Uwaga: to będzie bolało. Ale lepiej, żeby nastąpiło teraz niż później.
Rozdział trzydziesty drugi:Ostatni dzień przed
– Od kogo to?
Draco był zaciekawiony, więc szybko się pochylił nad ramieniem Harry'ego, jakby miał nadzieję zobaczyć napisane na kopercie imię. Harry był jednak szybszy i zakrył napis dłonią.
Nie, żeby zobaczenie go powiedziało cokolwiek Draconowi. Harry spuścił wzrok, ignorując tępy ból, który zdawał się ciągnąć lewą stronę jego piersi. Na kopercie było tylko jego własne imię, Harry, napisane delikatną dłonią. Problem był jednak w tym, że on tę dłoń dobrze znał i wiedział, że będzie musiał przeczytać ten list w samotności.
– No, to od kogo jest? – zażądał znowu Draco.
Harry pokręcił znowu głową, po czym schował kopertę do kieszeni szaty.
– Od nikogo – powiedział.
– Nie może być od nikogo – powiedział Draco i przyjrzał mu się uważnie. Harry wyczuł odległe, delikatne ciągnięcie w jednej z części jego umysłu, które oznaczało, że Draco próbował użyć swojej empatii do uspokojenia go i powiedzenia mu prawdy. – "Nikt" nie potrzebuje pergaminu, na którym może napisać list do ciebie, wiedząc, że będziesz wiedział, od kogo to jest jeśli tylko napiszą twoje imię na kopercie. – Przyciszył głos, ale Harry i tak miał wrażenie, że podsłuchuje ich już przynajmniej połowa stołu Slytherinu. – "Nikt" nie sprawiłby, że wyglądasz, jakby ci ktoś przywalił właśnie w splot słoneczny.
Harry przełknął ślinę. Wiedział, że nie może powiedzieć Draconowi prawdy. Draco zażądałby wyjaśnień, zapytałby co w ogóle Harry wyprawia, a nawet gdyby Harry mu wytłumaczył, to i tak pewnie by nie zrozumiał, nie tak naprawdę.
– Draco – szepnął. – Proszę cię. Oddałem ci wszystko inne, treść moich koszmarów, moje emocje i nie usłyszałeś ode mnie słowa sprzeciwu. Zostaw mi chociaż to.
– Byłoby mi o wiele łatwiej odpuścić ten temat, gdybyś tylko tak nie wyglądał. – Zirytowany rumieniec Dracona zniknął, teraz chłopak był po prostu blady. – Harry, naprawdę myślę, że powinieneś mi powiedzieć. Nie dlatego, że chcę wiedzieć, ale dla swojego własnego dobra.
– To coś naprawdę dla mnie ważnego – szepnął Harry. – Coś, co chcę zachować tylko dla siebie i przeczytać w samotności.
Draco odetchnął ciężko i długo, a Harry był w stanie usłyszeć w tym wiele emocji, łącznie z irytacją, którą w bardzo oczywisty sposób starał się zignorować. Położył dłoń na nadgarstku Harry'ego i ścisnął.
– Kiedy będziesz gotów, żeby o tym porozmawiać, to przyjdź z tym do mnie – powiedział Draco. – Nie… sam nie wiem, nie idź do swojego brata i nie wyrzuć tego z siebie akurat przy nim, o ile on by nie zrozumiał tego lepiej. Naprawdę chcę wiedzieć.
Harry spojrzał mu w oczy, oceniając jego chęć wiedzy. Draco naprawdę wydawał się mówić prawdę. Harry kiwnął głową.
Draco uśmiechnął się do niego, choć jego mina była wyraźnie wymuszona, po czym wyciągnął rękę.
– Podaj no mi te naleśniki, Blaise – powiedział, machając leniwie ręką w kierunku talerza, który wciąż stał przed drugim chłopcem. – Nie mam ochoty czekać, aż napchasz sobie nimi kieszenie. Chcesz potem nakarmić to swoje lwiątko, czy co?
Blaise zarumienił się i niemal cisnął w nim tym talerzem.
– Ja przynajmniej mam odwagę porozmawiać z osobą, w której się zakochałem – powiedział zawistnie.
Draco wyciągnął różdżkę pod stołem i wymamrotał szybkie zaklęcie, którego Harry nie usłyszał dokładnie. Chwilę później włosy Blaise zrobiły się pastelowo różowe. On sam nie zwrócił na to uwagi, przynajmniej do chwili, w której chichoty nie poniosły się ponad stołem. Draco schował różdżkę z powrotem do rękawa, wyglądając na wyjątkowo zadowolonego z siebie.
Harry pokręcił głową, ale nie chciał go ganić za ten wybryk, zwłaszcza, że był niemal pewien, że głos mu się zacznie trząść jak tylko się znowu odezwie. W dodatku Draco obserwował go kątem oka, więc musiał wyglądać, jakby lada moment miał zemdleć.
Zmusił swój oddech do spowolnienia i przyjął naleśnik, kiedy Draco przekazał mu talerz. W żołądku mu się nieprzyjemnie przewracało, ale naprawdę musiał coś zjeść. Miał zajęcia i list, na który musiał odpisać, ale to był też ostatni piątek listopada. Co oznaczało, że pierwsze zadanie turnieju miało się odbyć już jutro.
Musiał pomoc Connorowi znaleźć sposób na pokonanie smoków i to jak najszybciej.
– Nie wiem – jęknął Connor, odrzucając na bok "Smoki i ich pochodzenie". – Krum i Fleur pewnie powypożyczali już wszystkie porządne książki. W tych nie ma nic przydatnego.
Harry oderwał wzrok od książki o urokach, którą czytał.
– Mówiłem ci już, czego moim zdaniem powinieneś użyć.
– A ja ci już powiedziałem, czemu to nie zadziała. – Connor w dość oczywisty sposób starał się być cierpliwy. Wzdrygnął się, kiedy Madam Pince łypnęła na nich ponad swoimi okularami i ściszył głos. Technicznie rzecz biorąc nie powinni w ogóle o tej porze przebywać w bibliotece, ale obaj urwali się z lekcji. – Mogę się owinąć urokiem, który ukryje mnie przed smoczym wzrokiem, węchem i słuchem, ale nie znaleźliśmy żadnych uroków, które kryłyby wibracji moich kroków. A to ty mi powiedziałeś, że smoki są blisko spokrewnione z wężami. Wyczuje, że się do niego zbliżam.
Harry przygryzł wargę i przewrócił stronę książki. To była prawda, ale Harry nie był w stanie pozbyć się – prawdopodobnie głupiego – przeczucia, że uroki są w tym przypadku rozwiązaniem. Nauczył się z tej książki naprawdę wielu użytecznych rzeczy, zwłaszcza, że znalazł w niej urok zdolny do oszukania zapachu, którym był właśnie owinięty na wypadek, gdyby Hawthorn tak przypadkiem zawitała do Hogwartu. Do tego to przecież nie tak, żeby Connor miał jakieś lepsze pomysły. Nie był dość dobry z transmutacji i zaklęć, żeby wykorzystać zaklęcia obronne, które Harry znalazł dla niego w pierwszej kolejności, do tego podejrzewał, że inni reprezentanci też będą odwoływać się do tych technik.
Harry przewrócił kolejną stronę i odkrył, że dotarł do ostatniego rozdziału książki o urokach. Wyprostował się, kiedy zobaczył jego tytuł: "Iluzje".
– Connor – szepnął.
– Co? – Connor zerknął na niego, ale dalej skrobał różdżką stół, aż nadto się starając wyglądać na znudzonego, zamiast na bezkresnie przerażonego.
– A co ty na rzucenie iluzji, które oszukają smoka? – zapytał Harry. – I owinięcie uroków wokół nich? Nie będą miały wibracji twoich kroków, to prawda, ale wydaje mi się, że powinny wystarczyć, żeby oszukać smoka różnymi zapachami i wyglądami, tak że ten nie zorientuje się, że nie jesteś żadnym z nich. A gdybyś się naprawdę postarał, tak porządnie się postarał, to byłbyś w stanie stworzyć na tyle solidne iluzje, że te będą tworzyć własne wibracje.
Connor uśmiechnął się z nadzieją, ale po chwili znowu zmarkotniał.
– Nie da rady – powiedział. – Żeby iluzje mnie uchroniły przed smoczym ogniem, musiałbym ich rzucić naprawdę wiele. Nie dam przecież rady kontrolować takiej ilości.
Ledwie to powiedział, zamarł, oczy mu zalśniły, a na ustach pojawił się osobliwy wyraz. Harry poczuł napływ nadziei.
– Co? – zapytał.
– Ja… zapomniałem – szepnął Connor. – Tak strasznie się starałem zapomnieć o wszystkim, co się stało pod koniec zeszłego roku. – Zerknął na Harry'ego. Harry spojrzał bratu w oczy. Doskonale rozumiał, czemu Connor miałby chcieć zapomnieć końca poprzedniego roku szkolnego. Poza nim samym tylko jego bliźniak tak naprawdę wiedział co się wtedy stało.
– Mów dalej – poprosił.
– Pod koniec Voldemort uczył mnie jak używać przymuszenia na moich własnych zaklęciach – powiedział cicho Connor. – One nie mają tak do końca umysły, ale zaklęcia, które wyglądają jak ludzie, mogą czasami… oszukać przymuszenie. Przymuszenie sięga ich i kontroluje je tak samo, jak kontrolowałaby umysł, zupełnie jak czarodziej, który ma znacznie więcej treningu ode mnie i potrafi kontrolować wiele zaklęć na raz. Jak Hermiona na przykład. – Connor uśmiechnął się na moment. – Ciekawe, jak by zareagowała, gdybym jej powiedział, że potrafi zrobić coś, co wygląda jak dar przymuszenia.
Jego uśmiech szybko jednak zniknął, a on sam spojrzał poważnie na Harry'ego.
– Wystarczyłoby, żebym rzucił iluzje i uroki, a potem już mógłbym je kontrolować z pomocą mojego przymuszenia, zmusić je do robienia tego, co chcę. Mógłbym im kazać iść tam, gdzie chcę. To byłoby ryzykowne, bo smok może mnie mimo wszystko przysmażyć, do tego musiałbym rzucać przy okazji inne zaklęcia, a miałbym na to wszystko bardzo mało czasu. Ale jeśli przebrnę przez tę początkową fazę, to z resztą już powinienem sobie poradzić.
– Znasz inkantację na stworzenie kopii samego siebie? – zapytał Harry.
Connor kiwnął głową.
– Dupliciter. Siri… Voldemort go mnie nauczył, kiedy to ćwiczyliśmy. – Connor wyglądał, jakby było mu niedobrze, za każdym razem, kiedy przypominał sobie, że w zeszłym roku trenował z samym Mrocznym Panem. – To potrafię wykonać bez trudu. Ale uroki… owinięcie ich wokół iluzji będzie najtrudniejsze. Mam więcej doświadczenia z iluzjami i przymuszeniem niż z nimi.
– No to w takim razie czas nad nimi popracować, co? – zapytał Harry, wstając i podnosząc stos książek, żeby je odstawić na półki.
Connor patrzył na niego z lekko przerażonym podziwem.
– Co? Teraz? Ale przegapimy obiad!
Harry prychnął.
– Dobrze wiesz, tak jak i ja, gdzie możemy potem znaleźć kuchnię. – Jedyną różnicą było to, że Harry dowiedział się tego od skrzatów domowych, kiedy po raz pierwszy spróbował z nimi ostrożnie porozmawiać, a Connora uświadomili bliźniacy Weasley. – Potem coś zjemy. Na Merlina, Connor, ja naprawdę chcę żebyś to przeżył.
Connor wyszczerzył się do niego, wstając.
– Ja też – powiedział. – Byłoby miło.
Harry przytulił go krótko, ignorując zniecierpliwione cmokanie Madam Pince.
– Choćby nie wiem co, nie dam ci tam zginąć – szepnął. – Ale w miarę możliwości chcę, żebyś spróbował sam sobie tam poradzić. Wiem, że sobie tego nie wybrałeś, ale…
– Nie, daj spokój, już się z tym w sumie pogodziłem. – Głos Connora był zrezygnowany. – Żadne inne imię nie wypadło z Czary, więc muszę sobie poradzić z tym najlepiej jak będę w stanie. Honor Hogwartu i takie tam.
Serce się Harry'emu ścisnęło na te słowa. Chciał spędzić ze swoim bratem więcej czasu, zażądać imion tych, którzy go skrzywdzili, przytulić go ponownie i zapewnić, że wszystko będzie dobrze.
– No to znajdźmy sobie jakąś opuszczoną klasę, w której będziemy mogli poćwiczyć w spokoju – powiedział tylko.
– Dupliciter!
Harry'emu dech zaparło, kiedy obok jego brata pojawiła się jego dokładna kopia, a obok niej kolejna i ich ilość rosła dwukrotnie za każdym razem, kiedy Connor rzucał zaklęcie. Harry musiał przyznać, jego brat naprawdę dobrze sobie radził z iluzjami. Voldemort ewidentnie pokładał w nim duże nadzieje i porządnie trenował Connora, prawdopodobnie po to, by mieć z niego konkretny użytek jak już go przeciągnie na swoją stronę.
Harry odrzucił od siebie te mroczne wspomnienia. Wszystko już było dobrze. To była tylko przeszłość. To wszystko już było za nimi i teraz powinien się skoncentrować na pomaganiu jego bratu przeżycia zadania ze smokami.
– Dissimulo aspectum, dissimulo sonitum, dissimulo odoratum…
Harry pokręcił głową, patrząc jak zaklęcia znowu zaczynają zanikać. Connor się koncentrował, był cały czerwony na twarzy, rzucając zaklęcia, ale to się na nic nie zdało. Był w stanie owinąć urokiem tylko jedną iluzję na raz, podczas gdy inne iluzje zaczynały się rozwiewać zanim Connor zdążył w ogóle sięgnąć ku nim przymuszeniem. W dodatku te uroki były naprawdę słabe, wybrali je po prostu dlatego, że chcieli zobaczyć jak szybko i mocno Connor będzie w stanie je rzucić. Nie oszukałyby smoka.
Harry nie miał zamiaru porzucić jednak tego planu. Jego usta smakowały jak popiół ilekroć pomyślał, że pierwsze zadanie będzie już jutro i że nie mieli już czasu. Musiał coś zrobić, więc to właśnie zrobi.
– Connor – powiedział, kiedy ostatnia z iluzji się rozwiała, a Connor obejrzał się na niego, wykończony. Otarł pot z czoła, odsuwając na bok grzywkę i uwidaczniając swoją bliznę. Harry poczuł, jak jego własna drży, jakby w sympatii. – To nie zadziała.
– Ale musi – upierał się Connor, siadając na jednym z połamanych biurek, rzuconych na stos w kącie sali. Zaczął palcem rysować wzorki w warstwie kurzu i nie podniósł wzroku na Harry'ego. – Przecież nie mamy już czasu, żeby wymyślić coś innego.
Harry pokręcił głową.
– Nie do końca to miałem na myśli – powiedział. – Po prostu wydaje mi się, że potrzebujemy zaklęcia, które połączy iluzje i uroki, takiego, które po prostu rzucisz kilka razy, tak żebyś mógł od razu wziąć się do kontrolowania ich przymuszeniem.
Connor westchnął.
– Żadne zaklęcie nie przychodzi mi do głowy. – Nagle przywalił pięścią w blat biurka i wyglądało na to, że nie zauważył nawet, że skóra na knykciach mu pękła od uderzenia. – Kurwa mać! Gdybym tylko był choć trochę silniejszy, to nie miałbym żadnego problemu z rzuceniem tylu zaklęć na raz, albo sprawieniem, żeby iluzje były wystarczająco solidne i nie byłoby tych durnych kłopotów.
Harry skrzywił się. Nieczęsto czuł się winny tego, że ma więcej mocy od innych ludzi, ale to był jeden z tych przypadków. Przypilnował, żeby jego głos był niski i kojący, kiedy powoli ruszył w stronę Connora.
– W tej chwili ja też sobie nie przypominam żadnego zaklęcia, które dałoby iluzji zapach, nawet jeśli znam takie, które mają dźwięk i wygląd. Ale wiem, że to nie wystarczy. Chcę jednak czegoś spróbować.
Connor znowu westchnął, a jego gniew zdawał się rozwiać tak szybko jak nastąpił.
– A rób co chcesz, Harry. Dla ciebie wszystko jest możliwe.
Harry postanowił zignorować zazdrość, która zabrzmiała w jego głosie. Zamknął oczy i zatonął w odmętach swojej pamięci, w której książki były kartkowane z prędkością światła. Było takie zaklęcie, które pozwoliłoby mu rzucić solidną iluzję, zaklęcie, którego sam używał wiele razy, ilekroć chciał zostawić kopię siebie w łóżku, czy podczas posiłku, żeby wykiwać Dracona i Snape'a. Ono jednak było ograniczone, bo iluzja była w stanie powiedzieć tylko kilka zdań, do tego dość szybko się rozwiewała, ale wymyślił już jej wariację, trochę w podobny sposób, w jaki nauczył się wariacji zaklęcia ognistego lustra.
– Aedifico spiritum cum odoratu – powiedział.
Słowa dziwnie zabrzmiały w jego ustach i przez chwilę Harry'emu wydawało się, że jednak nie zadziała, albo że jego magia bezróżdżkowa, którą już od kilku dni ograniczał wyłącznie do granic swojego ciała, wyrwie mu się spod kontroli i zacznie się rozbijać po pokoju. Ale wtedy usłyszał zaskoczony szept Connora, który mruknął pod nosem coś w stylu "zupełnie jak żywy", więc Harry otworzył oczy i zobaczył stojącą obok kopię samego siebie.
Zrobił krok przed siebie i ostrożnie powąchał. Uśmiechnął się, kiedy wyczuł zapach potu. Nie tylko tym pachniał, ale z drugiej strony smok przecież nie będzie wiedział jak Connor pachnie na co dzień.
– A co z wibracjami? – zapytał jego brat, któremu oczy się zaświeciły. – Myślisz, że możemy je dodać?
Harry kiwnął głową i odwrócił się w kierunku pustej przestrzeni.
– Aedifico spiritum cum odoratu et vibrare!
Pojawiła się kolejna kopia pachnąca potem. Harry skupił się na niej, prosząc ją cicho o zrobienie kilku kroków, co ta zrobiła, powłóczając lekko nogami. Wyraźnie mógł poczuć szuranie jej stóp i drżenie podłogi.
Harry zaśmiał się i rozwiał swój wizerunek, po czym obejrzał się na Connora.
– No dobra, może twoje nie powinny tupać tak ciężko – powiedział. – Ale i tak mam wrażenie, że to zaklęcie nam się przyda.
– Pewnie, że tak! – Twarz Connora znowu była ożywiona, jego oczy wręcz lśniły podekscytowaniem. Wstał i wyciągnął różdżkę. – Jak to było? Aede…
– Aedi – poprawił go Harry i zajął się nauczaniem swojego brata poprawnej wymowy zaklęcia. Już po kilku minutach Connor wykonywał pierwsze, słabe próby, napędzany tą samą siłą, którą zwykle przykładał do quidditcha. Obserwując jego próby, Harry poczuł jak jego napięcie roztapia się, robiąc miejsce radości. Jednak to przeżyje. Harry nie straci brata. To była możliwa porażka, której nie będzie musiał znieść.
Do tego obserwowanie kogoś szczęśliwego sprawiało, że sam był szczęśliwy. W ten sposób właśnie spędził najprzyjemniejszą część tego popołudnia.
Jego reszta była… nieszczególnie przyjemna.
Harry oparł plecy o ścianę sowiarni i otworzył listy. Wiedział, że napyta tym sobie biedy. McGonagall nie znosiła kiedy ktoś się zrywał z transmutacji, bez względu na to, czy był chory, czy nie, czy się tylko spóźnił, czy nie, a Harry tego dnia opuścił jak do tej pory wszystkie zajęcia. Użył zaklęcia kameleona, żeby uciec podejrzliwym spojrzeniom kilku zirytowanych Ślizgonów. Było mu przykro. Naprawdę było mu przykro, że musiał to wszystko dzisiaj zrobić. Ale naprawdę nie potrafiłby ścierpieć myśli, że ktoś jest obok niego podczas otwierania listu, który otrzymał tego ranka.
Mój drogi synu,
Jestem ci naprawdę wdzięczna za odpowiedź, czytanie twojego punktu widzenia o tym, co zaszło między nami, to była prawdziwa przyjemność. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się takiej interpretacji. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że tak dobrze cię wytrenowałam, ani że tak wiele czasu poświęcisz na przemyślenie sobie tego wszystkiego.
Wydaje mi się, Harry, że jeśli przyjrzysz się uważnie różnicom, które dzielą mnie od twoich sojuszników, to największym z nich byłby motyw. Twoi sojusznicy zrobili to, co zrobili, bo wierzyli w wyższość czystokrwistych rodów nad wszystkimi innymi, a sam dobrze wiesz, że to nie ma żadnego pokrycia w rzeczywistości. Albo zrobili to, bo bali się fanatycznego szaleńca, do armii którego dołączyli. A potem usiłowali uciec przed konsekwencjami własnych decyzji, twierdząc, że przez cały czas znajdowali się pod wpływem klątwy Imperiusa. Wiem, że ministerstwo ich już nie tknie, więc nie musisz obawiać się tego, że spróbuję użyć twojego listu przeciw nim. Ale prawda jest taka, że nigdy nie ponieśli kary za swoje przewinienia. Po prostu wykorzystali kruczki prawne.
Podczas gdy ja… musiałam stawić czoła swoim zbrodniom i za nie zapłacić.
Zawsze w pewnej chwili musi nastąpić koniec, Harry, punkt, w którym trzeba skończyć z egzekwowaniem swojej zemsty czy sprawiedliwości. Wydaje mi się, że zdołałeś go osiągnąć już ze swoimi sojusznikami, inaczej już dawno temu zażądałbyś od nich wyjaśnień. Chciałabym, żebyśmy też doszli wreszcie do niego. Straciłam swoją magię. Przyznałam, że wychowałabym cię inaczej, gdybym od samego początku wiedziała co oznacza twoja moc. Przeczytałam twoje słowa, w których stwierdziłeś, że tworząc cię takim, jaki jesteś, prawdopodobnie uratowałam świat.
Kiedy nastąpi punkt, w którym zgorzkniałość i nienawiść przeminą? Jestem zmęczona nienawiścią, Harry, zmęczona ciągłym strachem. Przyznaję, nienawidziłam cię w pierwszych chwilach po tym, jak odebrałeś mi moją magię, ale to już minęło, a Dumbledore upewnił się, że będę mieć wszystko, czego tylko mi trzeba. Teraz jestem po prostu zmęczona. Chcę moich chłopców z powrotem w domu. Chcę przytulić się do mojego męża. Chcę wiedzieć, że nasz najstarszy przyjaciel wciąż gdzieś żyje na tym świecie, nawet jeśli nie ma najmniejszego zamiaru nas odwiedzić. Dla Syriusza jest już za późno. Ale dla nas nie jest, o ile któreś z nas nie zginie zanim zdążymy się pogodzić.
Naprawdę nie chcę, żeby do tego doszło.
Zdaję sobie sprawę z tego, że nie masz już żadnego powodu, żeby mi odpisać, a przynajmniej, że nie masz już tego samego powodu co wcześniej. Mam jednak nadzieję, że mimo wszystko pociągniesz tę wymianę listów dalej. Ośmielę się stwierdzić, Harry, że na tym świecie nie żyje nikt inny, kto zna cię tak dobrze jak ja, a jedna rzeczy, których o tobie wiem, to to, że mi odpiszesz.
Z całą moją miłością,
Lily
Harry opuścił list i położył czoło na kolanach. Jego oddech był koszmarnie krótki i miał to okropne wrażenie, że zaraz się rozpłacze. Wiedział jednak, że jeśli teraz zacznie płakać, to nie będzie w stanie przestać. Tak się martwił o Connora, że nie był w stanie spać poprzedniej nocy, przez co zaczęły też go prześladować inne myśli. Powoli tracił zdolność do utrzymania się na nogach, a jego emocje wymykały mu się spod kontroli, dokładnie tak, jak to przewidziała Milicenta. Nie mógł sobie na to pozwolić. Musiał być silny, rozbudzony, świadomy, choćby przez wzgląd na swoich sojuszników. Będzie musiał dzisiaj wypić solidną dawkę eliksiru usypiającego.
To dzięki treningowi Lily zdołał utrzymać się na nogach tak długo. Godziny spędzone na nauce, na koncentracji, na ćwiczeniu jak być opiekunem, pozbawianie się snu kiedy tylko to było potrzebne, przyzwyczajanie się do sensacji, które towarzyszyły wykończeniu… wszystko to obejmowały techniki, w których się wytrenował, więc wiedział, jak sobie z nimi poradzić. W każdym jednym przypadku miała w tym swój własny udział, albo dlatego, że go obserwowała jak je opanowywał, jako jedyna z całej rodziny, albo sama je sugerowała. Była wielką częścią jego życia. Znała Harry'ego tak dobrze, że wiedziała, że ten nigdy nikomu o tym nie powie.
Jak mógł ją tak po prostu odrzucić, odciąć ją od siebie kiedy wyciągała do niego rękę, prosząc o kontakt?
Och, to bolało, oczywiście, że tak, ale to był ten sam rodzaj bólu, który skłaniał do szturchania językiem ruszającego się mleczaka. Nie mógł przecież jej nie odpisać. Byłby w stanie to zrobić, gdyby list od niej ociekał nienawiścią, albo w którym sugerowałaby, że powinien porzucić swoich sojuszników i został Świetlistym czarodziejem. Ale tego nie zrobiła.
Bo wie dobrze, że to by cię od niej odrzuciło, szepnął głos w jego głowie, który brzmiał zupełnie jak Snape. Wykorzystuje swoją wiedzę na twój temat przeciwko tobie, Harry. Wiesz o tym, tak samo jak zdajesz sobie sprawę z tego, że chcesz jej wybaczyć głównie dlatego, że tak cię wytrenowała.
Harry przegonił od siebie ten głos i przez chwilę siedział w ciszy, z umysłem tak cichym jak to było możliwe, podczas gdy zmęczenie i ból walczyły ze sobą o dominację. Musiał rozważyć swoje inne obowiązki, nie tylko to, co był winny sobie i Lily. Ostatni weekend przypomniał mu, że był częścią znacznie szerszego kontekstu. Co by ten kontekst powiedział, gdyby to zobaczył? Czy odpisanie Lily pomoże komuś w jakikolwiek sposób?
Nawet w tym przypadku nastał konflikt w jego umyśle. Wiedział, że Snape i Draco nakłanialiby go, żeby nie odpisywał. Wiedział, że Milicenta, Pansy i Blaise uśmiechnęliby się z kpiną i powiedzieliby, że dostała dokładnie to, na co zasłużyła – gdyby tylko znali całą historię, a tak nie było – oraz, że mugolaczka jest i tak tylko o krok od bycia mugolem, więc po prostu wróciła do swojego naturalnego stanu. (Pod tym względem też ich nigdy nie skonfrontował).
Wiedział też jednak, że nie będzie w stanie myśleć o czymkolwiek innym póki nie odpisze, że ten pozostawiony bez odpowiedzi list będzie go męczył gdzieś w tyle głowy zarówno bólem jak i wyrzutami sumienia. Wina zachwieje jego osądem względem praktycznie wszystkiego, a ona to nie mógł sobie pozwolić. Bólu nie tak łatwo się pozbędzie, ale łatwiej będzie znieść krótki, czysty cios niż ropiejącą ranę gdzieś w umyśle.
Wziął głęboki oddech i wyciągnął z kieszeni szaty pergamin. To nie był jeden z tych pergaminów szczerości, które wcześniej zabrał Dumbledore'owi. I tak miał zamiar być szczery, rzecz jasna. Jego matka za dobrze go znała i zauważyłaby, gdyby jej skłamał.
Lily,
Nie widzę żadnej szansy na to, żebyśmy się wszyscy kiedykolwiek pogodzili. Jak byśmy mieli tego dokonać? Mam z tatą teraz własne problemy. Z Connorem dogaduję się znacznie lepiej niż w zeszłym roku, ale mam wrażenie, że ta relacja nie przeżyje, jeśli spróbujemy zjednoczyć naszą rodzinę na siłę. A ty…
Ja…
Wściekły na samego siebie, Harry zamknął mocno oczy. Łza miała czelność opaść na pergamin i teraz nie był w stanie sobie przypomnieć co właściwie powinien jeszcze napisać. Gardło go bolało, jakby właśnie skończył bieg na wiele mil przez mroźne powietrze. Przeczekał to wszystko, przełknął kilka razy ślinę, aż łzy nie wycofały się i mógł kontynuować. Wiedział jednak, że to była zaledwie chwilowa ucieczka przed falą emocji, która na niego czekała.
Wiem, że jestem tym, czym mnie zrobiłaś. I są takie chwile, kiedy tego nienawidzę i tym pogardzam. Ale ostatnio tak często mi to pomagało. Oszczędziło mi niezwykłej ilości pokus. Dzięki twojemu treningowi w przeciągu zaledwie kilku tygodni osiągnąłem dla siebie i moich sojuszników więcej, niż zwykły człowiek byłby w stanie. Nie mogę więc powiedzieć, że cię nienawidzę i się ciebie wyrzekam, ponieważ jesteś z tym tak związana, że tylko z tobą tak naprawdę mogę o tym porozmawiać. Są takie chwile, w których aż we mnie wrze od pragnienia porozmawiania z kimś o tym, ale wiem, że otaczają mnie ludzie, którzy tego nie zrozumieją. Tylko ty mnie zrozumiesz, bo tylko ty o tym wszystkim wiesz.
Masz też rację względem tego, że nie mogę tego zignorować, a okres rekompensaty prędzej czy później będzie musiał dobiec końca. Nie jestem jednak na to jeszcze gotowy. Nie jestem gotów się z tobą zobaczyć, nie jestem gotów ci wybaczyć, nie jestem gotów zapomnieć o sieci feniksa, nie jestem gotów, żeby się spróbować się z tobą pogodzić.
Proszę, nie wysyłaj mi już więcej listów. Poradziłem sobie z odpisaniem na pierwszy, bo wydawało mi się, że tak powinienem to załatwić. To nie jest dobry list, wiem, ale mówi dokładnie to, co chciałem ci powiedzieć.
Harry
Skończył pisać, zakrztusił się potężną gulą, która mu przez cały czas narastała w gardle, po czym wstał i zawołał Hedwigę. Wylądowała mu na ramieniu, a on po prostu głaskał przez chwilę jej pióra, zmuszając się do skupienia na ich niezwykłej bieli. Była jedyną sową śnieżną w sowiarni. Wyglądała pięknie w locie. Zanosiła Lucjuszowi jego dary. Myślał o tym wszystkim po to, żeby uniknąć myślenia o tym, co miał zamiar zaraz jej przekazać do dostarczenia.
Przywiązał jej list do nogi.
– Lily Potter, maleńka – szepnął, kiedy spojrzała na niego wyczekująco.
Hedwiga skubnęła delikatnie jego ucho i zahuczała delikatnie, wydając z siebie dźwięk, który Harry może i byłby w stanie zinterpretować jako smutny, gdyby tylko pozwolił swojemu umysłowi zacząć pracować, tylko że wtedy ten by po prostu oszalał. Harry patrzył jak jego sowa odlatuje w dal. Gdyby tylko spojrzał, byłby w stanie zobaczyć jej sieć, ale zamiast tego zamknął oczy i odwrócił się. Musiał przyznać, że wciąż nie jest gotów zobaczyć sieci, jeszcze nie. Musiał być vatesem dla każdego możliwego stworzenia, które go potrzebowało, ale w tej konkretnej chwili żadne stworzenie nie potrzebowało jego doraźnej pomocy. Sieci po prostu istniały. Mógł się nimi zająć kiedy indziej.
– Tu jesteś.
Harry drgnął gwałtownie. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że ktoś wchodził po schodach sowiarni, a naprawdę powinien był, bo rozpoznał magię tej kobiety. Przycisnął plecy do murów.
– Dissimulo odoratum – zaczął rozpaczliwie mamrotać – dissimulo…
– Za późno, Harry. – Głos Hawthorn Parkinson był łagodny. – Już zdążyłam cię wywąchać. A teraz i cię zobaczyć.
Harry usłyszał szelest i podejrzewał, że uklękła na podłodze sowiarni, kompletnie ignorując dobro swoich pięknych szat. Był bezgranicznie zaskoczony, kiedy wyciągnęła ręce w jego kierunku i delikatnie przygarnęła go do siebie, tuląc. Nie przycisnęła go w żaden sposób do siebie, a kiedy zaczął się słabo wykręcać, poluzowała uchwyt, ale też nie wypuściła go kompletnie z rąk.
– Co pani tu robi? – szepnął.
– Poprosiłam dyrektora o możliwość odwiedzenia Pansy – powiedziała Hawthorn.
– To czemu pani tego nie robi?
Hawthorn wzruszyła ramionami, a przynajmniej tak Harry wywnioskował z ruchu jej rąk.
– Już się widziałam z moją córką. A teraz przyszłam zobaczyć się z kimś, na kim wszyscy polegamy.
– Radzę sobie lepiej niż w Halloween. – Harry próbował nadać swoim słowom przekonujący ton. Ku jego zgrozie, wciąż nie brzmiał specjalnie przekonująco. Spróbował wycofać się za swoje tarcze oklumencyjne i odkrył, że te się roztrzaskały, zupełnie jakby jego emocje były kozłami, które uciekając z zagrody zniszczyły kompletnie ogrodzenie. Przełożył sobie rękę ponad twarzą. Przynajmniej tyle mógł zrobić, żeby Hawthorn nie zobaczyła jego łez. Nie chciał, żeby uznała, że jest słaby, nie teraz, przecież wstąpili w formalny sojusz zaledwie rok temu. Jeśli on będzie słaby, to ona też. – Naprawdę próbuję się sobą zająć. Wiem, że w tej chwili nie bardzo to widać, ale mój brat bierze udział w turnieju, a jutro jest pierwsze zadanie. Jak tylko to minie, to poczuję się lepiej. Dzisiaj wezmę eliksir usypiający.
– Ta sytuacja w ogóle nie powinna zajść aż tak daleko – powiedziała Hawthorn, głosem niskim i zdeterminowanym. – I nigdy więcej tak daleko nie zajdzie.
Rozchwiane emocje Harry'ego przechyliły się w stronę gniewu. Poczuł, jak wokół nich wzbiera wiatr, rozbijając się o ściany sowiarni i krążąc wokół nich, a kamienie za jego plecami skuły się lodem. Hawthorn wciągnęła szybko powietrze, ale go nie puściła.
– Nie obchodzi mnie jak wielu szpiegów na mnie naślecie – warknął Harry wciąż nie opuszczając ręki. Łzy nie przestały płynąć, jeszcze nie, ale przynajmniej przez kilka chwil był w stanie utrzymać na twarzy wściekły grymas. – Dalej będę pracował tak ciężko jak tylko będę mógł, co pani akurat naprawdę powinna docenić, bo część tej pracy służy właśnie pani.
Hawthorn siedziała w ciszy przez dłuższą chwilę.
– Harry – odezwała się wreszcie – opowiem ci teraz historię.
Harry prychnął.
– Nie bajkę – powiedziała Hawthorn. – Prawdziwą historię. Taką, która zaczęła się mniej więcej rok temu. Była sobie czarownica, która zrobiła w swoim życiu rzeczy, z których nie była specjalnie dumna. Nie wyrzekłaby się ich, ale nie była z nich dumna. Teraz miała wspaniały dom, wspaniałego męża i piękną córkę. Naprawdę żyła. Cieszyła się tym, co miała i zostawiła za sobą te wszystkie mroczne dzieje. Przecież to nie tak, że mogłyby ją dosięgnąć. Zrobiły jednak dokładnie to. Sięgnęły w nią tak głęboko, że włożyli jej wilka do duszy, którego szeptów już do końca życia będzie musiała słuchać. Wciąż go słyszy. Jego słowa są okrutne, nienawidzi cię i chce pożreć wszystko, co się do niego zbliży. A każdej pełni przejmuje kontrolę nad jej ciałem. Pierwszej nocy, której musiała to znieść, zmieniła się w bezlitosną bestię. Te wspomnienia wciąż ją czasem prześladują. Ale od tamtego czasu zdołała odzyskać panowanie nad swoim umysłem. Wciąż się przemienia, ale w czasie pełni wilk milknie, a ona ma nad sobą pełną kontrolę. Czy wiesz czemu, Harry?
Harry spróbował się od niej odsunąć, odpychając ją od siebie lekko nadąsanym gestem. Hawthorn go zignorowała, a jej obejmujące go ramiona zacisnęły się wokół niego jeszcze mocniej. Harry przypomniał sobie, że Remus też był znacznie silniejszy niż na to wyglądał.
– Ponieważ trzynastoletni czarodziej – no, teraz ma już czternaście lat – zobaczył ją, kiedy dygotała ze strachu przed swoją pierwszą transformacją i zaoferował, że może uwarzyć dla niej eliksir, który pozwoli jej odzyskać władzę nad jej własnym umysłem. – Głos Hawthorn był tak cichy i łagodny, że Harry mógłby ją pomylić z Pansy; do tej pory nie zdawał sobie sprawy z tego jak bardzo głos Pansy był podobny do jej matki. – I zaoferował to pod warunkiem, że czarownica nie wejdzie w sojusz z ludźmi, którzy ją skrzywdzili, bo ci ludzie byli też i jego wrogami. Czarownica podarowała mu z wdzięczności książkę, ale nie istnieją podziękowania dość wielkie, które mogłaby mu zaoferować w zamian za otwarcie jej oczu na światło księżyca, za to uczucie potęgi, kiedy jej kończyny biegną bez zmęczenia przez noc, a wilk w jej umyśle cichnie zamiast wyć. Teraz, kiedy przemawia do księżyca, robi to z własnej woli.
Jej uścisk znowu nabrał na sile, a Harry odkrył, że jego twarz zaczyna opierać się o coś ciepłego – jej ramię.
– Nawet, gdybyś już nigdy więcej nic dla mnie nie zrobił – powiedziała Hawthorn, zmieniając osoby w swojej historii w chwili, w której Harry w ogóle nie był na to przygotowany – to to by mi wystarczyło. To wciąż byłoby błogosławieństwo. Nigdy nie musisz się obawiać, że pomyślę, że jesteś słaby, Harry. Zobaczyłeś mnie w mojej najsłabszej chwili i postanowiłeś mi zwrócić moją siłę. Nawet się nie zawahałeś. Ktoś, kto ma w duszy tak wiele zrozumienia i współczucia dla innych zapewnia sobie coś więcej jak tylko sojuszników. Zapewnia sobie przyjaciół, którzy będą mu lojalni aż po śmierć. Nie obawiaj się, że przez ciebie będziemy wyglądać jakbyśmy byli słabi. Polegaj na nas ilekroć będziesz tego potrzebował, a potem wstań i idź dalej przed siebie. W tym nie ma żadnego wstydu i nigdy go nie będzie.
Harry czuł się, jakby unosił się gdzieś w przestrzeni poza myślą i słowem. Hawthorn brzmiała, jakby mówiła prawdę. A to oznaczało, że naprawdę uważała go za kogoś takiego, kogoś silnego i pełnego zrozumienia...
Zaczął płakać i nie był w stanie się powstrzymać.
Hawthorn niczego nie powiedziała, tylko dalej go trzymała. Harry nie opuścił ręki, ale ona tego od niego wymagała. Tylko mamrotała te same słowa raz za razem i kiedy chlipanie Harry'ego wreszcie ucichło, a on sam przestał się dławić swoimi łzami, to wreszcie zdołał się wsłuchać w to, co mówiła.
– Oddałeś mi moją siłę. Dziękuję.
Harry wziął głęboki oddech. Rozpłakał się, ale był w stanie uwierzyć, niemal, że Hawthorn nie uznała go przez to za słabeusza albo durnia. Zaczął się od niej odsuwać.
Hawthorn wciąż nie zabrała rąk, wręcz przeciwnie, poprawiła uchwyt i w kolejnym pokazie siły, o której stale zapominał, podniosła go z podłogi.
– Już i tak opuściłeś dzisiaj wiele lekcji – powiedziała cicho. – I chociaż wiem, że masz też inne potrzeby, to wydaje mi się, że sen ci się w tej chwili najbardziej przyda, zwłaszcza kiedy już się wypłakałeś. Cuchniesz wycieńczeniem. – Jej głos był łagodny, tak żeby Harry był w stanie usłyszeć, że się tylko z nim droczy.
– Miałem dzisiaj wypić eliksir usypiający – powiedział Harry, słysząc jak jego własne słowa zaczynają się robić bełkotliwe. – Ale dzisiaj po południu muszę poprowadzić dodatkowe zajęcia dla innych uczniów. Miałem zamiar...
– Nie – powiedziała spokojnie Hawthorn. – Pansy podała mi hasło do Slytherinu. Zabieram cię z powrotem do twojego pokoju. Weźmiesz eliksir już teraz, o ile go w ogóle będziesz potrzebował. Mam jednak wrażenie, że zgaśniesz jak świeca w chwili, w której poczujesz poduszkę pod głową.
Harry też się tego bał. Odepchnął Hawthorn od siebie, oczywiście bez żadnego rezultatu.
– Nie chcę jeszcze spać. Chcę...
– To, czego chcesz i to, czego potrzebujesz to dwie różne rzeczy – powiedziała Hawthorn, schodząc po schodach sowiarni. – I myślę, że tym razem to, czego potrzebujesz powinno wygrać.
Harry walczył. Znał przecież techniki, które powinny sobie z tym poradzić. Lily pokazała mu parę, ale większości nauczył się z doświadczenia. Walczył z relaksującymi się mięśniami, zdradliwym ciepłem, które go wzywało. Miał lekcje do prowadzenia. Chyba już wiedział jak się przebić przez blokadę na magii Rona, jeśli tylko...
Drgnął, kiedy się zorientował, że mgliste obrazy lekcji, które widział pod powiekami to zapowiedzi snów i miotnął całym ciałem, próbując się rozbudzić. Nie był w stanie nawet otworzyć oczu.
Poczuł coś miękkiego pod głową i ktoś go przełożył na bok, tak żeby nie leżał na własnej ręce. Wymamrotał coś o lekcjach i Connorze, a potem sen go złapał i pociągnął za sobą niczym świstoklik.
Harry przebudził się na chwilę. Zamrugał, kiedy zobaczył mrok w pokoju i poczuł wokół siebie intensywne ciepło. Zorientował się, że leży w ramionach Dracona. Draco najwyraźniej postanowił wleźć mu do łóżka i owinąć się wokół niego nie pytając nawet o pozwolenie.
Harry zorientował się, że przydałoby mu się więcej snu, bo oczy wciąż go piekły a powieki wydawały się dziwnie ciężkie, ale pospał już przecież kilka godzin i to naprawdę powinno mu wystarczyć. Spróbował się wywinąć z objęć i obudził tym Dracona.
– Leć skorzystać z łazienki – szepnął Draco. – A potem wracaj tutaj.
Harry pokręcił głową.
– Myślałem raczej o...
– Tak, wiem – powiedział Draco, którego ton zrobił się nagle ostry. Spojrzał Harry'emu w oczy. – Nie obchodzi mnie to. Czy do ciebie nie dociera, że zemdlałem podczas transmutacji, bo wyczułem echo twojego wycieńczenia? – Brzmiał na zdegustowanego, ale Harry nie był pewien, czy to uczucie dotyczyło Harry'ego czy jego samego.
– Przepraszam...
– To już nie wystarczy – powiedział Draco. – Cholera jasna, Harry, musisz z tym wreszcie skończyć. Leć do łazienki, jeśli tego w tej chwili potrzebujesz, a potem wracaj tutaj. Jest druga w nocy. Masz jeszcze siedem godzin zanim będziesz musiał się obudzić i patrzeć jak ten nieszczęsny palant, którego masz za brata, przeżywa pierwsze zadanie. Bo jestem pewien, że nic mu nie będzie. Wszystko będzie dobrze, przecież sam go trenowałeś.
Harry zawahał się przez dłuższą chwilę, rozważając wszystkie za i przeciw pozostaniu teraz przytomnym. Jeśli nie pójdzie spać, to mógłby na przykład zajrzeć do Zakazanego Lasu na przykład.
A rano musiałby się zmierzyć ze wściekłym Draconem, któremu już nie wystarczą przeprosiny, a potem tak czy inaczej będzie musiał patrzeć jak Connor stawia czoło smokom, do tego Milicenta, Blaise i Pansy na pewno zaczną na niego krzyczeć, co ściągnie na niego jeszcze więcej niepotrzebnej uwagi od reszty Ślizgonów.
W dodatku straci całe ciepło i rozleniwienie, które teraz zalegały mu w mięśniach.
Pochylił głowę i poszedł na palcach do łazienki, gdzie umył zęby i ulżył pęcherzowi. Przez cały ten czas nawet się nie obejrzał w kierunku lustra.
A potem wrócił i zwinął się w kłębek obok Dracona, który momentalnie przysunął się do niego i przerzucił nad nim ramię. Harry mimowolnie przycisnął się bliżej do źródła ciepła i zamknął oczy. Wszystko jest w porządku, powiedział sobie. Draco nikomu o tym nie powie. Nikt inny mnie tu nie zobaczy.
– Dobranoc, Harry – szepnął Draco, głaszcząc go po czole.
Harry odetchnął głęboko i, po raz pierwszy od zdecydowanie zbyt wielu dni, odprężył się.
