poza spotkaniem z Gryzeldą. Wstał, rozglądając się za starą czarownicą w nagłym tłumie wychodzących ludzi, kiedy nagle wszystko przesłonił mu Dumbledore.

– Harry – powiedział starszy czarodziej z niezwykłą surowością w głosie. – Naprawdę uważam, że już czas najwyższy, żebyśmy wrócili do szkoły.

Harry westchnął i kiwnął niechętnie głową. Nie miał zamiaru teraz wyrządzać sceny, nie w chwili, kiedy tak wielu ludzi wciąż się na niego oglądało, do tego nie miał zamiaru mówić Dumbledore'owi o tym, że jest zainteresowany sojuszem z kimś, kto ma powiązania z grupą goblinów. Zawsze mogę jej wysłać sowę.

– Pozwól, że zamienię z nim słowo, Albusie – rozległ się za nim głos Gryzeldy. – Chciałam tylko pogratulować panu Potterowi. To był naprawdę mistrzowski pokaz oratorstwa, młody człowieku. – Wyciągnęła rękę, jakby spotkali się po raz pierwszy, więc Harry ją uścisnął. – Czy myślałeś może o zrobieniu kariery w polityce?

Harry spojrzał w jej rozbawione oczy i zmusił się do uśmiechu.

– Niespecjalnie, Madam – powiedział. – Jestem na to zanadto zajęty.

– W to nie wątpię – mruknęła. – Ale polityka dobrze współgra z zapracowanym życiem, wiesz? Właściwie to właśnie dlatego powstała, ponieważ niektórzy ludzie byli strasznie zajęci.

Harry poczuł, że jego uśmiech staje się bardziej naturalny.

– W to nie wątpię, Madam – powiedział. – Wolę jednak pracować z ludźmi i nie ograniczać się zasadami, które obowiązuje ministerstwo. Bez względu na to, kim by ci ludzie nie byli – dodał, mając nadzieję, że Gryzelda zrozumie, co miał przez to na myśli. Gobliny to też ludzie.

– Ach. Zniesmaczenie biurokracją. Cóż, to czasami daje nam najlepszych biurokratów. Ale jeśli ktoś ma możliwość załatwiania spraw innymi sposobami, to prawdopodobnie będzie w stanie się bez niej obejść. – Oczy Gryzeldy poruszyły się, jakby próbowała zobaczyć coś, co unosiło się wokół niego w powietrzu.

Moja magia. Harry doszedł do wniosku, że Milicenta musiała mieć rację i jego zmęczenie w jakiś sposób oddziałuje na jego kontrolę nad magią. Naprawdę chciałby to wszystko ograniczyć tylko do swojego ciała. Co więcej jednak, chciał powstrzymać Gryzeldę przed wejściem na ścieżki, którymi nie będzie mógł za nią podążyć.

– Niekoniecznie, Madam – powiedział. – Wolę pracować razem z ludźmi. Nie przeciw nim, nie ponad nimi, ale pośród nich.

Twarz Gryzeldy złagodniała.

– Rozumiem ten impuls, panie Potter – powiedziała cicho. – To on właśnie zawiódł mnie do ministerstwa. Być może pańskie inklinacje poprowadzą pana podobnymi ścieżkami, a może i innymi, ale nie mniej wartościowymi.

– Też mam taką nadzieję, Madam.

Wtedy Dumbledore zaczął naciskać, że naprawdę powinni już iść, więc Harry nie miał już czasu, żeby powiedzieć coś więcej. Podniósł głowę, odetchnął nerwowo i zmusił się do uznania tego za zwycięstwo.

Pozbyliśmy się Knota z pozycji ministra. Udało nam się. Nieważne kto zostanie jego następcą, Scrimgeour czy Madam Bones, bo w obu pokładam równie mocną nadzieję, bo oboje mają szansę zostać lepszym ministrem niż się Knotowi kiedykolwiek śniło, że może być.

Będę musiał powiedzieć Draco, że prawie spanikowałem przed Wizengamotem. Jak ja niby z takim nastawieniem mam zostać przywódcą? Naprawdę byłoby lepiej, gdyby pozwolono mi pracować w cieni, albo z Zakazanego Lasu. Zyskam równie wiele, a przynajmniej nikt się nie będzie na mnie gapił i nikogo więcej nie zawiodę.

Swoją drogą, ta rozprawa była krótsza niż mi się wydawało, że będzie. Dzięki temu będę w stanie po południu załatwić więcej spraw.