Nie jestem do końca zadowolona z tego rozdziału, ponieważ nie skończył się tak, jak to sobie w pierwszej chwili wyobrażałam. Pozostaje mi mieć tylko nadzieję, że mimo wszystko okaże się interesujący.

Rozdział trzydziesty trzeci: Najdziksze z ich wszystkich

Miałem rację, pomyślał Draco, jak tylko rozbudził się na tyle, żeby poskładać myśli w całość. To się naprawdę musi skończyć.

Spojrzał w dół, na Harry'ego, zwiniętego obok niego w kłębek i oddychającego głęboko i powoli. Spokojnie, pomyślał Draco. Przejechał palcem po czole Harry'ego, na tyle delikatnie żeby go nie obudzić, i nie znalazł tam śladu krwi. Jego własna brew też go nie bolała, ale od jakiegoś czasu powątpiewał w skuteczność tej części swojej empatii. Były takie noce, po których nie czuł żadnej agonii, a Harry mimo to i tak rankiem miał kręgi pod oczami.

Teraz przynajmniej wiem, że pewnie wtedy w ogóle nie spał.

Ta myśl sprawiła, że Draco przymrużył oczy. Tak wiele rzeczy musiało wreszcie dobiec końca. Ta była po prostu najbardziej oczywista ze wszystkich – Harry musiał pozbyć się tego wewnętrznego przekonania, że powinien zarywać noce i zapracowywać się na śmierć, ponieważ uważał, że potrzeby innych powinny być zaspokajane już, teraz, natychmiast. Ponieważ jednak to było najbardziej oczywiste, Draco miał zamiar się osobiście upewnić, że się więcej nie powtórzy, nawet jeśli Harry nie bardzo miał na to ochoty.

Jeśli zaś chodzi o inne sprawy...

Równie dobrze możesz przynajmniej to sam przed sobą przyznać. Możesz się z nim kłócić ile tylko chcesz, wściekać się, żalić, sugerować i wrzeszczeć aż nie zsiniejesz. Nigdy nie zrozumie, że się w nim zakochałeś, przynajmniej dopóki mu tego nie powiesz wprost, szczerze, jak Gryfon.

Draco zadrżał. Spróbował przekonać samego siebie, że to była odraza na myśl o konieczności zachowywania się jak Gryfon.

Dobrze wiedział, że wcale o to nie chodziło.

Denerwował się. Och, wiedział, że Harry się o niego troszczy i że jest jego najlepszym przyjacielem. Nie wiedział jednak, czy Harry go kocha, a każdy jego instynkt, wszystko, co było w nim ślizgońskiego, wyło na alarm, że nie powinien się zdradzać, póki nie upewni się, że te emocje są odwzajemnione. Za bardzo bolałoby zobaczenie jak Harry odwraca od niego wzrok i mówi mu łagodnie, że nie jest w stanie odwzajemnić jego uczuć.

Nie, to nawet nie do końca to, pomyślał Draco, zdolny do podejścia do prawdy tutaj, w tym ciepłym łóżku wczesnym rankiem, prawdy, którą ignorował już od ponad tygodnia. Mam wrażenie, że Harry nawet zacząłby się ze mną umawiać. Ale zrobiłby to dlatego, że to ja tego chcę. Ceni mnie tak samo jak ceni innych ludzi, jako kogoś z duszą, której nigdy by nie chciał uszkodzić i wolnością, którą niezwykle szanuje.

Ale nie ceni mnie bardziej od innych.

A to mi nie wystarczy.

Nigdy nie zostanę jedną z osób, dla których musi się poświęcać. Nie przyjmę od niego niczego, czego nie będę w stanie zwrócić. Nie zaoferuję mu też niczego, czego nie będzie mi wynagrodzić.

Draco położył głowę z powrotem na poduszce i zamknął oczy, poprawiając rękę, tak żeby mocniej objąć Harry'ego. Poczuł jak Harry, bez namysłu, jak to robił tylko we śnie, wzdycha lekko i przysuwa się bliżej do źródła ciepła i przyjemności. Draco wiedział, że to będzie kolejny problem, choć oczywiście nie aż tak poważny jak fakt, że Harry uważał go za zaledwie równie ważnego co reszta świata. Rozbudzony, Harry zdawał się świadomie odsuwać od wszystkiego, co mogłoby mu w jakikolwiek sposób sprawiać przyjemność. Pozwalał sobie na przyjęcie komfortu wyłącznie wtedy, kiedy był kompletnie załamany i zdruzgotany, a za każdym razem kiedy sam inicjował jakiś dotyk, to robił to po prostu po to, żeby to w jakiś sposób zrekompensować.

Nie wiem jak miałbym sobie z tym poradzić. Nawet empatia mówi mi tylko co on czuje, a nie jak sprawić, żeby poczuł się lepiej.

Draco przygryzł wargę przy kąciku swoich ust. Książki dotyczące empatii bez końca zdawały się poszerzać jego wiedzę w tym temacie – co nie było takie znowu zaskakujące, ponieważ nie interesował się nim póki nie został przeklęty. Wszystkie definicje stawiały sprawę jasno, że empatia jednak nie jest darem idiotów czy mazgajów i że nie był po prostu bezsilnym nosicielem emocji wszystkich wokół. Mógł dostroić swoją empatię do jednej, konkretnej osoby i książki nawet sugerowały, że dla początkującego jest to bardzo dobra metoda, która pozwala stworzyć wygłuszyć emocje, które w tłumie by go zwyczajnie zalały.

Emocje Harry'ego były ostre i silne, a Draconowi na nim zależało. Był oczywistym wyborem.

Właśnie dlatego czuł fizyczny ból od blizny Harry'ego, dlatego zemdlał podczas transmutacji poprzedniego dnia, bo przytłoczyły go ból i zmęczenie, które wyczuł przez ich połączenie – nie przez stres, zrodzony z faktu, że nie wiedział gdzie jest Harry, jak sugerował z kpiną Blaise. Gdyby tylko chciał, to mógłby zerwać to połączenie, ale miał wrażenie, że nie byłby w stanie tego zrobić. Musiałby tego naprawdę pragnąć. Nie pragnął.

I do tego się w ostatecznym rozrachunku wszystko sprowadzało, niemożliwa do wykonania odpowiedź, która miałaby uspokoić wszystkie jego obiekcje, jakie jego umysł i zdrowy rozsądek podnosiły przeciw związkowi z Harrym.

Nie mogę go porzucić. Nigdy już nie pokocham kogoś w ten sam sposób, w który kocham jego. Nieważne, jakie on miałby problemy z zakochaniem się we mnie, po prostu nie mam innego wyjścia, zapędziłem się w kozi róg i czas najwyższy, żebym znalazł jakieś rozwiązanie dla swoich problemów.

Ta bezsilność też musi się wreszcie skończyć.

Nawet, jeśli nie doszedł do żadnego wniosku, tylko podjął decyzję, Draco poczuł, że sen znowu się zaczyna do niego zakradać. Mieli jeszcze godzinę zanim nie będą musieli wstać, zjeść śniadanie i obejrzeć pierwsze zadanie. Harry potrzebował tego snu, a Draco, bardziej niż czegokolwiek innego w tej chwili, potrzebował być przy nim.

Zamknął oczy i pozwolił sobie zatonąć w złoto–zielonym cieple.


Harry trzymał nisko głowę, niemrawo dźgając śniadanie widelcem. Od chwili, w której usiadł przy stole Slytherinu, nie miał odwagi spojrzeć nikomu w oczy. Z rzucanych mu z ukosa spojrzeń domyślał się, że większość z nich musiała widzieć wczoraj jak Hawthorn niosła go przez pokój wspólny, a to oznaczało, że wiedzieli o jego załamaniu nerwowym.

Było mu bezgranicznie wstyd, że okazał w ten sposób słabość.

Hawthorn powiedziała, że to nie była słabość, przypomniał mu głos w jego głowie, który brzmiał zupełnie jak Snape, ale to zapewnienie było tylko kroplą w morzu wścibskich spojrzeń. Harry nie był w stanie kontrolować tego, jak wszyscy zareagują, ale to, co zobaczą, zaraportują w listach, które wyślą do swoich rodziców, a ci mogą wywnioskować z tego coś, co może wystawić jego sojuszników na niebezpieczeństwo.

Szlag.

– Harry.

Harry drgnął, poniósł wzrok i zobaczył, że jest otoczony przez niewielką grupkę ludzi ze swojego roku. Draco pochylił się blisko po jego lewej stronie, Milicenta po jego prawej, a Pansy stała za nim. Vince i Blaise siedzieli na obrzeżach. Vince wyglądał na bardziej zainteresowanego swoim jedzeniem, ale Blaise przyglądał się Harry'emu z niemal namacalnym zainteresowaniem.

– Co? – szepnął.

– Pamiętasz, co ci powiedziałem wczoraj w nocy? – mruknął Draco. – O skończeniu z tym wreszcie? Że to się musi skończyć?

Harry kiwnął głową.

– Nie chcę więcej stracić tak wiele snu jak wcześniej. – Bo już poznałem tego konsekwencje. – To mogę wam obiecać. Mogę jeszcze czasem potrzebować przypomnienia, że mam iść spać, ale to się na pewno nie powtórzy już na taką skalę.

Draco przechylił głowę.

– Dobre na początek, ale to nie wszystko. Chociaż cieszy mnie, że przynajmniej wyciągnąłeś z tego jakieś wnioski. – Jego oczy przeskoczyły za Harry'ego i Harry podejrzewał, że Draco wyczuł jakąś lekką zmianę w emocjach Milicenty. – Chciałaś coś powiedzieć?

Harry obejrzał się i spojrzał na nią z wyczekiwaniem. Milicenta wyglądała na zaskoczoną, ale tylko przez krótką chwilę, po której wzruszyła ramionami i złapała za okazję, którą Draco jej podarował.

– Tak, chciałam – powiedziała, patrząc na Harry'ego. – Wiem, że formalne sojusze, które zawarłeś z naszymi rodzinami, idą w obie strony. W tej chwili jednak to ty potrzebujesz opieki, a nie my. Oczywiście, ty zawsze jesteś w jakimś stopniu zagrożony, ale podczas gdy nasze rodziny odpowiedziałyby na nasze wezwanie, twoja… by tego nie zrobiła.

Harry kiwnął głową, wdzięczny, że ujęła to tak delikatnie.

– W takim razie co sugerujesz?

– Żebyś przestał się tak strasznie martwić o swoją stronę umowy – powiedziała Milicenta. – Do tej pory robiłeś wszystko, o co cię poprosiliśmy. Czas najwyższy, żebyśmy to my coś dla ciebie zrobili. Mamy zamiar cię chronić, pomagać i robić wszystko co tylko będzie potrzebne.

– Ale przecież już to robicie – zaprotestował Harry, starając się zrozumieć w jaki sposób propozycja Milicenty różniła się od tego, co się i tak już działo. – Piszecie do swoich rodziców o tym, co robię i…

– Nie – powiedziała Pansy. Harry obrócił się do niej i zamrugał. – Już ponad tydzień nie wspominałam o tobie w listach, Harry – powiedziała cicho. – Sama z siebie się wczoraj pojawiła. Powiedziała, że się martwi i że masz zbyt wielką wprawę w unikaniu ciosów, jeśli wiesz skąd te mogą nadejść, więc ona będzie tym, którego się nie spodziewasz.

Harry prychnął lekko.

– No dobra, w to akurat mogę uwierzyć. Ale co w takim razie proponujecie?

– Nie będziemy więcej pisać o tobie do domu, chyba, że wydarzy się coś drastycznego – powiedziała Milicenta. – Jeśli twoje życie znajdzie się w niebezpieczeństwie, albo uznamy, że któryś z twoich wrogów cię stopniowo wyniszcza, to oczywiście, że napiszemy o tym naszym rodzicom, przecież powinni wiedzieć o sytuacjach tego kalibru. Ale przestaniemy zdawać im raporty z każdej małej bzdury. To tylko cię stresuje, a nas rozprasza na tyle, że nie mamy jak ci pomóc w bardziej konkretny sposób. No i jeśli naprawdę zaczniesz się lepiej odżywiać i wysypiać, to przynajmniej nie będziemy musieli już cię dłużej niańczyć. – Brzmiała na lekko zirytowaną.

Harry zagapił się na nią.

– Chcemy ci pomóc – powiedziała cicho Milicenta. – I dlatego chcemy przestać się zachowywać jak twoi opiekunowie i szpiedzy, a zacząć jak sojusznicy i przyjaciele. Kiedyś zostaniesz naszym przywódcą, Harry. Musimy się kiedyś zacząć przyzwyczajać do podążania za tobą.

– Nie no, chwila moment… – zaczął Harry, który właśnie przestał myśleć o tym, że ten nowy układ brzmi lepiej niż stary.

– To właśnie będziemy robić – powiedział Draco. – Będziemy cię traktować jak równego sobie, Harry, i oczekiwać, że będziesz tak samo traktował nas. Mów nam, na przykład, kiedy coś dręczy cię tak bardzo, że nie możesz przez to spać. Zaproponuj nam zajęcie się sprawami, które ci zalegają, a którymi mógłby zająć się ktoś inny. Coś w tym rodzaju. – Podniósł głowę i spojrzał spokojnie na Harry'ego. – Omówiliśmy to wczoraj między sobą. Wydaje nam się, że tak będzie najlepiej. Nasi rodzice mają szerszą od nas perspektywę, są inteligentni i naprawdę oddani pomaganiu ci, ale to my cię widzimy każdego dnia i dzięki temu możemy szybciej zauważyć, że coś jest nie tak i zareagować w porę. Poza tym Milicenta ma rację, ten stary sposób po prostu nie działa. Chcemy spróbować nowego, ponieważ w ten czy inny sposób, chcemy przypilnować, żebyś skończył wreszcie z codziennym cierpieniem.

Harry przełknął ślinę. Musiałby być idiotą, żeby odrzucić taką ofertę i to nie dlatego, że po wprowadzeniu tego w życie co bystrzejsi Ślizgoni też zaczną mieć go na oku.

Równość. Wiedzą, że to dla mnie ważne.

Nie był w stanie odrzucić relacji, która mogłaby ich chronić i jednocześnie pokazać, jak wygląda prawdziwa równość i wolność. Mówili o tym, że chcą, żeby był ich przywódcą, chcą być jego zwolennikami, ale jak tylko posmakują niezależności i wolności, to raczej już do niego nie wrócą.

Powoli kiwnął głową.

– Niech będzie – powiedział. Udało mu się zmusić do uśmiechu. – Nie przychodzi mi nic do głowy, czym powinniśmy się zająć dzisiaj. Jeśli któreś z was chce, to może mnie potrzymać za rękę w czasie pierwszego zadania, kiedy będzie kolej Connora – dodał lekceważącym tonem.

Draco od razu złapał go za rękę, po czym łypnął złowrogo na pozostałych. Harry wywrócił oczami. Merlin jeden raczy wiedzieć, czemu on mnie tak lubi dotykać. Przynajmniej już nie jest przewrażliwiony na punkcie mojego bezpieczeństwa.

Wrócił do jedzenia śniadania. Dopiero w środku posiłku zorientował się, czym było to dziwne uczucie w jego piersi.

Zniknęło źródło jego znerwicowania, z którego istnienia nawet nie zdawał sobie sprawy. Był niemal szczęśliwy.


– Witam profesorów, uczniów i sędziów na pierwszym zadaniu turnieju Trójmagicznego!

Harry usiadł na swoim miejscu i przyjrzał się arenie, którą stworzono specjalnie dla tego zadania. Była otoczona przez trybuny, zupełnie jakby to było boisko quidditcha, a wokół niej wisiały ciężkie osłony, lśniąc i chroniąc trawę pod spodem przed zaklęciami. Na południowym końcu areny stał niewielki namiot. Harry wiedział, że Victor, Fleur i Connor są tam teraz, szykując się do zadania. Kiedy wychodzili tego ranka z Wielkiej Sali, zdołał pochwycić wzrokiem spojrzenie brata i życzył mu bezgłośnie udanego polowania, ale nie miał okazji powiedzenia mu czegokolwiek osobiście. Od tamtego czasu też go nawet nie widział.

Dumbledore stał po przeciwnej stronie trybun, tam gdzie siedziała reszta grona pedagogicznego, i przemawiał głosem wzmocnionym Sonorusem. Harry uważał, że to nie mógł być przypadek, że usadowili go praktycznie naprzeciw Dumbledore'a. Nie był pewien jednak, czemu wokół nich usiadł również niemal cały ich dom.

Jego wzrok przeleciał powoli ponad trybunami po wschodniej i zachodniej stronie, po czym spoczął na tym, na co w ogóle nie chciał patrzeć.

Smoki.

Były trzy, wszystkie kotne, pochylone z determinacją nad swoimi jajami. Cienki korytarz osłon prowadził do środka areny, przecinając ją na trzy części i oferując każdemu smokowi ograniczony dostęp do środka. Harry wiedział, że każdy z reprezentantów będzie musiał się zmierzyć z tylko jednym smokiem, więc jego koszmary o tym, że Connor będzie musiał pokonać wszystkie trzy na raz, zaznały ukojenia.

Tak czy inaczej nie był w stanie patrzeć na te smoki ze spokojem ducha. Była tam walijska zielona, chińska ogniomiotna i rogogonka węgierska, czekające w swoich gniazdach, od czasu do czasu poprawiające się, tak że sztuczne, złote jajo, które reprezentanci mieli podkraść, błyszczało czasem w słońcu. Może i teraz były bardzo daleko, a osłony łagodziły obrysy ich ciał i przyciszały ich ryki, ale w dalszym ciągu bez wątpienia były to smoki.

Wcale nie pomagał fakt, że Harry od chwili wejścia na teren czuł w umyśle coś w rodzaju wiatru, takie samo uczucie co wtedy, kiedy Connor używał przymuszenia. Ale to nie było przymuszenie. To był wyjątkowo odległy ryk, niczym burza i pochodził od smoków.

Harry zadrżał, spróbował odwrócić wzrok i wbić go w namiot. Dumbledore powiedział coś o tym, że zaraz wyjdzie pierwszy reprezentant. Zastanawiał się, czy to nie będzie czasem Connor i zacisnął mocno swoje coraz bardziej spocone dłonie.

– Auć – powiedział Draco.

Harry podskoczył. Kompletnie zapomniał, że Draco siedział obok niego, a co dopiero o tym, że trzymał go za rękę. Ścisk jego dłoni wyjątkowo boleśnie zgniatał mu palce. Harry zmusił się do lekkiego rozchylenia palców.

– Wybacz – szepnął.

Draco pokręcił głową, patrząc na Harry'ego błyszczącymi z podekscytowania oczami. Harry zmarszczył brwi. A jemu co znowu? Można by pomyśleć, że się ucieszył, bo mu prawie zmiażdżyłem tę jego cholerną rękę.

Poła namiotu załopotała i wyszedł z niego Viktor Krum. Doping ze strony uczniów Durmstrangu, którzy w większości siedzieli wokół Ślizgonów, niepomiernie przybrał na sile. Viktor, maszerując w kierunku chińskiej ogniomiotnej, zdawał się tego nie zauważyć, choć pochylił lekko głowę w uznaniu.

Harry spodziewał się, że Viktor będzie na ziemi wyglądał nieporadnie, co było cechą większości dużych szukających, ale ten biegł w kierunku smoka z gracją i niezwykłą prędkością. W ręce trzymał różdżkę, a na jego twarzy pojawił się drapieżny wyraz. Harry'emu to niechętnie zaimponowało. Miał wrażenie, że do Viktora nie dociera w jak wielkim niebezpieczeństwie się znajduje, jego umysł prowadzi go wyłącznie w kierunku ukończenia zadania.

Chińska ogniomiotna warknęła i pochyliła się nad swoimi jajami kiedy Viktor się do nich zbliżył. Harry odkrył, że wzrok mu ucieka z reprezentanta w kierunku smoczycy. Jej łuski lśniły agresywnym szkarłatem, tym samym kolorem co łuski, których użył w swoim niebezpiecznym eliksirze tego lata – jak powinny, bo smokolew to po prostu inna nazwa ogniomiota. Złote kolce, które otaczały jej pysk, podnosiły się i opadały razem z jej warkotem. Jaja w kolorach Gryffindoru ukazały się pomiędzy jej szponami, kiedy poprawiła swoją pozycję.

Harry wciąż się gapił, kiedy smoczyca odchyliła łeb do tyłu, wciągając powietrze w płuca i szykując się do zionięcia ogniem, a Harry przez ułamek sekundy spojrzał jej w oczy.

Ryk burzy w jego głowie przybrał na sile. Nagle poczuł, że czyiś umysł porusza się w parze z jego, nawet jeśli nie zdaje sobie z tego sprawy, zalewając jego myśli niczym ocean, który pochłania strumyk. Ten umysł był niesłychanie obszerny, dziki i wypełniony czymś lepszym od inteligencji. Ten umysł znał wiatr, ogień i kamień, i nawet jeśli nie znał wody, to nie była to jakaś wielka strata. On…

Harry uwolnił się, dysząc gwałtownie, kiedy chińska ogniomiotna nagle potrząsnęła głową i ryknęła z bólu. Ledwie zaczęła zionąć swoją chmurą ognia w kształcie grzyba, kiedy trafiła ją klątwa zapalenia spojówek Viktora. Harry'emu serce podeszło do gardła kiedy patrzył jak smoczyca wpada w konwulsje, a jej długie, eleganckie, szkarłatne ciało zaczyna się miotać nieskładnie, podczas gdy Viktor, wciąż szybko i zwinnie, minął ją i ukradł złote jajo. Chwilę potem znalazł się poza jej zasięgiem, a widownia eksplodowała wrzaskami jego imienia i gratulacjami.

Harry miał oczy wbite w smoczycę; nie był w stanie oderwać od niej wzroku. Czuł niewielkie, ostre ukłucia na własnej skórze, kiedy ogniomiotna rozgniatała własne jaja, po czym odchyliła łeb do tyłu i zaczęła agresywnie pocierać swoje ślepia. Pochylił głowę, drżąc. Cieszył się, że Viktor przeżył, oczywiście – nie chciał, żeby ktokolwiek zginął podczas pierwszego zadania, czy w ogóle jakiegokolwiek zadania – ale jakaś część jego wciąż była powiązana ze smoczycą i cierpiał równie mocno co ona.

– Harry?

Draco położył mu rękę na zaciśniętej dłoni i ten dotyk sprowadził go z powrotem. Harry kiwnął głową i poderwał ją do góry, z trudem wciągając powietrze i dysząc ciężko, starając przypomnieć sobie, że ma ludzką klatkę piersiową i ludzkie płuca. Nie był w stanie zionąć ogniem. Miał też ludzki głos.

– Nic mi nie jest – szepnął, kiedy chińska ogniomiotna owinęła się wokół zmiażdżonych resztek swoich jaj i zakwiliła nad swoją stratą.

Harry słyszał, jak sędziowie omawiają sytuację. Ostatecznie Viktor otrzymał wystarczającą liczbę punktów, żeby zaliczyć zadanie, ale odjęli mu część za stratę jaj.

W ogóle nie powinien dostać żadnych punktów, pomyślał Harry, którego umysł nagle stał się zawistny i agresywny, ale szybko go naprostował, oddychając głęboko i chowając twarz w dłoniach.

Co się ze mną dzieje? Żadne inne mroczne stworzenie tak na mnie nie działało.

Pamiętał to, co Zgredek mu powiedział o smokach, że są to najdziksze ze wszystkich magicznych stworzeń, ale to przecież wcale nie musiało oznaczać, że powinny mieć na niego taki wpływ. Przełknął ślinę i spojrzał na namiot akurat w chwili, w której wyszła z niego Fleur, która ruszyła w kierunku swojej smoczycy, walijskiej zielonej. Obserwował zadanie. Wcale nie odbywał żałoby, z agresywnym ciepłem i nawarstwiającym się płomieniem, za utratą tak wielu młodych żyć, które przepadły razem ze zniszczonymi jajami.

Draco głaskał go po ręce, kiedy Fleur podeszła do zielonej, a Harry zagrzebał się we własnych myślach. Z jakiegoś powodu ta smoczyca nie wywoływała w nim takich sensacji. Harry zapewnił sam siebie, że to pewnie była tylko reakcja na pierwszego smoka, jakiego widział w akcji. To po prostu zaskoczenie, szok. Już się do tego przyzwyczaił.

Ta teoria utrzymała się tylko do momentu, w którym Fleur, próbując odwrócić uwagę smoczycy urokiem swoich srebrnych włosów zatańczyła w kierunku zachodniej strony widowni, gdzie siedział Harry. Smoczyca, równie intensywnie zielona co ogniomiotna była szkarłatna, śledziła jej ruchy i w pewnej chwili Harry zobaczył jej oczy.

Harry znalazł się nagle na brzegu kolejnego potężnego umysłu, tylko że ten był silniejszy i bystrzejszy od ogniomiotnej, nie tak nerwowy, ale za to bardziej złośliwy. Myśli wznosiły się i opadały niczym fale. Jaja znajdowały się za nią, pod nią, i trzeba było je chronić, ale co więcej, przed nią był wróg. Jeszcze tylko kilka kroków, a znajdzie się w idealnej pozycji, żeby zionąć w nią ogniem.

Fleur poruszyła się.

Walijska zielona zionęła.

Harry otworzył swoje własne oczy akurat w porę, żeby zobaczyć jak strumień ognia mija twarz Fleur o włos i podpala jej szaty, ale w tym samym czasie czuł, jak w brzuchu przewraca mu się od gorąca, więc spiął się i wyrzucił go przed siebie. Widział świat błyszczący setkami odcieni, które nie miały własnych nazw i wszystko było od niego mniejsze, nie zasługujące na szacunek, ale były też jajka, a on zdepcze to irytujące, małe coś, skoro żadne inne sposoby na nią nie działają…

Walijska zielona uderzyła pazurem w ziemię, wyskakując przy tym poza gniazdo. Fleur była, po raz kolejny, szybsza.

Ale tym razem zaczęła śpiewać.

Harry poczuł, jak znajdujący się przed nim obszerny umysł zaczyna zamarzać, a dzikość cichnie, słuchając tej pieśni, która brzmiała jak śpiewana przez matkę kołysanka. Waliska zielona zachwiała się i opadła na ziemię, zamykając po drodze oczy, co przełamało zaklęcie. Harry zamknął własne oczy i trzymał je zamknięte, nawet kiedy ryk aprobaty podpowiedział mu, że Fleur z powodzeniem ukradła jajo.

– Harry? – Tym razem głos należał do Milicenty. – Jeśli potrzebujesz więcej snu, albo masz wrażenie, że nie dotrwasz do pokazu swojego brata, to możemy cię zabrać z powrotem do łóżka.

– Nie – powiedział Harry, zmuszając się do otwarcia oczu. Connor. Connor będzie następny. – Ja… te smoki na mnie w jakiś sposób oddziałowują. Nie wiem jak.

Pansy wciągnęła gwałtownie powietrze.

– Dzikość – szepnęła.

– Co? – Harry zamrugał, oglądając się na nią przez ramię, rad, że ma wymówkę do nie patrzenia przez chwilę na smoki. Waliska zielona właśnie się budziła i kiedy się zorientowała, że jedno z jej jajek zniknęło, to jej furia nie znała granic.

– To przez nią moja matka postanowiła się dzisiaj nie pojawiać. – Pansy spojrzała mu w oczy, i Harry znalazł w jej wiedzę, z której posiadania nie była szczególnie szczęśliwa. – Smoki są tak dzikie, że czasem ich umysły sięgają i dotykają umysłów czarodziejów, którzy są szczególnie podatni na pewien rodzaj dzikości. Wiedziała, że jej wilk odpowiedziałby na zew smoków i wolała się nie przemieniać na oczach tak wielu ludzi, do czego mogłoby dojść tak blisko pełni księżyca. – Pansy objęła się ramionami i zadrżała. – Nie wiedziałam jednak, że ciebie to też dotyczy.

– Ja też nie – powiedział Harry, przypominając sobie, co jeszcze Zgredek mu powiedział. Smoki są dzikie, ale nie są wolne.

Najwyraźniej ich dzikość była wystarczająca, żeby wpłynąć na myśli vatesa.

Harry zadygotał, ale potem jego brat wyszedł z namiotu i ruszył trzecim korytarzem, w kierunku rogogonki węgierskiej.

Harry odkrył, że nie jest w stanie oderwać wzroku od Connora. Jego brat zawsze radził sobie lepiej z sytuacjami, w których trzeba improwizować, to z planami miał problemy. Ale teraz miał plan i mimo to wyglądał absolutnie spokojnie. Szedł z wysoko podniesioną głową, od czasu do czasu rozglądając się po widowni. Harry by do niego zamachał, ale miał wrażenie, że Connor by go nawet nie zauważył, poza tym gest pewnie byłby tak drętwy i nienaturalny, że jego brat byłby prędzej gotów pomyśleć, że Harry ma jakiś atak i się dusi, a nie że życzy mu powodzenia.

Ku uldze Harry'ego, Connor wyciągnął swoją różdżkę kiedy wciąż był w sporej odległości od smoka.

Aedifico spiritum cum odoratu et vibrare! – zainkantował i powtarzał to raz za razem, nawet kiedy pierwsza z jego kopii pojawiła się przed nim.

Harry poczuł znajomy wiatr w chwilę potem. Przymuszenie Connora sięgnęło i przejęło kontrolę nad iluzjami, a te rozbiegły się nagle we wszystkich możliwych kierunkach, jedna z nich odskoczyła na lewo, dwie na prawo, jeszcze inna ruszyła prosto na smoka i padła plackiem na ziemię, jakby miała nadzieję się przeczołgać między nogami smoczycy i złapać złote jajo. W tym całym bałaganie Harry zgubił swojego brata.

Smoczyca ryknęła.

Harry zadrżał i nagle był w środku jej głowy, czując jak ciężkie są jej skrzydła, jak bardzo ciągną mięśnie jej barków, ciężar rogów na jej łbie, ucisk płomieni i wiatru w jej paszczy. Jaja, jaja były pod nią, ale jak wiele informacji nadeszło nagle z tak wielu kierunków, że nie była w stanie znaleźć tego maleństwa, ale proszę...

Kłapnęła szczęką w dół. Harry poczuł, jak jego własna zgroza oddziela go przez chwilę od niej, ale szybko został wciągnięty z powrotem, kiedy kopia Connora rozwiała się w powietrzu. To nie był on.

Odwróciła głowę w powolnym półkolu, wycofując się i tupiąc, jej łapy opadały ostrożnie, bo oczywiście, że nie chciałaby zmiażdżyć swoich dzieci. Była zirytowana, więc mały wróg musiał umrzeć. To wszystko. To, co ją irytowało, ginęło, zwykle spalone na węgiel.

Wywąchała jednego z wielu maleńkich rogów, kiedy ten próbował się zakraść do niej od lewej strony, więc obróciła łbem w jego kierunku i zionęła ogniem, który rozbił się o otaczającą ich magię. Kolejne dwa obrazy zniknęły.

A potem poczuła nacisk, łaskoczący nacisk na podbrzuszu. Machnęła ogonem i podniosła się, gotowa opaść i chronić dalej swoich jaj jak tylko ustali, co to jest.

Spod jej brzucha wyskoczyło jeszcze więcej kopii, rozbiegając się na boki niczym mrówki. Jedna z nich rzuciła się w kierunku jej jajek, więc zawyła, rozłożyła skrzydła i poderwała się w powietrze, gotowa chronić swoich dzieci przed każdym możliwym wrogiem.

Wielu, wielu małych wrogów biegających dookoła. Pozabija ich wszystkich. Wzięła głęboki oddech i zaczęła zionąć ogniem, poruszając łbem w półkolu, przez co płomienie objęły wszystko przed nią. Trawa stanęła w ogniu. Jej jajka, oczywiście, były przyzwyczajone do takiego ciepła, więc nic im się nie stało, tylko się w nim grzały i je chłonęły.

Jeden z obrazków przetoczył się pod płomieniami, a potem zaczął je zgrabnie wymijać, przyciskając do piersi złote jajo, a potem przeskoczył nad ogniem, pod magią i uciekł, a ona straciła dziecko.

Harry wrócił gwałtownie do siebie, kiedy ktoś potrząsnął nim, a potem nagle mu przyłożył w twarz. Wciągnął nagle powietrze, prostując się na krześle gwałtownie i zamrugał, rozglądając się. Zobaczył, że Connor wybiegł poza osłony, usłyszał pełne podziwu okrzyki i zrozumiał, że nie dość, że jego bratu nic nie jest, to jeszcze mu się udało.

– Musimy cię stąd zabrać – powiedziała z niepokojem Pansy. – Nie wiem, czy zdołasz nad sobą zapanować, kiedy przyjdą poskramiacze i zaczną zaklęciami zaganiać je do klatek, żeby je stąd bezpiecznie zabrać.

Harry kiwnął głową i wstał. Potem pogratuluje Connorowi. Bardziej liczyło się dla niego to, że jego brat to przeżył, a nie jego wygrana.

A potem nagle zerwał się wiatr i Harry usłyszał w nim nutę wolności, wyszeptaną w prostym słowie złożonym z wielu mniejszych: Imperio.

Harry obrócił się gwałtownie. Rogogonka węgierska zaczęła się cofać, był w stanie wyczuć, że jej umysł jest zakuty w zgrabne kajdany klątwy Imperiusa, prowadzącymi go ścieżkami zbyt przebiegłymi i inteligentnymi, by można było pomyśleć, że sama na to wpadła. Przycisnęła się bokiem do osłony i zaczęła na nią napierać. Skóra smoków chroni je przed większością magicznych ataków.

Osłony naprężyły się i pękły, robiąc przejście między trzema korytarzami i pozwalając smokom wyczuć w powietrzu zapach i dźwięk pozostałych.

A potem nagle osłony otaczające widownię rozpadły się z trzaskiem w migoczącej kaskadzie magii, przez co smoki zauważyły jak wielu ludzi się im przygląda. Harry potrafił wyczuć moment, w którym nienawiść ogniomiotnej i zielonej zmieniły się w decyzję, decyzję, do której spętany Imperiusem umysł rogogonki doszedł już wcześniej. Wokół nich było wiele maleńkich rzeczy. Pozabijają je i zjedzą w zemście za swoje dzieci.

Rogogonka rozłożyła skrzydła i zionęła ogniem, jej płomienie wystrzeliły w kierunku widowni po zachodniej stronie, na których siedziała większość Krukonów.

Harry rzucił się w ich kierunku zanim w ogóle w pełni do niego dotarło to, co się właściwie działo.

Protego!

Zaklęcie tarczy musiałoby być ogromne, żeby ochronić wszystkich uczniów, ale miało za sobą wolę Harry'ego i jego desperację. Płomienie rozbiły się o tarczę niczym ognisty kwiat. Smoczyca ryknęła z niezadowoleniem, po czym wzbiła się w powietrze i zaczęła krążyć nad areną, jej cień przesłaniał od czasu do czasu słońce, miała opuszczony łeb i podgardle wydęte od zbierających się tam płomieni.

Chwilę potem dołączyła do niej walijska zielona, rycząc z głodu, a chińska ogniomiotna obróciła się z przerażającą szybkością i mocą, w kierunku widowni na wschodzie. Dorośli czarodzieje zaczęli ciskać zaklęciami w smoki, ale te odbijały się tylko od ich łusek, w dodatku niełatwo było rzucić jakiekolwiek porządne zaklęcie, stojąc w środku uciekającego tłumu.

Harry nacisnął mocno na ramię Dracona.

– Tu właśnie przyda mi się wasza pomoc – powiedział, podnosząc głos, żeby dało się go usłyszeć ponad ryknięciami i przerażonymi wrzaskami. – Wiem, co powinienem teraz zrobić. Was chcę prosić, żebyście ochronili ludzi wokół siebie – znajdźcie tych, z którymi miałem dodatkowe zajęcia i powiedzcie im, żeby wam pomogli – nie krzywdząc przy okazji smoków.

Draco zamrugał na niego z niedowierzaniem.

– Nie krzywdząc smoków? Czemu?

Harry uśmiechnął się. Zdawał sobie sprawę z tego, że to musiał być absolutnie koszmarny uśmiech, bardziej wyglądający jak pośmiertny grymas.

– Ponieważ – powiedział – będę potrzebował całej mojej mocy i rozsądku, żeby się z nimi rozprawić jak należy, a potrafię wyczuć kiedy coś je boli. Accio Błyskawica!

Zaklęcie przywołujące zostało rzucone z taką desperacją, że miotła, którą dostał na urodziny od Dracona, wystrzeliła w jego kierunku niczym z procy. Harry przerzucił nad nią nogę i wzbił się w powietrze zanim ktokolwiek zdążył cokolwiek powiedzieć albo zrobić, żeby go powstrzymać. Poczuł wiatr we włosach i znajome podekscytowanie. To dobrze. Mógł się tego uchwycić, żeby pozostać we własnym ciele, kiedy leciał w kierunku smoczyc i czuł nacisk ich trzech potężnych umysłów.

Najpierw musi ściągnąć na siebie ich uwagę.

Zanurkował pod brzuchem rogogonki, a ta zauważyła, że coś innego pojawiło się w powietrzu mimo kontroli Imperiusa, więc zaczęła go śledzić wzrokiem, więc zanurkował w kierunku jej gniazda. Przez chwilę nie wiedział nic poza łuskami, jego nozdrza wypełniły się smrodem smoczej skóry i ognia, ale wyrzucił się z tego lecąc długą spiralą pełną świateł i cieni w kierunku jaj o cementowej barwie.

Nawet klątwa Niewybaczalna nie była w stanie kontrolować paniki, jaką smocza matka odczuła na widok zagrożenia, które zbliżało się do jej jaj. Rogogonka odwróciła się w jego kierunku, uwalniając się od zaklęcia, wrzeszcząc i lecąc szybko za nim. Bardzo szybko znalazła się tak blisko, że wiatr spod jej łopoczących skrzydeł był wokół Harry'ego, tak dziki, że mało co go nie zrzucił z miotły.

Harry obrócił się na miotle do góry nogami, unikając zarówno wściekłych pazurów rogogonki, jak i smagnięcia cienkiego ogona walijskiej zielonej, która obróciła się w jego kierunku kiedy przeleciał nad jej gniazdem. Ich umysły zaatakowały go, wrażenie głodu, łowów, mordu i słusznego gniewu przecinały jego myśli, podczas gdy on starał się wykonać skomplikowany manewr z podwójną beczką.

Harry zamknął oczy i pozwolił swojemu umysłowi zająć się atakiem, a ciału lataniem. W dół i kółko, a potem zwrot i śruba i kolejna, a potem był już za nimi i znowu się wnosił, niczym sokół z gniazda, z rogogonką zaraz za nim, która miała ogon podwinięty przezornie pod brzuchem, żeby przypadkiem nie uszkodzić swoich jaj.

Walijska zielona wzbiła się w powietrze i skręcała właśnie w jego kierunku, jej uwaga przyciągnięta jego lataniem, albo jego połączeniem z jej umysłem, czy może nawet jego magią. Harry był w stanie wyczuć, że chińska ogniomiotna też się obróciła w jego stronę, chcąc się dowiedzieć co tak zaniepokoiło pozostałe. Chwila bicia skrzydłami i nerwowego drapania ziemi i wreszcie ona też dołączyła do nich w powietrzu.

Świetnie. Ściągnąłem na siebie ich uwagę.

Teraz pytanie, co ja do cholery mam właściwie z tym zrobić?


Draco wiedział, kiedy może się wykłócać z Harrym i to nie była jedna z tych okazji. Determinacja, twarda niczym smocza skóra, przywaliła w Dracona jak ściana kiedy Harry powiedział im, czego od nich oczekuje. W dodatku to nie tak, że ktokolwiek mógł z nim polecieć, ostatecznie zaklęcia nałożone na Błyskawicę pozwalały tylko Harry'emu na niej latać.

Co nie oznaczało, że kiedy zwrócił się do pozostałych Ślizgonów, to serce mu nie dudniło w uszach.

– Pansy – powiedział – przekaż to pozostałym, którzy chodzili na te jego lekcje.

Pansy rzuciła mu elokwentne, zaskoczone spojrzenie. Wokół nich przelewały się tłumy ludzi, niepewnych w którą stronę powinni biec. W tym zamieszaniu? mówiły jej oczy, wyraźnie uważając, że wymówienie tego na głos jest zbędne.

– Przecież jesteś czarownicą, na litość Merlina – syknął na nią Draco, po czym zwrócił się do Milicenty. – Wiesz w ogóle, czego on ich uczył na tych zajęciach?

– Wiem – powiedziała Milicenta. – Zaglądałam tam czasami. Miałam na sobie zaklęcie kameleona, żeby nikt nie pytał co ja tam w ogóle robię. Chyba wiem jak rozproszyć smoka. – Wyciągnęła różdżkę przed siebie. – Speculum Ardoris!

Tarcza płomieni wyleciała z jej różdżki i wystrzeliła w kierunku czerwonego smoka; Draco miał wrażenie, że to chiński ogniomiot, ale nie był pewny. Płomienie owinęły się wokół smoczego pyska, przesłaniając go przez chwilę, kiedy to ze środka niemal momentalnie zaczął ich dochodzić pełen irytacji ryk. Draco przełknął ślinę. To będzie musiało zadziałać. Ogień przecież nie skrzywdzi smoka. Smok był tylko porządnie zirytowany, nic mu nie było, a to oznaczało, że Harry nie spadnie lada moment ze swojej miotły jak worek szmat.

Inni ludzie zdawali się podłapać ten pomysł. Okrzyki "Speculum Ardoris!" zaczęły ich dobiegać z innych miejsc na widowni i Draco odetchnął lekko, kiedy zobaczył małą, odważną, szaloną postać wciąż na swojej miotle, unikającą zręcznie pazurów, szczęk, ogonów i słupów ognia.

Draco wziął głęboki oddech i zaczął się koncentrować, tak mocno jak tylko mógł, na najsilniejszym zaklęciu obronnym jakie znał. Musiał chronić; nie znał tych wszystkich zaklęć, które Harry uczył pozostałych, a Pansy wreszcie wpadła na pomysł rzucenia na siebie Sonorusa, żeby zwrócić na siebie uwagę ludzi, a on sam czuł jak zalewa go fala emocji, bo Harry'ego nie było już w jego pobliżu.

Tak się składało, że najsilniejsze zaklęcie ochronne jakie znał było częścią mrocznych sztuk. Nauczył się go od ojca tuż przed wyjechaniem do Hogwartu, na wypadek, gdyby spotkał tam więcej wrogów niż początkowo zakładali.

No trudno. Ludzie będą musieli się z tym jakoś pogodzić.

Defensor vindictae!

Wokół Dracona rozlały się fale chłodnej czerni, obejmując widownię i zamarzając głupich uczniów, którzy nie byli w stanie opanować paniki i tylko z wrzaskiem biegali w kółko. Otworzył oczy. Był w środku tego zaklęcia, więc był w stanie wyjrzeć ponad nie i ciemny koc, który rzuciło na okolicę.

Potężne oczy otworzyły się na powierzchni zaraz przy jednym z końców widowni i obejrzały się na Dracona. Draco kiwnął głową i zdołał podnieść swoje ręce, przepchnąć je przez mgłę i zacisnąć ponad sobą.

Pięści pojawiły się zaraz pod oczami. Jeśli któryś ze smoków, albo dowolna inna wroga siła, spróbuje zaatakować ludzi objętych mrocznym zaklęciem, to te pięści zrobią z przeciwnika miazgę, prawdopodobnie go zabijając. Draco nie mógł być tego pewny, ponieważ jego ojciec w czasie treningów pozwalał mu włożyć w tarczę zaledwie łagodną porcję siły.

Nie tym razem. Tym razem będzie chronił ludzi, zarówno dla własnego dobra jak i dlatego, że Harry go o to poprosił.

Harry.

Draco wbił oczy w niebo, gdzie kawałek jego życia leciał na swojej miotle w śmiertelnie niebezpiecznym tańcu, i poczuł jak go skręca w żołądku. Chciał się porzygać, ale zamiast tego stał, gotów do obrony. Ponieważ Harry go o to poprosił.

Błagam cię, ty durny gnoju, wróć tu żywy i zobacz jak grzecznie się ciebie posłuchałem.


Hermiona zastanawiała się, czemu zawsze musiała za wszystkich myśleć. Speculum Ardoris naprawdę niewiele pomoże, mroczne zaklęcie, które rzucił Malfoy, objęło zaledwie połowę widowni, Parkinson darła się jak opętana, tłumacząc ludziom, że mają nie krzywdzić smoków, a tymczasem Harry, ten dzielny, przeklęty idiota, latał w kółko wysoko nad ziemią, ścigany przez trójkę niesłychanie niebezpiecznych mrocznych stworzeń. Może nie mogą skrzywdzić smoków, ale przecież musieli się upewnić, że Harry będzie żył dość długo, żeby zrobić to, co sobie zaplanował.

To nie do końca tak, że przeszkadzało jej myślenie o wszystkim. Po prostu byłoby miło, gdyby inni też się tym czasem zajęli.

Podniosła różdżkę, ostrożnie skupiając się na rogogonce węgierskiej, która była najbliżej Harry'ego i wyszeptała to samo zaklęcie, którego Connor używał, kiedy stawiał czoła tej smoczycy.

Po chwili w powietrzu latały już dwie kopie Harry'ego, a potem trzy kiedy wymówiła zaklęcie po raz kolejny, a potem cztery. Hermiona poczuła, że zaczyna się pocić z wysiłku, który musiała wkładać w koncentrację niezbędną do utrzymania obrazów. Okazało się to trudniejsze niż się spodziewała, zwłaszcza z takiej odległości i przy jednoczesnej kontroli tak wielu na raz.

Ale była potężną czarownicą. Poradzi sobie. Nie potrzebowała też do tego jakiegoś durnego rytuału czystokrwistych. Potrzebowała tylko swojej woli i magii, a wiedziała, że tych ma dość by rywalizować z co potężniejszymi czystokrwistymi w szkole.

Rogogonka ryknęła ze złością i skręciła, zaprzestając pościgu za prawdziwym Harrym, żeby przywalić ogonem w jedną z kopii. Walijska zielona też przyłączyła się do akcji, kłapiąc zębami i skrzecząc, kiedy obraz rozpłynął się w powietrzu. Hermiona uśmiechnęła się, ale zaczynała się robić niebezpiecznie zmęczona i nie sądziła, żeby...

Aedifico spiritum cum odoratu et vibrare.

Hermiona niemal opadła na kolana na ziemię z ulgi, kiedy usłyszała jak ktoś obok niej też szepcze to zaklęcie, ale silne ramię objęło ją za ramiona, utrzymując na nogach. Nawet jej to aż tak bardzo nie przeszkadzało, kiedy spojrzała w górę i zobaczyła Zachariasza Smitha. Smith nie był w sumie aż taki zły jak człowiek się już do niego przyzwyczaił i przymykał oko na te jego irytujące zagrywki.

– Nie wierzę, że nikt inny nawet nie próbuje mu jakoś pomóc – powiedziała.

– No wiesz, profesorowie chronią uczniów po tej stronie – powiedział Zachariasz tym swoim chłodnym, przeciągającym zgłoski tonem. – Podejrzewam, że uznali, że to jest ważniejsze od jednego ucznia, choćby nie wiem jak potężnego.

Hermiona skrzywiła się na niego.

– Tak, ale pozostali uczniowie też tego nie robią!

– Niebezpieczeństwo bycia najmądrzejszą, Hermiono – powiedział Zachariasz, a naprawdę rzadko zwracał się do niej po imieniu. – Trzeba się zająć wszystkim tym, co innym nie przyjdzie nawet do głów. Aedifico spiritum cum odoratu et vibrare.

Hermiona wbiła znowu wzrok w Harry'ego i powtórzyła zaklęcie, uznając, że już dostatecznie wróciła do sił. Nigdy, przenigdy nikomu nie powie jak strasznie jej się miło zrobiło kiedy usłyszała słowa Zachariasza.


Harry był wdzięczny za obrazy, które pojawiły się nagle wokół niego, za magię defensywną, którą czuł za plecami i za zaklęcia ognistego lustra, które od czasu do czasu oszałamiało smoki. Wdzięczny, ale nie wiedział, co właściwie powinien zrobić z całym tym czasem, który wszyscy mu załatwiają. Wszystkie smoki wciąż były skupione na nim; był w stanie, przy odrobinie koncentracji, zobaczyć się przez ich oczy.

Masz powiązanie z ich umysłami. Wykorzystaj je.

Ale w tym właśnie problem, pomyślał Harry, okręcając się wokół najnowszej próby walijskiej zielonej spopielenia go. Inne magiczne stworzenia, jakie znał, miały na sobie sieci. Nie wiedział, jak mógłby uwolnić te smoczyce, jeśli nie miały one na sobie niczego w tym stylu.

Są dzikie, ale nie są wolne. Muszą być w jakiś sposób spętane. Tylko w jaki sposób mogłyby być, skoro wydostały się poza osłony i wyrwały spod jarzma zaklęć, które miały je utrzymać w tych zagrodach?

Harry skupił się na tym i w czasie uników robił szybkie uskoki do ich umysłów, starając się rozwikłać chorobliwą nerwowość chińskiej ogniomiotnej, chłodną złośliwość walijskiej zielonej, złość rogogonki węgierskiej i jak mógłby użyć tego z pożytkiem dla siebie nie spadając przy okazji z miotły.

Już po chwili miał wrażenie, że wie, co powinien zrobić. W ich umysłach jednak były pewne ograniczenia. Jeśli umysły smoków były niczym jeziora czy oceany, to wciąż w pewnej chwili musiały się zderzyć z brzegami lądów, na których zalegało wszystko to, czego ich umysły nie były w stanie pojąć. Zastanawiał się, co mogło tam być, a nawet poza nimi, jaki rodzaj wolności smoki byłyby w stanie osiągnąć, gdyby tylko były w stanie wyjrzeć choćby na chwilę poza swoją dzikość.

Wziął głęboki oddech i pociągnął, zawisając nieruchomo na miotle w powietrzu.

Rogogonka rzuciła się na niego, podnosząc przednie łapy z pazurami rozwartymi szeroko, z łbem przechylonym bokiem do niego. Harry pochwycił spojrzeniem jej lśniące oko i pozwolił się sobie porwać w wietrze legilimencji, czy też wietrze, który znalazł w nim sobie miejsce, kiedy przeszedł przez mroczne wrota podczas nocy Walpurgii, do jej umysłu.

Przyniósł ze sobą muzykę, którą słyszał, kiedy krążył nad Zakazanym Lasem na grzbiecie testrala i uwolnił ją w umyśle rogogonki, wypełniając jej myśli dudniącym chórem, który skupiał się wokół wolności i radości, zamiast rozszalałej złości, głodu i matczynego rozgoryczenia, które w niej szalały.

Przemknął się przez jej myśli, po czym przeleciał ponad wybrzeżem jej oceanicznego umysłu i przebił się dalej. Rogogonka słuchała muzyki, o której już dawno zapomniała i nie myślała o niej kiedy ją przywieziono do Hogwartu. Miała na sobie pęta, nawet jeśli zostały one narzucone przez jej własną naturę, a nie przez zaklęcia, które rzucili na nią opiekunowie smoków. Wepchnięta w żal i wściekłość po straconym jajku zapomniała, że życie składa się z czegoś więcej jak tylko chwili obecnej. W ten sposób właśnie czarodzieje przejmowali nad smokami kontrolę: wzburzali ich emocje i one same ją nad sobą traciły.

Harry wymknął się po drugiej stronie i kiedy otworzył oczy zobaczył, że dalej siedzi na swojej miotle i nie jest spopielony.

Rogogonka węgierska zaczęła śpiewać.

Harry krzyknął z zaskoczenia, kiedy usłyszał jak słodka jest to pieśń, po czym podniósł rękę przed swoją twarz, jakby próbował chronić oczy przed fizycznym atakiem. Blizna go łaskotała i piekła, zupełnie jak wtedy, kiedy testral zlizywał z niej krew. Muzyka mijała go ze wszystkich stron, jedna nawałnica nut za drugą, wzbierające crescendo dźwięku. Była dzika, tak, ale była też wolna, a smoczyca przypomniała sobie, że mogła robić co chce, być czym tylko chce i opierać się im.

Opuściła skrzydła i zaczęła latać wokół niego w dziwnym układzie, od którego śledzenia szybko zakręciło się Harry'emu w głowie, ale który rozpoznał jako symbol nieskończoności, skupiony wokół jego miotły. Nie był jednak pewien tego, co widzi, a nie był też w stanie jej się zbyt długo przyglądać. Rogogonka lśniła, jakby pieśń, którą śpiewała, zmieniła się w światło, które odbijało się od jej łusek w płonącej chwale, niczym słońce wpadające przez mozaikę.

Chwilę potem do pieśni przyłączyły się, jakby w odpowiedzi, głosy walijskiej zielonej i chińskiej ogniomiotnej i nagle Harry wyczuł, że ich muzyka łączy się z potężnymi prądami innej, która leciała w tle, na granicy słuchu, zawsze unosząc się ponad Zakazanym Lasem. Przecież mroczne stworzenia nie przestały istnieć w chwili, w której pojawiło się Światło. Słońce mogło się wybić ponad horyzont, ale to nie oznaczało, że gwiazdy nagle przestały lśnić.

Rogogonka machnęła w dół, a potem w bok ogonem, pazurami i kończynami, poruszając się z niewiarygodnie piękniejszą gracją niż wcześniej, po czym zawisła przed nim. Harry spojrzał jej w oczy i te były gotowe go pożreć, jak zawsze, ale tym razem został wciągnięty do wolności i czegoś nawet lepszego od wolności.

Smoczyce znalazły się znowu w stanie umysłu zbliżonym do spokojnej radości, którą zawsze powinny zajmować. Nie chciały nikogo krzywdzić, ponieważ ten rodzaj zabijania, bezmyślnego niszczenia, był ich po prostu niegodny. Zabiorą swoje jaja i wrócą do domu, gdzie już nikogo nie spotka krzywda.

Rogogonka odetchnęła. Płomienie wyleciały z jej nozdrzy, ale podzieliły się tuż przed Harrym, mijając go z obu stron. Harry poczuł, jak ogień liże mu skórę, ale to był wyjątkowo delikatny dotyk, skłaniający go do myślenia o cieple, które odczuwał tego ranka, kiedy obudził się obok Dracona, zamiast przeraźliwego, okrutnego bólu, którego powinien był oczekiwać.

Ona ci dziękuje.

Rogogonka obróciła się i zanurkowała w kierunku swojego gniazda, które złapała wszystkimi czterema kompletami pazurów i bez problemu uniosła w powietrze. Zawróciła i wzbiła się z powrotem w powietrze, szybując w stronę wschodu, wciąż najjaśniejszego punktu na niebie. Walijska zielona i chińska ogniomiotna też opadły na ziemię i zabrały swoje jajka, po czym ruszyły za nią, chociaż walijska zielona oddzieliła się od pozostałych po kilku chwilach wspólnego lotu. Harry patrzył, kiedy ta skręcała na zachód i wciąż słyszał jej głos, nawołujący go z oddali, śpiewający o chwale patrzenia na wszystko z wysokości. Śpiew ogniomiotnej był delikatniejszy, wciąż pełen wahania, ale nie mniej od pozostałych bogaty, pełny i wspaniały.

Harry unosił się na miotle i patrzył za nimi, póki wszystkie nie zniknęły mu z pola widzenia. Serce go ściskało w piersi, a pieśń wciąż wibrowała mu kusząco w uszach, ciągnąc, wzywając.

Niepotrzebnie. Nie mógł się jej poddać.

Harry odetchnął głęboko i skierował w stronę ziemi. Podejrzewał, że teraz będzie go czekało mnóstwo tłumaczenia się.

Sam też chciał jednak jakichś odpowiedzi. Na przykład w kwestii tego, kto rzucił Imperio i czy nikomu nie stała się krzywda.


Draco zniósł tarczę ochronną jak tylko smoki zaczęły się zbierać do odlotu. Po części dlatego, żeby nikt nie zaczął zadawać mu niepotrzebnych pytań – które i tak nastąpią, ale wolał je ograniczyć do minimum – a po części dlatego, że chciał się czym prędzej znaleźć przy Harrym.

Harry wylądował niedaleko widowni i przez chwilę wyglądał, jakby nie był w stanie oderwać rąk od miotły. Po chwili mu się udało, z wyraźnym wysiłkiem i lekko zaskoczonym mruknięciem. Podniósł głowę, mrugając i rozejrzał się za Draconem.

Draco zawsze potem o tym pamiętał. To jego Harry wyglądał wtedy w pierwszej kolejności, a jakaś jego część się radowała, tuliła i nurzała w tej wiedzy.

Uśmiechnął się powoli, żeby Harry wiedział, że nie jest na niego zły, a przynajmniej nie teraz. Ramiona Harry'emu opadły w wyraźnej uldze.

Wreszcie Draconowi udało się wyjść z widowni, więc położył Harry'emu rękę na ramieniu i został zalany na powitanie zmęczeniem (jak piasek), satysfakcją (słodki cukierek na ustach) i jeszcze większą ilością determinacji (wciąż jak ściana z litej skały).

– Co tak rozwścieczyło smoki? – mruknął, ponieważ w świetle tego wszystkiego, co się właśnie przewijało mu przez duszę, nie był w stanie normalnie mówić.

– Ktoś rzucił klątwę Imperiusa – szepnął Harry, po czym nagle się zaśmiał i opadł na Dracona. – A teraz całe to spanie jest na nic, bo jestem tak zmęczony jak zawsze.

Draco był w stanie powiedzieć, że to nie była prawda. Pogłaskał jednak Harry'ego po nasadzie karku, zauważając, że jego blizna lśni czerwienią, nawet jeśli nie krwawi...

Przyglądał się Harry'emu do chwili, w którym ostre ukłucie strachu nie odwróciło jego uwagi. Odwrócił szybko głowę, mrużąc oczy, kiedy przyglądał się części widowni, którą zajmowało większość profesorów. Miał wrażenie, że ta emocja doszła go właśnie stamtąd, ale to przecież nie miało sensu. Czemu ktoś miałby odczuwać tak silny strach, kiedy już było po wszystkim?

Dumbledore patrzył na Harry'ego z rozczarowaniem na twarzy, McGonagall uśmiechała się z drapieżną dumą. Moody krzywił się na nich, wyglądając na równie niezadowolonego co zawsze – chociaż w tym przypadku mógł być po prostu zły na Dracona, o jego popisywanie się mrocznymi sztukami.

Draco odrzucił od siebie pomysł, że znajdzie teraz kogoś, kto się tak bardzo bał, po czym przytulił Harry'ego bliżej do siebie, bo wokół nich zaczęło się zbierać coraz więcej ludzi. Wiedział, gdzie w tej chwili chce być najbardziej i to miejsce znajdowało się dokładnie tam, gdzie był. A Harry opierał się o niego bez oporów, nawet przechylając się, kiedy Draco przesunął się nieco, mamrocząc coś o tym, że jest mu ciepło i czuje się bezpiecznie.

Reszta kłopotów będzie musiała się w pewnej chwili rozwiązać, bo nie ma szans, żebym się teraz poddał. Albo z niego zrezygnował.